Jedna z bohaterek powieści w czasie pandemii robi bilans snów, czyli swoich miłości, który jej znajoma nazywa bilansem ofiar.
I o tym była dla mnie ta powieść. O kobiecych snach: marzeniach o miłości, macierzyństwie, rodzinie, wolności oraz o ofiarach: o przemocy, rytualnych okaleczeniach, o wizji, która już nie jest ich, ale którym mają się podporządkować, o stereotypach (rasowych, politycznych, dotyczących płci).
Cztery różne historie, cztery różne kobiety. Kilka wspólnych mianowników, bo sny mogą być podobne, a bycie ofiarą zawsze boli. Do tego zderzenie snu o Ameryce i snu o Afryce, z tym, co kraje mogą robić tym, którzy (i które!) tam mieszkają. Najciekawsze było dla mnie to afrykańskie spojrzenie: różnicujące poziomy ekonomiczne, zasady, koloryty opowieści. Do tego czas, gdy pandemiczne wyhamowanie potęgowało lęki, ale chciało dać też nadzieję bohaterkom.
Ale nie chwyciła mnie ta książka w kleszcze. Były sceny, które zostaną, ale bardziej przez temat, który, niestety zawsze, wbija w fotel (przemoc, okaleczania). I gdy zastanawiałam się dlaczego nie dołączę do chóru zachwytów, zrozumiałam.
Lubię drugi plan. Te postaci, które wpadają w życie głównych bohaterów ze swoją historią. A tu były protagonistki i epizodyści (nawet jeśli postaci miały jakąś rolę do wykonania to spełniały ją bez wniesienia elementu swojej historii). W szeregu facetów przechodzących przez życie bohaterek, ich stereotypowych szefów, koleżanek z imprez, pojawiły się siostra i córka bohaterek, które miały swoje krótkie historie. I tego mi brakowało-drugiego planu, który dopełnia główne losy, który daje dodatkowe wątki i wewnętrzny ruch, bo w większości mamy tu pojedyncze historie, które muszą napędzić wydarzenia z życia głównych bohaterek.
Cieszę się, że przeczytałam, zapamiętam nazwisko (to była moja pierwsza afrykańska autorka), ale po fali zachwytów chyba liczyłam na coś więcej. Tak wypada mój bilans tej lektury.
Chimamanda Ngozi-Adichie "Bilans snów". Przeł. Kaja Gucio. Wyd. Filia Poznań 2026.






.jpg)