środa, 17 lipca 2024

„W mojej rodzinie każdy kogoś zabił” gra z zasadami

 Ronald Knox w 1929 r. opracował 10 zasad kryminału. 

„Przestępcą musi być ktoś, kto pojawił się na początku książki, ale nie może być to osoba prowadząca śledztwo. Wykluczone jest pojawianie się w powieści wszelkich przejawów sił nadprzyrodzonych i ponad naturalnych. Detektyw nie może kierować się intuicją ani działać dzięki przypadkowi. Detektyw nie może być sprawcą zbrodni.” To tylko kilka z nich  i choć mają prawie 100 lat,  przyznam, że w wielu wypadkach pisane zgodnie z nimi książki mi się podobają.

„W mojej rodzinie każdy kogoś zabił” to książka specyficzna. Jej narrator jest autorem poradników pisania i opowiadaną przez siebie historię prowadzi wg klasycznych reguł. Jest do tego stopnia fair wobec czytelnika, że np. uprzedza na której stronie dojdzie do zbrodni. Z drugiej strony, rzecz toczy się współcześnie, są więc smsy, dziennikarze, a nawet sceny z zamarzniętym jeziorem rodem z filmów sensacyjnych. I jest też  granie z klasycznymi zasadami, bo przecież  chodzi o  zabawę i wywiedzenie w pole czytelnika.

Historia dotyczy rodziny, w której zgodnie z tytułem każdy kogoś zabił. I od razu dodam, że nie były to zawsze czyny z premedytacją, bo Cunninghamowie  nie są rodziną patologiczną, choć otoczoną specyficzną sławą. Rodzina zjeżdża się do zaśnieżonego kurortu w Australii (połączenie dość nietypowe!)  by powitać syna, barat i męża, który wychodzi z więzienia. I choć zjazd i tak nie przebiega w atmosferze rodzinnego ciepła, to wszytko mąci morderstwo. I nie będzie ono jedyne.

 Jak to w rodzinie, jest sporo postaci, wiele powiązań, tajemnic i zaszłości sprzed lata. Trzeba się wgryźć w to kto jest kim.  Pomysł, by więcej o bohaterach zdradzać w rozdziałach im poświęcanych, które przy okazji częściowo rozwijają fabułę jest konstrukcyjnie dobry, ale  nie ułatwia rozeznania wśród bohaterów- to kolejny przykład wodzenia za nos czytelnika.   

Autor daje nam rozrywkową powieść z zagmatwanym wątkiem kryminalnym, a przy okazja rodzi się pytanie o to, czym jest pozbawienie kogoś życia, jak niejednoznaczne bywają zdarzenia i jak trudno czasem osądzić czyny. Trochę w narracji czarnego humoru, ale stanowczo nie jest to komedia kryminalna.  Raczej pewna wariacja na temat kryminału jako takiego, opowiedziana z lekką ironią.

Czy konieczne do przeczytania? Nie! Czy  można zerknąć, by zobaczyć, że z klasycznych zasad da się jeszcze dziś coś wycisnąć. Można.  

Benjamin Stevenson. „W mojej rodzinie każdy kogoś zabił” . Przeł. Grażyna Wożniak. Wydawnictwo WAB. Warszawa 2024.

środa, 10 lipca 2024

"Poczta literacka" wskazówki mimochodem


 Dziś, gdy ktoś chce się dowiedzieć co ludzie sądzą o jego wierszu może go wrzucić do internetu (niewykluczone, że dostanie setki komentarzy, które nie będą odnosicie walorów literackich). Kiedyś można było swoje próby wysyłać od "Życia literackiego". I liczyć na opinie redakcji.

 "Poczta literacka, czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem" to właśnie zbiór odpowiedzi pisanych przez Wisławę Szymborską tym, którzy zdecydowali się otworzyć swoje szuflady przed krytycznym okiem redakcji.  Ktoś może pytać co nam, tyle lat po działaniach Poczty literackiej, po zestawie odpowiedzi ( nawet bez tekstów, którym poświecono wierszówkę). Lata minęły, po co to wznawiać? Ano po to, że jednak w świecie literatury wiele pozostało niezmienne. Owszem, dziś poeci piszą o  smsach,  a użycie słów, które szokowały np. w poezji Bursy nie robią wrażenia, ale w kwestii zasad nie zmienia się wiele. I właśnie o zasadach pisze Szymborska. Czasem złośliwe, czasem ironicznie, czasem z żywą aprobatą wypowiada się o wierszach, których my nie znamy. Ale paradoksalnie- to nic nie szkodzi. 

Zawarte w tych dość krótkich opiniach  sformułowania są wskazówkami dla każdego, kto pisze. I kto czyta, bo  zwracając uwagę na elementy techniczne pisania, Szymborska daje też kurs czytania i analizy. Albo widzenia literackich szwów. Jest o błędach młodości , do których przyszła noblistka sama się przyznaje, o rozchodzących się wątkach i rymach kosztem sensu. O zbytniej górnolotności i potrzebie zachowania „równowagi ducha”, o tematach, które gdy zbierze się te największe w jednym wierszu, raczej nie dadzą dobrego utworu.  O tym, że siłą literatury jest zaskoczenie, niespodzianka.  Jest lekko, zabawnie, czasem złośliwe. O warsztacie i idei. A żeby nie było tak poważnie ostrze swoich komentarzy Szymborska wbija też klasykom np. pewnemu Williamowi z Londynu (który jest na bakier z historią Danii) czy Stefanowi Ż.

 Do Poczty wysyłano wiersze i opowiadania, zatem mamy tu zdania o krótkich formach prozatorskich: „Prawdziwa literatura zaczyna się dopiero wtedy, kiedy żywe postacie intrygują bardziej od tajemniczych zwłok”.  I poezji „W każdym wierszu chodzi przecież o wrażenie, że te właśnie, a nie inne słowa od wieków czekały, żeby się ze sobą spotkać i zrosnąć w całość jedyną, już nie do rozerwania”.  Jest też o  byciu człowiekiem słowa pisanego, które rozumiane jest tu jako rodzaj posłannictwa i misji (choć przy docenieniu warsztatu) „Poezja nie jest dla nich (poetów „z urodzenia”) rekreacją i ucieczką od życia, ale  samym życiem”. 

W jednej z odpowiedzi Szymborska pisze „Prawdziwy talent, owszem, wymaga, zwłaszcza na początku, wskazówek i pouczeń. Ale nauka ta musi mu przychodzić łatwo jakby mimochodem.” I właśnie takimi wskazówkami mimochodem, dla tych, którzy piszą i tych, którzy czytają jest „Poczta literacka”. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu, współpraca barterowa. 

 Wisława Szymborska.  "Poczta literacka, czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem". Wyd. Znak. Kraków 2024.

 

środa, 3 lipca 2024

„Morderstwo w Lakeview Hall” tropem tych, które znamy

 


"Gdy bohaterka Jane Austen spotyka świat kryminalnych zagadek Agathy Christie…” Hasło jest marketingowo idealne, ale czy produkt jest zgodny z opisem?

Beatrice ma 26 lat, jest sierotą na łasce krewnych, a brak pozycji, urody i pieniędzy skazuje ją na los starej panny. Gdy podczas wizyty w Lakaview Hall ginie pan domu, Bea postanawia dowiedzieć się, kto jest temu winien. Razem z nią śledztwo prowadzi dumny, bogaty książę, do którego bohaterka pała (aż nazbyt oczywistą) niechęcią.  Jest więc jakaś duma i jakieś uprzedzenie, jakieś perswazje, a do tego dyskusje o książkach pani  Radcliffe. Dodajmy do tego kilkoro kreślonych mocną kresa bohaterów,  których pan Bennet mogłoby zaliczyć do okazów głupoty i…wątki w duchu Austen mamy zaliczone.   

Mamy też dom i zamkniętą grupę podejrzanych, ale nie ma tego, co stanowi o sile powieści Christie- napięcia i stopniowanej zagadki z podrzucanymi tropami. Zwykle w mieszankach obyczajowo-kryminalnych, zagadka bywa przykryta warstwą obyczajową i tak było w tym wypadku. Szukanie sprawcy jest raczej pretekstem do rozmów bohaterów, niż odkrywaniem kolejnych tajemnic.  Czyli bardziej Jane niż Agatha. 

Duch Jane przyświeca kreacji Beatrice, która powoli, przez całą opowieść, zyskuje swój głos i  odsłania charakter.  Bo przecież poruszamy się w świecie ostrych zasad obyczajowych i  stylu salonowej konwersacji, podczas której panna winna się uśmiechać, a niekoniecznie odzywać.  Beatrice, która z początku jest milcząca i nieśmiała, dzięki kilku rozmowom z księciem, odbywających się nieformalnej atmosferze zyskuje świadomość, że jej opinie i wrażenia zasługują na wysłuchanie. Jest przy tym cały czas zamknięta w pewnych ramach, które czynią z niej bohaterkę osadzoną w tamtym świecie, a nie tylko przebraną w kostium. Chociaż muszę powiedzieć, że  zachowanie księcia mocno nadwyręża te zasady, a  włażenie po drzewie do panieńskiej sypialni nie było w czasach Austen rzeczą, nad którą przechodzono do porządku dziennego. To, co mi trochę przeszkadza  w świecie przedstawionym powieści to brak określonego czasu.  Niby jesteśmy w  czasach regencji, są kolonie, interesy na Wschodzie, a jednocześnie  książę powołuje się na twierdzenie o dziedziczności, co powinno wskazywać na czas już po eksperymentach Mendla z grochem, czyli drugą połowę lat 60 XIX… Nic nie poradzę, że lubię daty. I konsekwencję.

 Czytałam książkę z przyjemnością, bo momentami styl jest dowcipny, a bohaterka sympatyczna. Jednak jak na kryminał zabrakło napięcia i tego zaciekawienia, co będzie dalej. Zaczynam mieć wrażenie, że hasło cosy crime, bywa śledztwem ślamazarnym, chaotycznym i przez to, bardzo innym niż to, co w kryminale prezentowała Christie. Bo brak bebechów i naturalistycznych opisów u niej wcale nie był jednoznaczny z nudą i brakiem spraw przerażających.

Czy obietnice wydawcy zostały spełnione? Nie do końca. Czy gdybym nie nastawiała się na mieszankę  w stylu moich ulubionych pisarek i była zaskoczona pomysłem oceniłabym książkę lepiej? Tak. 

Nie jest łatwo być drugą Austen i Christie. I absolutnie nie trzeba! Tym bardziej, że jako lekka lektura na leżak  „Morderstwo w Lakeview Hall”  ma szansę się sprawdzić, a Bea dopiero zaczyna detektywistyczną karierę.   

 Współpraca  barterowa z Wydawnictwem Znak. 

 Lynn Messina. „Morderstwo w Lakeview Hall”. Przeł.  Maria Kabat. Wyd. Znak. Kraków 2024.

 

środa, 26 czerwca 2024

"Echeverria" nie taki argentyński Mickiewicz

 


Zabierałam się do lektury tej książki o tyle nieświadomie, że nie miałam pojęcia, kiedy powstało państwo Argentyna. I że bohater powieści, po którą sięgnęłam, bo lubię książki o pisarzach, jest tylko pretekstem do znacznie szerszej opowieści. Esteban Echeverria, nazwany w przedmowie (bardzo lubię takie przedmowy) „argentyńskim Mickiewiczem”*, nie  ma wiele wspólnego z naszym wieszczem, Ta sama epoka i działka artystyczna. Poza tym- życiowo, ideowo- zupełnie inna bajka. Ale to skojarzenie z Adamem jest świetnym wyprowadzeniem czytelnika ze strefy znanego świata tradycji i literatury. Tam gdzie Adam odwołuje się do tradycji, wspomina, to co było, tam Esteban Echeverria dopiero buduje świat narodowej literatury (w języku hiszpańskim, obarczonym kolonizatorskim ciężarem). 

 Była dla mnie zaskakujące czytanie o tym, jak w początkach XIX w., gdy kraj Mickiewicza już zdążył zniknąć, na drugiej półkuli dopiero tworzy się nowy kraj, a wśród politycznych sporów, ideowych waśni żyją ludzie i tworzy się kultura, bo jednak wszyscy są świadomi, że jest ona potrzebna młodemu państwu. A dookoła romantyzm, Goethe, Hugo ze słynną przedmową do „Cromwella” i łamaniem zasad literatury. A po drugiej stronie oceanu nowy kraj, który nie ma czego łamać, bo nie ma jeszcze swoich zasad. Który buduje swoje mity, szuka form.

Historia poety na tle wydarzeń historycznych jest też historią człowieka, którego przyznam nie polubiłam (chciałbym dowiedzieć się co stało się z dzieckiem jego i jego kochanki, wyzwolonej niewolnicy), ale chyba trochę zrozumiałam. Czytając miałam wrażenie pewnego dystansu autora wobec postaci, choć i świetnej znajomości tej biografii.  „(…) fascynuje mnie obraz intelektualisty, który myśli, że jego kraj nie jest tym, czym być powinien i próbuje ukształtować go na obraz i podobieństwo własnego wyobrażenia. I płaci za to cenę”.  Tak pisze Capparos.  Czasem wyprzedzi fakty, odniesie się do współczesności.  Forma powieści historycznej jest dla niego sposobem mówienia o współczesności-  zwłaszcza w rozdziałach „Problemy”, które dzielą części historii poety,- ale też w samej narracji.

„Historia służy przede wszystkim temu, żeby zrozumieć, że wszystko stanie się historią”. To jedna z tych książek, które każą szperać w internecie, doczytywać. Powieść, która poza historią jednego bohatera prezentują wiele refleksji autora na temat historiozofii, społeczeństwa, sztuki.  Lektura dotykająca wielu tematów, a czytana z perspektywy kogoś z kultury europejskiej, uchylająca drzwi do lepszego zrozumienia  świata.  I literatury, bo to też książka o znaczeniu literatury w procesie wzrastania- młodego człowiek, a późniejszego pisarza i nowego kraju.  



Za książkę dziękuję Wydawnictwu.Współpraca barterowa.  

Martin Capparos."Echeverria".  Przeł. Katarzyna Okrasko. Wyd. ArtRAge. Warszawa 2024. 


 *Jest zaznaczone, że to skrót myślowy, ale dla osadzenia w czasie i roli dziejowej pisarza, to skojarzenie moim zdaniem bardzo trafne! A sama przedmowa opisująca  krótko życie Echeverri i Capparosy- świetna!

środa, 19 czerwca 2024

"Katharsis". Historia oczyszcza?

 

Tyle osób polecało książki Macieja Siembiedy, że nadszedł czas przekonać się w czym tkwi sekret jego, zasłużonej, popularności. 


Krótko? W warsztacie. Maciej Siembieda wie, co pisze i po co pisze. I pisze tak, by z jednej strony opowiedzieć historię, a z drugiej dać czytelnikowi możliwość poczucia sedna i serca opowieści. Lata dziennikarskich doświadczeń i działania w obrębie słowa procentują. Są napięcia, są opisy, są kulminacje. I jest twist, że czytelnik pyta siebie-ale jak to?  

W "Katharsis" autor zaczyna od wojny w Grecji, by potem opowiedzieć o kopalniach uranu w Kotlinie Kłodzkiej i królu przemytu z Gdyni. Rozwija i plącze losy Polaków i Greków, którzy w Polsce Ludowej znajdują swoja nową ojczyznę. Opowiada o Sacharynie, przedwojennym królu półświatka, który i po wojnie wie, jak się ustawić.
Saga kryminalna ma to do siebie, że łączy prywatne losy bohaterów z zagadką i panoramą czasów. Panorama jest tu bardzo szeroka, bo obejmuje i ogarniętą wojną Grecję i powojenną Polskę, zapuszcza się nawet do Kairu. Losy Sacharyny, członków rodziny Tosidosów i pozostałych postaci łączą się, tworząc sieć, czasem dość nieoczywistych, powiązań osobistych, historycznych i politycznych. Tajemnic jest tu kilka i trochę jak w greckiej tragedii gra toczy toczy się o poznanie i tytułowe oczyszczanie (a nie tylko uranowy skarb). 
Przed "Katharsis" czytałam "Kołysankę" i tam też autor łączył światy i historię, przy czym była to rzeczywistość historycznie bardziej odległa w czasie, bo XIX wieczna. W "Katharsis" historia jest rozpisana na bliskie siebie pokolenia, co daje jeszcze więcej wewnętrznej dynamiki. I chociaż nie jestem fanką skandynawskich sag kryminalnych, w których śledzi się życie policjantów, a gdzieś tam w tle toczy się akcja kryminalna, to typ narracji, który wybrał Siembieda, czyli losy rodzin z mocno tajemniczym, momentami sensacyjnym twistem, bardzo mi odpowiada. 

Maciej Siembieda. "Katharsis". Wyd. Agora. Warszawa 2023.

środa, 12 czerwca 2024

"Strzały w Stonygates" panna Marple wyjaśnia


 Czytam Christie. Ot kryminał. Ale nie tylko. Także wycinek pewnej rzeczywistości.   Świata, który ma być (tak przynajmniej informują media), ma być przepisany na nowo.  Poprawiać czy nie?

Lubię Christie. Czytam jej powieści dla relaksu.  To nie jest tak, że do relaksu potrzebuję zbrodni. Chodzi raczej o świat Christie: intrygujący, zapełniony ciekawymi postaciami, humorem i metodycznym odkrywaniem winowajcy. Świat, który choć wzięty w powieściowy nawias, jest w jakimś stopniu prawdziwy.
"Strzały w Stonygates", książka, która czytałam na tyle dawno, że nie pamiętałam rozwiązania zagadki. I kolejna przygoda Jane Marple, która jest tu aktywną postacią, bo wszyscy wiemy, że w niektórych powieściach pojawia się dość późno i z kącika podaje rozwiązanie zagadki. Tu Jane Marple, na prośbę przyjaciółki jedzie to Stonygates, bo przyjaciółka czuje, że coś złego dzieje się w domu jej siostry. I faktycznie. Są podejrzenia o otrucie i  zbrodnia, gdy słychać  tytułowe strzały (które stają są częściowo kluczem do rozwiązania zagadki).  Tym, co zwraca uwagę w powieści jest atmosfera podskórnych oskarżeń, tajemnic, wątpliwości.  Christie gra ludzkimi charakterami - pozornie nieświadomą niczego panią domu,  zazdrosną o przyrodnią córkę siostrą, zalotną wnuczką. Do tego pojawia się wątek spektaklu, który tworzy kilku bohaterów i choć czytelnik nigdy nie trafia na próbę lub za kulisy, to  atmosfera  tworzenia pozorów, grania ról bardzo mocno wybija się w tej powieści.
Pobocznym wątkiem jest praca nad resocjalizacją młodzieży. Gdzieś przeczytałam, że  spojrzenie Christie na to zagadnienie jest  anachroniczne. A jakie ma być, skoro to powieść wydana w 1952 roku? I muszę przyznać, że zaufanie do świata przedstawionego jest jednym z powodów, dla którego  wracam do Agathy (oraz do Austen czy Prusa). Książki, których akcja dzieje się w czasach współczesnych twórcy pokazują tamten świat.  O ile pisząc powieść historyczną trzeba sprawdzić, czy wtedy już były  telefony, telegramy itp., pisząc to, co dzieje się tu i teraz nie trzeba się zastanawiać, czy bohater ma  wysłać maila  czy posłać gońca, to oczywiste.  Tak samo czytając powieści Christie widzimy, jak zmienia się opisywany przez nią świat i nie jest to zmiana, której ona dokonuje, ale którą, bez przypisów, odnotowuje. Po prostu widać, że bohaterowie powieści z lat 20. żyją w innej rzeczywistości niż ci z końca lat 50. Bez wykładu z historii widzimy, jak zmienia się rola kobiet, a bohaterami  zamiast arystokracji staja się hipisi.  I za to bardzo Christie lubię-za nadążanie za światem, w którym osadza swoje powieści, a rodzaj zaufania  jest kolejnym elementem relaksu z książką.  Korzystam, póki mogę. Póki Agathy nie przepiszą na nowo. 
 
Agatha Christie. "Strzały w Stonygates".  Przeł.  Beata Długajczyk. Wyd Dolnośląskie. Poznań 2024.


środa, 5 czerwca 2024

"Times New Romans" nic nowego w świecie romansu


Książka jest miksem  popularnych motywów- są więc przyjaciele z dzieciństwa, których przed laty rozdzieliły trudne wypadki. A że oboje są wziętymi autorami - on romansów, ona kryminałów, pojawia się pomysł na wspólną powieść i  akcję promocyjną opartą na ich romansie.  

 Pomysł dobry jak każdy inny z arsenału komedii romantycznych, tym bardziej, że parę do siebie ewidentnie ciągnie, a o procesie twórczym zawsze fajnie poczytać. Tyle tylko, że o pisaniu jest tu malutko, a cała historia jest rozwleczona na prawie 600 stron, podczas gdy dałaby się zamknąć w 200. Pomysł z opisywaniem sytuacji z punktów widzenia obojga bohaterów byłby dobry, gdyby te perspektywy czymś się różniły, natomiast miałam wrażenie przedrukowanych stron.  Siłą takich książek powinni być bohaterowie, których się po prostu lubi. Theo  ze swoim pomysłem „rozkocham ją po latach” wydał mi się nieprawdziwy. Wybacz Theo.  Natomiast  zachowanie i motywacje Ellie trudno zrozumieć, bo gdy po już 300 stronach dowiadujemy się, dlaczego tak nierozłączni przyjaciele z dzieciństwa  zerwali kontakt, to pierwszym pytaniem jest- dlaczego ta dorosła kobieta nie zrobiła nic, by wydarzenia z przeszłości przepracować i uwolnić się od „nienawiści” (słowo wg mnie mocno w kontekście tej książki na wyrost). To kolejna historia, której by nie było, gdyby jej bohaterowie  porozmawiali ze sobą.   

Język powieści jest prosty (czasem aż za), dowcip dyskusyjny(ile można jechać na prostych, dwuznacznych skojarzeniach, a Theo nazywając Elle najbardziej złośliwą zdradza, że spotkał mało  inteligentnie złośliwych kobiet). Plot twist zaskoczył, ale (spoiler!) najbardziej tym jak bardzo oderwany od całości  jest ten gangsterki element. „Times New Romans” miał być wg polecających go bookstagramerek uroczy, błyskotliwy i zajmujący. Dla mnie nie był.  Może jestem za stara na takie książki. Może lekką rozrywkę pojmuję inaczej ( czy tłumaczy mnie wybór „Masz wiadomość” jako ulubionej filmowej komedii romantycznej?). Może  jestem nudziarą, wymagając od ludzi z karierą i dorobkiem pisarskim umiejętności rozmowy i rozwiązywania problemów.

 W jednej z niewielu rozmów o książkach  Theo mówi o przepisie na idealną powieść i zaznacza: „musimy się okazać warci ich czasu”.   Z przykrością stwierdzam, że mojego nie byli.

Książka powstała na Wattpadzie. Pomysł na platformę, gdzie pisać każdy może jest  świetny. Tyle tylko, że nie wszystko, co dobrze wygląda jako odcinek komputerowej historii nadaje się na wydanie w formie książki.  I to jest zdanie nie jest tylko moje- starej nudziary, ale także studentki, z która jakiś czas temu rozmawiałam o fenomenie „łotpadówek”. 

 Współpraca z wydawnictwem w wyniku akcji na portalu Lubimy Czytać.

 Julia Biel, "Times New Romans". Wyd. Media Rodzina. Poznań 2024.