Strony

wtorek, 26 maja 2026

"Ogród w chmurach" i słowach


"Nie czytałeś Małego Księcia? Poważnie? Co za szczęście, to niesamowite!"

Czytając "Ogród w chmurach" czułam wielką przyjemność poznawania historii. To była historia dość prosta, ale w typowo francuski sposób klarowna. Jest współczesna, chociaż bez daty. I jest opowieścią o literaturze. Bo o ile Cyceron mówił, że człowiek potrzebuje do szczęścia ogrodów i bibliotek, o tyle Robert, bohater, potrzebuje ogrodu i księgarni.

Nastolatek z francuskiej dzielnicy, do której niewielu się zapuszcza, zaczyna uprawiać kwiaty i inne zioło. Będąc "pod opieką" mafijnego bosa stara się nie rzucać w oczy.  Ale pewnego dnia na trasie między ogrodem na dachu, a szpitalem, gdzie leży jego matka, pojawia się jeszcze jeden punkt: księgarnia. I to nie jest elegancka księgarnia dla francuskich intelektualistów. To miejsce spotkań ludzi, także tych żyjących na ulicy i niespełnionych poetów. Prawdziwych entuzjastów literatury. Niesamowitych trubadurów. Sophie, prowadzącą księgarnię, daje chłopakowi pracę, szansę i pierwsze książki. I Robert wpada!  Bo to powieść o tym, co może dać literatura- o wchodzeniu w inny świat, poszukiwaniu Moby Dicka, rozpoznawaniu w innych Małego Księcia, o tym, że czasami zaczyna się od jednej książki, a ta otwiera drzwi. I o tym, że nie wiemy ile siły w nas drzemie i że czasem czyjeś słowa brzmią jak nasze i porywają tłum.

 Ale nie jest tu tylko literacko i bajkowo. Twarde życie dzielnicy ma swoje kolory i swój język, emigrant z blokowiska nie wyrzeka się rozterek, pamięci i słów, które potrafią bardzo ostro określać rzeczywistość. I to połączenie: chłopaka z ogrodem i nielegalnym interesem z jego wejściem w świat słów i emocji, wychodzi w powieści bardzo spójnie i prawdziwie. 

Robert kojarzy mi się Momo z "Życia przede mną" Gary'ego- arabskie korzenie, "zła dzielnica", dorastanie i ludzie, którzy pokazują nowy świat. Jest też w narracji coś, co rymowała mi obu bohaterów. Jakiś rodzaj wrażliwości i niewypowiedzianej potrzeby czegoś jeszcze, poza tym, co do życia niezbędne. 

Romain Potocki wciągnął mnie w świat, który miał wiele kolorów i rejestrów, w którym piękno i brutalność miały swoje miejsce, w którym był czas na szaleńcze biegi z kwiatami nakazane przez szefa gangu, godziny przy szpitalnym łóżku matki i bezczas lektury na dach w upale wieczoru. Są sceny, które pachną kwiatami, papierem, są takie, które pachną krwią i łzami. Ale jest w tej książce, jak w wielu ważnych powieściach, wielka nadzieja na przyszłości. I na nowy los. Bo ważny jest kolejny rozdział, gdy spotka się Hrabiego po tym, jak poczuje się jedność z trubadurami.

Jedna z ciekawszych książek tego roku. Taka, przy której znów nabiera się wiary w moc opowieści, a bohaterowie są jednocześnie z życia i z kart innych historii. 
 
Za książkę dziękuję wydawnictwu.
 
 Romain Potocki. Ogród w chmurach. Przeł. Joanna Kluza. WYD. Znak Koncept. Kraków 2026. 

czwartek, 14 maja 2026

"Long Island" , czyli "Brooklyn" 20 lat później


Czy prawdopodobieństwo jest ważne w opowieści?


Pytanie nurtowało mnie podczas lektury "Long Island", dalszej części "Brooklynu". Minęło 20 lat od czasu gdy Eilis Lacey stała się panią Fiorello i zaczęła w Ameryce życie żony, matki i księgowej. Jedna informacja sprawiła, że kobieta postanowiła wyjechać do rodzinnej Irlandii, pokazać dzieciom stary kraj i dać sobie czas na decyzję. I tak, jak było w "Brooklynie", tu też znaczna część myśli czytelnika zaprzątają pytania: co zrobili Eilis. Tym bardziej, że w rodzinnym miasteczku czeka Jim, ten sam, który 20 lat wcześniej sprawił, że Eilise zastanawiała się, czy wracać do Ameryki. I jest jeszcze Nancy, przyjaciółka ze starej paczki, wdowa, marząca o stabilizacji. I Jimie. Historia stara jak świat. Opowiedziana lekko, dyskretnie. Może nawet zbyt naiwnie.
 
I na moje oko, mocno z męskiej perspektywy. Dawno nie miałam wrażenia, że tylko facet mógł coś takiego wymyślić. Uwaga, spojlery!
Eilise, dowiadując się, że jej mąż będzie miał dziecko z inną, prawie nie reaguje. Nie sugeruję, że jako żona Włocha ma rzucać talerzami. Mówi, że dzieckiem się nie zajmie (na co naciska teściowa). Pakuje się i jedzie do Irlandii. Czy to życiowe? Możliwe. Czy historia przez ten cichy moment traci jakąś dynamikę? Tak. Jim przez 20 lat nosi w sobie wspomnienie pewnych wakacji i trwa w kawalerskim stanie, choć Nancy jest blisko (romantyczne, bardzo! Życiowe - zwłaszcza w latach 50-niezbyt). I gdy dawna miłość wraca, plany snute z wdową po przyjacielu zaczynają się oddalać... Co zrobi Eilise, Jim i Nancy?
 
To, czego się jednak po nich spodziewamy, bo to nie jest powieść o szalonej odwadze życia, tylko o wielokrotnych powrotach. Ale gdzieś z tyłu głowy miałam myśl, że ta historia jest odbiciem "Brooklynu", jednak pozbawionym ryzyka, do którego przyzwyczaiła nas bohaterka. Tu coś się dzieje, kiełkuje, ale (chociaż bohaterowie nie są starzy), nie ma nerwu.
 Ktoś powie, że w latach 50 go być nie powinno. Ktoś, że taka jest poetyka tych historii lustrzanych. Zgodzę się. Ale będę mieć drapiące poczucie, że nie do końca wierzę bohaterom. 
Czekałam na dopowiedzenie "Brooklynu". Czytało się miło, ta trochę wyprana z emocji Eilise nie przemówiła mi do wyobraźni.


Colm Tóibín "Long Island". Przeł Jerzy Kozłowski. Dom Wydawniczy Rebis. Poznań 2025.