środa, 29 kwietnia 2026

"Shakespeare. Stwarzanie świata" o światach Willa


 Czy geniusz tworzy swój świat, czy świat tworzy geniusza?

Shakespeare, Da Vinci, Mozart. Podziwiając dzieła wybitnych twórców często używamy słowa geniusz i na tym kończymy. A geniusz nie istnieje w próżni, wzrasta w otoczeniu, coś bierze, od czegoś się odcina, coś zmienia. I właśnie o tym, że świat Shakespeare'a - świat komedii i tragedii, świat, który bawił i wzruszał królów i tych, których stać było najtańsze miejsca na parterze, łączy się z historią pisarza, pisze Greenblatt.

Jego książka to fascynujące połączenie biografii i eseju. To łapanie faktów, dat i dokumentów (których wcale nie ma za wiele) i łączenia ich z domysłami, kontekstami i tym, co było możliwe lub prawdopodobne. I tak na kilkuset stronach tej gęstej narracji mamy reformację, rzemieślników ze Stradfordu,  konkurencję trup londyńskich, zmiany na tronie i procesy czarownic. Mamy wciąż jeszcze obecne w XVI w. elementy średniowiecznych moralitetów i misteriów oraz zapożyczenia z dzieł kolegów (to nie były czasy walki o prawa autorskie), mamy antyk, legendy i kroniki. 

To książka fascynująca, ale wymagająca uważniej lektury. Obok siebie cytowane są zdania Shakespeare'a i Marlow'a,  przy  spojrzeniach na wątki czarów czy miłości wędrujemy między różnymi tytułami, zatem autor wymaga podążania za jego tokiem myślenia i interpretacji (czy cieszyło mnie, że mamy zbieżne spojrzenie na relację państwa Makbetostwa? Bardzo! To jest rzeczywiście najbardziej znająca się wzajemnie szekspirowska para!). 
 W poszukiwaniu tego, co świat dał Willowi i co Will zmieścił w świecie swoich dramatów idziemy ścieżką chronologiczną, ale rozgałęziającą się na przeszłość i przyszłość, więc trzeba uważać i być gotowym, bo droga ma swoje kalendarzowe, osobowe i teatralne uskoki. Jak na tyle wątków jest to droga uporządkowana, ale nie bez zakrętów, więc trzeba lubić zbaczać z trasy dla lepszych widoków.

Dla mnie to bardzo wciągająca przygoda, po której mam ochotę na teatr, bo tym, na co zwraca uwagę autor jest właśnie teatralność dramatów mistrza ze Stratfordu, w których (zwłaszcza w późniejszych) pojawia się "zasada planowanej nieprzejrzystości". Pozwala ona widzom nie wiedzieć wszystkiego o postaciach (co jest scenicznie szczególnie logiczne, bo te pojawiają się na naszych oczach na chwilę, w jakimś momencie, widzimy je i ich działania: tu i teraz), a reszta, jak dopowiada sam szekspirowski bohater "jest milczeniem", a to bywa niejasne. Planowana nieprzejrzystość jest niezmiernie ludzka, ale i bardzo teatralna. Shakespeare dał sobie współczesnym i kolejnym pokoleniom możliwość nie bycia pewnym motywacji postaci i zastanawiania się nad pewnymi rzeczami na różne sposoby, czytania ich przez różne światy. Ale był człowiekiem swoich czasów: zasad społecznych, polityki, literatury i śledzenie tego, co autor wychwytuje ze świata Shakespeare'a w jego dziełach jest, także dzisiaj, fascynujące! 

Nie zaskoczę tym, że dużo więcej frajdy miałam z czytania o tych dramatach, które znam (im lepiej, tym frajda większa), bo wtedy konteksty konkretnej frazy czy sceny dużo lepiej grają z całością. I bardziej trafiały do mnie np. opowieści o Hamlecie, Śnie (mój pierwszy Szekspir na widowni), Makbecie, Learze, Wieczorze trzech króli, Otellu czy Złośnicy (mój pierwszy Szekspir na scenie) niż akapity o różnych Henrykach (w których się gubię).  Mam wrażenie, że pozycja Greenblatta nie jest książką na szekspirowskie "dzień dobry", jest książką "co nowego słychać Willu, stary druhu". I jest przygodą! 
 
 Warto dodać, że spore części cytatów są podawane w oryginale i po polsku, co dla lingwistów jest na pewno dodatkowym smaczkiem. 
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.
 
Stephen Greenblatt. "Shakespeare. Stwarzanie świata". Przeł.  Barbara Kopeć-Umiastowska. Wyd. Znak Literanova. Kraków 2026.  
 

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

"Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału" jak Agatha stała się Christie

 


Jeśli myśląc o Agacie Christie widzicie starszą, siwą panią otoczoną przez książki, to powieść biograficzna Susanne Lieder może zmienić optykę. Opowiada o młodości przyszłej pisarki, pokazuje dziewczynę szukającą własnej drogi i młodą kobietę spragnioną miłości. To Agatha u progu życia, marząca o karierze muzycznej i uczuciu jak z romansu. To też dziewczyna tworząca historie. Wreszcie osoba, której życie zmienia I wojna. Pierwsze próby literackie, poszukiwanie wydawcy, zniechęcenie, a wreszcie kontrakt i wkroczenie na ścieżkę pisarską.

Lieder pokazuje, jak Agatha stawała się tą Christie i jak wiele zawirowań, także osobistych, czekało pisarkę w pierwszych latach. To też opowieść o dziewczynie zakochanej w chłopaku, który był jej przeciwieństwem, o pracy w szpitalu, aptece (te trucizny!) oraz budowaniu życia w nowej rzeczywistości i łączeniu ról żony, matki i pisarki.
Dla Lieder początkiem opowieści i jej kulminacją jest rok 1926, w którym Christie traci ukochaną matkę (relacja matki i córki to najlepszy wątek książki), dowiaduje się o zdradzie męża i wydaje jedną ze swoich najbardziej znanych powieści "Zabójstwo Rogera Ackroyda" (o kontrowersjach, jakie wywoła powieść jest moim zdaniem za mało). W 1926 nastąpiło też słynne zniknięcie Christie na 11 dni, będące powodem plotek i domysłów, którego jednoznacznego powodu chyba nigdy nie poznamy*. Lieder o tym wydarzeniu wcale nie wspomina, co mnie trochę dziwi. 

Autorka odrobiła lekcję, pisze o postaciach historycznych, wprowadza nawet do myśli Agathy jej bohaterów, ale mam wrażenie, że to powieść zlecona, a nie napisana przez kogoś, kto jest fanem Agathy i dużo o niej wie (autorka w przedmowie przyznaje, że przed rozpoczęciem pracy wiedzę o Christie miała ograniczoną). Czyta się lekko (momentami można kręcić nosem na powtórzenia) i gdy ktoś zupełnie nie zna biografii Christie na pewno pozna kilka faktów i może dać się zaskoczyć jej osobowości. Natomiast jeśli ma się na koncie lekturę kryminałów Agathy i paru jej biografii, powieść nie wniesie niczego nowego. 

Christie wyprzedziła innych:  napisała autobiografię. Stała się inspiracją powieści i filmów, Literaturoznawcy  i biografowie badają jej życie i analizują twórczość. To się nie skończy! Nastolatka, którą trema zjadała przed publicznymi występami i która założyła się z siostrą, że potrafi napisać historię kryminalną na pewno się tego nie spodziewała!
 
 *Ciekawe rozwiązanie proponuje Marie Benedict w "Zniknięciu pani Christie" 
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.   
 
 
 Susanne Lieder. "Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału".  Przeł. Barbara Niedźwiedzka. Wyd. Marginesy. Warszawa 2026.  
 

środa, 8 kwietnia 2026

"Uroczy kwiecień" urocza opowieść

 

Gdy pracowałam w mojej pierwszej bibliotece nie było tygodnia, by ktoś nie mówił o "Zaczarowanym kwietniu". Jako nieliczni mieliśmy tytuł w księgozbiorze, więc przyjeżdżali po niego ludzie z całego miasta. Nie zliczę ile osób mi go polecało, ale przez to, że błyskawicznie przechodził z rąk do rąk i był wypożyczony, nigdy po niego nie sięgnęłam.


Informację o nowym wydaniu "Uroczego kwietnia" przyjęłam z ekscytacją i obawą (bo co będzie, jeśli wyczekana książka będzie tylko ramotką sprzed 100 lat?).
Książka jest urocza. Dowcipna, spokojna i po prostu życiowo mądra. Ktoś powie: tak już się dziś nie pisze. Odpowiem: i szkoda!

Dwie Angielki chcą uciec od swojego przewidywalnego życia małżeńskiego. By wynajem willi był tańszy, na miesiąc we Włoszech poszukują współlokatorek, zostają nimi młoda arystokratka, czująca się znudzoną famme fatale oraz starsza dama, wspominająca swoich sławnych, dawnych, nieżyjących już znajomych. Początkowo pobyt nie zapowiada żadnych zmian, poza zmianą pogody. Ale spędzane razem dni, przyjazd mężów (i nie tylko) dokona przemiany w każdej z pań.

Autorka kilkakrotnie powtarza znane (choćby z "Pigmaliona"), acz warte przypomnienia twierdzenie, że stajemy się takimi, jak traktują nas inni. Wejście w nowe towarzystwo i miejsce daje szansę do odnalezienia w sobie nowych sił i powrotu do tego, co kobiety kiedyś w sobie ceniły, a co zniknęło od natłokiem obowiązków i zmartwień. We Włoszech czują "jak gdyby lada chwila miały puścić pędy". To zazielenienie się u każdej przebiega ciut inaczej, arystokratka zrzuca maskę zblazowanej kobiety, o której wszyscy marzą, żony odnajdują w sobie panieńskie marzenia, a starsza dama luzuje wiktoriański gorset. Dzieje się to, czego wszyscy (łączenie z czytelnikami) chcą. Jednocześnie zostajemy w świecie międzywojnia, bez nadmiernych szaleństw, a romans możliwy jest tylko z własnym mężem. Bo to też trochę opowieść o własnych wyborach i ludziach obok.

 Podobała mi się lekkość opisu, dowcip, wyzierająca z narracji znajomość życia i charakterów. Czuje się, że książkę pisała kobieta niemłoda i z bagażem doświadczeń, które pozwalają na spojrzenie bystre, uważne i przewidujące przyszłość. Można pewnie tej książce zarzucić naiwność, to, że do takich zmian potrzeba czegoś więcej niż miesiąca włoskiego nieba. Ale ja tę historię kupuję, także rozumiejąc wyjazd pań jako kolejny krok w ich pragnieniu oderwania się od powtarzalnego życia, w którym nic ich, ani one nikogo nie zaskoczą.
Myśl o tym, że ludzie, których traktujemy jako nudnych, nieciekawych, zgorzkniałych, tacy się stają, ma w sobie, niestety, wiele prawdy. Ta książka to, poza wiosenną opowiastką o wakacjach od życia, przypomnienie, że to, co my zobaczymy w sobie, dostrzegą też inni. A takie rzeczy warto powtarzać. Czytelnicy mieli rację:takiego kwietnia potrzeba bez względu na porę roku.

Nie zachwyca mnie okładka- Włochy, lata 20, tu naprawdę można graficznie poszaleć, a okładka jest nijaka i nie łapie retro uroku, bijącego z tekstu. Ilustracje z AI widocznie go nie czują...
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.
 
Elizabeth von Arnim. "Uroczy kwiecień". Przeł. Adriana Sokołowska-Ostapko. Wyd. Znak Koncept.  Kraków 2026 

środa, 1 kwietnia 2026

"Wymieranie Ireny Rey" Nasza Pisarka znika w puszczy

 

Kto baczy na tłumaczy?


Ewa Lipska w ubiegłym tygodniu na spotkaniu w Bibliotece Raczyńskich powiedziała, że jej wiersz, przetłumaczony na inny język, jest już nie tylko jej tekstem, ale także tłumacza. Mam wrażenie, że nasza, czytelników, świadomość związana z wagą pracy tłumaczy rośnie, czego widocznym znakiem są ich nazwiska na okładkach oraz dyskusje np. na temat nowych przekładów klasyki.

Jennifer Croft, tłumaczka m.in. Olgi Tokarczuk zaprasza nas do Białowieży, gdzie spotykają się tłumacze polskiej Naszej Pisarki Ireny Rey, by pracować nad przekładem nowej powieści. I pewnie praca szłaby sprawnie i zgodnie z ustalonymi zasadami (które mają w sobie sporo z sekciarstwa) gdyby nie fakt, że pisarka znika.

Kryminał ekologiczny, zestaw nawiązań do pisarzy w tym do (oczywiście!) Tokarczuk, powieść o przekładzie (i o tym, czy da się przełożyć Leśmiana?), tekst dialogujący z samym sobą przez przypisy od (a jakże!) tłumacza. I gra z czytelnikiem, która zaczyna się od przedmowy tłumaczki na polski, którą wcale nie jest Kaja Gucio (rzecz na nasz język tłumacząca)... Do tego jesteśmy w powieści pisanej o niedalekiej przyszłości, (która w momencie czytania będzie teraźniejszością lub przeszłością), w zagubionym i odnalezionym tekście, którego tłumaczka jest jednocześnie bohaterką. W tym szaleństwie jest sporo metody i pomysłów. Np. to, że tłumacze zyskują osobowość i imiona dopiero po jakimś czasie. Ale bywa też nierówno, bo jest też trochę dłużyzn i miejsc, które brną w ślepe uliczki lub pozostawiają uczucie niedosytu (mitologia słowiańska i wątek grzybów, które moim zdaniem można było jeszcze poszerzyć).

To, co czytało mi się najlepiej i najciekawiej to fragmenty o tłumaczeniu, (nie)przekładalności słów i znaczeń. To, co unaocznia czytelnikowi procesu powstawania nowego tekstu na podstawie dzieła już skończonego. Intrygujący był też kult Naszej Pisarki i pokazanie mechanizmu wpływania na grupę. 

 "Wymieranie Ireny Rey" było dla mnie ciekawym eksperymentem formy i treści. Jednak ze względu na nierówność nie powiem: biegnijcie do bibliotek! Chociaż, gdy (bardzo dobra!) okłada rzuci Wam się w oczy na półce, można zrobić ten eksperyment na sobie.
 
Jennifer Croft, "Wymieranie Ireny Rey". Przeł. Kaja Gucio. Wyd. Pauza. Warszawa 2025.  
 
 

czwartek, 26 marca 2026

"Znikająca księgarnia pod kwitnącą wiśnią" o zapisanych słowach

 

"Zapisując po prostu w książce słowo "wieczność", można stworzyć nieskończoną przestrzeń czasu, a słowo "nieskończoność" usuwa wszelkie granice. Słowa mają ogromną moc."
 
Jestem wielbicielką słów. Wierzę w ich moc stwarzania i burzenia. W trwanie "wieczności" i mgnienie "momentu". 
 
Pewnie dlatego książki, w których pojawia się moc słów i opowieści mają u mnie punkty na wejście. "Znikająca księgarnia pod kwitnącą wiśnią " jest miejscem niezwykłym, gdzie trafiają ludzie czytający tę samą książkę co księgarka i mogą spotkać się z kimś z przeszłości. Spotkanie przynosi ulgę, nadzieje, utulenie. A czytana książka (np. „Mały Książę” lub „Piotruś Pan” jest też dodatkowym kontekstem do opowieści o stracie, chorobie, dorastaniu i braku wsparcia.
 
Jak to bywa w japońskich comfort bookach mamy tu poruszone tematu trudności życia, ale bez ich nadmiernego eksplorowania, autor skupia się na tym, co dobrego może wynieść z doświadczenia bohater i czytelnik, daje nadzieję i otuchę. Nie obiecuje, że będzie łatwo, ale że czas (a może i literatura) pomogą w zmaganiach z życiowymi wyzwaniami. 
 
Cztery historie, które łączy tajemnicza księgarnia. Postaci w różnym wieku, z problemami swoich lat i niosący też problemy innych. Tym co wyróżnia tę książkę są ostatnie strony, w których pojawiają się świat literatury, magia postaci, która może być jednocześnie matką, córką i kimś jeszcze innym. Na tych stronach, kiedy autor tworzy książkę w książce daje o sobie znać ten rodzaj napięcia, który część czytelników (w tym ja) bardzo lubią: gra z tekstem, bohaterem i zwielokrotnienie światów, które są kolejnymi warstwami opowieści. I za to duży plus. Mały minus za styl, który momentami sili się na poetyckość (niepotrzebnie).
 
Gdy wiele się dzieje czytam mniej i chętnie sięgam po książki, które dają spokój. Ta książka go daje, jest literaturą typową wytchnieniową, która pozwala uspokoić myśli i po raz kolejny uwierzyć w moc słów. A przy okazji zainteresować też literaturą japońską, bo chce się googlować tytuły książek, które otwierają bohaterom bramy księgarni.
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.  
 
 Takuya Asakura "Znikająca księgarnia pod kwitnącą wiśnią ". Przeł Anna Hikiert-Bereza. Wyd.  Harper Collins Polska.  2026

piątek, 6 marca 2026

"Brooklyn" taki obyczaj

 

Najpierw książka czy film?
Staram się najpierw czytać, ale nie zawsze wiem o literackim pierwowzorze. Tak było z "Brooklynem". Film obejrzałam kilka lat temu I, stosując nomenklaturę pani z dawnej osiedlowej wypożyczalni DVD/VHS (ktoś to jeszcze pamięta?) powiedziałabym " to taki obyczaj".
Fala zachwytów towarzysząca wznowieniu powieści Tóibína przekonała mnie do wyczekania na książkę w bibliotece i lektury.
I to też był "taki obyczaj". Przy czym nie jest to wcale określenie deprecjonujące, bo patrząc szerzej, większość wielkiej klasyki "to takie obyczaje" (Karenina, Austen, Bovary, W stronę Swanna).
W kontekście tej powieści obyczaje są o tyle istotne, że bohaterka staje na styku kultur. Irlandia lat powojennych.  Eilis decyduje się wyjechać z rodzinnego miasteczka do Brooklynu (właśnie: do, a nie: na), by tam szukać pracy i szczęścia. Początkowe dni spędzane w pracy, parafii i niezbyt okazałym pensjonacie zmieniają się w zwykłe i coraz barwniejsze życie, zwłaszcza gdy Eilis  zaczyna uczyć się sztuki rachunkowości i poznaje syna włoskich emigrantów. Ale, jak to w obyczaju, gdy wszystko idzie za dobrze musi się coś stać. I znów Eilis rusza w drogę, a potem musi zdecydować który kierunek ostatecznie wybierze. I te ostatnie części, gdy lepiej znamy bohaterów i przyglądamy się wyborom dziewczyny podobała mi się najbardziej. Było tu zderzenie światów, jakieś rozdarcie w bohaterce, napięcie dotyczące tego, jaką decyzję podejmie. Nie czekałam na ten wybór z zapartym tchem, bo z filmu pamiętałam zakończenie, zatem bardziej mogłam skupić się na pokazaniu tych rozterek i tworzeniu Eilis już nie tyle dorastającej, co dorosłej, biorącej odpowiedzialność za siebie i własne wybory. I jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej, w tomie drugim, bo ta opowieść domaga się dopowiedzenia.

Jest w tej historii dużo powietrza. Miejsca na dowyobrażenie siebie ludzi, miejsc i sytuacji. Nie jest to narracja gęsta i przytłaczających, jest to płynąca opowieść o dorastaniu, siostrach i matce, o koleżankach z pensjonatu, o emigranckiej społeczności i wchodzeniu w nowe miejsce. O kontrastach ludzi, uczuć i miejsc. 
Czekam na ciąg dalszy, bo powieść mnie może nie zachwyciła aż tak, ale dała dużo dobrej lektury i zostawiła w miłym oczekiwaniu na ciąg dalszy. Czy nie o to chodzi w takim obyczaju? Zwłaszcza, gdy osadza się w bardzo konkretnym miejscu i czasie jak  powojenny Brooklyn.
 
 Colm Tóibín "Brooklyn". Przeł Jerzy Kozłowski. Dom Wydawniczy Rebis. Poznań 2009. 


czwartek, 26 lutego 2026

"Przeklęte klejnoty" mają głos

 


We własnych biżuteryjnych zbiorach najbardziej lubię to, że za każdą ozdobą stoi jakiś człowiek lub sytuacja. Bo rzeczy nabierają znaczenia z własną historią.


Niektórym klejnotom nie trzeba dopisywać opowieści, bo ich losy i tak są fascynujące. "Przeklęte klejnoty" to wędrówki po krajach, dworach; okresach, gdy o danym kamieniu nagle zrobiło się cicho. To opowieści o Królu Słońce Elżbiecie I, królowej Wiktorii, Romanowach, które łączą historię z legendami (często zaskakująco zbieżnymi z historią innych kamieni). Bo zwykle zaczyna się od tajemniczej kradzieży... a potem to już różnie.

Hope, La Paregrina, Regent, Koh i noor. Autorka śledzi losy słynnych precjozów. Opowiada o kolejnych właścicielach i tropi, czy zła sława to tylko wymysł, czy też rzeczywiście, gdy ozdoba znalazła się w szkatule, właściciela zaczęły spotykać niepowodzenia. Ale ta na poły magiczna otoczka przeklętych diamentów, perły czy rubinu to tylko element historii, która prowadzi czytelnika przez dwory Anglii, Hiszpanii, Francji czy Rosji do bogatych domów dziedziców amerykańskich fortun czy do samej Elizabeth Taylor. Historia przedmiotu jest pretekstem do opowieści o rodach królewskich, strategicznych małżeństwach lub tych związkach, które były wbrew wszystkim. Kamienie szlachtę są dowodami miłości, zastawem lub pamiątką. Elementem stroju utrwalanym na portretach (niestety w książce czarno-białych), symbolem władzy lub znakiem pamięci. Częścią inwestycji, która czasem przepada bez wieści. 

Szczególnie intrygujący był niemal sensacyjny rozdział o aferze naszyjnikowej i całej intrydze, która pomogła wywindować do zaszczytów zwykłą pannę, a oferowany Marii Antoninie naszyjnik był jednym z kamyczków w ogrodzie rewolucji.
Ana Trigo świetnie łączy fakty, daty i historyczne opisy z ciekawostkami dot. samych kamieni i jubilerskiego rzemiosła. A klejnoty są tu punktem łączącym fakty, ludzi i ich emocje.
Czasem w muzeach przewodnicy rzucają: gdyby te eksponaty mogły mówić. Klejnotów zamknięte w Luwrze, Tower, Smithsonian Institution, skrywane w prywatnych, nieznanych nam sejfach, dzięki tej książce właśnie zyskały głos.
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.  

Ana Trigo. "Przeklęte klejnoty. Opowieść o miłości, zdradzie i chciwości". Przeł. Ewa Ratajczyk. Wyd. Znak. Kraków 2026