Strony

▼

poniedziałek, 26 października 2026

"Śmierć w chmurach" i pszczoła w samolocie

 


Gdy Christie w 1935 roku wydawała swoją powieść, samolot był niezwykłym miejscem akcji: oryginalnym, a jednocześnie świetnie sprawdzającym się w ramach motywu zamkniętego pokoju, bo kabina pasażerska 1 klasy naturalnie ograniczała liczbę podejrzanych. Natomiast niepokoje lotu na tyle osłabiły czujność Herculesa Poirota, że genialny detektyw sam stał się przez moment podejrzanym.

Agatha, poza nietypowym miejscem zbrodni, daje nam swój popisowy zestaw, czyli intrygę, mylenie tropów, psychologię postaci i ciut humoru. Poza tym Poirot wraca w swoim wcieleniu romantycznego swata, co nie przeszkadza w odważnej grze z domniemanym zbrodniarzem.
Ofiarą jest tym razem lichwiarka, a potencjalnym narzędziem (nie jest siekiera-wtedy byłoby łatwiej...) jest zatruta strzałka, czy raczej sprawca chciałby, by tak wszyscy myśleli... Ale Poirot z Jappem i francuską policją sprawdzą alibi wszystkich pasażerów, wśród których są m.in. arystokratka, pomoc fryzjerska, francuscy archeolodzy, dentysta i autor kryminałów.

Czy Poirot zaskakuje? Tak, chociaż działa zgodnie ze swoim porządkiem i metodą, a poszlak szuka w charakterze postaci.  Dopuszcza też pomoc wybranych  pasażerów, których dzięki temu poznajemy jeszcze lepiej. Czy odkryje winę i wyjaśni cały mechanizm zbrodni? Oczywiście! Czy jak to papa Poirot miewa w zwyczaju zatroszczy się o szczęście pewnej młodej damy? Niewykluczone!

Zbrodnia, zamknięty krąg podejrzanych, szczypta dowcipu i sporo wiedzy o charakterach. Agatha Christie w wydaniu, które lubimy najbardziej. A do tego piękna okładka i ten leciutki powiew ekstrawagancji najlepszego detektywa na świecie, który nawet jeśli w chmurach traci czujność, na ziemi mistrzowsko przesuwa figury na planszy. 

 Za książkę dziękuję Wydawnictwu.  

Agatha Christie, "Śmierć w chmurach". Przeł. Beata Hrycak-Domke. Wyd. Dolnośląskie. Wrocław 2026.  

środa, 14 października 2026

"Pociąg o północy" podróż życia


"Cały problem polega na tym, że życie postępuje wciąż naprzód."
Wilbur, osiemdziesięcioletni właściciel sieci księgarni, umiera. Na granicy światów wsiada w pociąg, którym przemierzy swoje życie. Stacjami są wydarzenia niełatwe, te, które miały na niego wpływ. Oczywiście jest niemym świadkiem, który nie może mieszać w przeszłości.

Dorastanie bez ojca, wojennego bohatera, bieda angielskiej prowincji, brat, który szuka swojej drogi. Ona, dziewczyna, która od pierwszego wejrzenia stała się mu bliska. I jeszcze książki, dzięki którym najpierw poznał inny świat, a potem zaczął karierę. Losy Wilbura mogły stać się udziałem wielu, ale tylko on śledzi je z okien pociągu. I gdy nam, czytelnikom, wydaje się, że już wiele wiemy, bohater decyduje się na krok, który może zmienić trasę. Bo, chociaż to oczywiste i banalne, tylko my możemy zmienić swoje życie: wybierając codziennie to, co ważne I ważniejsze.

Matt Haig proponuje powieść o powojennym dzieciństwie, dorastaniu w latach 70. i kapitalistycznych przełomach lat 90, o człowieku, który miał cel, ale stracił coś i kogoś, co wydawało mu się oczywiste. O miłości, odpowiedzialności, wybaczaniu sobie i odpuszczaniu. To powieść  przypominająca, że codziennie wybieramy i czasem dopiero z perspektywy lat widzimy konsekwencje.

Pomysł ze stacjami pozwala na dynamiczną i wciągającą akcję, a krótkie rozdziały zachęcają by poznawać historię tej niezwykłej podróży.
O ile w "Bibliotece o północy" autor pokazywał różne warianty życia, tu daje pełen obraz i nadzieję na to, że coś można zmienić, mając świadomość zysków i strat. Dość komfortowa sytuacja, prawda? Ale takie rzeczy tylko w książkach. A o książkach też tu trochę jest. Jest o zachwyconym literaturą chłopaku, który z czasem i nadmiarem obowiązków związanych z pracą w książkach przestaje czytać. Jest też o momentach, gdy odpowiedzi na życiowe pytania znajdujemy w fikcji.
"A fakt, że spośród wszystkich książek w sklepie zabrał
ze sobą do domu właśnie tę, sprawił, że w końcu uwierzył w jakąś siłę wyższą lub kosmiczny porządek. Żadna inna książka nie byłaby w stanie do niego wówczas dotrzeć, lecz tej się udało. Sprawiła, że niemal wybaczył samemu sobie."

Wilbur, osiemdziesięcioletni właściciel sieci księgarni, umiera. Na granicy światów wsiada w pociąg, którym przemierzy swoje życie. Stacjami są wydarzenia niełatwe, te, które miały na niego wpływ. Oczywiście jest niemym świadkiem, który nie może mieszać w przeszłości.

Dorastanie bez ojca, wojennego bohatera, bieda angielskiej prowincji, brat, który szuka swojej drogi. Ona, dziewczyna, która od pierwszego wejrzenia stała się mu bliska. I jeszcze książki, dzięki którym najpierw poznał inny świat, a potem zaczął karierę. Losy Wilbura mogły stać się udziałem wielu, ale tylko on śledzi je z okien pociągu. I gdy nam, czytelnikom, wydaje się, że już wiele wiemy, bohater decyduje się na krok, który może zmienić trasę. Bo, chociaż to oczywiste i banalne, tylko my możemy zmienić swoje życie: wybierając codziennie to, co ważne I ważniejsze.

Matt Haig proponuje powieść o powojennym dzieciństwie, dorastaniu w latach 70. i kapitalistycznych przełomach lat 90, o człowieku, który miał cel, ale stracił coś i kogoś, co wydawało mu się oczywiste. O miłości, odpowiedzialności, wybaczaniu sobie i odpuszczaniu. To powieść  przypominająca, że codziennie wybieramy i czasem dopiero z perspektywy lat widzimy konsekwencje.

Pomysł ze stacjami pozwala na dynamiczną i wciągającą akcję, a krótkie rozdziały zachęcają by poznawać historię tej niezwykłej podróży. "To wszystko dzieje się tak szybko (...)Tak właśnie bywa z życiem, gdy nie jesteśmy bardzo uważni". Może właśnie dla tego zdania, które pobrzmiewa w różnych wariantach w powieści, warto ruszyć w tę podróż. Kto wie, co zobaczymy za swoimi oknami.
 
Za książkę dziękuje wydawnictwu. Współpraca barterowa.  
 
Matt Haig, Pociąg o północy. Przeł.Tomasz Tesznar. Wyd. Zysk i s-ka. Poznań 2026.  


piątek, 9 października 2026

"O objętości czasu 1". Obecność. Obojętność. Obcość

 


Czym można zmierzyć czas? Skoro płynie, upływa, a czasem przecieka, to miarą objętości. 

To słowo z tytułu przyciągnęło mnie do książki. A przy lekturze pojawiły się kolejne słowa: obecność, obojętność, obcość.

Mann w "Czarodziejskiej górze" próbował opisać czas pisząc o kolejnych dniach, Balle oddaje głos bohaterce uwięzionej w jednym dniu. Współczesna Francja. Antykwariuszka Tara zaczyna codziennie od nowa 18 listopada.  Jej mąż budzi się z czystą kartką, ona pamięta wszystko.

Obecność. Część zapętlonych dni małżonkowie spędzają razem, ona wyjaśnia Thomasowi codziennie co się stało, on kolejnego poranka znów potrzebuje wyjaśnień. Potem Tara zaczyna żyć obok. Znając plan dnia Thomasa potrafi schować się w ich domu bez zaznaczania obecności. Potem szuka innego miejsca.  Zostaje zaskoczona spotkaniem. Znów wyjaśnia. Czym jest obecność? Ruchami w kuchni, trzaskiem drzwi, znikającą z lodówki żywnością. Zaskoczeniem było, że Tara zdołała się aż tak zakamuflować. Unikać obecności męża, nie pokazywać swojej. Ale jednocześnie bywa bardzo obecna w swoich dniach. Zachwyca się pięknem nieba, ogląda gwiazdy. Chce pobyć w zapętlonym dniu.

Obcość. Autorka pokazuje, że w naszym życiu też można czuć się obco i nawet wielokrotnie powtarzany dzień tego nie zmieni. Miejsca, przedmioty bywają dla bohaterki elementem obcości, ale i obecności, tak samo jak ludzie, którzy mogą pozwolić poczuć się wyalienowanym albo rozgłoszonym w codzienności. I jeszcze obojętność. Bo w pewnym momencie zagubiona w dniu Tara traci zainteresowanie tym, co się dzieje. W jej sytuacji to chyba naturalne. Ale nasza codzienność pokazuje, że dni bywają różne tylko z pozoru, a my, nawet przy zmianę dat, możemy obojętnieć.  

To, co pozwala Tarze na trwanie to zapiski. Jej notatnik nie wymazuje się, a słowa zostają jako świadectwo. Jest wielka nadzieja, że nie tylko "rękopisy nie płoną", jak to było u Bułhakowa, ale że "papier pamięta, w zdaniach jest coś uzdrawiającego".

W tej książce pozornie nic się nie dzieje. Nie ma dialogów, autorka często wraca i powtarza sekwencje (co jest naturalne przy tej pętli, a jednocześnie daje czytelnikowi namiastkę bycia w tym powtarzanym dniu, co może irytować albo interesować). Emocje są tu pod powierzchnią, bez wybuchów i ekspresji.  To książka do zapętlonego czytania- w pewnym momencie bardziej trafi opowieść o relacji, samotności, alienacji, kiedy indziej o życiu przedmiotów w szczelinie czasu, albo tym, jak zmienia się bohaterka wirująca w pętli i jak zachce wyskoczyć z dnia, w który się wprowadziła. Czytałam z zainteresowaniem, które było też wynikiem ciekawości tego eksperymentu. I ciekawość została. A tomów jeszcze 6.  

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu.

Solvej Balle. "O objętości czasu 1". Przeł. Sylwia Izabela Schab. Wyd. Poznańskie. Poznań 2026. 

niedziela, 4 października 2026

"Na nogach" o wolności chodzenia

 

Chodzę szybko, robię duże kroki. Umiem chodzić (szybko) na obcasach. Uważam, że stres dobrze wytuptać. Lubię chodzić. Lubię zmierzać do celu i tak po prostu iść zupełnie inną drogą do jeszcze innego miejsca. 

 Agata Romaniuk zrobiła mi wielką przyjemność swoim literackim spacerem. Przechadza się (i przystaje)między historią, anatomią, modą,urbanistyką, przyrodą, literaturą. Każdy z 12 kroków tej książki jest osobnym reportażo-esejem na temat związany z chodzeniem. Jest więc o życiu piechura, wędrujących filozofach, Duńczykach przyglądającym się Włochom z balkonu, by sprawdzić, jakie funkcje powinny spełniać miasta i ich ulice. Jest o butach: półmetrowych koturnach renesansowych Wenecjanek, polskich trzewikach i sportowych wymarzonych przez ludzi w kryzysie bezdomności. Jest o wielkich marszach, pielgrzymkach i (nie)zwykłej włóczędze po lasach.O tym, jak skomplikowanym i wymagającym użycia wielu mięśni zadaniem jest chodzenie (naciągnęłam niedawno naprężacz powięzi szerokiej, dowiadując się jednocześnie o istnieniu tego mięśnia i jego roli w chodzeniu.) Jest o sztuce flanerowania, dwóch spojrzeniach spacerującego po Powiślu Wokulskiego i o wędrujących kobietach. 

 Romaniuk pisze o chodzeniu jako o sposobie na życie: o wyruszających w drogę podróżnikach, badaczach. Pisze o tych, którzy muszą chodzić, by wypełnić swój dzień. I o tych, dla których chodzenie jest wyrazem wolności. Bo coś w tym jest. Świadomość, że mogę iść gdzie chcę, stanąć i w dowolnym momencie zmienić trasę (i nie muszę się spieszyć!) jest jedynym z tych niezwykłych elementów wolności, których pewnie nie doceniamy. O tym jest ta książka. O chodzeniu. Wielu aspektach poruszania się i związanych z tym aspektów historycznych, społecznych. O tym, że zwykły spacer może być podróżą w przeszłość, albo momentem, gdy do głowy wpadnie najlepszy pomysł. O pierwszych krokach i dojściu do celu. O codziennej czynności, która wreszcie dostała refleksje i spojrzenie, na które zasługuje. A to wszystko opowiedziane z lekkością i erudycją (czyli drogą, którą zwykła chodzić autorka), uzupełnione garścią interesujących faktów i ciekawostek. 

Mój profesor uważał, że w kraju dzieje się dobrze, gdy chodniki są tak równe i szerokie, że można po nich chodzić czytając. Nie namawiam do aż takiej odwagi, ale po lekturze "Na nogach" chodzenie nie jest już tak oczywiste i zwyczajne 

I jeszcze jedno:czy ktoś pamięta piosenkę Fasolek: "Per pedes gnam, czyli na piechotę. Zawsze przystanę gdy mam ochotę, nigdy biletu nie potrzebuję, rozkładem jazdy się nie przejmuję". Brzmiała mi w głowie! Idę!

 Za książkę dziękuję wydawnictwu. 

Agata Romaniuk, "Na nogach. Opowieści o chodzeniu". Wyd. Filia Literacka. Poznań 2026.   

czwartek, 1 października 2026

"Muzyka. Wielka biografia" od wieloryba do AI.

 


"Jaki jest pierwszy stopień muzykalności?" Zapytali muzykolodzy, gdy zaczęłam do nich chodzić na specjalizację operologiczną. "Rozróżnić, kiedy grają, a kiedy nie".


Czy na pewno?

Bo: "Na początku... był dźwięk ".

"Muzyka. Wielka biografia" jest tytułem wielce adekwatnym. Autor zabiera czytelnika w podróż w czasie i przestrzeni. Jest o muzyce sfer, śpiewie wielorybów, pierwszych instrumentach, które w zależności od miejsca wyglądały inaczej (strunowe trafiły do Ameryki Północnej wraz z kolonizatorami). Bardzo ciekawy jest rozdział o supermocarstwach, czyli muzyce Indii, Chin (i chińskiej operze starszej od europejskiej) i świata islamu, bo często mówiąc o historii muzyki, myślimy o Europie, a to, co działo się dalej jest równie ciekawe. To nie jest podręcznik historii muzyki. To jej świat.

Jest o pierwszych słowach, które miały swoją melodię. O pierwszej kompozytorce z miasta Ur, Mozarcie, Beethovenie (autor jest specjalistą od tego klasyka, więc jest o nim sporo), jest o muzyce Majów, Azteków,  o brzmieniu wielkich starożytnych eposów, katharsis i Liverpoolu jako idealnym miejscu dla pewnej czwórki. O zwierzętach i o Adele i tworach AI (książka jest z 2021 r. więc mając świadomość, jak sprawy poszły do przodu, tym głośniej brzmi nawoływanie do tego, by zachować muzykę żywą i prawdziwą. Bo Spitzer pisze wyraźnie, że muzyka (np. ta klasyczną, będąca elementem kultury nie jest dana na zawsze i za jakiś czas może być martwa i głucha).

Autor łączy to, co muzykologiczne z antropologią, biologią, psychologią. Wyjaśnia, dlaczego nawet znane kawałki sprawiają, że nasz mózg ciągle reaguje na nie jak za pierwszym razem.
To połączenie dziedzin i czasów jest tyleż ciekawe, co wymagającego od czytelnika skupienia i otwartości. Tak trzeba, gdy na jednej stronie pojawia się Beethoven i Beatlesi, na innej Wagner, Hegel i AI.

Przeczytałam zachłannie, że świadomością, że będę do tej książki wracać wielokrotnie. Bo muzyka jest tu częścią nie tylko kultury, ale życia, codzienności, szeroko rozumianej historii, bo tak można rozumieć Europę scalaną przez chorał gregoriański. Muzyka rozpatrywana jest z perspektywy miejsca, w którym powstała i w którym jej słuchamy historycznych przełomów, wykonawstwa i społeczności. To ostatnie jest szczególnie ciekawe w czasie, gdy każdy ma swoją playlistę i zatraca się zbiorowy charakter muzyki i muzykowania, a jednocześnie na koncerty bilety rozchodzą się w kwadrans (i to nie tylko widowiska gwiazd pop, ale te z filharmonii).

To książka, która może zachęci by słuchać głębiej, by nie robić z muzyki tylko tła, ale sens. I poczuć dźwięk.

A na zdjęciu kilka ważnych dla mnie płyt. 

 Za książkę dziękuję Wydawnictwu. 
 Michael Spitzer "Muzyka. Wielka biografia". Przeł. Filip Godyń. Wyd. Znak. Kraków 2026.