Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bo bywam dzieckiem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bo bywam dzieckiem. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 kwietnia 2025

"Rilla ze Złotych Iskier" koniec historii


 Skończyłam przygodę z Anne. Dziękuję Pani Anno, bo bez nowego przekładu nie ruszyłabym w tę podróż.
Jako nie-fANKA, przy pierwszej lekturze zatrzymałam się na 3/4tomie i nie ruszyłam dalej nawet parę lat temu, gdy wróciłam do serii. Nowy przekład, w którym z uporem chwalę przypisy, sprawił, że przez te prawie 3 lata czekałam na następny tom. Były te lepsze i słabsze. Ale Rilla zdecydowanie będzie tym lepszym.

Tom obejmuje chyba najdłuższy czas (poprawcie!), przez co jest bardzo dynamiczny, a kolejne lata przebiegu I wojny nadają jej tempo i nerw. Wiadomości z frontu, momenty nadziei i beznadziei Kanadyjczyków ruszających do Europy, działania pomocowe, pokazały nieznaną stronę historii, bo nie wiedziałam, że Kanada tak szybko włączyła się w działania wojenne, a tym bardziej, że do mieszkańców sielskiej Wyspy Księcia Edwarda docierały wieści z Przemyśla i Brześcia (ciekawe, że Montgomery pisze o Polakach, narodzie, którego teoretycznie nie ma, a przecież jest). Historia, która upomina się o część bohaterów powieści to jedna, mocna strona książki. Drugą jest dorastanie Rilli i jej, może ciut tendencyjna, w pozytywistycznym rozumieniu, przemiana. W przededniu wielkiej wojny Rilla (jak Scarlett!), martwi się balem. Nie chce, jak rodzeństwo dalej się uczyć, bywa próżna i lekkomyślna. Ale gdy trzeba szybko dorosnąć, zmienia się. Na szczęście ta metamorfoza jest prawdopodobna. Rilla po prostu wyrasta z pewnych zachowań, a czułe oko rodziców pozwala budzić nowe zachowania. Rilla zostaje lepszą wersją siebie i to zanim pojawiały się instagramowe mądrości... jej przemiana jest bardzo w duchu dziewczyńskich powieści, ale nie odbiera bohaterce życia i kolorów. A przy okazji pokazuje niełatwe życie kobiet, które swoją służbę pełnią w domach, żegnając mężów i synów, opiekując się wojennymi sierotami, zbierając pieniądze i szykując paczki. I pisząc listy, które dodają historii dużo prawdy i wzruszeń. 
Ten tom to dla mnie opowieść o dorastaniu, rodzeństwie i przeznaczeniu. To też ciekawe spojrzenie na historię i postawy ludzi wobec zagrożenia.Oczywiście, są przypisy i jest też przytoczony pierwszy raz wiersz Waltera.

To była bardzo dobra podroż z Anne i jej rodziną.Dała dużo uśmiechu, wzruszeń. I wymogła tęsknotę za innymi książkami Montgomery!
 
A tu moja przygoda z Anne
 
 
Lucy Maud Montromery "Rilla ze Złotych Iskier". Przeł. Anna Bańkowska. Wyd. Marginesy. Warszawa 2025. 

środa, 11 grudnia 2024

"Alicja w Krainie Czarów" dialogi z Dalim


 "A po co komu  książka bez dialogów ani ilustracji?"

 Nowe wydanie "Alicji w Krainie Czarów" jest dowodem, że sama opowieść o Alicji jest idealną książką. Z dialogami i obrazkami. I jedno, i drugie jest nie byle jakie. 
Po pierwsze kolejny przekład. Alicja jest postacią z krainy przekładów. Było ich kilkanaście, a każdy kolejny to pytanie: w jaką stronę na nowo zabierze czytelnika znana przecież historia? Śledzeniem zmian i szczegółowymi porównaniami przekładów językowych wyzwań pewnie zajmą się specjaliści od translatologii, a ja powiem tyle, że przekład Pauliny Braiter czytało mi się bardzo dobrze. Jest  dowcipny, bywa absurdalny i groteskowy, językowo jest czasem zaskakujący (jest "ciekawsiej"!), a przy tym daje czytelnikowi osadzenie w świecie, który jest światem baśni, ale i światem tego letniego popołudnia sprzed ponad 150 lat, gdy  mała Alice żąda opowieści. Jest więc i ciekawie, i w duchu oryginału.

Po drugie:ilustracje. Połączenie historii Alicji z grafikami Salvadora Dalego to pomysł odkrywczy i oczywisty jednocześnie. Bo kto, jeśli nie surrealista, odda lepiej kolorami, kształtami, wyobraźnią, sens i emocje historii? Czy Alicja może być dziewczynką ze skakanką? Oczywiście! I, tu nie zgodzę się z autorami Mądrych Przedmów, bo oczywiście, że w swojej długiej sukni może przez nią skakać! To przecież świat zachwianych reguł.

Przedmowy to kolejny plus tego wydania. Wprowadzenie do świata Alicji,  matematyka, która była nauką-matką Carrolla, opowieść o Dalim pozwalają na łapanie kolejnych nitek i kontekstów. Na znalezienie jeszcze głębszego dna króliczej nory.

I po czwarte, choć może powinno być po pierwsze, w świecie zachwytów, zagadek, czarów i cudów zachwyca dwustronna obwoluta z tytułem "Alicja w Krainie Cudów", którą czytam jako przywołanie pierwszego przekładu na polski "Przygody Alinki w krainie cudów" Adeli S. z 1910 r. Te cuda w tytule pięknie nawiązują do treści, i cudownych ilustracji, i do tradycji książki na rynku (brawa za przypisy z wyjaśnieniem, że pewne zdania odwołują się do oryginalnych ilustracji Tenniela z pierwszego wydania).
A to, że Carroll już w pierwotnym tekście zakładał istnienie ilustracji, nie wiedząc, że pojawi się ktoś taki jak Dali, który barwami, formą i atmosferą zgra się z jego historią, a my to dostajemy w 2024 z nowym tłumaczeniem to już największy cud!
 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu. 
 
 Lewis Carrol. "Alicja w Krainie Czarów". Przeł. Paulina Braiter. Wyda Materia. Kórnik 2024. 

środa, 3 kwietnia 2024

"Anne ze Złotych Iskier". Literatura nie dla dzieci?

 

Są książki, które mimo klasyfikacji  w księgarniach i bibliotekach nie są dla dzieci. Ale tym razem nie myślę o książkach, których treść zapakowana w cukierkowe okładki  nie jest najlepsza pożywką dla  kształtowania się gustu czytelniczego (i charakteru). Tym razem myślę o tych seriach, które były początkowo dla dzieci, a potem stały się książkami dla nieokreślonej grupy odbiorców.  Bo skończyłam „Anne ze Złotych Iskier”. I tak sobie czytam, czytam i myślę, dla kogo jest ta książka?


 Anne jest stateczną mężatką, matką  pięciorga, a potem sześciorga dzieci. I każdemu z tych dzieci mamy poświęcony  rozdział, albo kilka.  Anne dba o to, by jej latorośle nie traciły kontaktu z krainą baśni, nawet jeśli  doświadczenia z innymi dziećmi trochę je rozczarowują, a na ulicy krzyczą, że noszą nosy za wysoko.  Przygód jest sporo  i na myśl o kilku współczesnym rodzicom włos może się jeżyć na głowie (dziecko wykradające się nocą z domu, by przejść się przez cmentarz,  nocowanie u podejrzanych sąsiadów, którzy potem podrzucają dziewczynę do domu tylko dlatego, ze są przekonani, że jest nieżywa…).  Dla współczesnych dzieci świat  rodzeństwa ze Srebrnych Iskier to zupełnie inny kosmos!  Nie wiem, czy obecnie rówieśnik  Di albo Waltera byłby zainteresowany ich przygodami, które – właśnie rozpatrywane w kategoriach przygód, nie są zbyt atrakcyjne.  Z kolei jeśli chcielibyśmy, by o dzieciach Anne czytały nastolatki, które Marchewkę poznały kilka tomów temu, to  dla nastolatka problemy kogoś kto ma lat 6 czy 8 nie są nigdy  interesujące.  

 Zatem może to książka, którą powinna jednak stać w literaturze dla dorosłych?  W końcu Anne jest już kobieta dojrzałą,  zaczynającą dostrzegać płynący czas, martwiącą się o przyszłość.  Szczęście Anne przy końcu książki zaczyna blednąć, bohaterka czuje się niekochana, nieważna, prowadząca życie zbyt powtarzalne. Wszystko kończy się dobrze, bo Gilbert, którego więcej w tym tomie (i domu) nie ma niż jest, kocha, ale nad wymarzonym domem  zbierają się chmury przyszłości. Jak to w życiu.  Pewnie sporo kobiet czuło się jak Anne. I tu już ani szerokość geograficzna, ani czasy nie mają takiego znaczenia. Ale o Annę w tej książce nie ma  aż tak wiele, by stała się głosem pokolenia. Jest ona pocieszycielką, cichym portem, do którego po każdej przygodzie wracają dzieci. Matką wyrozumiałą, wspierającą. Taką, która jest blisko.  Czy zatem to nie tyle powieść, co opowiedziany poradnik rodzicielstwa?  Ale skoro tak, to po co tu te wszystkie plotki przy pikowaniu kołdry? 


Czytałam tę książkę z przyjemnością. Bo miło wrócić do świata, w którym jest ten rodzaj porządku, który nie pozwoli, by stało się coś złego, do świata, który jest bezpieczny, i w gruncie rzeczy dobry. W którym Susan czeka w kuchni z ulubionym deserem i dobrym słowem, a  zgryźliwa ciotka zostaje ostatecznie wysłana do własnego domu. To był przyjemny pobyt u rodziny ze Złotych Iskier. Pobyt w świecie, którego nie ma.

Ale zastawiam si e kto  był, za czasów autorki odbiorcą tek książki i jak sytuacja będzie wyglądać za kilka lat, gdy  przekład Bańkowej (po raz kolejny powiem, że świetny i oddający głos wszelkim cytatom z Biblii,  Szekspira,  poetów angielskich) przestanie być kontrowersyjny i nowy? Co się stanie z  kolejnymi tomami Anne za jakiś czas? Co będzie z Jeżycjadą?  Bo tu mam podobne  myśli, zawiązane choćby z tym, kto pożyczał  ostatnio wydane tomy (to nie były dzieci!). Anne,  Jeżycjada, może coś jeszcze?  Książki, które  wyrosły z literatury dziecięcej, ale im dalej w las i im dalej w czas, tym bardziej odchodzą od swojego początku. A dokąd idą?  

 

 Lucy Maud Montgomery Anne ze Złotych Iskier.  Przeł. Anna Bańkowska. Wyd. Marginesy. Warszawa 2024. 

środa, 8 listopada 2023

"Widmo z Głogowego Wzgórza" dreszczyk z humorem



Na widok „Widma z Głogowego Wzgórza” zabiło moje serce czytelnika, wielbiącego nastrojowe przygotówki. I co ważne- ta reakcja trwała przez całą lekturę. To ten rodzaj przyjemnego mrowienia, gdy wie się, że coś jeszcze się w książce wydarzy i czeka się z poczuciem przyjemnego dreszczu. A Edward Fenton stworzył  właśnie taką aurę i  umiejętnie zrównoważył  ją humorem.

 James jedzie swojego kuzynostwa na Głogowe Wzgórze. Okazuje się, że w niedawno kupionym  domu dzieje się coś tajemniczego. Zresztą każdy stary dom ma swoją historie, a w historii tego ważną rolę odrywa jego niedawno zmarła właścicielka i… pies. Sytuacje komplikują opady śniegu, które odcinają domowników od świata. Założone przez Jamesa,  Obiego i Amandę Widmowe Zgromadzenie zaczyna mieć co robić, gdy za oknem widać tajemniczą twarz, a na śniegu pojawiają się ślady…

To historia w idealnych proporcjach z dreszczykiem (i zupełnie racjonalnym rozwiązaniem zagadki) i humorem. Wspaniała jest Amanda, zaczytana w „Wichrowych Wzgórzach”, jej logiczny brat oraz młodsza siostra Dzidzia (uroczo rozpieszczona domowa walkiria z psem Zyglindą).  Przemili są  gospodyni Irlandka pani MacMinnies i rodzice dzieci. Zwłaszcza tata, autor poczytnych powieści wzbudza sympatię, dając Jamesowi radę, czego powinien wystrzegać się pisarz.  Radę przepiszę, bo świetna: „Czterech rzeczy, których każdy człowiek piszący musi unikać: niechlujnej myśli, mętnego zdania, pretensjonalnego zwrotu i niezdarnie budowanej fabuły”.  Jeśli ktoś zastanawia się, po co czytam książki dla dzieci to właśnie dla takich smaczków. A Fenton słuchał własnych rad, czego skutkiem było wyróżnienie  powieści nagrodą im. Edgara Allana Poego dla najlepszej książki dla młodych czytelników.

To książka sprzed lat (pierwsze wydanie w roku 1963), z czasów, gdy uszkodzenie telefonu zrywało kontakt ze światem, z czasów, gdy siadano przy kominku i opowiadano sobie niezwykłe historie. I uruchamia się tęsknota za taką rzeczywistością (nawet jeśli oznacza picie wody z topionego śniegu). Tęsknota za dniem dzieciństwa, który mógł być przygodą, za entuzjazmem wynikającym z lektury „Wichrowych Wzgórz” lub próby napisania własnego wiersza.  Za wiarą, że dziecięce marzenia muszą się spełnić, a przeczucie niezwykłości na pewno zwiastuje coś fantastycznego! I dlatego mrowienia i przeczucia czytam książki dla dzieci. I wracam do klasyki, której seria Mistrzowie Ilustracji jest gwarantem jakości.    

 

Edward Fenton, "Widmo z Głogowego Wzgórza". Przeł. Irena Tuwim. Wyd. Dwie Siostry. Warszawa 2019. 

czwartek, 17 sierpnia 2023

"Wymarzony dom Anne" i ci, którzy znają Józefa


 Czy macie wśród znajomych tych, którzy znają Józefa?


"Wymarzony dom Anne" to tom, w którym po przestoju fabularnym topól/wierzb, znów akcja przyspiesza. Anne wychodzi za mąż, wyprowadza się, przeżywa wielkie radości i ogromne straty. Siłą tego tomu są  bohaterowie drugoplanowi, którzy nadają historii młodej mężatki dodatkowego kolorytu.Jest tajemnicza Leslie, piękna i nieszczęśliwa, której historia staje się dla Anne chyba największym charakterologicznym wyzwaniem. Jest stary kapitan, miłośnik morza i gawęd. Jest wreszcie panna Cordelia, nieprzyjaciółka mężczyzn, twórczyni tezy o tych, co znają Józefa. Są epizodyczni starzy znajomi z poprzednich tomów np już dorosły Paul.

Poza przeróżnymi emocjami, jest tu wielka siła przyjaźni i wsparcia, które dają ci, ktorzy znają Józefa.

Montgomery, wkładając w usta panny Cordelii słowa o plemieniu, które zna Józefa (dzięki przypisom Bańkowskiej, które ponownie doceniam, wiem, że to sformułowanie o starotestamentowym pochodzeniu) opisuje jasno coś, co trudno wytłumaczyć. Bo przecież zdarza się, że nagle dookoła znajdują się ludzie, z którymi od razu łapiemy kontakt. Którzy bez fazy oswajania rozumieją nasze poczucie humoru i nasz punkt widzenia, którzy mogą tego punktu nie podzielać, ale go szanują. Którzy, gdy trzeba są (i są, gdy wydaje się, że nie trzeba, są na wszelki wypadek). Łączy z nimi nić porozumienia, uśmiechu, wsparcia. Łączy sieć podobnych skojarzeń.

Na studiach, na zajęciach z kultury europejskiej, pani profesor wspomniała, że kultura to zestaw odniesień, dzięki którym ci, którzy znają Józefa lepiej się rozumieją. Kolega (nie nawykły do dziewczyńskich lektur)pytał nas potem o co chodzi z tym Józefem. I tak sytuacja dostała kolejny kontekst-gdy o kulturze mówi się cytatami.

Wiele może być poziomów znania Józefa. I dobrze mieć obok siebie tych, którzy też go znają(nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy).

Lektura "Wymarzonego domu" jest wyczekiwanym powrotem do tych, na spotkanie z którymi się czeka. Bo nawet jeśli ich jeszcze nie znamy, to oni już też znają Józefa.

O Anne z Zielonych Szczytów tu , o Anne z Redmondu tu 

Lucy Maud Montgomery, "Wymarzony dom Anne". Przeł. Anna Bańkowska. Wyd. Marginesy. Warszawa 2023.

środa, 24 maja 2023

"Babcia Rabuś powraca" bo każda babcia ma coś z rabusia. Nawet...

Nie spodziewałam się, że Babcia Rabuś powróci! Pożegnanie z nią wydawało się dość ostateczne. Ale na szczęście dla wyobraźni  Dawida Walliamsa nie ma rzeczy niemożliwych!

"Babcia Rabuś powraca" to także powrót do tego, czym kilka lat temu zachwycił mnie Walliams pierwszą Babcią: wyobraźni, humoru i umiejętności mówienia bez nadęcia o rzeczach ważnych. To także powrót do Bena, wnuczka rabusia, jego zakręconych na punkcie tańca rodziców oraz Raja: sklepikarskiego mistrza promocji (jego postać łączy Walliamsowe uniwersum, ale w drugiej części opowieści o Babci Raj ma naprawdę sporo do zrobienia!).


Londynem wstrząsa wieść o kradzieży maski Tutenchamona. Sposób działania przestępcy oraz jego dalsze wyczyny przywołują na myśl metody działania słynnej Babci. Ale przecież Babcia Bena odeszła ponad rok temu! Ben postanawia przyjrzeć się sprawie. Jemu, znacznie mniej dyskretnie, przygląda się strażnik sąsiedzki pan Parker (przy okazji brat wyjątkowo stereotypowej bibliotekarki).  Jakby tego było mało, chłopiec ma zastąpić  ojca w konkursie tanecznym.  Czy da się rozwiązać zagadkę bezpardonowych kradzieży, zatańczyć układ, przy którym publiką wstrząśnie dreszcz, a przy okazji jeszcze poznać inną stronę osoby, która nikomu, ale to nikomu (!) nie kojarzy się z babcią rabusiem? Walliams to potrafi! Jest momentami szaleńczo, absurdalnie i zabawnie, ale bywa i bardzo wzruszająco (Walliams umie wywołać we mnie łzy, a niewielu to potrafi!). Poza zabawą i jazdą bez trzymanki z absurdem w plecaku i w przebraniu homara, mamy też opowieść o pokoleniach (nuty mądrości dojrzałego wieku i szczerości dzieci Walliams wygrywa bezbłędnie!) i spełnianiu marzeń- tych o byciu hydraulikiem i udziale w Tańcu największych sław. Bo to też trochę historia o tym, że marzenia nie mają wieku i ma je każdy, nawet ten, kto wydaje się, że ma wszystko.


Powrót Babci Rabusia jest też powrotem mojego zachwytu nad tym, co wyczynia Walliams w świecie fantazji i groteski. Przyznam, że przy niektórych książkach - np. „Gluciaku” (który co prawda jest fajowy językowo- jak zawsze czapki z głów przed tłumaczką Karoliną Zarembą) czuję, że jestem na nie za dorosła.  Opowieści o babciach rabusiach biorę w całości. I chyba nawet ta druga podobała mi się ciut bardziej! Może to przez klejnoty koronne?

Dawid Walliams. "Babcia rabuś powraca". przeł. Karolina Zaremba. Wyd. Mała Kurka. 2023. 

czwartek, 4 maja 2023

"Swiftowie" rodzina i słowa


 Czy porównywanie jednej książki do innych ma sens? Czy to przyciąga dla lektury?

Jeśli tak, to Swiftowie to odrobina klanowego porządku i czarnego humoru rodziny Addamsów, ciut zagadki z Agaty Christie, rezolutni bohaterowie rodem z książek Dahla i piękna biblioteka oraz językowe zagdki z Hotelu Winterhouse.

 Beth Lincoln napisała powieść przy której, (przewyższając 3 razy wiek docelowego odbiorcy) bawiłam się fantastycznie i znów poczułam dziecięcą fascynację- co będzie dalej!

W rodzie Swiftów imię wybiera się ze Słownika i determinuje ono życie  kolejnego Swifta. Breweria cały czas nie wie, czy będzie niewolnicą swojego imienia czy będzie działać mu na przekór. Zjazd rodzinny to sprawdzi, bowiem gdy wypadek uniemożliwi ciotce Schadenfreude przekazanie schedy, Breweria i jej siostry:Fenomena i Szczęsna zaczyna swoje śledztwo. Nie można polegać tylko na rodzinnym detektywie Tropie, tym bardziej, że i on staje się podmiotem śledztwa. Ogólnie dzieje się sporo, trup ściele się gęsto, a to wszystko podlane jest sosem humoru z nutką tajemnicy i nieskrępowanej dziecięcej wyobraźni! Jak to w książce dla młodego czytelnika jest i morał: należy być sobą, a rodzina to siła (czasem siła złego!).  Nie powiem więcej, by nie psuć zabawy, bo zagadka, tropy i rozwiązanie wcale nie są oczywiste. 

  A to wszystko opowiedziane jest kapitalnym językiem. I tu brawa dla tłumacza, który  znakomicie poprzekładał znaczące imiona Swiftów (Cny, Rekuza, Memento), słowa, którymi wymieniali się wielbiący synonimy narzeczeni;który pokazał, że w polszczyźnie jest miejsce dla każdego. A w partię scrabble na śmierć i życie (takie pojedynki praktykuje się w tej rodzinie) wplótł świerzop, czym ostatecznie podbił moje serce (dolary przeciwko orzechom, że nie ma tego w angielskim oryginale!). Za te smaczki lubię literaturę, a gdy takie zabawy zaczynają się już w książkach dla dzieci to czuję, że traktuje się tego czytelnika poważanie. 


 To jedna z tych książek, która może pomóc złapać bakcyla czytania. I przypomnieć, ile można zdziałać dobrze użytym słowem. Dla mnie na razie najlepsza książka dla niedorosłych czytelników w tym roku. 

 Mam nadzieję, że to nie koniec przygód Brewerii. Przygód, w których niebagatelną rolę gra biblioteka! 

Beth Lincoln, "Swiftowie". Przeł. Rafał Lisowski. Wyd. Znak Emotikon. Kraków 2023.

wtorek, 31 stycznia 2023

"Anne z Szumiących Wierzb" w oczekiwaniu

Czy po latach książka może spodobać się bardziej? 

 Nie byłam fanką Ani, chyba nawet, dziewczęciem będąc, nie przeczytałam całej serii, ale teraz- zaskakując samą siebie, czekam na kolejne tomy! 

„Anne z Szumiących Wierzb” (zmienionej  początkowo na topole przez wzgląd na inną książkę dla dzieci z wierzbami w tytule) jest dla mnie tomem przystankowym. Anne obejmuje dyrektorowanie w szkole w Summerside jednak wie, że  będzie tam tylko 3 lata, bo potem Gilbert kończy studia i czeka ich nowy rozdział w jej wymarzonym domu.   Autorka dopisała ten tom 15 lat po  ostatnim tomie serii , wypełniając  lukę fabularną między studiami Anne a jej życiem małżeńskim. I tę  formę historii na przeczekanie/dopełnienie  widać. Autorka nie mogła pozwolić sobie na  fabularne ekscesy i zmiany osobowości, zatem wręczyła swojej bohaterce piórko i kazała pisać do narzeczonego.  Znaczną część książki stanowią listy, w których panna Shirley opowiada o swojej pracy, uczniach i wyjazdach do domu.  Montgomery powtarza motywy, które podbiły serca czytelniczek we wcześniejszych książkach. Bo przecież było już bardzo wrażliwe dziecko czekające na spotkanie z rodzicem, były  „wojenki” z rodziną mającą zbyt wiele swoich przedstawicieli w mieście, były ciepłe starsze pani i ekscentryczne damy, były paplające podlotki.   Czy to, że w tym tomie nic czytelnika nie zaskoczy jest czymś złym? Nie.  To spełnienie zasady inżyniera Mamonia, lubimy to, co już kiedyś słyszeliśmy.  I lubimy  wrażliwą Anne, która ze swoją nadzieją, wiarą w dobro i działaniami potrafiącymi uszczęśliwiać innych przypominała mi trochę Pollyannę. 


I jest jeszcze to, co powtarzam przy każde opinii o tłumaczeniu Anny Bańkowskiej  ("Anne z Zielonych Szczytów" "Anne z Redmondu" )- jak dobrze, że są przypisy! Cytaty, parafrazy, wyjaśnienie frazeologicznych kontekstów- bardzo, bardzo to doceniam i dzięki temu doceniam i lubię bardziej samą Anne. Sięgnęłam też po stare swoje wydanie Topoli- jak się okazało, niestety: skrócone. Warto dawać przypisy, warto publikować pełne wydania. Bo może ktoś wróci do książki po latach i zmieni zdanie o książce? Jak ja. 


"Gilbercie nie pozwólmy sobie stać się zbyt starzy i zbyt mądrzy... ani zbyt starzy i zbyt głupi na Krainę Baśni".  z jednego z listów.

 

 Lucy Maud Montgomery. "Anne z Szumiących Wierzb". Przeł. Anna Bańkowska. Wyd. Marginesy. Warszawa 2023.



wtorek, 6 września 2022

"Anne z Redmondu" Anne dorośleje


 Czy szum wokół książki dobrze jej robi?


Pewnie gdyby nie dyskusje o nowym przekładzie, nie sięgnęłabym po Anne, bo to nie była bohaterka mojego dzieciństwa. Ale, sprawdzając o co tyle hałasu, przeczytałam i stwierdziłam, że całkiem miło wrócić do Marchewki i Avonlea.
Po 3 tomach przyzwyczaiłam się do Zielonych Szczytów, a oryginalne imiona bohaterów brzmią bardzo naturalnie (tym bardziej, że niewiele pamiętam z poprzedniego czytania, więc do lektury podeszłam prawie na czysto). Nadal cieszą majowniki i inne botaniczne smaczki. A przede wszystkim przypisy dot. cytatów, dzięki którym Anne zostaje osadzona w różnych kontekstach, a i narracja zyskuje, gdy nagle pojawia się zdanie, które z przypisem znaczy (a czasem bawi!) bardziej. Opowieść jest z tymi przypisami lżejsza, snuta z półuśmiechem i świadomością, że historia oczytanej panny mości się w literackim puchu, a egzaltację zastępuje kontekst.

A sama panna? Im starsza, tym bardziej ją lubię, bo było mi jej zawsze żal, gdy "gubiła" broszkę i "upijała" Dianę. Doroślejąca Anne nie traci swojej barwności, wiary w słowo i wyobraźnię (ujęła mnie jej relacja z Paulem Irvingiem z 2 tomu, i cały 2 tom! Lubię historie o nauczaniu, choć cały czas zaskakuje mnie, że 16latka uczyła innych).

Uczelniane życie Anne w Redmond to z jednej strony przyjaciele, nauka i literackie próby, z drugiej Gilbert. I choć wiedziałam, jak rzecz się skończy, czytałam o relacji, która została nazwana dopiero przez uświadomienie sobie braku tego kogoś. Czytałam z przyjemnością. Z sympatią dla nowej przyjaciółki Phil, która choć tak piękna, zostanie żoną pastora. Dla Diany, która wchodzi w świat  nowy i dla Anne nieznany. Z sympatią dla Ustronia Patty i życia studenckiego oraz starych kątów w Avonlea.

Początkowe kontrowersje wokół przekładu Bańkowskiej sprawiły, że wróciłam do serii, którą czytałam tak dawno, że mam wrażenie, że dziś poznaję ją po raz pierwszy. I może dobrze. Będę czytać dalej, bo teraz, po latach, doceniam wdzięk Anne i uroki Wyspy Księcia Edwarda. I nie jest wykluczone, że za te docenienia są odpowiedzialne przypisy tłumaczki. Chociaż na Gilberta ciągle jestem odporna. 

Lucy Maud Montgomery, "Anne z Redmondu". Przeł. Anna Bańkowska. Wyd. Marginesy. Warszawa 2022. 




czwartek, 31 marca 2022

"Anne z Zielonych Szczytów", czyli "cóż znaczy imię"?

 

Czy Anna Bańkowska i Zielone Szczyty zniszczyły mi dzieciństwo?


Rudowłosa dziewczynka wyraża wątpliwość, czy róża pachniałaby tak samo gdyby nazwana była ostem. Tej wątpliwości nie miał autor "Romea i Julii", bo "cóż znaczy imię"? I zgadzam się z Williamem. Ania jest Anne. Przekład narobił szumu (marketingowo- złoto!), pojawiło się mnóstwo komentarzy (zwłaszcza zanim ktokolwiek nowe tłumaczenie czytał). Pojawiły się głosy sprzeciwu i zachwytu.

Do czytania podeszłam bez  komparatystycznych zapędów. Po prostu wróciłam do książki sprzed lat. Sprawdzałam, czy widzę jakieś zmiany i kontrowersje. I przyznam, że nie za  bardzo. Jezioro Lśniących Wód i Biała Droga Rozkoszy zostały,  bohaterka wpada w "otchłań rozpaczy" jak wpadała. Nazw botanicznych przyznam nie pamiętałam, więc tu nie było żadnego szoku. Do Anne przywykłam równie szybko co do Josie Pye, bo jak słusznie zauważono, przywykliśmy do obcych imion w literaturze. Nadal jest to przekład grający z czasem przeszłym- choćby przez słowa niewiasta i kwiecie. Zawiesiłam się w jednym miejscu- gdy po pikniku Anne mówi, że było byczo. W dawnym przekładzie zdaje się- bajecznie. I przyznam, że u rozanielonej dziewczynki lubującej się wyszukanej frazie to "byczo" mi ciut zgrzytnęło.

Ale do sedna. Wbrew temu, co gdzieś słyszałam, Anne nadal jest Anią. Jest tą rudowłosą dziewczynką z marzeniami,  którą zawsze była. Zamyśla się, rozmarza, śni o bufkach. Z czasem dorasta, widzi i rozumie siłę nauki i moc wykształcenia. Rywalizuje z Gilbertem.  Jest znaną wszystkim dziewczyną. Wrażliwą, czasem roztrzepaną, farbującą włosy na zielono i z zimną krwią ratującą chore dziecko, doprawiającą tort nie walerianą a anodyną. Na oczach czytelnika dojrzewa, zmienia się, ale pozostaje dziewczyną z celami, marzeniami i wielkim sercem. Plusem nowego przekładu są przypisy z informacjami o parafrazach i cytowaniach, bo dzięki nim czytelnik docenia elokwencję dziewczynki, która w książkach szukała piękna i wzruszeń.

Z wielką przyjemnością wróciłam do Avonlea. Patrzyłam, jak z rozwojem bohaterki znikają poetyczne frazy, ale zostaje wrażliwość na piękno i drugiego człowieka. Jak rozwija się ta, która wreszcie do kogoś należy. Spojrzałam świeżym okiem na Cuthbertów, na ich troskę, obawy i serce. Wróciłam w znane kąty (mapka!), w których człowieka raduje nowy dzień, nawet gdy może to być dzień nowych błędów i awantur. W Zielonych Szczytach było mi tak samo dobrze jak na Zielonym Wzgórzu. Jeszcze tam wrócę. Do Ani, do Anne. Bo "cóż znaczy imię"?

Lucy Maud Montgomery, "Anne z Zielonych Szczytów". Przeł. Anna Bańkowska. Wyd. Marginesy. Warszawa 2022. 

 

środa, 26 stycznia 2022

"Tilly i książkowi wędrowcy" przygoda między stronami



Z którym bohaterem swoich dziecięcych lektur chcielibyście pogadać? Ta książka pozwala wrócić do zaczytanego dzieciństwa i marzeń o rozmowach z Pippi i Madiką. Albo przygodach z Panem Samochodzikiem (to moje typy, bo jednak w książce panuje hegemonia literatury anglojęzycznej).

Tilly (a właściwie  Mathilda)ma 11 lat, mieszka z dziadkami prowadzącymi księgarnię. I uwielbia czytać! Pewnego dnia spotyka rudowłosą Anię i uwielbiającą nonsensy Alicję.
W tym momencie przestaje się dziwić, że jej dziadek rozmawia z Sherlockiem Holmesem, a babcia z Lizzy Bennet! 
Jakby tego było mało, okazuje się, że nie tylko postaci z książek mogą odwiedzać Tilly w księgarni, ale i ona może wpadać np. do Avonlea!

Wizyta w tajemniczej Podbibliotece, miejscu najważniejszym dla każdego książkowego wędrowca, wyjaśnia kilka rzeczy, ale jest też źródłem kolejnych pytań… bo skoro wędrować po książce mogą bibliotekarze, księgarze i ci o odpowiednich genach, co tak naprawdę stało się z rodzicami dziewczynki?Jakby tajemnic było mało, Tilly zdaje się, że jeden z pracowników Podbiblioteki  zachowuje się dość podejrzenie…


Anna James, mająca doświadczenie pracy bibliotekarskiej, tworzy świat, do którego chce się wpaść, niczym do króliczej nory.  Z jednej strony londyńsko -księgarniany, z drugiej magiczno-literacki z fantastyczną rzeczywistością Podbiblioteki, pozwalającej na odwiedzanie literackich krain. Wątki książkowe łączą się z opowieścią o dziewczynce, która czuje, że czegoś brakuje w jej rodzinnej historii i ukojenia szuka w fikcji.

Jest tu opowieść rodzinna, ciepła, ale i tajemnicza historia zaczytanej familii Pagesów. Jest zagadka i magia czytania. Jest przygoda i przyjaźń. Jest bardzo wiele ładnych zdań o książkach i czytaniu, choćby to o wpływie, jaki na dorastającego czytelnika wywierają czytane przez niego książki. Jest przemycona informacja o strukturze opowieści i o tym, co może ją zakłócić. Jest też bardzo sprawnie prowadzona zabawa kontekstami literackimi (Alicja zachowuje 100% swojej alicjowatości!). Na ile te konteksty będą znane czytelnikowi w wieku 11-13 lat nie potrafię powiedzieć, ale mam nadzieję, że zachęcą, by po opisane książki sięgnąć. Bo na pewno jest to książka, która spodoba się tym,  marzącym o literackich podróżach i których naturalnym środowiskiem są biblioteki i księgarnie.

 Anna James, "Tilly i książkowi wędrowcy". Przeł. Adrian Tomczyk. Wyd. Zygzaki. Poznań 2022.




piątek, 17 grudnia 2021

"Tajemnice domu handlowego Sinclair" retro kryminał dla młodych duchem"


 Pamiętacie swoja ulubioną serię z czasów gdy mieliście jakieś 10 lat? U mnie był to Pan Samochodzik. Tajemnice, historia i pierwsze zauroczenie literackie (bo pan Tomasz to był ktoś!). Na później została sympatia dla kryminalnych intryg i matura z historii.  

 Seria o tajemnicach hotelu Sinclairs nie jest Panem Samochodzikiem, ale  jej czytanie trochę przypomniało emocje sprzed lat. Bo jest tajemnica, jest nie tyle zagadka historyczna, co konkretna rzeczywistość (rok 1909/1910) i są bohaterowie, których się lubi. A ja- już dorosła, wyczuwam lekkie literackie  wpływy Zoli (rzecz dotyczy wielkiego domu handlowego prawie ze „Wszystko dla pań”),  historii o Sherlocku (Londyn i walka z nieuchwytnym złoczyńcą, Baronem).  Kryminał dla dzieci retro? To się może udać!

Sophie jednego dnia traci ojca, majątek i zmuszona jest szukać pracy. Dostaje  posadę w domu handlowym. Ale zamiast układać tiul, wplątuje się kryminalną intrygę i wraz z marząca o scenie Lil, pomocnikiem Billem i byłym ulicznikiem rozwiązuje zagadkę kradzieży. W kolejnym tomie dochodzi jeszcze sprawa zabójstwa, a potem fałszerstwa, wreszcie zamachu stanu. Każdy tom to osobna historia, ale spaja je zestaw głównych bohaterów i trzymająca w klamrze historia Sophie, która  próbuje dowiedzieć się, co geniusza zła Barona łączy z jej rodziną. 

To, co mnie bardzo przypadło do gustu to pokazanie świata sprzed stu lat- China Town i zupełnie innych światów z East i West Endu, działania sufrażystek, kolej. Łamanie konwenansów, gdy panna z dobrego domu zechce robić karierę w teatrze, a jej brat porzuca Oxford na rzecz sztuk pięknych. Dzielne, bystre dziewczyny z pomocą przyjaciół mogą zrobić wszystko, nawet założyć agencję detektywistyczną w najmodniejszym sklepie Londynu! Pomysł autorki na historyczne śledztwa, konsekwentnie tworzony świat, nie aż tak proste zagadki i wymykające się regułom bohaterki jest bardzo dobry. Ja bawiłam się przednio i bardzo dobrze, że sięgnęłam po serię sprzed paru lat, bo za jednym zamachem mogłam poznać 4 przygody dziewczyn. Choć kolejna seria o ich śledztwach poza Londynem, jeszcze przede mną.

Moje czytelnicze dzieciństwo było bardzo udane. Ale to, co dzieje się teraz na rynku książki dla młodego czytelnika i fakt, że tyle dobra ukazuje się dla dzieci to jest sytuacja idealna! Nic tylko czytać.
Katherine Woodfine. Tajemnice domu handlowego Sinclairs. (Pozytywka, Drogocenna ćma,  Szmaragdowym smok, Pawie piórko). Wydawnictwo Dwukropek. Warszawa 


 

wtorek, 1 czerwca 2021

"Zabójstwa Brangwina Kąkola" wielogatunkowa historia nie tylko rysunkowa

 


Traktat o uprzedzeniach, historia szpiegowska, komedia, opowieść o wojnie,  surrealizm, młodzieżowa fantastyka i powieść graficzna. Wszystko w jednej książce. Już sama  okładka zwiastują  historię niesamowitą. Bo żeby uprzedzać o zabójstwie w tytule, a na ostatniej jej stronie opisywać dokładnie bohaterów!
Branwing Kąkol,elf, rusza z misją rzekomo dyplomatyczną, a prawdziwie szpiegowską do królestwa goblinów. Tam jego opiekunem i gospodarzem, również patrzącym na ręce gościa, jest goblin. Misja dyplomatyczna nie idzie jak powinna, a i misja szpiegowska szłaby pewnie lepiej, gdyby obaj  bohaterowie byli tajniakami, a nie uczonymi. I jak się w pewnym momencie okaże, to nauka, wspólne dociekanie prawdy i zrozumienie przeszłości staną się podwaliną ich relacji i siłą napędową do zmian.  A przy okazji podczytujemy raporty zwierzchnika Kąkola do króla, pełne czołobitnej i oślizgłej poddańczości… 
W książce roi się od absurdów, humoru, aluzji (mnie podbiła  dwudziestogodzinna opera z bohaterką Blulindą...  Każdy goblin ma swojego Wagnera), jest też trochę brutalności i czarnego humoru, bo to wszak opowieść o intrygach i wojnie. Jest dużo zostającej w czytelniku refleksji, że aby zrozumieć, należy poznać, a ciągłe życie przeszłością nie prognozuje dobrze na przyszłość.  Ale jest też zabawa, przygoda i  ilustracje, które nie obrazują tekstu, ale stanowią dopełnienie kolejnych rozdziałów historii. To, czego pisarz nie napisał, narysował ilustrator, zwierając w  czarno-białych obrazkach grozę i humor korespondujące z treścią. Jeszcze się z takim rozwiązaniem nie spotkałam  (gdyby sceny batalistyczne w Trylogii były rysowane, mogłaby wzrosnąć poczytność Sienkiewicza).  Czy elfy są zawsze zwiewne i inteligentne, a gobliny niegodne? Co traci zwykły człowiek na wielkiej polityce?  Książka warta przeczytania i przemyślenia- na różnych poziomach, dla różnych wiekiem czytelników. A zakończenie trochę z powiastki filozoficznej. Nie tylko dla dzieci, bo z dobrej literatury się nie wyrasta! 
 
M. T. AndersonEugene Yelchin , "Zabójstwa Brangwina Kąkola". Przeł.  Rafał Lisowski. Wyd. Dwie  Siostry. Warszawa 2020.
 

środa, 19 maja 2021

"CÓŚ" w bibliotece i najdżunglastszej dżungi


 CÓŚ" powinno się spodobać dzieciom w wieku 8-10 lat... Tego nie potwierdzę, ale pewnym paniom, które mają wielokrotność tych liczb, podoba się bardzo!  O ile z żartów okołazadowych już wyrosłam (nigdy nie byłam ich fanką), o tyle pomysły,  niesamowite stwory i język opowieści sprawiły, że „CÓŚ”  odłożyłam dopiero, gdy skończyłam.


A przeczytać musiałam, bo bohaterami książki są bibliotekarze. Państwo Potulni są spokojni, eleganccy w wypowiedzi i bardzo grzeczni, a do szczęścia wystarcza im dobra książka. Aż dziw bierze, że ich córka Pelargonia to domowy tyran, który codziennie chce więcej.  A gdy potworna  córuchna życzy sobie CÓŚ, rodzice nie szczędzą sił, by marzenie zrealizować. Są więc biblioteczne lochy, stara księga, a w końcu… najdżunglastsza dżungla! Bo dla kochanego dziecka można poświęcić spokój czytelni i ruszyć w pełny niebezpiecznych zwierząt, nieznany świat.  Co się wydarzy i czy CÓŚ zmieni coś w życiu Potulnych przekonają się ci, którzy sięgną po kolejną świetną książkę Walliamsa.
Autor, jak zwykle, daje popis nieskrępowanej wyobraźni, humoru, a jednocześnie w książce (jak w każdej porządnej dla dzieci) wybrzmiewa morał.  Morał nie aż tak prosty, za to bardzo w stylu autora. Raduje napięcie, doskonale istniejące z tekstem ilustracje i świat niby zza rogu, a przecież tak pełen fantazji i niestworzonych rzeczy (i nie mówię tylko tym, że Potulni mogą kupić, że swoich bibliotekarskich pensji prezenty na każdą literę alfabetu, łącznie z Yeti!).  Ten świat wciąga i zachęca, by go odwiedzać tak często, jak się da!

 Jestem dorosłym czytelnikiem. I dlatego muszę docenić coś, na co być może dzieci nie zwrócą aż tak dużej uwagi (ale co bardzo wpływa na odbiór książki). Świetne tłumaczenie! Karolina Zaremba  tworzy nowe słowa, nazwy,  bawi się fantastycznymi aliteracjami, wymyśla alfabetyczne wymienianki, czyniąc świat Walliamsa miejscem bardzo literackim i nie zdziwiłabym się, gdyby za jakimś drzewem pojawił się  uśmiech bez kota.  Powieści, w których tak wiele dzieje się w języku, muszą mieć kompetentnego i bardzo dowcipnego tłumacza. Przekład zachwycił mnie już przy pierwszej czytanej przeze mnie książce o Babci Rabusiu i cały czas trwam w zachwycie.

 Polubiłam CÓSia,  polubiłam Potulnych za  odwagę (tak, tak! bibliotekarze potrafią być bardzo dzielni), z wielką przyjemnością znów spotkałam Raja, który miał w zanadrzu kolejną promocję… I choć nadal moimi ulubionymi książkami Walliamasa pozostają te o Babci i Dziadku, to dla CÓSia mam bardzo wiele sympatii… Nie tylko dlatego, że autor wielokrotnie podkreśla, jak ważny jest terminowy zwrot książek do biblioteki.   

 David Walliams, "CÓŚ". Przeł. Karolina Zaremba. Wyd. Mała Kurka. Warszawa 2021. 

 

Teksty o innych książkach autora 

Babcia rabuś 

Wielka ucieczka Dziadka   

Mały miliarder

 

środa, 31 marca 2021

"Lampka" o inności i morzu

 Od pewnego czasu znacznie lepiej trafiam z książkami dla niedorosłych… I„Lampka” jest kolejna świetną książką, która bije na głowę niejedną powieść dla czytelnika z dowodem osobistym

Emilia zwana Lampką ma 10 lat i mocne postanowienie, by podołać życiu. Ale pewnego dnia zapomina kupić zapałki, co dla niej i jej ojca latarnika ma katastrofalne skutki.  Aby odrobić straty zostaje wysłana na służbę do Czarnego Domu, miejsca okrytego złą sławą, z zamieszkującym wieżę potworem. Ale że Lampka jest dziewczynką odważną i starającą się postępować słusznie, nie daje się zwieść opowieściom, tym bardziej, że potwór jest… (odpowiedź  sugeruje motto z „Małej syrenki”).   Spotkanie z Lampki z chłopcem zwanym Rybą przywodzi na myśl  „Tajemniczy ogród”, układ jest bardzo podobny, ale finał to inna bajka. I jeszcze jeden kontekst sugerowany jest przez motto- fragment songu Jenny piratki z „Opery za trzy grosze”, w którym pomywaczka marzy o dniu, gdy „okręt o siedmiu żaglach i czterdziestu armatach zabierze ją stąd”.  Lampka,  biedna dziewczyna, córka alkoholika i półsierota rozmawiająca z duchem, albo wspomnieniem zmarłej matki, nie boi się walczyć o marzenia i działa tak,  by naprawić to, co popsute i wreszcie poczuć wolność, jaką daje tylko morze.

 To książka, która nie jest łatwą „książeczka dla dzieci”, jest za to wciągającą historią o dziewczynce, która radzi sobie z przeciwnościami bez nadprzyrodzonego heroizmu. Jest o ojcu walczącym z uzależnieniem. O byciu dziwakiem i kimś niespełniającym oczekiwań i „norm”- jeden z bohaterów jest niepełnosprawny intelektualnie, a w cyrku Lampka i Ryba spotkają cały zestaw „innych”.  To książka, która choć zaczyna się bardzo smutno, daje nadzieję i przypomina, że życie w zgodzie z sobą jest wielką wartością, a czasem potrzeba sztormu, by  morze miało spokojną toń, a piracki statek nabrał wiatru w żagle.

Książka mądra, ciekawa,  pełna emocji i nadziei- takie książki nie tylko dla dzieci lubię najbardziej! 


 Annet Schaap, "Lampka". Przeł. Jadwiga Jędryas. Wyd. Dwie Siostry. Warszawa 2020.