Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 listopada 2025

"Neapol słodki jak sól" między historią, praniem a literaturą

 


Zobaczyć Neapol i umrzeć? A może żyć tam? 

Byłam w Neapolu tylko dzień ponad 20 lat temu i pamiętam wielkie wrażenie jaki zrobił Teatr San Carlo i niezwykłe światło, na które trafiliśmy w dzień, gdy na przemian były słońce i chmury.

Piotr Kępiński opisuje to, co szybko i stereotypowo kojarzymy z Neapolem - życie na ulicach pod suszącym się praniem, camorrę (oraz jej popkulturowe i serialowe wcielania), kuchnię z najlepszym limoncello i, o oczywiście, piłkę nożną. Ale pojawiają się też inne tematy - współdziałanie lokalnej społeczności czy kwestia neapolitańskich cmentarzy i miejskich podziemi.
We wszystkich opowieściach wybrzmiewa głos autora, jego wspomnienia z pierwszych i kolejnych wizyt w Neapolu, ale także mnóstwo głosów jego rozmówców- zwykłych mieszkańców, przedsiębiorców czy pisarzy, takich jak Roberto Saviano autor bestsellerowej „Gomorry”.

Neapol to także miasto akcji powieści pisanych przez jedną z najbardziej tajemniczych postaci współczesnej literatury, wspominaną i tu Elenę Ferrante. Wątków literackich jest w reportażach więcej, bo miasto przyciągało artystów. Wśród tych, którzy dobrze poznali Neapol byli także Marian Brandys i Gustaw Herling-Grudziński, któremu Kępiński poświęca cały rozdział, ale autor „Dziennika pisanego nocą” kilkukrotnie powraca na kartach tej książki.

W literackich szkicach, jak w Neapolu, łącza się tematy poważne z bardziej błahymi, pojawiają postaci historyczne i współcześni celebryci. Czytelnicy mogą powędrować pocztówkowymi uliczkami Capri, ale też zajrzeć w mało reprezentacyjne zaułki. Poznać dawnych mistrzów sztuki i bohaterów współczesnej zbiorowej wyobraźni. Po tym świecie pełnym barw, kontrastów, krzyków, ale też momentów wyciszenia prowadzi Kępiński niczym najlepszy cicerone - wybierający najciekawsze zjawiska i opowiadający o nich z lekkością, błyskotliwością i erudycją.

Kto jedzie do Włoch, a kto wybiera wycieczkę literacką?
 
 Piotr Kępiński. "Neapol słodki jak sól". Wyd. Czarne. Wołowiec 2025.  

środa, 29 października 2025

"Rzeczy robione specjalnie" podglądane z dystansem



                                                  Codzienność. Czy to jest dobry temat na książkę, film, spektakl? 

                                                           Może podstawowy.

Codzienna zwyczajność bywa spokojem, rutyną. Bywa inspiracją. Emilia Konwerska prezentuje wyimki z codzienności. Jazdy tramwajem, sytuacje w pracy, rozmowy z byłym mężem. Jej bohaterka wpuszcza do swojego świata pełnego małych dziwactw, odgrywania ról i grania w gry, których zasady sama ustala. To świat pełen samotności, braków, szukania sensów w absurdach, pewnej teatralizacji: prób rozegrania życia na nowo z przypadkowymi aktorami codzienności, tych rzeczy robionych specjalnie. To świat współczesny, nasz. Ale dla każdego trochę obcy. Świat, którym najważniejsze są emocje i myśli bezimiennej bohaterki, kilka powracających motywów jak praca czy jej były mąż. Te wyimki z codzienności rozpoczynają się i urywają w różnych momentach. Przy kilku opowiadaniach miałam wrażenie pewnej ciągłości, by potem znów wpaść we fragmentaryczność opowieści. 

Był w tych urywanych historiach jakiś przykuwający uwagę element, ale niewiele po tej lekturze we mnie zostało.

 Każdy ma swoją codzienność, dla niego jest ona najważniejsza, bo jego własna. Nie rozgościłam się w "Rzeczach robionych specjalnie", ani w fabule, ani w języku. Czułam się trochę jak zdystansowany podglądacz. Czy po lekturze przyjrzę się wnikliwie(j) własnej codzienności? Sama nie wiem.
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.  
 
Emilia Konwerska. "Rzeczy robione specjalnie"
. Wyd. ArtRage. Warszawa 2025.  


środa, 15 października 2025

"Daisy i cesarz" gdy świat się zmienia

 

Biografia bardziej naukowa, faktograficzna czy powieść biograficzna?


Lubię daty. Porządkują i osadzają rzeczywistość. "Daisy i cesarz" nie przygniata datami, jesteśmy raczej w obrębie jakiegoś czasu niż konkretnym dniu. Bo to książka właśnie bardziej o byciu w obrębie niż w konkrecie. Daisy wychodzi za mąż i wyjeżdża z Anglii na niemiecki Śląsk. Jest bogata, ale szczęśliwa może stać się dopiero, gdy zaczyna żyć po swojemu i grać kartami, które dostała do losu. Mąż nie jest miłością jej życia, ale zapewnia jej dostatek, który pozwala na uczynienie z domu i ogrodu bajkowej rezydencji, z biegiem czasu księżna zaczyna działać społecznie i pewnymi decyzjami zaskakiwać towarzystwo. 
Dopełnieniem historii Daisy jest cesarz Wilhelm II-opisany bardziej szczegółowo (np czas jego dzieciństwa), marzący o wielkości Prus, władzy, wojskowym drylu i ordnungu. Człowiek, niosący ciężar ambicji, ukrywający część swojej natury za sztywnymi zasadami. Czy między tą dwójką było uczucie? Nie. Zatem dlaczego autorka połączyła ich losy? Może dla zachowania kontrastu i pokazania momentu w historii, gdy coś się kończy. Oboje z angielską krwią żyli w Prusach, a różnicą było ich podejście to rzeczywistości.Przyznam, że władca był dla mnie ciekawszy od Daisy, jego pobudki i działania bardziej intrygowały. 
O swoich bohaterach autorka pisze z dystansu, a czas teraźniejszy, który pozornie ma czytelnika wprowadzić bliżej w życie postaci sprawdza się połowicznie, bo bohaterowie nie mają miejsca na ukazanie tego, co w nich głębiej. Są wydarzenia, działania, podróże, decyzje, skandale na dworze, zaogniająca się sytuacja polityczna, ale czytając miałam wrażenie relacji z czegoś, a nie bycia w środku wydarzeń. Czyta się szybko i sprawnie, pewne wątki wymagały poszerzenia na w innych źródłach, więc nie był to czas stracony. Jednak jak na powieść za mało tu narracji i tworzenia, a nie tylko opisywania świata. Może problemem był długi czas, jaki obejmowała książka, bo autorka w cyklu o wielkiej emigracji udowodniła, że naprawdę umie pisać angażując i ze środka wydarzeń.

Co zaskoczyło? Pokazanie angielskiej arystokracji jako towarzystwa, w porównaniu z niemieckim, swobodnego i nie aż tak sformalizowanego. Ciekawe! 
I jeszcze słowo o haśle: Daisy polska lady Di. Daisy miała nieudane małżeństwo, działała społecznie, ale nie zdecydowała się odejść od męża i nie była ofiarą tabloidów. Nie była też do końca polska, bo przyjeżdżając na Śląsk w czasie zaborów nie znała polskiej historii, a jako monarchistka przeciwna była "rebeliom" powstania. Marketing ma swoje zasady.
 
 O romantycznych tu wpis
 
 Z książkę dziękuję wydawnictwu.  
Dorota Ponińska. "Daisy i cesarza". Wyd. Znak. Kraków 2025.  

czwartek, 25 września 2025

"Jaskółki. Powieść o kobietach mody PRL-u", nie tylko o konfekcji

 


Moda to sztuka czy przemysł?

Katarzyna Droga w swojej powieści o kobietach mody PRL-u dodaje jeszcze jedno: czasy. I tak, na styku myślenia o stylu, produkcji w świecie nieustannych braków lat 60. toczy się historia o kobietach i przemianach. To przemiany losów samych bohaterek, ale też przemiana spojrzenia na modę, która ma być już nie tylko elegancją salonów, ale wyjściem na ulicę, wygodą oraz szokiem spodni i spódniczki mini. 
 
 Życie dało autorce dwie doskonałe bohaterki, które reprezentują różne czasy i spojrzenia. Jadwiga Grabowska, przedwojenna znajoma Coco Chanel i Heleny Rubinstein, zwolenniczka klasycznej elegancji, kontaktów; caryca Mody Polskiej, chcąca dodać klasy żonom dygnitarzy, wiedząca, kiedy zawalczyć, a kiedy kogo poświęcić. Helena Bohne-Szacka, młodsza, obserwująca świat młodzieży, wyczuwająca trendy malarka, która zajęła się sztuką użytkową. Każda ze swoją codziennością, bardzo bolesną historią wojenno-okupacyjną, każda z dziejowym uwikłaniem. Obok tych dwóch pań, obok rywalizacji Mody Polskiej z Ledą i Telimeną, toczą się jeszcze losy współpracowników - historycznych projektantów(Krzysztof Antkowiak, Grażyna Hasse)oraz modelek i fotografów, których życie, skompilowane z pojedynczych żywotów.  
 
Tym, co nie tylko dopełnia, a w pełni gra jest też rzeczywistość lat 60. budowana przez Festiwal w Opolu, koncert polskich gwiazd w paryskiej Olimpii (przemykają w tle Rawik, Villas, Osiecka, Andrycz),wyjazdy na targi mody, szykowane po nocach pokazy. I choć dla współczesnego czytelnika ten wielki świat wydaje się dość normalny, to Katarzyna Droga bardzo dobrze podkreśla jego barwność, stojącą w opozycji do polskiej rzeczywistości, w której brakuje pończoch i lepiej nie chwalić w pociągu zgniłego zachodu, bo podsłuchuje SB.  
Tym, co ujęło mnie najbardziej (i co bardzo cenię w powieściach autorki) jest tworzenie świata przez język jego czasów (kto dziś mówi: konfekcja i wzornictwo, a nie: design), przez powiedzonka, cytaty. Smaczku nadają też pełne oburzenia słowa o krótkich włosach, wielobarwnych paznokciach czy dżinsach, które nie przyjmą się w modzie.
 
To nie jest powieść do przerzucania stron w napięciu. To jest powieść do poczucia klimatu, poznania ludzi, kobiet, które zaginęły w historii mody, a przecież były wyroczniami i twórczyniami tego, jak mogła wyglądać Polska 70 lat temu. To historia o rywalizacji, dziejowych zawikłaniach. O momencie, gdy, zanim oczy zajdą "marcową mgłą" , można było jeszcze dyskutować o tym, czy lepsze są wyraziste wzory i falbany czy stonowane kolory i zdrowy 5 centymetrowy obcas.
 Bo moda to więcej niż strój. To więcej niż popyt na samodział i peleryna z ceraty. To barwy codzienności. I o tym też jest ta powieść.
 
 Za książkę dziękuję wydawnictwu.  Współpraca barterowa.   
 
Katarzyna Droga, "Jaskółki. Powieść o kobietach mody PRL-u". Wyd. Znak. Kraków 2025.  

środa, 19 marca 2025

"Little black dress" czy dres?


Michalina nawet nie spodziewa się, jak w jej życiu (znienawidzona praca fryzjerki, opieka nad dziadkiem z Parkinsonem, marzenia o Portugalii) namiesza znaleziona przypadkiem mała czarna, którą Audrey Hepburn nosiła w "Śniadaniu u Tiffany'ego". 

Będzie wariacki pościg za paczką, wyprawa po Europie, podobny z uśmiechu do Paddingtona  prawnik do zadań specjalnych. Będzie też codzienność pełna troski o bliską osobę i wzruszająca, oparta na cytacie scena pewnego pożegnania. 

"Little black dress" to taki wiosenny oddech w powieściowej formie. Bezpretensjonalny, lekki, napisany dowcipnie i z ping pongiem dialogów, do którego Basia Kwinta już przyzwyczaiła.  Postać Michaliny jest tak samo zdeterminowana, racjonalnie myśląca i bystra jak Magda z "Razem na święta". Łączy je też słabość do prawników. Aż chciałoby się, by bohaterka kolejnej powieści była równie dowcipna, ale trochę inaczej doświadczana przez los. Tu ciut zabrakło mi osadzenia postaci Michaliny w przeszłości, momentu refleksji nad tym, co się działo z nią i jej rodzicami, zanim ich drogi się rozeszły. Bo Basia Kwinta pisze o postaciach podobnych do nadziewanej czekolady-ze skorupką i czymś miękkim w środku, ale żeby te smaki i struktury się przenikały i smakowały jeszcze lepiej, warto dać czytelnikom jeszcze więcej czasu na przegryzanie. 

To nie jest powieść w typie sukienkowej małej czarnej. To raczej historia dresowa, która nie krępuje ruchów, jest lekka, czasem drapnie, by potem otulić wrażliwością i miękkością. To też powieść o gotowości na zmiany i wypadaniu z kołowrotka życia, w którym biegniemy jak szalony chomik. To powieść pozwalająca zrozumieć znaczenie portugalskiego słowa suadade. Historia na wiosenny moment zatrzymania i uśmiechu. Taka, która może dodać wiary w siebie i nadziei na to, co nadejdzie. Dla tych, co jak Holly Golightly i Michalina są w podróży.
 
Za książkę dziękuję Autorce.  
 Barbara Kwinta "Little black dress".  Wyd. Lira.  Warszawa 2025. 

środa, 5 lutego 2025

"Szkody" wspomnienia i przenikanie

 

Wspomnienia. Własne  czy te, które tworzą wspólnotę, budują pokolenie?

Z autorką łączą mnie kaseciak, koncert Zielono mi oglądany w duszny wieczór 1997, podrapane od porzeczek kolana i supeł w brzuchu przed matmą. Ale część naszych historii jest zupełnie inna, bo tam,  gdzie u niej wielopokoleniowy dom na Śląsku i wakacje u babci na wielkopolskiej wsi, u mnie poznańskie bloki i dziadkowie w sąsiedniej dzielnicy.  


I to chyba tak bardzo łączy czytelnika ze "Szkodami". Część wspomnień, którymi można się wymienić i część rodzinnych historii.  Rożnych, ale na tyle jednak podobnych (wojna, PRL), by zobaczyć poblask własnych rodzinnych losów. 

Mocy dodają tym opowieściom dwa elementy-  Śląsk i wchodzenie w dorosłość, łączące się z odchodzeniem najbliższych. W historiach śląskich przodków, języku, zwyczajach i smakach kryja się przywiązanie, korzenie, powody buntu i niezgody. (Przypadkiem, a może nie, tydzień, który zakończyłam "Szkodami" rozpoczęłam śląskim monodramem "Mianujom mie Hanka").  Jest w "Szkodach" świadomość pozwalająca określić kim się jest, a kim nie chce się być. I to nie tylko o pochodzenie chodzi. Bo ta przeszłość przenika przez opowieści, niekoniecznie chronologiczne, a przecież splecione w całość. Ze szczelinami, w których kryje się to, co osobiste, własne, nie do czytania. Z poprzednimi pokoleniami łączy się życie samej narratorki, czasem wybiegające w przyszłość, bo opowiadane dziś, z dystansu, ze świadomością tego, co było w następnym rozdziale.

Hania Hoffman pisze o wydarzeniach, ludziach, sprawach i rzeczach. Bez popadania w sentymentalizm, bez pozy. Snuje opowieści rezonujące z doświadczeniami czytelników z różnych pokoleń (sprawdzone na mojej Mamie). Pięknie tworzy historię osobne i wsobne. O marzeniach młodych i doświadczeniach starszych. O młodości i starości, początkach i końcach.

Historie z szelestem kreszowego dresu, smakiem kompotu, sztywnością pierwszych dżinsów i miękkością koca, pod którym czyta się do nocy książki.  Opowieści z uśmiechem i westchnieniem. Wzruszeniem. Opowieści,  do których każdy mógłby coś dorzucić. Ale opowiedziane tak, jak umieją nieliczni.

Hania Hoffman"Szkody". Wyd. Lira. Warszawa 2024.

środa, 4 grudnia 2024

"Razem na święta" Dzika, Foch i gremliny

 

Co jest najważniejsze w powieści świątecznej?

Barbara Kwinta tworzy mieszankę zgodną z zasadami, a przy tym bez lukru. W powieści jest dzielna i dowcipna bohaterka, trudna sytuacja, która kończy się dobrze, ale nie aż tak dobrze, by mieć wrażenie ulepnego naginania prawdopodobieństwa. I jest czar świąt, którego dowodem jest dobroć płynąca z wielu stron. Nawet jeśli ta mobilizacja dobra może zdać się ciut bajkowa to doskonale spełnia się w postaci świątecznego cudu, na który w skrytości ducha czekamy.  

Magda Dzika ma talent plastyczny realizowany w fabryce bombek w miejscowości pod Krakowem. W dniu, gdy pozornie los się do niej uśmiecha i zostaje przyjęta na kurs graficzny, ten sam los zabiera jej z domu trójkę rodzeństwa, którymi się zajmuje. Bo w tej powieści nie chodzi o miłość romantyczną (trochę chodzi, ale tylko trochę), chodzi o rodzinne więzi, odpowiedzialność za siebie, chwile, gdy się siebie nie lubi, ale i tak kocha. Magda obiecuje rodzeństwu, że Wigilię spędzą razem. Czasu mało, a młyny sadów rodzinnych mielą powoli.Przewodnikiem po meandrach prawa staje się mecenas Foch,cała mieścinka Boże Doły kibicuje Magdzie.    

To powieść pogodna, pełna humoru, bo pannie Dzikiej sarkazm pomaga przetrwać.To  też powieść o niełatwych relacjach. Pokiereszowane przez los nastolatki i pesymistyczny przedszkolak nie są uroczymi dzieciakami z komedii romantycznych, mają bardzo współczesne problemy. Magda, w roli siostry i opiekunki nie jest siłaczką, a nie może być też artystką z głową w chmurach. 
Autorka opisuje niełatwe sytuacje z prostotą, szczerze, bo czy jest lepsze wytłumaczenie dla podjętych wysiłków niż krótkie "kocham ich"? Do tego wielka siła życzliwości ludzi, którzy potrafią działać dla innych. A także pokazanie, że dom zastępczy nie równa się przytułkowi z Dickensa. W tle zaśnieżony Kraków, nadciągające Boże Narodzenie,ale jest w opowieści też jakieś niedotulenie, jakaś brakująca i umierająca przeszłość, jakiś żal, że czasem w życiu bardziej dramat niż komedia. Jakaś prawda rodziny, dla której to nie jest  tylko happy end, ale początek ciągu dalszego. Bo happy end jest, bez lukru, pełen nadziei. Trzymam kciuki za Dzikich!


 

Barbara Kwinta, "Razem na święta. Wyd. Lira Warszawa 2024

poniedziałek, 30 września 2024

"Przedświt" czyli tajń życia

 


Gdy przeczytałam  tytuł, od razu przypomniał mi się Staff. Jestem człowiekiem cytatów, trudno! A po lekturze pojawiło się pytanie o to, czy płeć czytelnika wpływa na odbiór tekstu.

Bezimienny bohater w Warszawie. Zagoniony między gabinetem terapeutycznym a nocnym życiem stolicy. Rozliczający się ze sobą: swoją karierą, rodziną, przeszłością. Młody, a już świadomy porażek i tego, co nie zostało domknięte. Spotykający tajemniczą dziewczynę, nocnego pianistę i grupę facetów, którzy nie dadzą mu zęby.  Myśli o przereklamowanej dorosłości, o tym co znaczy dziś być mężczyzną (jestem ciekawa, jak odebrałabym tę powieść, gdybym była facetem!). Bardzo dalekim echem pobrzmiewa mi tu "Wilk stepowy".

Granica jawy i snu, ten moment o którym lady Makbet  mówi że "noc nie jest pewna, czy ma stać się świtem". Prawda i nieprawda, a może tylko zmęczenie na szpitalnym korytarzu? Na końcu volta i jednak nadzieja!

Nie przepadam za bohaterami, którzy są tak niepewni, poszukujący definicji  i swojej prawdy. Ale niewątpliwie tacy ludzie są. Jest ich wielu. Reportażowe ucho i oko Michniewicza nie może ich ignorować. W literaturze coraz rzadziej takie są  kobiety, a  do  facetów "niebacznych, rozdwojonych w sobie" (jednak z zupełnie innych niż powodów podmiot liryczny u Sępa-Szarzyńskego) chyba jeszcze nie się nie przyzwyczailiśmy. Czy polubiłam bohatera? Za krótko się znamy, ale chyba go rozumiem(choć nadal ciekawa jestem odbioru tej powieści przez panów!). Napisane sprawnie, niektóre obrazy, urywki z nocnych, sennych wędrówek zostaną  na chwilę w pamięci, ale chyba nic poza tym.

A jednak ten koniec, ostatnie pociągnięcie tego malującego plamy codzienności bohatera daje nadzieję. Że świt niesie odpowiedzi. Nowe rozdanie. A mi w uszach gra fragment wiersza, który skojarzył mi się od razu gdy przeczytałam tytuł. I paradoksalnie Staff znów ma rację  w swoim "Przedświcie"

"Znam gorycz i zawody, wiem, co ból i troska,

Złuda miłości, zwątpień mrok, tęsknot rozbicia,

A jednak śpiewać będę wam pochwałę życia - (...)

I pochwalam tajń życia w pieśni i w milczeniu,

Pogodny mądrym smutkiem i wprawny w cierpieniu."

I pochwał tajni życia bohaterowi i czytelnikom życzę.

 

Za książkę dziękuje wydawnictwu.

 Tomasz Michniewicz."Przedświt". Wyd. Znak. Kraków 2024. 

wtorek, 24 września 2024

"Saga o ludziach ziemi. Wieczorne gody" kobiecy głos

 

Ostatnia część trylogii ma bardzo wyrazistą bohaterkę-Mariannę Betową, która wydaje się być w dobrej dla kobiety i gospodyni sytuacji-jest wdową. Jednak jej wolność jest tylko pozorna, rodzina naciska na ślub, po wsi szerzą się plotki. Ale Marianna postawi na swoim i wybierze na tyle samodzielnie, na ile pozwala sytuacja u progu XX wieku.

Głos Marianny jest tu dominujący. Poza nią w historii na kilku innych bohaterów, odzywa się Stasiek Jóźwiak i Dziwna Iśka. O ile w poprzednich tomach wyraźniejszy był element świata nadprzyrodzonego, magicznego, tu dominuje realizm, bo czas już nowoczesny. Ta nowoczesność widoczna jest w rozmowach o wyjeździe do Ameryki oraz wieściach z gazet, które kupują niektórzy gospodarze. I o których czytaniu marzy Marianna. Zachwyca determinacja kobiety, która wie, jaką wartością jest wykształcenie, która dąży, by jej dzieci,nawet dziewczynki, chodziły do szkoły. Ten rzut oka w przeszłość pokazuje jak wiele zmieniło się przez ponad 100 lat. I że prawo do nauki wiejskich dzieci było wywalczone właśnie przez takie Marianny.

W porównaniu do poprzednich tomów tu mniej jest smutku i tragizmu wydarzeń historycznych, a opowieść kończy nadzieja i swoiste post scriptum jakim jest posłowie autorki, w którym wspomina Mariannę, znaną tym, których ona już też zna. 

Jest w tej historii ciągłość, jest następstwo czasów, pokoleń. Jest zmiana, ale i stałe przywiązanie do ziemi, które łączy wszystkich bohaterów. I jest to, czym autorka ujmuje od początku - pokazanie na równoległych osiach wielkiej historii: z jej postaciami, traktatami, wojnami, noblami, i zwykłych ludzkich losów, które płyną w swojej codzienności, czasem zawrócone z ubitej tradycją ścieżki jakąś wichurą dziejową.

Saga w dobrym stylu, z bohaterami, do których czytelnik się przywiązuje, z oddaniem realiów i pokazaniem życia tych, którzy stanowili większą część społeczeństwa i których historia, choć tu inspirowana dziejami rodziny Autorki, jest w wielu wypadkach podobna. Wielobarwna, wielogłosowa, dobra opowieść z ziemi i korzeni.

O poprzednich częściach: Wpatrzeni w nieboCzas rumianku

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu. Współpraca barterowa. 

 Anna Fryczkowska,  "Saga o ludziach ziemi. Wieczorne gody". Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2024.

.  

 

środa, 10 lipca 2024

"Poczta literacka" wskazówki mimochodem


 Dziś, gdy ktoś chce się dowiedzieć co ludzie sądzą o jego wierszu może go wrzucić do internetu (niewykluczone, że dostanie setki komentarzy, które nie będą odnosicie walorów literackich). Kiedyś można było swoje próby wysyłać od "Życia literackiego". I liczyć na opinie redakcji.

 "Poczta literacka, czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem" to właśnie zbiór odpowiedzi pisanych przez Wisławę Szymborską tym, którzy zdecydowali się otworzyć swoje szuflady przed krytycznym okiem redakcji.  Ktoś może pytać co nam, tyle lat po działaniach Poczty literackiej, po zestawie odpowiedzi ( nawet bez tekstów, którym poświecono wierszówkę). Lata minęły, po co to wznawiać? Ano po to, że jednak w świecie literatury wiele pozostało niezmienne. Owszem, dziś poeci piszą o  smsach,  a użycie słów, które szokowały np. w poezji Bursy nie robią wrażenia, ale w kwestii zasad nie zmienia się wiele. I właśnie o zasadach pisze Szymborska. Czasem złośliwe, czasem ironicznie, czasem z żywą aprobatą wypowiada się o wierszach, których my nie znamy. Ale paradoksalnie- to nic nie szkodzi. 

Zawarte w tych dość krótkich opiniach  sformułowania są wskazówkami dla każdego, kto pisze. I kto czyta, bo  zwracając uwagę na elementy techniczne pisania, Szymborska daje też kurs czytania i analizy. Albo widzenia literackich szwów. Jest o błędach młodości , do których przyszła noblistka sama się przyznaje, o rozchodzących się wątkach i rymach kosztem sensu. O zbytniej górnolotności i potrzebie zachowania „równowagi ducha”, o tematach, które gdy zbierze się te największe w jednym wierszu, raczej nie dadzą dobrego utworu.  O tym, że siłą literatury jest zaskoczenie, niespodzianka.  Jest lekko, zabawnie, czasem złośliwe. O warsztacie i idei. A żeby nie było tak poważnie ostrze swoich komentarzy Szymborska wbija też klasykom np. pewnemu Williamowi z Londynu (który jest na bakier z historią Danii) czy Stefanowi Ż.

 Do Poczty wysyłano wiersze i opowiadania, zatem mamy tu zdania o krótkich formach prozatorskich: „Prawdziwa literatura zaczyna się dopiero wtedy, kiedy żywe postacie intrygują bardziej od tajemniczych zwłok”.  I poezji „W każdym wierszu chodzi przecież o wrażenie, że te właśnie, a nie inne słowa od wieków czekały, żeby się ze sobą spotkać i zrosnąć w całość jedyną, już nie do rozerwania”.  Jest też o  byciu człowiekiem słowa pisanego, które rozumiane jest tu jako rodzaj posłannictwa i misji (choć przy docenieniu warsztatu) „Poezja nie jest dla nich (poetów „z urodzenia”) rekreacją i ucieczką od życia, ale  samym życiem”. 

W jednej z odpowiedzi Szymborska pisze „Prawdziwy talent, owszem, wymaga, zwłaszcza na początku, wskazówek i pouczeń. Ale nauka ta musi mu przychodzić łatwo jakby mimochodem.” I właśnie takimi wskazówkami mimochodem, dla tych, którzy piszą i tych, którzy czytają jest „Poczta literacka”. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu, współpraca barterowa. 

 Wisława Szymborska.  "Poczta literacka, czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem". Wyd. Znak. Kraków 2024.

 

środa, 19 czerwca 2024

"Katharsis". Historia oczyszcza?

 

Tyle osób polecało książki Macieja Siembiedy, że nadszedł czas przekonać się w czym tkwi sekret jego, zasłużonej, popularności. 


Krótko? W warsztacie. Maciej Siembieda wie, co pisze i po co pisze. I pisze tak, by z jednej strony opowiedzieć historię, a z drugiej dać czytelnikowi możliwość poczucia sedna i serca opowieści. Lata dziennikarskich doświadczeń i działania w obrębie słowa procentują. Są napięcia, są opisy, są kulminacje. I jest twist, że czytelnik pyta siebie-ale jak to?  

W "Katharsis" autor zaczyna od wojny w Grecji, by potem opowiedzieć o kopalniach uranu w Kotlinie Kłodzkiej i królu przemytu z Gdyni. Rozwija i plącze losy Polaków i Greków, którzy w Polsce Ludowej znajdują swoja nową ojczyznę. Opowiada o Sacharynie, przedwojennym królu półświatka, który i po wojnie wie, jak się ustawić.
Saga kryminalna ma to do siebie, że łączy prywatne losy bohaterów z zagadką i panoramą czasów. Panorama jest tu bardzo szeroka, bo obejmuje i ogarniętą wojną Grecję i powojenną Polskę, zapuszcza się nawet do Kairu. Losy Sacharyny, członków rodziny Tosidosów i pozostałych postaci łączą się, tworząc sieć, czasem dość nieoczywistych, powiązań osobistych, historycznych i politycznych. Tajemnic jest tu kilka i trochę jak w greckiej tragedii gra toczy toczy się o poznanie i tytułowe oczyszczanie (a nie tylko uranowy skarb). 
Przed "Katharsis" czytałam "Kołysankę" i tam też autor łączył światy i historię, przy czym była to rzeczywistość historycznie bardziej odległa w czasie, bo XIX wieczna. W "Katharsis" historia jest rozpisana na bliskie siebie pokolenia, co daje jeszcze więcej wewnętrznej dynamiki. I chociaż nie jestem fanką skandynawskich sag kryminalnych, w których śledzi się życie policjantów, a gdzieś tam w tle toczy się akcja kryminalna, to typ narracji, który wybrał Siembieda, czyli losy rodzin z mocno tajemniczym, momentami sensacyjnym twistem, bardzo mi odpowiada. 

Maciej Siembieda. "Katharsis". Wyd. Agora. Warszawa 2023.

środa, 5 czerwca 2024

"Times New Romans" nic nowego w świecie romansu


Książka jest miksem  popularnych motywów- są więc przyjaciele z dzieciństwa, których przed laty rozdzieliły trudne wypadki. A że oboje są wziętymi autorami - on romansów, ona kryminałów, pojawia się pomysł na wspólną powieść i  akcję promocyjną opartą na ich romansie.  

 Pomysł dobry jak każdy inny z arsenału komedii romantycznych, tym bardziej, że parę do siebie ewidentnie ciągnie, a o procesie twórczym zawsze fajnie poczytać. Tyle tylko, że o pisaniu jest tu malutko, a cała historia jest rozwleczona na prawie 600 stron, podczas gdy dałaby się zamknąć w 200. Pomysł z opisywaniem sytuacji z punktów widzenia obojga bohaterów byłby dobry, gdyby te perspektywy czymś się różniły, natomiast miałam wrażenie przedrukowanych stron.  Siłą takich książek powinni być bohaterowie, których się po prostu lubi. Theo  ze swoim pomysłem „rozkocham ją po latach” wydał mi się nieprawdziwy. Wybacz Theo.  Natomiast  zachowanie i motywacje Ellie trudno zrozumieć, bo gdy po już 300 stronach dowiadujemy się, dlaczego tak nierozłączni przyjaciele z dzieciństwa  zerwali kontakt, to pierwszym pytaniem jest- dlaczego ta dorosła kobieta nie zrobiła nic, by wydarzenia z przeszłości przepracować i uwolnić się od „nienawiści” (słowo wg mnie mocno w kontekście tej książki na wyrost). To kolejna historia, której by nie było, gdyby jej bohaterowie  porozmawiali ze sobą.   

Język powieści jest prosty (czasem aż za), dowcip dyskusyjny(ile można jechać na prostych, dwuznacznych skojarzeniach, a Theo nazywając Elle najbardziej złośliwą zdradza, że spotkał mało  inteligentnie złośliwych kobiet). Plot twist zaskoczył, ale (spoiler!) najbardziej tym jak bardzo oderwany od całości  jest ten gangsterki element. „Times New Romans” miał być wg polecających go bookstagramerek uroczy, błyskotliwy i zajmujący. Dla mnie nie był.  Może jestem za stara na takie książki. Może lekką rozrywkę pojmuję inaczej ( czy tłumaczy mnie wybór „Masz wiadomość” jako ulubionej filmowej komedii romantycznej?). Może  jestem nudziarą, wymagając od ludzi z karierą i dorobkiem pisarskim umiejętności rozmowy i rozwiązywania problemów.

 W jednej z niewielu rozmów o książkach  Theo mówi o przepisie na idealną powieść i zaznacza: „musimy się okazać warci ich czasu”.   Z przykrością stwierdzam, że mojego nie byli.

Książka powstała na Wattpadzie. Pomysł na platformę, gdzie pisać każdy może jest  świetny. Tyle tylko, że nie wszystko, co dobrze wygląda jako odcinek komputerowej historii nadaje się na wydanie w formie książki.  I to jest zdanie nie jest tylko moje- starej nudziary, ale także studentki, z która jakiś czas temu rozmawiałam o fenomenie „łotpadówek”. 

 Współpraca z wydawnictwem w wyniku akcji na portalu Lubimy Czytać.

 Julia Biel, "Times New Romans". Wyd. Media Rodzina. Poznań 2024. 

 

wtorek, 30 kwietnia 2024

"Przypadki miłosne" dla koleżanki pytam


 Zwykle nie czytam poradników, ale zainteresowała mnie forma "Przypadków miłosnych", a że jedną z autorek jest koleżanka, więc usiadłam do lektury otwarta na wrażenia.

To książka oparta na współistnieniu opowiadania i rozmowy, do której opowiadanie jest punktem wyjścia. Tematem jednego i drugiego są związki i relacje.  Połączenie opowiadania z komentarzem psychologicznym nie jest pomysłem nowym (tekst-komentarz dla dorosłych i dzieci znajdziemy np. w książce Grzegorza Kasdepki o emocjach). Tu ciekawym zabiegiem jest forma tego komentarza, czyli rozmowa dziennikarki z psycholożką, która z jednej strony przypomina koleżeńskie pogaduchy przy kawie, z drugiej przez dziennikarskie pytania jest bardziej pogłębiona i wskazująca też inne punkty widzenia.  
 
Opowiadania Nataszy Sochy spełniają warunki tekstów biblioterapeutycznych- określona sytuacja/problem, ograniczona liczba bohaterów, prosta budowa, brak wątków pobocznych. Taki sposób pisania pozwala skoncentrować się na temacie, a jednocześnie otwiera na dyskusję o zachowaniach i motywacjach postaci oraz ewentualnych wariantach zakończenia. Co ciekawe, rozmowa analizująca konkretne zagadnienie zajmuje więcej stron niż samo opowiadanie, dzięki czemu nie ogranicza się tylko do jednego tematu, a kilka zagadnień (np. życie z fagiem)  powtarza się w kolejnych rozmowach. Wśród poruszanych tematów czytelniczki (jest tu bardzo mocna kobieca perspektywa!) znajdą m.in. związki z różnicą wieku, powroty do byłych partnerów, pytanie o możliwość przyjaźni damsko-męskiej, a także miłość do samej siebie. Tematy te pojawiły się wcześniej w podcastach Przypadki miłosne, a rozmowy z książki dodatkowo zahaczają się o sytuacje opisane przez Nataszę Sochę.

To nie jest książka z teoriami i przypisami (może trochę szkoda, bo lubię), to lekka w formie opowieść o tematach wcale nie tak lekkich, różnych relacjach i wyborach. Na pewno można książkę wykorzystać w pracy z emocjami, a analizując obecne i przeszłe relacje zerknąć na przygotowane pytania i testy. Jest trochę tak, jak gdyby zamiast mówić "dla koleżanki pytam", odwołać się w rozmowie do opowiadania i poznać zdanie psychologa. Zachowania bohaterek są na tyle uniwersalne, że można traktować je jako pretekst do rozmowy, albo własnych rozmyślań, bo biblioterapia może być też autoterapią.Czy zmieniłam podejście do poradników? Nie. Ale rozmowy o sytuacjach znanych z życia (nawet jeśli z pewnymi spostrzeżeniami bym dyskutowała) warto posłuchać. 

Natasza Socha,Violetta Nowacka, Anna Skoczek. "Przypadki miłosne". Wyd. Pascal. Bielsko-Biała 2024.

poniedziałek, 4 marca 2024

"Słowa wdzięczności" 103 dni spojrzenia

 

Nie czytam poradników, ani książek motywacyjnych.  "Słowa wdzięczności" to dla mnie pewien eksperyment, a do eksperymentu namawia też autorka. Na każdy z 103 dni mamy tekst-rozważania Niemczynow  z cytatami z pisarzy, filozofów i świętych. A to po to, by nauczyć się doceniać to, co mamy oraz widzieć te elementy, za które możemy być wdzięczni.
Autorka sama pisze, że nie odkrywa w temacie wdzięczności niczego nowego, po prostu namawia do spojrzenia na życie z wdzięcznością- tą, za sprawy dobre i oczywiste (czasem te najtrudniej zobaczyć), ale także te, które doświadczają nas i pozwalają rozwijać się, a nawet zmieniać.

W tekstach sporo jest odwołań do życia autorki i jej powieści (odniesienia do książek, których nie znam,  a zatem są w moim czytaniu pozbawione kontekstu, podobały mi się średnio, ale może dla fanów twórczości są jakimś punktem zaczepienia).
To nie jest książka do przeczytania, raczej przerobienia. Jest o trudnościach, które wydają się nie do przejścia,  a zostawiają wiarę w siebie; o poczuciu własnej wartości, budowaniu relacji z sobą, Bogiem, innymi ludźmi. O pracy, rodzinie, kryzysach, wybaczaniu i dbaniu o siebie.O codziennych radościach, które powinniśmy dostrzegać, bo wtedy życie jest lepsze. Każdy tekst kończy się zadaniem, a forma wydania publikacji - z wykropkowanymi liniami i miejscem na zapiski,  pozwala traktować książkę jako rodzaj dziennika wdzięczności.

Wdzięczność to uczucie od jakiegoś czasu coraz bardziej doceniane. I dobrze! Bo pozwala zauważyć, jak wiele dobra nas otacza, a także, zwłaszcza  patrząc z perspektywy-zauważyć jak momenty trudne, smutne stały się punktami zwrotnymi lub po prostu ważnymi.
To nie jest książka do przeczytania na raz. W praktykowaniu wdzięczności chodzi o wytworzenie nawyku i dostrzegania tego, za co możemy dziękować. A to wymaga czasu i powtórzeń. I ten czas na próby i ćwiczenia daje ta książka.  Rzecz niezła na prezent, także dla nas samych, gdy to, co dobre w codzienności nam ucieka, a potrzeba pretekstu do chwili codziennego zatrzymania.
 
Anna H. Niemczynow. "Słowa wdzięczności". Wyd. Luna. Warszawa  2024.

poniedziałek, 4 grudnia 2023

"Opowieść błęktnego jeziora" o opowiadaniu

 

Wartość terapeutyczna opowieści jest niezaprzeczalna i udowodniona. Działa to nie tylko historia, ale i sama okoliczność jej słuchania.  

Doświadcza tego Sonia, dziennikarka, która przejeżdża do Bukowej Góry by napisać artykuł o tamtejszej kawiarni i wytwórni czekolady. Szybko zaprzyjaźnia się z właścicielami, ich rodziną i przez kolejne wieczory poznaje historię kawiarni i tworzących ją ludzi. I tu w „Opowieści błękitnego jeziora” pojawia się druga historia. Książka w książce, bo choć miejsce podobne, to cofamy się czasów międzywojennych, by poznać historię chłopaka, którego uratowała rezolutna Sabina. I tak, przeplatając grudniowe opowieści ze współczesności z kilkoma latami historii sprzed wieku, snuje się ta historia.  


Dla mnie snuje się nieco zbyt wolno, stylem przebogatym w przymiotniki i dopowiedzenia,z archaizacją w wątku sprzed wieku, która momentami nużyła. Na pewno są czytelnicy, którzy potrzebują takiego otoczenia słowami, by stworzyć sobie świat powieści, ja wolę inny styl.

Autorka dotyka kilku zupełnie nielekkich tematów- pustki po śmierci matki i niełatwych relacji między ojcami a córkami. Historia Soni jest równoległa do historii Mateusza, starszego wybuchowego mieszkańca BukowejGóry, którego losy dają dziewczynie rewers jej własnej historii. Jest też wątek rodzącego się uczucia, choroby dziecka i w końcu powieści: żałoby. To, co spodobało mi się to międzypokoleniowe spotkanie przy opowieści. Sonia razem z właścicielami kawiarni wytwarza swój rytuał spotkań przy historii, snuta w kolejne wieczory opowieść, zahaczająca o elementy z legend, scala i buduje więzi. Dzięki tym seansom opowieści (i czekoladzie), dziewczyna zaczyna czuć, że może przynależeć do jakichś ludzi i do jakiegoś miejsca. To, nawet chwilowe, uczucie być częścią całości pozwoli jej na odważne zmiany i zamkniecie tego, co ciąży z przeszłości.  

Dla fanów baśni dla dorosłych i stylu z wieloma przydawkami – na pewno lektura z gatunku kocyków na czas przedświątecznych. Ja będę dalej szukać mojej idealnej powieści świątecznej. 

Za książkę dziękuję wydawnictwu. Współpraca. 

 Dorota Gąsiorowska. "Opowieść błękitnego jeziora". Wyd. Znak Literanova.  Kraków. 2023. 



 



środa, 22 listopada 2023

"Grudniowy dom" i szeptane historie

 


To nie jest typowa książka świąteczna.  Jeśli ktoś spodziewa się lukru, komedii pomyłek i pocałunków pod jemiołą, to w „Grudniowym domu” tego nie znajdzie.  Magda Knedler  zaprasza czytelników do domu na śląskiej wsi, który Kami, projektantka nagrobków, odwiedza po śmierci swojej babki.  Starsza pani zostawiła jej kilka wskazówek, dzięki którym kobieta ma szansę poznać historię rodziny. Pojawiają się tu wątki pierwszej i drugiej wojny światowej, tożsamości mieszkańców Śląska, powojennych traum, losów niemieckiego malarza Franza Sedlacka. Sama Kami też zmaga się z przeszłością- to właśnie w okolicach  domu babki lata temu straciła swoją pierwszą wielką miłość, a dziewczyna porzuciła świat muzyki, który był dla niej czymś bardzo ważnym. Grudniowy dom, zwany przez mieszkańców domem szeptów, staje się miejscem na styku przeszłości i przyszłości. To tu na wigilijnej wieczerzy spotkają się ci, którzy dziś tworzą historię, a pustych miejsc będzie więcej niż jedno.  

Autorka opowiada historię pełną niedopowiedzeń, urywanych wątków, ale ostatecznie wszystko splata się w barwną opowieść o ludziach i ich codziennym życiu w niezwykłych, często przerażających czasach.   Kami, poznając historię własnych dziadków i rodziny ma też szansę przemyśleć własne wybory i zauważyć ile w niej ech przeszłości. Bo powieść Magdy Knedler jest  też o rodzinnej ciągłości, o trwaniu.  O tym, co z przeszłości gra w kolejnych pokoleniach. Jest w tym myśleniu coś, co i mnie jest bliskie, bo w świątecznym czasie często widzę elementy przez tyle lat powtarzalne i te, które się zmieniły się, „gdy zabrakło znów czyjegoś głosu”.  „Grudniowy dom” nie jest typową powieścią świąteczną i działa to na korzyść. Najbardziej typowy jest kiełkujący wątek romansowy i przyznam, że najmniej przypadł mi do gustu, bo mam wrażenie, że został dodany trochę jako obowiązkowy element książki, która  jednak w całości temu schematowi się  wymyka.

Jeśli ktoś uważa, że książki świąteczne mają krótki termin przydatności do czytania to „Grudniowy dom”  jest powieścią, która mimo grudnia w tytule, jest historią całoroczną. Jest po prostu wciągającą opowieścią, której sednem są wydarzenia i emocje, z których składa się historia domu szeptów i jego mieszkańców. Tych z dziś i tych z wczoraj.  

 I innej książce autorki "narzeczone Chopina" piszę tu

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Otwarte.  

Magda Knedler, "Grudniowy dom". Wyd. Otwarte. Kraków 2023. 

 

środa, 4 października 2023

"Adam" w mackach narratora

 


Mickiewicz. Pierwsza literacka miłości, której nie zabiła analiza i egzaminy na polonistyce na uniwersytecie jego imienia. Na publikację o nim czekam i wiele wymagam.

To, co na początku bardzo mi się spodobało w „Adamie” to narrator, który opowiadał o Mickiewiczu z perspektywy jego cienia, ducha, zmieniającego postacie strażnika. Dystans, z którym mówił, odnosząc się do tego, co było i będzie, nadawał znanej i wałkowanej wielokrotnie historii powiew nowości. Ale po jakimś czasie narrator zaczął męczyć. Bo Adam przestał być pierwszoplanowy i stał się  bardziej marionetką w rękach narratora niż samodzielnym bytem. Mickiewicz wymyśla mesjanizm? Nie, to ten duch. To, co Norwida nazwał "mistycznym radykalizmem" sprawia, że Mickiewicz odchodzi od Towiańskiego? Nie, to bies boi się stracić kontrolę i intryguje, by pozbyć się Andrzeja.
To bardziej sprawdziłoby się w powieści, która jest o wymyślonym bohaterze, w powieści mającej duży związek z Mickiewiczem-dla mnie to za wiele. Macki narratora odbierają poecie charyzmę i siłę. Ktoś powie: licentia poetica i prawo autora, jasne, zgodnie z nim może zdawkowo pisać o „Panu Tadeuszu”, ale mnie ma prawo nie zachwycać takie traktowanie życiorysu, który nie jest tu tylko inspiracją, ale stanowi oś fabularną i odnosi się do faktów (jest kilka nieścisłości i kiks przy informacji, że legion Mickiewicza wspierał Krasicki).  

Mam kilka "ale", jednak nie można odmówić Harasymowiczpwi warsztatu! Czyta się płynnie i z ciekawością, a scenariuszowa praktyka autora daje o sobie znać w tempie akcji, zmianach scen, dialogach. W tekst wplecione są nie tylko spore fragmenty wierszy, a cytaty są też w narracji ( i to bez cudzysłowów, więc  dla czytelnika frajda tym większa, gdy np. gdy Adam w zachwycie woła „Aa!!”  patrząc na góry ze stepów Kozłowa, to lubię!).

Czy Harasymowicz zrzuca Mickiewicza z cokołu? Nie wiem, czy musi. Czy po latach ten tam jeszcze stoi? Moje nikłe doświadczenia pedagogiczne wskazały, że lekcje o nim warto zacząć od:wypadł z okna, siedział w więzieniu i romansował z rosyjską agentką. Działa! Mam wrażenie, że dużo zrobiono dla pokazania ludzkiego oblicza wieszcza, co w jego przypadku nie jest trudne. Zdziwiło mnie okładkowe hasło, że powieść "nie jest nudą biografią wieszcza". Skoro Mickiewicz życie miał bardzo ciekawe, to czemu powieść miałaby tego nie wykorzystać, być nudna? Ze świadomością jak wielobarwnym człowiekiem był Mickiewicz, spodziewałam się czegoś bardziej intrygującego, poruszającego więcej wątków (np. emancypacji kobiet w „Składzie zasad” zamiast opisywania kolejnych biustów), może naruszenia linearności, skoro narrator miał ciągoty przejęcia sterów i opowiadania nam na nowo? 

 
A może to nie jest książka dla mnie. Może gdyby przeczyła ją w 1997, gdy dopiero zaczynałam swój romans z Mickiewiczem, wpadłabym jeszcze bardziej. Kto wie! Może gdyby bohaterem tak konstruowanej książki był Julek, to  bardziej doceniłabym konwencję żywota prowadzonego z diabelską superwizją.  Może po prostu mam bardzo swojego Adama, którego wizerunek nosiłam w portfelu przez prawie 20 lat.

 
Cezary Harasymowicz. "Adam". Wyd. Lira. Warszawa 2022.

PS Na zdjęciu pomnik Mickiewicza na dziedzińcu Poznańskiego  Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Pomnik jest rekonstrukcją pierwszego pomnika wieszcza na ziemiach polskich, który stał w Poznaniu przy kościele św. Marcina.