Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminal tango. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminal tango. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lipca 2026

"Trzy zagadki dla organizacji" i dużo więcej groteski


 Przyznawać się! Kto chciał być tajnym agentem?

Ja chciałam (naoglądałam się Bonda we wczesnych latach nastoletniości...). Czy członkowie Organizacji z książki Mendozy chili być agentami, nie wiadomo, ale tak jakoś wyszło, że nimi zostali. Czy Organizacja jest podobna do MI6? Nie. Czy szef jest jak M? Nie. Czy to źle? Nie! 

Mendoza ponownie zaprasza do Barcelony z jej przedziwnymi zakamarkami, biurami, fabrykami, hotelami (nie ma zakładu fryzjera damskiego) i do świata, w którym króluje groteska. To nie jest świat dla wszystkich. Poszukujący typowego kryminału mogą czuć się rozczarowani, bo choć jest tu zagadka (a nawet trzy), śledztwo, a także mowa wyjaśniająca (kto ją przedstawia to już inna sprawa) to w nastroju powieści dominuje humor, przygoda i momentami farsowy mechanizm śnieżnej kuli, która porywa bohaterów w coraz bardziej szalone przygody. Są więc pościgi (ale takie nie za szybkie), zamykanie w starych budynkach (tylko, kto kogo zamyka), zmienianie tożsamości (utrudnione, gdy jest się garbatym, albo ma się charakterystycznego psa), a przede wszystkim przeświadczenie, że trzy pozornie bardzo różne sprawy ( śmierć turysty zaginięcie milionera i kłopoty fabryki konserw) są ze sobą powiązane.
Mendoza zabiera w szaloną podróż, mruga okiem do mitu agenta i kpi (także z politycznej poprawności). Barwni bohaterowie, język z dowcipem na wielu poziomach (brawa dla tłumacza Tomasz Pindla!) i zestaw szalonych przygód (czy wszystkie są niezbędne dla rozwoju akcji? A kto powiedział, że mają  być!?)

Ale jest jeszcze coś, co (jako niedoszłej agentce) rzuciło mi się w oczy. Opowieść o samotności i potrzebie drugiego człowieka, bo i Szef, i Nowy (wyszedł z paki, nikt nie wie za co siedział), i Boni (agentki i zarazem sekretarka niszcząca od razu każdy dokument, by nie zostawiać śladu), i taksówkarz (" Jestem po prostu prostym Barcelończykiem, z zawodu taksówkarzem, z powołania humanistą, a aspiracje mam na tajnego agenta")i inni są w organizacji, w grupie, razem. I gdzieś poza tą szaloną zagadką (z podrabianymi listami papieża, w których pojawiają się cytaty z arii operowych), a także światem pełnym absurdów nie mniejszych niż zasady Organizacji, Mendoza pokazuje, że chcemy być razem.Także po to, by się śmiać.  Dla dobra świata i Organizacji. 
 
Za książkę dziękuję wydawnictwu.   
 
Eduardo Mendoza "Trzy zagadki dla organizacji" Przeł. Tomasz Pindel.  Wyd. Znak Literanova. Kraków 2026. 

środa, 21 maja 2025

"Czarcie ziele" flora i zbrodnia

 


Określać ludzi nazwami roślin. Ten delikatny, tamta fascynująca, inny niebezpieczny. Prof. Eustacia Rose, botaniczka specjalizująca się w roślinach trujących, dużo lepiej czuje się w świecie flory niż ludzi. Zwolniona z uniwersytetu pracuje w ogrodzie pełnym niebezpiecznych rośli, czasem śledzi przez teleskop sąsiadkę. Do momentu, gdy sąsiadka zniknie, a ogród zostanie zniszczony. Ale to nie będzie "Okno na podwórze". Eustacia Rose będzie zmuszona wyjść z domu i współpracować z policją, by oczyścić się z podejrzeń i rozwiązać zagadkę, w której ważną rolę odrywają nasiona trującej rośliny. A poza tym pojawią się sprawy z jej przeszłości.


Pomysł na "kryminał botaniczny" był ciekawy. Trujące rośliny i możliwości, jakie daje wykorzystanie pozyskiwanych z nich toksyn to ciekawy trop i sposób na urozmaicenie historii kryminalnej. Do tego mamy standardowego śledczego, zmęczonego życiem i robotą. I całkiem intrygującą bohaterkę-narratorkę, która unika ludzi, życie wspomnieniami o swoim ojcu oraz kobiecie, którą kochała. I nawet jeśli prof. Rose nie poszukuje sposobu na wyjście ze swojego badawczego kokonu, budowanego przez lata kariery naukowej, to i tak będzie musiała ruszyć naprzód, by bronić niewinności i konfrontować się z przeszłością.

Ale... bo jest i ale. Kryminał powinien mieć wewnętrzny nerw. Tu jest nieźle budowana atmosfera tajemniczego ogrodu i paru podejrzanych knajp, ale nerwu nie znalazłam. Postaci trochę się mieszają, bo jest ich sporo i to na kilku planach, a nie są charakterystyczne. I najgorsze - nie byłam ciekawa, kto zabił. Jak na kryminał - za mało napięcia i pulsu. Jak na coś bardziej obyczajowego z zagadką- za dużo zamieszania. Dałam książkę do przeczytania mojej Mamie-biologicy, czytelniczce i fance kryminałów. Powiedziała, że informacje o roślinach ciekawe, ale liczyła na więcej, a sama historia "była odkładalna" (bo jak wiadomo są książki, których absolutnie odłożyć się nie da). Lektury nie żałuję, ale z Mamą się zgadzam. Na dodatkowy plus bardzo ciekawy spis roślin na końcu.
 

A propos mojej Mamy.

Pożyczyłam od niej do zdjęć książki botaniczne. Zrobiłam fotę i dumna pokazuję efekt.
Mama: Ale koniczyna nie jest trująca.
Ja:Jaka koniczyna?
Mama: Obok tojadu masz rycinę koniczyny i ona nie pasuje, bo nie jest trująca. 
Ja: Bo mi kolorystycznie pasowała.
Mama: Weź konwalię. Jest toksyczna i ma kolorowe owoce.

I znów trudno się z Mamą nie zgodzić...
 
 
 Z książkę dziękuje wydawnictwu Znak Koncept. Współpraca barterowa.  

 Jill. Johnson. "Czarcie ziele".  Przeł. Małgorzata Kafel. Znak Koncept. Kraków 2025. 

czwartek, 10 kwietnia 2025

"Ostatnia zagadka" autor, aktor i Sherlock

 


Holmes, Poirot, Spade, Fandorin a może Wallander? 

Sporo jest literackich defektów, ale jednym z najsłynniejszych jest Sherlock Holmes. "Ostatnia zagadka" to kryminał pełen odniesień do przygód mieszkańca Baker Street, ale też powieść autotematyczna i rzut oka na powojenne Hollywood. 

Skoro za snucie opowieści zabiera się Perez-Reverte to wiadomo, że będzie pomysł. I warstwy. Na odciętej przez sztorm greckiej wyspie dochodzi do zbrodni. Wśród gości hotelowych jest znany z roli Holmesa angielski aktor i wszyscy zgadzają się, że do czasu przybycia policji, on może prowadzić śledztwo. Zatem aktor gra swoją rolę; a że był do niej świetnie przygotowany, kolejne przesłuchania prowadzą nie tylko do wniosków i podejrzeń, ale i kolejnych nieszczęść(wiadomo, zbrodnia działa łańcuchowo). Skoro aktor jest Holmesem, Watsonem może być inny gość: autor kryminałów. I tu tworzą się kolejne konteksty, bo panowie rozmawiają o konstrukcji kryminału, zasadach gry autora z czytelnikiem, o motywach wykorzystywanych przez Poe, Leroux i Christie. Pojawia się stylistyka noir, różne figury detektywów oraz mnóstwo nawiązań i cytatów z Holmesa. I kolejne poziomy, gdy bohaterowie mówią, jak rozwiązanie wyglądałoby w powieści, a czytelnik wie, że to właśnie(tylko lub aż) powieść. Do tego jest jeszcze aktor tak scalony z rolą, że przejmujący sposób dedukcji postaci. I aktor, przedstawiciel świata filmu, wspominający Gable'a, Granta, Holdena, widzący zmianę w grze Clifta i Brando oraz zdeterminowaną piękność Loren. Dla fanów dawnego Hollywood (a ja do nich należę) te smaczki nie tyle dodają, co wręcz budują nastrój całej historii. A nie wspomniałam, że postać owego aktora też ma swoje realne odniesienie.

I tak Perez-Reverte bawi się z czytelnikiem, a ja jako czytelnik bawię się doskonale. Bo jest zagadka, jest refleksja nad kryminałem: jego twórcą i czytelnikiem, jego odbiorem. Jest klimat roku 1960 budowany przez tytuły filmów i nazwiska gwiazd. Jest pomysł, styl i twist, a te elementy składają się w świetną całość. A do tego cytaty nie tylko z Conan Doyle'a i ten powieściowo-filmowy entourage w greckich (znaczących!) dekoracjach.

Czy będzie to najlepszy kryminał 2025? Nie wiem, ale w pierwszym kwartale nic go nie przebiło.


Za książkę  dziękuję  Wydawnictwu. Współpraca barterowa.


Arturo Perez-Reverte, "Ostatnia zagadka". Przeł. Katarzyna Okrasko. Wyd. ArtRage. Warszawa . 

piątek, 8 listopada 2024

"Panna Marple. 12 nowych historii." Nowe historie o starej znajomej

 


Nie jestem fanką opowieści o konkretnych postaciach, pisanych przez innych autorów. To dla mnie trochę skok na kasę, trochę próba wykorzystania znanego i lubianego świata. Ale trudno odmówić słuszności tezie, że takie działania przypominają o oryginale.

W przypadku opowiadań o pannie Marple postawiono na podwójny marketingowy sukces: odwołanie do Christie oraz 12 znanych (częściowo także w Polsce) autorek. Czy można w tak krótkiej firmie i tylu wytycznych ofiarowanych przez Agathę być oryginalnym? Nie. I nie o to chodzi. Tom to rodzaj hołdu dla Christie, zanurzenia w jej świecie i próba zmierzenia się z formową opowiadania (pierwsze wyzwanie), osadzonego w dość jasnym czasie i przestrzenie (drugie wyzwanie).

Ciekawe jest, że do tak jasnych wytycznych udało się podejść od różnych stron. Opowiadanie nawiązujące wprost do „Morderstwa na plebanii” (narratorem znów jest pastor), są powroty do popularnego motywu odwiedzania koleżanek ze szkoły, są podróże. Mam wrażenie, że Jane Marple nigdy jeszcze tyle nie jeździła po świecie, co w tej książce: Włochy, USA, statek do Chin. Jest też opis morderstwa, którego nie było, (całkiem w stylu Agathy). 

Czytałam książkę, gdy opadł już premierowy kurz. Czy przyznaję rację tym,  którzy kompletnie nie czują klimatu z Christe? Nie do końca, bo świat, w którym się obracamy ma sporo wspólnego z tym, który tworzyła Agatha, a panna Marple nadal jest bystrą obserwatorką, potrafi słuchać, zwraca uwagę na szczegóły i zna się na ludziach. Czy to jest jednak tak dobre, by pomylić z oryginałem? Trudno jednoznacznie orzec przede wszystkim dlatego, że opowiadania Christie o pannie Marple też mają różne poziomy i o ile w przypadku Poirota, opowiadania lubię, to z panną Janę wolę się spotykać w dłuższej formie.

Czy zatem ten eksperyment był potrzebny? Marketingowo - tak. Jeśli do dzieła Christie i klasycznego kryminału nawiązują tak znane pisarki jak Ruth Ware, Val McDermid i Elly Grifith, to jest nadzieja, że ich czytelnicy sprawdzą oryginał. To byłby ostateczny triumf Agathy Christie.

Panna Marple. 12 nowych historii. Przeł. Anna Szumacher. Wyd. Dolnośląskie.Wrocław 2023.  


środa, 30 października 2024

"Morderstwo w hotelu" na prowincji bez zmian

 

Zaraz listopad, miesiąc niesłusznie cieszący się złą sławą. Żaden inny nie daje takiego przyzwolenia na zaczytanie, na kocykowanie i oddawanie się lekturze. Na nowości, powroty do klasyki i kontynuowane serie. 

„Morderstwo w hotelu” już 4 przygoda księgarki Flory Steel i autora kryminałów  Jacka  Carringtona to historia, po której wiemy czego się spodziewać. Nie zaskoczy, ale i nie rozczaruje, a ja spędziłam w jej towarzystwie bardzo miły najdłuższy (dzięki zmianie czasu) wieczór w roku. 

Tym razem znów akcja toczy się w miasteczku Abbeymead, a jego prowincjonalny spokój mają zburzyć dwa wydarzenia: otwarcie hotelu w Klasztorze i uświetniający to koncert grupy grającej rock and rolla. Tyle że ostatecznym zburzeniem spokoju będzie jeszcze morderstwo. 

Flora i Jack, trochę się ociągając zaczynają prowadzić śledztwo. O ile w pierwszych tomach serii sporo poszlak i dowodów detektywi znajdowali przypadkiem, o tyle tu jest już jakiś sens i dedukcja.  Rozwijający się zmysł śledczy pary docenia nawet zawodowy policjant, namawiając ich do założenia agencji detektywistycznej. Nie ma też ratowania Flory z potrzasku, co wychodzi fabule na dobre. Tempo nie jest zawrotne, raczej można w spokoju  towarzyszyć bohaterom w ich  wycieczkach po miasteczku i okolicy, rozmowach z krewnymi i świadkami  i zbieraniu kolejnych części układanki.  Zgodnie z wymogiem kocykowego gatunku nie ma tu krwawych scen i naturalistycznych opisów (co mi zupełnie nie przeszkadza), a napięcie może nie trzyma w mackach, ale całość czyta się po prostu przyjemnie, bo autorce udało się stworzyć sympatyczną parę bohaterów i klimatyczne miasteczko z jego plotkami, sekretami i rozmowami przy herbacie. I jest scena w bibliotece, a to nie tylko element, który rozgrzewa serce, ale przede wszystkim pokazuje sposoby zdobywania informacji przed era internetu. 

Doceniam też smaczki z lat 50., takie jak nowy kryminał Christie trafiający do księgarni Flory czy wahania dziewczyny, czy wypada jej włożyć spodnie. Autorka zaznacza też różne podejście mieszkańców do nowej muzyki, głośnego grania i zachowania artystów.  I jest scena w bibliotece, a to nie tylko element, który rozgrzewa serce, ale przede wszystkim pokazuje sposoby zdobywania informacji przed erą internetu.  Słowem klimat lat 50.  jest tu budowany lekko i dodaje opowieści sporo uroku. Bo urok wbrew pozorom nie wyklucza się z detektywistycznymi powieściami.

Florę i Jacka coraz bardziej do siebie ciągnie i mam nadzieję, że kolejne tomy nie staną się zbyt obyczajowe, tym bardziej, że wśród dalszych miejsce zbrodni ma być biblioteka, a to już bardzo (zwłaszcza przez kolejne nawiązania do Christie), zobowiązuje.

 

O drugim tomie tutaj Morderstwo w zimowy dzień

 Merryn Allingham "Morderstwo w hotelu". Przeł. Ewa Ratajczak.  Wyd. Mondo. Kraków 2024. 

środa, 21 sierpnia 2024

"Zwierciadło pęka w odłamków stos" szukajac motywu


   Wróciłam do panny Marple, do historii, w której jest kilka leciutkich nawiązań do innych tytułów, a także  tajemnica zbrodni, w której dziarska staruszka jest bardzo widoczna, a sama intryga może zaskoczyć. Pamiętałam, kto zabił. Pamiętałam dlaczego i jak. Zatem czy kolejne spotkanie z tą lektura mogło być udane? Tak!

 I to nie tylko dlatego, że to moja komfortowa Agatha. Przede wszystkim dlatego, że znając rozwiązanie zagadki, skupiałam się na czymś innym. Po pierwsze na postaci panny Marple- w kilku historiach starsza mieszkanka St Mary Mead pojawia się tylko na chwilę, by rozwiązać sprawę, tu jest przez cały czas obecna, a jej boje z nadużywającą liczby mnogiej opiekunką są barwną częścią powieści. W historii ważną rolę gra znany z „Morderstwo odbędzie się…” inspektor Craddock, który z jednej strony prowadzi śledztwo, z drugiej relacjonuje wypadki pannie Marple. I te relacje są to niezwykle istotne, bo jednym z elementów zagadki jest dociekanie, co kto naprawę powiedział, a nie co ktoś dopowiedział. 

Ponieważ pamiętałam rozwiązanie, największą przyjemność sprawiło mi łapanie elementów, które mają prowadzić czytelnika do finału/wyprowadzić go w pole. Sprawa jest o tyle ciekawa, że nie mamy tu zbrodni planowanej, a taką pod wpływem chwili i czytelnik jest bardzo szybko świadkiem tragicznego wydarzenia, którego motyw poznaje zaledwie chwilę wcześniej. Tylko musi dojść, że to był ten moment i te słowa. Ponieważ to byłoby za proste na fabułę powieści, Christie dodaje cały zastęp potencjalnych podejrzanych, dodatkowe związki między postaciami i tajemnice z przeszłości, a tych jest kilka, bo bohaterami są ludzie ze świat filmu.  A cała historia dotyczy morderstwa popełnionego na raucie w nowym domu gwiazdy filmowej i jej czwartego męża. Jedna z mieszkanek St Mary Mead pada otruta, czy wypiła kieliszek przeznaczony dla aktorki? Kto i dlaczego chciał pozbawić życia kobietę? Co widział kamerdyner? Jak wyglądała twarz najlepiej określana przez poetyckie strofy?  I dlaczego zaimki są tak ważne?

 Śledziłam sobie rozwój akcji, rzucane fałszywe i prawdziwe tropy, prowadzone rozmowy, z których można było wysnuć różne wnioski.  I rosła moja sympatia dla Christie, bo de facto całą sprawę mamy rozwiązaną po kilkudziesięciu stronach, a potem jest tylko zacieranie śladów, które jest jednocześnie podrzucaniem kolejnych wskazówek czytelnikowi.  I może ciut przyczepiłabym się do końcówki, która rzecz wyjaśnia bardzo szybko, ale nie zmienia to faktu, że to czytanie kryminału z nastawieniem śledzenie ruchów pisarki, a nie zbrodniarza było ciekawym doświadczeniem. 

A poza tym Christie po raz kolejny pokazuje, że jest autorka każdych czasów, w których żyje i tym razem konfrontuje  miasteczko St Mary Mead z Osiedlem- dużym, nowoczesnym, z supermarketem zamiast miejscowego sklepiku. A jednocześnie okazuje się, że ludzie wszędzie są tacy sami, a emocje czy to na osiedlu, czy w rezydencji gwiazdy i spokojnym domku- równie mocne.

 Powracam do czytania kryminałów klasycznie, czyli nie znając rozwiązania, ale takie czytanie od drugiego końca polecam. Zwłaszcza jako podglądanie warsztatu pisarskiego i ćwiczenie spostrzegawczości. 

Agatha Christie. Przeł. Alina Siewor-Kuś. "Zwierciadło pęka w odłamków stos". Wyd. Dolnośląskie. Wrocław 2024.  

środa, 17 lipca 2024

„W mojej rodzinie każdy kogoś zabił” gra z zasadami

 Ronald Knox w 1929 r. opracował 10 zasad kryminału. 

„Przestępcą musi być ktoś, kto pojawił się na początku książki, ale nie może być to osoba prowadząca śledztwo. Wykluczone jest pojawianie się w powieści wszelkich przejawów sił nadprzyrodzonych i ponad naturalnych. Detektyw nie może kierować się intuicją ani działać dzięki przypadkowi. Detektyw nie może być sprawcą zbrodni.” To tylko kilka z nich  i choć mają prawie 100 lat,  przyznam, że w wielu wypadkach pisane zgodnie z nimi książki mi się podobają.

„W mojej rodzinie każdy kogoś zabił” to książka specyficzna. Jej narrator jest autorem poradników pisania i opowiadaną przez siebie historię prowadzi wg klasycznych reguł. Jest do tego stopnia fair wobec czytelnika, że np. uprzedza na której stronie dojdzie do zbrodni. Z drugiej strony, rzecz toczy się współcześnie, są więc smsy, dziennikarze, a nawet sceny z zamarzniętym jeziorem rodem z filmów sensacyjnych. I jest też  granie z klasycznymi zasadami, bo przecież  chodzi o  zabawę i wywiedzenie w pole czytelnika.

Historia dotyczy rodziny, w której zgodnie z tytułem każdy kogoś zabił. I od razu dodam, że nie były to zawsze czyny z premedytacją, bo Cunninghamowie  nie są rodziną patologiczną, choć otoczoną specyficzną sławą. Rodzina zjeżdża się do zaśnieżonego kurortu w Australii (połączenie dość nietypowe!)  by powitać syna, barat i męża, który wychodzi z więzienia. I choć zjazd i tak nie przebiega w atmosferze rodzinnego ciepła, to wszytko mąci morderstwo. I nie będzie ono jedyne.

 Jak to w rodzinie, jest sporo postaci, wiele powiązań, tajemnic i zaszłości sprzed lata. Trzeba się wgryźć w to kto jest kim.  Pomysł, by więcej o bohaterach zdradzać w rozdziałach im poświęcanych, które przy okazji częściowo rozwijają fabułę jest konstrukcyjnie dobry, ale  nie ułatwia rozeznania wśród bohaterów- to kolejny przykład wodzenia za nos czytelnika.   

Autor daje nam rozrywkową powieść z zagmatwanym wątkiem kryminalnym, a przy okazja rodzi się pytanie o to, czym jest pozbawienie kogoś życia, jak niejednoznaczne bywają zdarzenia i jak trudno czasem osądzić czyny. Trochę w narracji czarnego humoru, ale stanowczo nie jest to komedia kryminalna.  Raczej pewna wariacja na temat kryminału jako takiego, opowiedziana z lekką ironią.

Czy konieczne do przeczytania? Nie! Czy  można zerknąć, by zobaczyć, że z klasycznych zasad da się jeszcze dziś coś wycisnąć. Można.  

Benjamin Stevenson. „W mojej rodzinie każdy kogoś zabił” . Przeł. Grażyna Wożniak. Wydawnictwo WAB. Warszawa 2024.

środa, 3 lipca 2024

„Morderstwo w Lakeview Hall” tropem tych, które znamy

 


"Gdy bohaterka Jane Austen spotyka świat kryminalnych zagadek Agathy Christie…” Hasło jest marketingowo idealne, ale czy produkt jest zgodny z opisem?

Beatrice ma 26 lat, jest sierotą na łasce krewnych, a brak pozycji, urody i pieniędzy skazuje ją na los starej panny. Gdy podczas wizyty w Lakaview Hall ginie pan domu, Bea postanawia dowiedzieć się, kto jest temu winien. Razem z nią śledztwo prowadzi dumny, bogaty książę, do którego bohaterka pała (aż nazbyt oczywistą) niechęcią.  Jest więc jakaś duma i jakieś uprzedzenie, jakieś perswazje, a do tego dyskusje o książkach pani  Radcliffe. Dodajmy do tego kilkoro kreślonych mocną kresa bohaterów,  których pan Bennet mogłoby zaliczyć do okazów głupoty i…wątki w duchu Austen mamy zaliczone.   

Mamy też dom i zamkniętą grupę podejrzanych, ale nie ma tego, co stanowi o sile powieści Christie- napięcia i stopniowanej zagadki z podrzucanymi tropami. Zwykle w mieszankach obyczajowo-kryminalnych, zagadka bywa przykryta warstwą obyczajową i tak było w tym wypadku. Szukanie sprawcy jest raczej pretekstem do rozmów bohaterów, niż odkrywaniem kolejnych tajemnic.  Czyli bardziej Jane niż Agatha. 

Duch Jane przyświeca kreacji Beatrice, która powoli, przez całą opowieść, zyskuje swój głos i  odsłania charakter.  Bo przecież poruszamy się w świecie ostrych zasad obyczajowych i  stylu salonowej konwersacji, podczas której panna winna się uśmiechać, a niekoniecznie odzywać.  Beatrice, która z początku jest milcząca i nieśmiała, dzięki kilku rozmowom z księciem, odbywających się nieformalnej atmosferze zyskuje świadomość, że jej opinie i wrażenia zasługują na wysłuchanie. Jest przy tym cały czas zamknięta w pewnych ramach, które czynią z niej bohaterkę osadzoną w tamtym świecie, a nie tylko przebraną w kostium. Chociaż muszę powiedzieć, że  zachowanie księcia mocno nadwyręża te zasady, a  włażenie po drzewie do panieńskiej sypialni nie było w czasach Austen rzeczą, nad którą przechodzono do porządku dziennego. To, co mi trochę przeszkadza  w świecie przedstawionym powieści to brak określonego czasu.  Niby jesteśmy w  czasach regencji, są kolonie, interesy na Wschodzie, a jednocześnie  książę powołuje się na twierdzenie o dziedziczności, co powinno wskazywać na czas już po eksperymentach Mendla z grochem, czyli drugą połowę lat 60 XIX… Nic nie poradzę, że lubię daty. I konsekwencję.

 Czytałam książkę z przyjemnością, bo momentami styl jest dowcipny, a bohaterka sympatyczna. Jednak jak na kryminał zabrakło napięcia i tego zaciekawienia, co będzie dalej. Zaczynam mieć wrażenie, że hasło cosy crime, bywa śledztwem ślamazarnym, chaotycznym i przez to, bardzo innym niż to, co w kryminale prezentowała Christie. Bo brak bebechów i naturalistycznych opisów u niej wcale nie był jednoznaczny z nudą i brakiem spraw przerażających.

Czy obietnice wydawcy zostały spełnione? Nie do końca. Czy gdybym nie nastawiała się na mieszankę  w stylu moich ulubionych pisarek i była zaskoczona pomysłem oceniłabym książkę lepiej? Tak. 

Nie jest łatwo być drugą Austen i Christie. I absolutnie nie trzeba! Tym bardziej, że jako lekka lektura na leżak  „Morderstwo w Lakeview Hall”  ma szansę się sprawdzić, a Bea dopiero zaczyna detektywistyczną karierę.   

 Współpraca  barterowa z Wydawnictwem Znak. 

 Lynn Messina. „Morderstwo w Lakeview Hall”. Przeł.  Maria Kabat. Wyd. Znak. Kraków 2024.

 

środa, 19 czerwca 2024

"Katharsis". Historia oczyszcza?

 

Tyle osób polecało książki Macieja Siembiedy, że nadszedł czas przekonać się w czym tkwi sekret jego, zasłużonej, popularności. 


Krótko? W warsztacie. Maciej Siembieda wie, co pisze i po co pisze. I pisze tak, by z jednej strony opowiedzieć historię, a z drugiej dać czytelnikowi możliwość poczucia sedna i serca opowieści. Lata dziennikarskich doświadczeń i działania w obrębie słowa procentują. Są napięcia, są opisy, są kulminacje. I jest twist, że czytelnik pyta siebie-ale jak to?  

W "Katharsis" autor zaczyna od wojny w Grecji, by potem opowiedzieć o kopalniach uranu w Kotlinie Kłodzkiej i królu przemytu z Gdyni. Rozwija i plącze losy Polaków i Greków, którzy w Polsce Ludowej znajdują swoja nową ojczyznę. Opowiada o Sacharynie, przedwojennym królu półświatka, który i po wojnie wie, jak się ustawić.
Saga kryminalna ma to do siebie, że łączy prywatne losy bohaterów z zagadką i panoramą czasów. Panorama jest tu bardzo szeroka, bo obejmuje i ogarniętą wojną Grecję i powojenną Polskę, zapuszcza się nawet do Kairu. Losy Sacharyny, członków rodziny Tosidosów i pozostałych postaci łączą się, tworząc sieć, czasem dość nieoczywistych, powiązań osobistych, historycznych i politycznych. Tajemnic jest tu kilka i trochę jak w greckiej tragedii gra toczy toczy się o poznanie i tytułowe oczyszczanie (a nie tylko uranowy skarb). 
Przed "Katharsis" czytałam "Kołysankę" i tam też autor łączył światy i historię, przy czym była to rzeczywistość historycznie bardziej odległa w czasie, bo XIX wieczna. W "Katharsis" historia jest rozpisana na bliskie siebie pokolenia, co daje jeszcze więcej wewnętrznej dynamiki. I chociaż nie jestem fanką skandynawskich sag kryminalnych, w których śledzi się życie policjantów, a gdzieś tam w tle toczy się akcja kryminalna, to typ narracji, który wybrał Siembieda, czyli losy rodzin z mocno tajemniczym, momentami sensacyjnym twistem, bardzo mi odpowiada. 

Maciej Siembieda. "Katharsis". Wyd. Agora. Warszawa 2023.

środa, 12 czerwca 2024

"Strzały w Stonygates" panna Marple wyjaśnia


 Czytam Christie. Ot kryminał. Ale nie tylko. Także wycinek pewnej rzeczywistości.   Świata, który ma być (tak przynajmniej informują media), ma być przepisany na nowo.  Poprawiać czy nie?

Lubię Christie. Czytam jej powieści dla relaksu.  To nie jest tak, że do relaksu potrzebuję zbrodni. Chodzi raczej o świat Christie: intrygujący, zapełniony ciekawymi postaciami, humorem i metodycznym odkrywaniem winowajcy. Świat, który choć wzięty w powieściowy nawias, jest w jakimś stopniu prawdziwy.
"Strzały w Stonygates", książka, która czytałam na tyle dawno, że nie pamiętałam rozwiązania zagadki. I kolejna przygoda Jane Marple, która jest tu aktywną postacią, bo wszyscy wiemy, że w niektórych powieściach pojawia się dość późno i z kącika podaje rozwiązanie zagadki. Tu Jane Marple, na prośbę przyjaciółki jedzie to Stonygates, bo przyjaciółka czuje, że coś złego dzieje się w domu jej siostry. I faktycznie. Są podejrzenia o otrucie i  zbrodnia, gdy słychać  tytułowe strzały (które stają są częściowo kluczem do rozwiązania zagadki).  Tym, co zwraca uwagę w powieści jest atmosfera podskórnych oskarżeń, tajemnic, wątpliwości.  Christie gra ludzkimi charakterami - pozornie nieświadomą niczego panią domu,  zazdrosną o przyrodnią córkę siostrą, zalotną wnuczką. Do tego pojawia się wątek spektaklu, który tworzy kilku bohaterów i choć czytelnik nigdy nie trafia na próbę lub za kulisy, to  atmosfera  tworzenia pozorów, grania ról bardzo mocno wybija się w tej powieści.
Pobocznym wątkiem jest praca nad resocjalizacją młodzieży. Gdzieś przeczytałam, że  spojrzenie Christie na to zagadnienie jest  anachroniczne. A jakie ma być, skoro to powieść wydana w 1952 roku? I muszę przyznać, że zaufanie do świata przedstawionego jest jednym z powodów, dla którego  wracam do Agathy (oraz do Austen czy Prusa). Książki, których akcja dzieje się w czasach współczesnych twórcy pokazują tamten świat.  O ile pisząc powieść historyczną trzeba sprawdzić, czy wtedy już były  telefony, telegramy itp., pisząc to, co dzieje się tu i teraz nie trzeba się zastanawiać, czy bohater ma  wysłać maila  czy posłać gońca, to oczywiste.  Tak samo czytając powieści Christie widzimy, jak zmienia się opisywany przez nią świat i nie jest to zmiana, której ona dokonuje, ale którą, bez przypisów, odnotowuje. Po prostu widać, że bohaterowie powieści z lat 20. żyją w innej rzeczywistości niż ci z końca lat 50. Bez wykładu z historii widzimy, jak zmienia się rola kobiet, a bohaterami  zamiast arystokracji staja się hipisi.  I za to bardzo Christie lubię-za nadążanie za światem, w którym osadza swoje powieści, a rodzaj zaufania  jest kolejnym elementem relaksu z książką.  Korzystam, póki mogę. Póki Agathy nie przepiszą na nowo. 
 
Agatha Christie. "Strzały w Stonygates".  Przeł.  Beata Długajczyk. Wyd Dolnośląskie. Poznań 2024.


środa, 13 grudnia 2023

"Morderstwo w zimowy dzień" powrót do tradycji


 Jak spolszczyć modne modne ostatnio sformułowanie cosy crime? Kryminał kocykowy zupełnie mi nie brzmi, a przytulność z morderstwami ma niewiele wspólnego. A może taka kategoria jest niepotrzebna?

Bo przecież to, co dziś wydaje się pod nowym gatunkiem to właśnie stare, dobre klasyczne kryminały w stylu Christie czy Grimes. Po zachłyśnięciu się skandynawskimi  opisami krwi i okropieństw (fakt, nie wytrzymałam rozcinania brzucha w Millenium!), powraca to, co było od początku- zagadka, niewielka społeczność i śledztwo z użyciem małych szarych komórek i znajomości ludzkiej natury. Bez epatowania zbrodnią, krwawymi opisami. Wiadomo, kryminał z zasady dehumanizuje zbrodnię, ale w tym wypadku mamy jednak potrzebę sprawiedliwości i chwilę zadumy zamiast  sensacyjnego tempa.

„Morderstwo w zimowy dzień” to drugi tom przygód księgarki Flory i autora kryminałów Jacka, którzy w poprzedniej części spotkali się w małym angielskim miasteczku w latach 50. i rozwiązali pierwszą zagadkę trupa znalezionego w księgarni.  Warto czytać książki po kolei, bo zyska na tym dynamika relacji głównych bohaterów, a także lepiej poznamy mieszkańców miasteczka. W zimowy dzień  ginie bowiem dziewczyna, która pod koniec poprzedniego tomu zaczynała karierę modelki. Tajemnicza śmierć na molo nie daj spokoju jej koleżance, Florze, która jest przekonana, że młoda kobieta nie mogła popełnić samobójstwa. I zaczyna się amatorskie śledztwo. Nie jest ono prowadzone z „porządkiem i metodą”, a raczej jakimś intuicyjnym łapaniem strzępków informacji i skojarzeń, które prowadzą do rozwiązania. 

 Zamknięty krąg podejrzanych, tajemnice, ukrywane animozje- to, za co od lat lubimy kryminały. I lekki rys powojennej angielskiej rzeczywistości. Choć nie jestem fanką natrętnego wątku obyczajowego w kryminalne, to znajomość Flory i Jacka nie jest prowadzona tak, by przykryć śledztwo, a raczej warstwa obyczajowa uzupełnia książkę. Nie wiem, czy to zabieg, który pojawi się też w kolejnych częściach, ale znów w finale mamy chwilę, gdy Flora wpada w wielkie tarapaty i jej sytuacja wydaje się już bez wyjścia.  Czy mamy tu zagadkę, która trzyma w kleszczach i nie wypuszcza? Nie. Czy czyta się to dobrze? Tak.  Zatem jest to kryminał, dla którego może nie zarwie się nocy, ale którego lektura będzie  przyjemnością. Może o to chodzi w cosy crime.

 Za książkę dziękuję wydawnictwu Mando #współpraca 

  Merryn Allingham "Morderstwo w zimowy dzięń". Przeł. Ewa Ratajczak.  Wyd. Mondo. Kraków 2023. 

 

środa, 5 lipca 2023

"Mord nocy letniej" letnie zbrodnie Agathy

hristie. To jest synonim wakacji, urlopu, nawet dłuższego weekendu. Zatem zestaw opowiadań "Mord nocy letniej" to strzał w dziesiątkę! Tytuł może być zwodniczy, bo trup nie ścielę się gęsto, a najczęstszą występującą w historiach zbrodnią są kradzieże.

Znajdziemy tu przygody wszystkich charakterystycznych dla Christie bohaterów- jest tajemniczy Parker Pyne, Harley Quin, są Tommy i Tuppence, jest panna Marple i w czterech historiach Poirot.  Jest też, i to może fanów Christie zaskoczyć, James Bond, bo okazuje się, że Christie po to nazwisko sięgnęła przed Flemingiem, nie czyniąc bohatera jednak agentem MI6.  Różnorodności postaci odpowiada też różnorodność treści, bo jest coś bardziej szpiegowskiego, sensacyjnego, są klasyczne zagadki na dedukcje, gdy Poirot zakłada się, że rozwiąże sprawę nie ruszając się z domu, a panna Marple  wraz ze znajomymi wyjaśniania  historię z przeszłości.  

Większość powiadań jest dość krótka, taka na jeden chaps - między letnim spacerem, a przestawieniem koca w kierunku słońca. Za to ostatnia przygoda Poirota  dłuższa-na większe zaczytanie, z szerzej rozpisanym tłem, postaciami.  I jest jeszcze to, za co tak bardzo lubię Christie- trafne, celne, często dowcipne charakteryzowanie postaci i sytuacji. Bo jak nie uśmiechnąć się i nie doceniać opisu "Niewysoki, zażywny pan Hardman odznaczał się nadzwyczajnie wypielęgnowanymi dłońmi i głosem płaczliwego tenora" lub "w naszą prywatność wdarła się trąba powietrzna w ludzkiej postaci, mająca na sobie sobolowe okrycie(...) oraz kapelusz przystrojony szczątkami zaszlachtowanych rybołowów. Hrabina była osobowością cokolwiek niepokojącą".

Wolę Christie w powieści, gdy postaci mają szansę zyskać więcej głębi, wydarzenia rozłożyć w czasie, a tropy pojawić i pomylić. Ale nie zmienia to faktu, że opowiadania czyta się świetnie i to nawet po raz kolejny, bo wszystkie wychodziły wcześniej w różnych zbiorach. Ale połączenie ich motywem lata, podróży i takich właśnie letnich, w większości bezkrwawych historii sprawia, że książką jest idealną wakacyjną lekturą- zajmującą, momentami duszną, gdy emocje i temperatury idą w górę. A rozpoczynające tom wspomnienie Agathy z jej dziecięcych wakacji daje nowe spojrzenie na wrażliwość Królowej Kryminałów, jej wyczulenie na cierpienie i śmierć.

O tym, że twórczość Christie w jubileuszowej kolekcji ma wreszcie stronę edytorską "która jej się po prostu należy" nie muszę wspominać, bo to tak oczywiste jak szare komórki Herkulesa.  Wydanie jest piękne!


Agatha Christie. "Mord nocy letniej". Tłumaczenie: praca zbiorowa.  Wyd. Dolnośląskie. Wrocław 2023.

O opowiadaniach jesiennych :  tu


poniedziałek, 26 grudnia 2022

"Morderstwa w Suffolk" książka w książce

 

Książka w książce. Kryminał w kryminale.  Zagadka w zagadce.


Własny świat autora czy wskakiwanie w czyjeś buty? Horowitza poznałam jako autora kolejnych przygód Holmesa. Było ok, ale zawsze wolę gdy pisarz tworzy własną rzeczywistość, a nie mości się w świecie wymyślonym przez kogoś innego. Chyba nie tylko ja byłam takiego zdania, bo Horowitz wymyślił coś swojego. Odwołuje się do tradycji kryminału, trochę stylizuje, ale są to już jego światy, bohaterowie i rzeczywistość. I obie książki z serii Morderstwa w... są godne polecanie. 


"Morderstwa w Somerset" były pierwszą książką, w której pojawił się  dość mało sympatyczny, ale niezwykle charakterystyczny autor kryminałów Alan Conway i jego literacki detektyw Atticus Pünd, a treść była podzielona na części współczesną i kryminał osadzony w latach 50. W "Morderstwach w Suffolk" mamy podobny układ. Redaktorka zmarłego tragicznie  Conwaya zostaje zaproszona do hotelu, w którym ten kiedyś był i opisał go w powieści. Córka właścicieli po lekturze książki zginęła bez wieści. Redaktorka ma pomóc w poszukiwaniu śladów i odnalezieniu kobiety. Część pierwsza to poszukiwania. Druga-tekst książki-kryminał starej szkoły, w której czytelnik, po rozwiązaniu dość prostej zagadki, szuka też zakamuflowanych literaturą wskazówek dot. prawdziwej zbrodni. I wielki finał, gdy literatura miesza się z rzeczywistością, a prawdziwe zbrodnie z tymi, które kamuflował w powieści jej autor. 

Bardzo dobrze się bawiłam czytając tę książkę. Może trochę zbyt długo się zaczyna, ale potem jest już lepiej i akcja się zagęszcza. Plusem są też nawiązania do klasyków brytyjskiego kryminału, którego zmarły pisarz był fanem-jest małe miasteczko, zdolny detektyw, mylone tropy,  stylizacja na kryminał z jego złotej ery. Horowitz w swoich dwóch książkach w jednej powieści łączy czasy, miesza porządki, pokazuje wieś i miasto, a przede wszystkim zaprasza do świata wydawniczego, pokazując smaczki pracy pisarza, redaktora i ciągle odbijając klisze ze znanych powieści. Dobre-w kategoriach kryminału i kategorii literackiej zagadki.

 Anthony Horowitz,"Morderstwa w Suffolk". Przeł. Maria Smulewska-Dziadosz.Dom Wydawniczy Rebis. Poznań 2022.



czwartek, 3 listopada 2022

"Śmierć nadchodzi jesienią" niesamowite historie Christie

Christie w wielu swoich powieściach np. „Tajemnicy Bladego Konia”, „Nocy i ciemności”, „Wigilii Wszystkich Świętych” pokazywała, że tworzenie historii z niesamowita atmosferą wychodzi jej znakomicie. 

Zbiór opowiadań „Śmierć nadchodzi jesienią” jest dowodem, że także w krótkich formach umiała zamknąć grozę, tajemnicę i poczucie zawieszenia między tym, co prawdziwe a tym co lekko nierealne. Bo, wbrew tytułowi, to nie jesień jest spoiwem tomu- wszak jedno z opowiadań dzieje się w czerwcu. Tym spoiwem jest właśnie atmosfera, niepokojąca, czasem dotycząca tego, co niezbyt racjonalne i łatwe do wytłumaczenia. Bo tu nie zawsze można wszystko zrozumieć dzięki małym szarym komórkom. Oczywiście, w tych opowiadaniach, w których występują Poirot i panna Marple jest  twarda logika, ale ponieważ ci bohaterowie pojawiają się zaledwie w 3 historiach na 18, dużo tu miejsca na aurę tajemniczości, niedopowiedzenia i zastanowienie, czy czwarty pasażer, opowiadający pewną historię, naprawdę siedział w tym pociągu...

 Podobnie jak powieściach Christie buduje napięcie i  przeszywa dreszczem m.in.  przez przywołanie historii przeżytych przez bohaterów lub przez nich usłyszanych.  Są wspomnienia o dziewczynie z wieloma osobowościami, tajemniczym mężu mordercy, o sensach spirytystycznych, strasznych snach, lalce krawcowej, planowanych zabójstwach i klątwach. Opowiadaniem, na które ostrzą zęby fani Agathy jest „Żona Kenity”- ukazujące się po polsku premierowo.  Historia ma w sobie coś z przypowieści o winie i karze, o wojnie, czasie i sprawiedliwości. Jeśli ktoś spodziewał się lekkiej kryminalnej zagadki może się zdziwić, bo ze względu na swój ciężar opowieść zostanie w głowie.   

Ma Christie stronę rzeczową, pełną wskazówek, misternie tkanych intryg i tropów dla szarych komórek. Ma też stronę przeczuć, niepokoju, intuicji, szelestów na schodach i  dziwnych zdarzeń na seansach spirytystycznych.  I obie te strony widać w książce. Ja  jednak wolę tę pierwszą. 

 

 Agatha Christie. "Śmierć nadchodzi jesienią". Tłumaczenie zbiorowe.  Wydawnictwo Dolnośląskie. Wrocław 2022.  


 

środa, 5 października 2022

"Zatrute pióro" kulisy plotki

 




Jeśli jesień to czytam... Christie!
Opowieści królowej kryminału pasują do każdej pory roku, ale gdy wieczory dłuższe i wiatr wyje za oknem są idealne.

"Zatrute pióro" to historia, w której pojawia się panna Marple- pojawia w kilku scenach i może nawet trochę dziwić, że wydawnictwo zdecydowało się przypomnienie powieść, w której tak mało bystrej staruszki. Ale, choć niewiele scen z panną Marple, równoważą wszystko zagadka- wielokrotnie myląca tropy i temat.

Bo "Zatrute pióro" to kryminał z diagnozą społeczną dobrą dziś i w  1942 roku. Sednem historii są tu anonimy i wynikające z nich plotki. Do angielskiego miasteczka  Lymstock przyjeżdża na rekonwalescencję lotnik z siostrą. Są obcy w społeczności, ale to nie przeszkadza, by stali się obiektem plotek. Anonimy uwierają, podważają, odsłaniają. A puszczona w dal plotka nabiera tempa, którego nie da się opanować. Tym bardziej, że jedna z adresatek popełnia samobójstwo.
Jest tu zagadka, stara maszyna do pisania, zazdrość o uczucie, pozycję. Jest wątek dziewczyny, która nabiera wiatru w żagle i odpuszcza przeszłość. Ale jest też obserwacja na temat obmowy, podkopywania wiary w ludzi, plotki, która pozwala z podejrzliwością patrzeć na tych dobrze znanych. Jeden list może sprawić, że dobrze znany sąsiad zacznie wyglądać podejrzanie, a walka z pomówieniem jest nierówna. W czasach Christie w małym miasteczku wysyłano anonim. W globalnej wiosce pisze się komentarze w necie. Podobny mechanizm. Podejrzliwie spojrzenia, domniemania, szepty, że w sumie to coś w tym jest. Bo choć mówi się, że dopiero współczesna skandynawska powieść kryminalna stawia jakieś społeczne diagnozy to Agatha  nie na darmo jest już autorką kanoniczną. I choć mamy tu słodki happy end, zapisane słowa znaczą więcej niż te rzucone w biegu.

Agatha Christie. "Zatrute pióro". Przeł. Izabela Kulczycka.  Wyd. Dolnośląskie. Wrocław 2021. 



czwartek, 5 maja 2022

"Zniknięcie pani Christie" tajemnica biografii

 


Jedną z największych zagadek Agathy Christie jest ta dotycząca jej zniknięcia w 1926 roku. Tajemnicze zaginięcie pisarki, która właśnie wydała nową książkę, było rozpatrywane jako nietypowa akcja promocyjna, albo losowe zdarzenie spowodowane napiętą sytuacja w domu i chwilową  amnezją.  Czy kiedykolwiek dowiemy się, co naprawdę robiła Agatha przez 11 grudniowych dni? Może Marie Benedict ma rację? 


Marie Benedict, autorka powieści biograficznych (m.in. bardzo dobrej książki o Heddy Lamarr) proponuje czytelnikowi  dwa tory narracji. Rękopis, w którym Christie opisuje swoje życie od czasów poznania pułkownika Christie, przez małżeństwo, narodziny córki, aż po  moment, gdy mąż postawia się z nią rozstać oraz pisaną w czasie teraźniejszym opowieść o kolejnych dniach, gdy Archibald Christie wyczekuje wieści o zaginionej żonie i… mataczy, prowadzony tajemniczym listem. 


Jest w tej powieści zagadka, ale to, co najbardziej rzuciło mi się w oczy to tajemnica kobiety- pomysłowej, ambitnej, która na skutek zakładu z siostrą zaczyna pisać i odnosić sukcesy w literaturze kryminalnej. Jednocześnie, pomna zasad, w których ją wychowano, stara się by nic- ani dziecko, ani praca, nie odciągało jej za bardzo od męża.  A mąż… cóż! 

Myśląc o Agacie mam w pamięci przede wszystkim tę starszą panią z siwym kokiem, tu Christie jest młoda, zakochana, pełna życia, stopniowo poznająca cienie codzienności, prowadzenia domu i życia z mężczyzną, dla którego przestaje być tak atrakcyjna. Z jednej strony wyskakuje wiktoriańskie wychowania, z drugiej rodząca się świadomości kobiety, będącej coraz bardziej pewną tego, że jej życie i praca mają swoje znaczenie. 

Christie, poza tworzeniem intrygujących fabuł, umiała też bystro obserwować ludzi i elementy ich codzienności. I ta drogą kroczy Marie Benedict. Pomysł amerykańskiej autorki jest o tyle ciekawy, że poza relacją z domu rodziny Christie oddaje też głos samej pisarce i to nakazując jej pisać coś w rodzaju autobiografiii, literackiego utworu, w którym ma święte prawo koloryzować i mijać się z prawdą. Czytelnik jest więc poddany kolejnym próbom i staje się świadkiem gry w fakty, interpretacje i możliwe rozwiązania. 

Dla fanów Christe ta powieść będzie dobrą rozrywką- smaczki z życia psiarki, jej  praca w aptece, próby sprzedaży pierwszej powieści- to wszystko może nadać szerszy kontekst życiu autorki. Dla tych, którzy pisarstwa Christie nie znają, może to być przede wszystkim historia  dojrzewania kobiety, która daje sobie czas i obmyśla intrygę życia. 

Marie Benedict. "Zniknięcie pani Christie". Przeł.  Ewa Penksyk-Kluczkowska. Wyd. Znak Horyzont. Kraków 2022. 


 

środa, 9 lutego 2022

"Literatura to niebezpieczny biznes" Vani po raz drugi

                                                                                                             

Vani Sarca, gostwriterka  ma napisać książkę kucharską ze wspomnieniami gospodyni domu słynnego rodu włoskich projektantów mody.  Ale poza przepisami na polentę pojawia się też wątek morderstwa, który kiedyś elektryzował Turyn, a dziś do popełnienia zbrodni przyznaje się nagle leciwa gosposia.  Vani, pracująca też jako konsultantka policyjna, razem z szefem komisarzem Berganzą wraca do historii sprzed lat.   A jakby tego było mało użera się jeszcze  ze słodką i różową jak lukier blogerką kulinarną, w imieniu której ma pisać książkę oraz byłym facetem.  I brakiem wprawy w gotowaniu, które przy pisaniu książki kucharskiej mocno utrudniają pracę.

 

Można książce zarzucić, że jest zbyt długa (bo jest), że kilka elementów powtarza się, a retrospekcje sprzed lat niewiele wnoszą (nie dowiadujemy się, dlaczego Vani jest jaka jest- sarkastyczna, zaczytana, inteligentna, momentami aspołeczna, za to wiemy, że taka była zawsze). Ale ja kupuję historię  Włoszki. Basso stworzyła  jedną z ciekawszych postaci kobiecych w kryminale czy raczej obyczajówce kryminalnej (nie ma tu komedii, jest za to bardzo sarkastycznie prowadzona narracja). Vani, bardzo inteligentna, kolczasta, ironiczna, umiejąca bezbłędnie wejść w głowę i język innych ludzi, pewna siebie, ale też zaskakująca uczuciami jest bohaterką, na jaką czekałam. Jest na tyle młoda, by nie być Verą z  książek Ann Cleeves,  w przeciwieństwie do komisarz  Lancier z powieści Filipo nie tylko znosi poezję, ale wręcz kocha literaturę. Porównuje się dla Lisabeth Salander, ale raczej bohaterka "Millenium" w jednym rozdziale nie połączyłaby słów uznanych za obelżywe z porównaniami do bohaterek „Targowiska próżności”.  Ironiczny humor, złośliwe komentarze, bardzo żywy sposób narracji  sprawiały, że książkę przeczytałam błyskawicznie i przyjemnością. Taką bardzo potrzebną, rozrywkową przyjemnością poznania historii z niebanalną bohaterką i opowiedzianej inaczej niż zwykle. A że w tle majaczył komisarz Berganza, stanowiący  piękną literacką ciągłość ze wszystkimi komisarzami z Chandlera i Simenona to jeszcze lepiej. 


O pierwszym tomie pisałam: Porachunki bezimiennej pisarki 

 

Alice Basso. "Literatura to niebezpieczny biznes". Przeł.  Tomasz Kwiecień. Wyd. Kobiece. Białystok 2021.



 

piątek, 17 grudnia 2021

"Tajemnice domu handlowego Sinclair" retro kryminał dla młodych duchem"


 Pamiętacie swoja ulubioną serię z czasów gdy mieliście jakieś 10 lat? U mnie był to Pan Samochodzik. Tajemnice, historia i pierwsze zauroczenie literackie (bo pan Tomasz to był ktoś!). Na później została sympatia dla kryminalnych intryg i matura z historii.  

 Seria o tajemnicach hotelu Sinclairs nie jest Panem Samochodzikiem, ale  jej czytanie trochę przypomniało emocje sprzed lat. Bo jest tajemnica, jest nie tyle zagadka historyczna, co konkretna rzeczywistość (rok 1909/1910) i są bohaterowie, których się lubi. A ja- już dorosła, wyczuwam lekkie literackie  wpływy Zoli (rzecz dotyczy wielkiego domu handlowego prawie ze „Wszystko dla pań”),  historii o Sherlocku (Londyn i walka z nieuchwytnym złoczyńcą, Baronem).  Kryminał dla dzieci retro? To się może udać!

Sophie jednego dnia traci ojca, majątek i zmuszona jest szukać pracy. Dostaje  posadę w domu handlowym. Ale zamiast układać tiul, wplątuje się kryminalną intrygę i wraz z marząca o scenie Lil, pomocnikiem Billem i byłym ulicznikiem rozwiązuje zagadkę kradzieży. W kolejnym tomie dochodzi jeszcze sprawa zabójstwa, a potem fałszerstwa, wreszcie zamachu stanu. Każdy tom to osobna historia, ale spaja je zestaw głównych bohaterów i trzymająca w klamrze historia Sophie, która  próbuje dowiedzieć się, co geniusza zła Barona łączy z jej rodziną. 

To, co mnie bardzo przypadło do gustu to pokazanie świata sprzed stu lat- China Town i zupełnie innych światów z East i West Endu, działania sufrażystek, kolej. Łamanie konwenansów, gdy panna z dobrego domu zechce robić karierę w teatrze, a jej brat porzuca Oxford na rzecz sztuk pięknych. Dzielne, bystre dziewczyny z pomocą przyjaciół mogą zrobić wszystko, nawet założyć agencję detektywistyczną w najmodniejszym sklepie Londynu! Pomysł autorki na historyczne śledztwa, konsekwentnie tworzony świat, nie aż tak proste zagadki i wymykające się regułom bohaterki jest bardzo dobry. Ja bawiłam się przednio i bardzo dobrze, że sięgnęłam po serię sprzed paru lat, bo za jednym zamachem mogłam poznać 4 przygody dziewczyn. Choć kolejna seria o ich śledztwach poza Londynem, jeszcze przede mną.

Moje czytelnicze dzieciństwo było bardzo udane. Ale to, co dzieje się teraz na rynku książki dla młodego czytelnika i fakt, że tyle dobra ukazuje się dla dzieci to jest sytuacja idealna! Nic tylko czytać.
Katherine Woodfine. Tajemnice domu handlowego Sinclairs. (Pozytywka, Drogocenna ćma,  Szmaragdowym smok, Pawie piórko). Wydawnictwo Dwukropek. Warszawa 


 

sobota, 27 listopada 2021

"Wróć przed zmrokiem" rodzinne duchy

 

Lubicie historie o duchach?
Horrorów nie czytam, thrillery dość rzadko, zatem „Wróć przed zmrokiem” było dla mnie książką naprawdę trzymającą w napięciu, taką dla „dzieci, co się lubią bać”( ale bez przesady, bo nie ma tam nic na wyższym poziomie przerażenia). I choć zdaję sobie sprawę, że dla  wytrawnych czytelników dreszczowców arsenał użytych środków może być zgrany- nawiedzony dom, tajne przejścia, włączający się gramofon i żyrandol oraz milczącą sąsiadka, to ja bawiłam się dobrze.

 Sprawdza się forma powieści w powieści.  Równolegle czytamy „Dom grozy”, rzekomo biograficzną powieść ojca Maggie, która już jako osoba dorosła, po latach wraca i rozwiązuję zagadkę kilkunastu dni, po przeżyciu których rodzina w pospiechu opuściła "nawiedzony dom". Co się stało? Czy w domu rzeczywiście straszyły zjawy dawnego właściciela, a miejsce było świadkiem nieszczęśliwych wypadków? Nie będzie wielkim spojlerem, że tu (jak w klasycznym kryminale) nie ma żadnych duchów i jeśli kogoś powinniśmy się bać, to ludzi. Zresztą to właśnie ludzki element tej powieści spodobał mi się najbardziej. Maggie mierzy się z czasami, których nie pamięta, bo miała tylko 5 lat i część zdarzeń wyparła, a jednocześnie książka ojca wywarła wielki wpływ na jej życie, bo była zawsze tą Maggie z „Domu grozy”.   Nawet jako osoba dorosła walczy z lękami i pamięta o Panu Cieniu i Pannie Pieniążek (postaci trochę alla Koralina). Z jednej strony są więc strzępki wspomnień dziecka, z drugiej rozmowy ze świadkami wydarzeń, z trzeciej – książka, z czwartej próba racjonalnego wyjaśnienia rodzinnych tajemnic. Bo o ile autor zaczyna książkę zdaniem, że każdy dom ma jakąś historię i swoje sekrety, o tyle mi dźwięczało zdanie otwierające „Annę Kareninę”, o nieszczęśliwych rodzinach, nieszczęśliwych na swój sposób. Tu rodzinne nieszczęścia, tajemnice i  niedopowiedzenia mogą rujnować świat  dziecka i dorosłego.
Oczywiście, było trochę dłużyzn, ale opowiadana równocześnie historia z przeszłości i teraźniejszości, sprawdziła się. I ostatnie sto stron rzeczywiście trzymało w napięciu, bo spiętrzenie tego, co zdawało się finałem, było naprawdę intrygujące. 


Riley Sager. "Wróć przed zmrokiem". Przeł. Ryszard Oślizło. Wyd. Mova. Białystok 2021.