Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowe. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lipca 2026

"Trzy zagadki dla organizacji" i dużo więcej groteski


 Przyznawać się! Kto chciał być tajnym agentem?

Ja chciałam (naoglądałam się Bonda we wczesnych latach nastoletniości...). Czy członkowie Organizacji z książki Mendozy chili być agentami, nie wiadomo, ale tak jakoś wyszło, że nimi zostali. Czy Organizacja jest podobna do MI6? Nie. Czy szef jest jak M? Nie. Czy to źle? Nie! 

Mendoza ponownie zaprasza do Barcelony z jej przedziwnymi zakamarkami, biurami, fabrykami, hotelami (nie ma zakładu fryzjera damskiego) i do świata, w którym króluje groteska. To nie jest świat dla wszystkich. Poszukujący typowego kryminału mogą czuć się rozczarowani, bo choć jest tu zagadka (a nawet trzy), śledztwo, a także mowa wyjaśniająca (kto ją przedstawia to już inna sprawa) to w nastroju powieści dominuje humor, przygoda i momentami farsowy mechanizm śnieżnej kuli, która porywa bohaterów w coraz bardziej szalone przygody. Są więc pościgi (ale takie nie za szybkie), zamykanie w starych budynkach (tylko, kto kogo zamyka), zmienianie tożsamości (utrudnione, gdy jest się garbatym, albo ma się charakterystycznego psa), a przede wszystkim przeświadczenie, że trzy pozornie bardzo różne sprawy ( śmierć turysty zaginięcie milionera i kłopoty fabryki konserw) są ze sobą powiązane.
Mendoza zabiera w szaloną podróż, mruga okiem do mitu agenta i kpi (także z politycznej poprawności). Barwni bohaterowie, język z dowcipem na wielu poziomach (brawa dla tłumacza Tomasz Pindla!) i zestaw szalonych przygód (czy wszystkie są niezbędne dla rozwoju akcji? A kto powiedział, że mają  być!?)

Ale jest jeszcze coś, co (jako niedoszłej agentce) rzuciło mi się w oczy. Opowieść o samotności i potrzebie drugiego człowieka, bo i Szef, i Nowy (wyszedł z paki, nikt nie wie za co siedział), i Boni (agentki i zarazem sekretarka niszcząca od razu każdy dokument, by nie zostawiać śladu), i taksówkarz (" Jestem po prostu prostym Barcelończykiem, z zawodu taksówkarzem, z powołania humanistą, a aspiracje mam na tajnego agenta")i inni są w organizacji, w grupie, razem. I gdzieś poza tą szaloną zagadką (z podrabianymi listami papieża, w których pojawiają się cytaty z arii operowych), a także światem pełnym absurdów nie mniejszych niż zasady Organizacji, Mendoza pokazuje, że chcemy być razem.Także po to, by się śmiać.  Dla dobra świata i Organizacji. 
 
Za książkę dziękuję wydawnictwu.   
 
Eduardo Mendoza "Trzy zagadki dla organizacji" Przeł. Tomasz Pindel.  Wyd. Znak Literanova. Kraków 2026. 

środa, 22 lipca 2026

"Król serce" po latach


 "Czyż miłość nie jest formą nadziei?"

Ta książka jest o miłości i o nadziei. O nadziei na miłość i o miłości nadzieję tracącą.  Dwa plany czasowe: przeszłość i teraźniejszość. W przeszłości studenckie zauroczenie dziewczyny i dwóch chłopaków, miotanie się serca, wchodzenie w kolejny etap życia po licencjacie, decyzje i konsekwencje. 


Przyznam, że nie wpadłam w tę historie od razu, studenckie po(d)rywy i dyskusje o literaturze, pewnie przez jakiś rodzaj powierzchowności i bycia dopiero wstępem do całości nie wciągnęły. Ale im bardziej historia zaczęła się skupiać na samej bohaterce, im bliżej jej wyborów stałam, pojawiło się pytanie oczywiste dla takiej opowieści: co będzie dalej. A dalej był już plan współczesny.


Mija ponad 20 lat. Dziewczyna jest już kobietą, studentka anglistyk i jest pisarką, jest też matką, żoną. W teraz losy jej i jej dawnej miłości ponownie się połączą.    
Część współczesna odpowiada też na pytania o brakujące elementy z przeszłości. Puzzle trafią w swoje miejsca i tworzącą całą, niełatwą historię, która zaczyna się od studenckiego romansu, a zmienia w opowieść o porzuceniu, budowaniu życia: rodziny i kariery,  opowieść o chorobie i o końcach świata.

 Wydawca pyta, czy pierwsza miłość może być ostatnią? Dla mnie to zupełnie nie o tym. Dla mnie to historia kolejnych początków.  Stawianych na nowo słów i relacji. I nadziei, o której podczas jednego ze spotkań autorskich mówi bohaterka. 
Im bliżej było końca tej historii, tym bardziej byłam ciekawa, co się wydarzy, gdzie zaprowadzi mnie autorka i jakie rozwiązania zaserwuje swoim bohaterom. Książka dość krótka, a jednak na tyle bogata w wypadki, że nie można mówić za wiele, by nie odebrać autorce budowanych przez nią zaskoczeń! Miało być wzruszająco i z nadzieją. Wzruszyć się aż tak nie dałam, ale kibicuję pewnemu małemu chłopcu, który jest dla mnie największym elementem nadziei niesionym przez tę opowieść. Nie karcianym, nie listownym, a prawdziwym królem serce. 

Znów przypomniała mi się pani z osiedlowej wypożyczalni video, która wręczała DVD ze słowami: "taki obyczaj". Taki obyczaj, ale chcę przeczytać poprzednią powieść, by jeszcze bardziej poskładać puzzle.  


Za książkę dziękuję wydawnictwu.  

 Lily King. "Król serce". Przeł. Dominika Chylińska. Wyd. Znak. Kraków 2026.  

czwartek, 9 lipca 2026

"Francesca i Nunziata". Kobiety. Włochy i makaron

 


Chociaż mogłabym codziennie jeść makaron, ale nie miałam pojęcia o sztuce jego wytwarzania. I m.in. o tym jest "Francesca i Nunziata", włoska saga, która zaczyna się w połowie XIX wieku, a kończy w latach 40 XX w.

To historia kobiet z południa Włoch. Tych tytułowych, ale także ich córek, sióstr, teściowych, kobiet w swoich rolach włoskich strażniczek domu i przedsiębiorczyń, które, gdy mężczyźni zajmują się polityką i biznesem (nie zawsze intratnym), kierują manufakturą tego, co dla Neapolitańczyka tak ważne: makaronu.  W książce mamy zatem opisy ugniatania ciasta (tak, tak, deptali ciasto jak my kapustę), formowania i suszenia makaronu, mamy rozwój przemysłu, który powoli wkracza ze swoim postępem i mechanizacją. Mamy pakowanie makaronu w specjalne kufry, które mają go dostarczyć do Ameryki.  A obok toczy się historia kraju i kobiet.

 To nie jest podręcznik historii, ale widać, jak rzeczywistość wpływa na bohaterów. Z wydarzeń historycznych autorka najwięcej uwagi poświęca Garibaldiemu i zjednoczeniu Włoch, które nie było w smak  mieszkańcom południa, którzy długo jeszcze z rezerwą odnosili się do Piemontczyków. 
 Saga Marii Orsini Natale jest sagą w pełni tego słowa- historią, której kolejną wartością jest sama opowieść. Stosunkowo niewiele tu dialogów, a siłę tworzącą klimat, wydarzenia i postaci przejmuje narracja, to snująca się opowieść, w której niektóre wypadki zostają wyprzedzone, do niektórych wraca się po latach. To właśnie saga, którą tworzą różne nitki, a losy dwóch głównych bohaterek są jej osią.
Francesca jest kobietą zdecydowana, elegancką, solidną- trzyma twardą ręką swoją manufakturę i zna arkana wiedzy makaroniarskiej, których nauczyła się od dziadka. Tą, która przejmie wiedzę i zakład jest Nunziata, sierota przygarnięta w ramach dziękczynienia. Nunziata ma wyjątkową smykałkę do interesów, ma też marzenia i nadzieje, A życie? Jak to życie, pójdzie swoim torem.

To lektura niespieszna, bez fabularnych fajerwerków, ale ze względu na mnogość postaci i czas, wymagająca zaangażowania. Autorka opisała ludzi i miejsce, które z jednej strony ciągle się zmieniają, bo inna historia i obyczaje, ale z drugiej strony trwają wierni ziemi, rodzinie i danemu słowu.  I ta ziemi, słowa i rodzinne więzi (wraz z opowieściami o makaronie) zostają po lekturze. 
 
PS Włosi nakręcili film na podstawie tej ksiazki, obsadzając w roli Franceski  Sophię Loren. Jako kobieta piękna, świadoma siebie, momentami nieszczęśliwa, ale twarda, musiała być świetna!  
 
"Makaroniarz musiał jednocześnie mieć w sobie coś-i miał-z astronoma i meteorologa, musiał przewidywać pogodę piękną i tę burzliwą, znać się na gwiazdach i fazach księżyca, wyczuwać ciśnienie atmosferyczne bez barometru i wilgotność w powietrzu bez pomocy higrometru."
 
Z książkę dziękuję Wydawnictwu. Współpraca barterowa.   
 
Marii Orsini Natale  "Francesca i Nunziata". Przeł. Agata Pryciak Wyd. Znak Koncept.  Kraków 2026 

środa, 24 czerwca 2026

"Książę Lampedusy" pisze o przeszłości

 


"Księcia Lampedusy" znalazłam na bibliotecznej półce nowości. Wcześniej nie widziałam tej książki, ale opis i nawiązanie od autora "Geparda" (którego od lat mam na liście do przeczytania) przekonały. I było warto. 

"Literatura może jedynie wciąż na nowo zadawać stare, odwieczne pytania" tu autor pyta o przeszłość, człowieka w chorobie i pamięć, która tworzy i ustawia. 

Price opowiada o ostatnim z rodu, Giuseppem Tomasim, który w latach 50 XX w., czując, że nie zastawi po sobie ani fortuny, ani dziedzica, zaczyna pisać książkę o swoim przodku i jego zderzeniu ze zmieniającym się światem. A i jego świat się zamieniał: wchodził w dorosłość na froncie I wojny, dojrzałość i stateczność osiągał, gdy Europa płonęła w latach 30. Teraz, chory i świadomy końca szuka pocieszenia w tym, co zawsze niosło mu radość: literaturze. Steven Price w historię pisania "Geparda" wplata różne etapy życia Tomasiego, przenosi w okopy, do obozów, ale i do estońskiego pałacu jego późniejszej żony. W części teraźniejszej są jeszcze młodzi przyjaciele pisarza, ludzie nowej epoki, z którymi łączy go miłość do dawnych mistrzów pióra. 

 "Nabierał dziwnej pewności, że nie napisał nic nowego, raczej odsłonił stare: nie stworzył powieści, jedynie jej pomógł, by zaistniała." Powieść Tomasiego została wydana po jego śmierci, on poznał smak odrzucenia i nasłuchał o zbyt staroświeckim stylu. "Książę Lamepdusy" jest w stylu staroświeckim, ale to żaden zarzut. Bo autor (opierając się na dokumentach i rozmowach z przysposobionym synem) tworzy świat bardzo prawdziwy, świat, który wielokrotnie się rozpada, a jednak czuje się, że zdania tworzonej powieści chcą go zatrzymać i zachować. 

Klimat, styl zdyscyplinowany, a momentami bardzo piękny, szacunek dla przeszłości i człowieczeństwo. Kilka pięknych scen w lekkiej sepii upalnego Palermo. Portret człowieka, który chce zachować przeszłość. To będę kojarzyć z tą powieścią. 

Czy trzeba znać "Geparda"? Pewnie tak byłoby najlepiej. Ja nie czytałam, ale widziałam film, zatem wiem coś o fabule, postaciach i to pomogło w docenieniu i zrozumieniu całości (np. Tancredi nie był tylko nazwiskiem, a miał twarz i utracujuszowski urok Delona, a w pamięci była też szlachetność Lancastera i żywiołowość Cardinale).  A "Gepard" znów wraca na listę do czytania. 
 
Steven Price, "Książę Lampedusy". Przeł. Maciej Stroiński.  Wyd. Czarne. Wołowiec 2026.  

wtorek, 26 maja 2026

"Ogród w chmurach" i słowach


"Nie czytałeś Małego Księcia? Poważnie? Co za szczęście, to niesamowite!"

Czytając "Ogród w chmurach" czułam wielką przyjemność poznawania historii. To była historia dość prosta, ale w typowo francuski sposób klarowna. Jest współczesna, chociaż bez daty. I jest opowieścią o literaturze. Bo o ile Cyceron mówił, że człowiek potrzebuje do szczęścia ogrodów i bibliotek, o tyle Robert, bohater, potrzebuje ogrodu i księgarni.

Nastolatek z francuskiej dzielnicy, do której niewielu się zapuszcza, zaczyna uprawiać kwiaty i inne zioło. Będąc "pod opieką" mafijnego bosa stara się nie rzucać w oczy.  Ale pewnego dnia na trasie między ogrodem na dachu, a szpitalem, gdzie leży jego matka, pojawia się jeszcze jeden punkt: księgarnia. I to nie jest elegancka księgarnia dla francuskich intelektualistów. To miejsce spotkań ludzi, także tych żyjących na ulicy i niespełnionych poetów. Prawdziwych entuzjastów literatury. Niesamowitych trubadurów. Sophie, prowadzącą księgarnię, daje chłopakowi pracę, szansę i pierwsze książki. I Robert wpada!  Bo to powieść o tym, co może dać literatura- o wchodzeniu w inny świat, poszukiwaniu Moby Dicka, rozpoznawaniu w innych Małego Księcia, o tym, że czasami zaczyna się od jednej książki, a ta otwiera drzwi. I o tym, że nie wiemy ile siły w nas drzemie i że czasem czyjeś słowa brzmią jak nasze i porywają tłum.

 Ale nie jest tu tylko literacko i bajkowo. Twarde życie dzielnicy ma swoje kolory i swój język, emigrant z blokowiska nie wyrzeka się rozterek, pamięci i słów, które potrafią bardzo ostro określać rzeczywistość. I to połączenie: chłopaka z ogrodem i nielegalnym interesem z jego wejściem w świat słów i emocji, wychodzi w powieści bardzo spójnie i prawdziwie. 

Robert kojarzy mi się Momo z "Życia przede mną" Gary'ego- arabskie korzenie, "zła dzielnica", dorastanie i ludzie, którzy pokazują nowy świat. Jest też w narracji coś, co rymowała mi obu bohaterów. Jakiś rodzaj wrażliwości i niewypowiedzianej potrzeby czegoś jeszcze, poza tym, co do życia niezbędne. 

Romain Potocki wciągnął mnie w świat, który miał wiele kolorów i rejestrów, w którym piękno i brutalność miały swoje miejsce, w którym był czas na szaleńcze biegi z kwiatami nakazane przez szefa gangu, godziny przy szpitalnym łóżku matki i bezczas lektury na dach w upale wieczoru. Są sceny, które pachną kwiatami, papierem, są takie, które pachną krwią i łzami. Ale jest w tej książce, jak w wielu ważnych powieściach, wielka nadzieja na przyszłości. I na nowy los. Bo ważny jest kolejny rozdział, gdy spotka się Hrabiego po tym, jak poczuje się jedność z trubadurami.

Jedna z ciekawszych książek tego roku. Taka, przy której znów nabiera się wiary w moc opowieści, a bohaterowie są jednocześnie z życia i z kart innych historii. 
 
Za książkę dziękuję wydawnictwu.
 
 Romain Potocki. Ogród w chmurach. Przeł. Joanna Kluza. WYD. Znak Koncept. Kraków 2026. 

czwartek, 14 maja 2026

"Long Island" , czyli "Brooklyn" 20 lat później


Czy prawdopodobieństwo jest ważne w opowieści?


Pytanie nurtowało mnie podczas lektury "Long Island", dalszej części "Brooklynu". Minęło 20 lat od czasu gdy Eilis Lacey stała się panią Fiorello i zaczęła w Ameryce życie żony, matki i księgowej. Jedna informacja sprawiła, że kobieta postanowiła wyjechać do rodzinnej Irlandii, pokazać dzieciom stary kraj i dać sobie czas na decyzję. I tak, jak było w "Brooklynie", tu też znaczna część myśli czytelnika zaprzątają pytania: co zrobili Eilis. Tym bardziej, że w rodzinnym miasteczku czeka Jim, ten sam, który 20 lat wcześniej sprawił, że Eilise zastanawiała się, czy wracać do Ameryki. I jest jeszcze Nancy, przyjaciółka ze starej paczki, wdowa, marząca o stabilizacji. I Jimie. Historia stara jak świat. Opowiedziana lekko, dyskretnie. Może nawet zbyt naiwnie.
 
I na moje oko, mocno z męskiej perspektywy. Dawno nie miałam wrażenia, że tylko facet mógł coś takiego wymyślić. Uwaga, spojlery!
Eilise, dowiadując się, że jej mąż będzie miał dziecko z inną, prawie nie reaguje. Nie sugeruję, że jako żona Włocha ma rzucać talerzami. Mówi, że dzieckiem się nie zajmie (na co naciska teściowa). Pakuje się i jedzie do Irlandii. Czy to życiowe? Możliwe. Czy historia przez ten cichy moment traci jakąś dynamikę? Tak. Jim przez 20 lat nosi w sobie wspomnienie pewnych wakacji i trwa w kawalerskim stanie, choć Nancy jest blisko (romantyczne, bardzo! Życiowe - zwłaszcza w latach 50-niezbyt). I gdy dawna miłość wraca, plany snute z wdową po przyjacielu zaczynają się oddalać... Co zrobi Eilise, Jim i Nancy?
 
To, czego się jednak po nich spodziewamy, bo to nie jest powieść o szalonej odwadze życia, tylko o wielokrotnych powrotach. Ale gdzieś z tyłu głowy miałam myśl, że ta historia jest odbiciem "Brooklynu", jednak pozbawionym ryzyka, do którego przyzwyczaiła nas bohaterka. Tu coś się dzieje, kiełkuje, ale (chociaż bohaterowie nie są starzy), nie ma nerwu.
 Ktoś powie, że w latach 50 go być nie powinno. Ktoś, że taka jest poetyka tych historii lustrzanych. Zgodzę się. Ale będę mieć drapiące poczucie, że nie do końca wierzę bohaterom. 
Czekałam na dopowiedzenie "Brooklynu". Czytało się miło, ta trochę wyprana z emocji Eilise nie przemówiła mi do wyobraźni.


Colm Tóibín "Long Island". Przeł Jerzy Kozłowski. Dom Wydawniczy Rebis. Poznań 2025. 


 

środa, 8 kwietnia 2026

"Uroczy kwiecień" urocza opowieść

 

Gdy pracowałam w mojej pierwszej bibliotece nie było tygodnia, by ktoś nie mówił o "Zaczarowanym kwietniu". Jako nieliczni mieliśmy tytuł w księgozbiorze, więc przyjeżdżali po niego ludzie z całego miasta. Nie zliczę ile osób mi go polecało, ale przez to, że błyskawicznie przechodził z rąk do rąk i był wypożyczony, nigdy po niego nie sięgnęłam.


Informację o nowym wydaniu "Uroczego kwietnia" przyjęłam z ekscytacją i obawą (bo co będzie, jeśli wyczekana książka będzie tylko ramotką sprzed 100 lat?).
Książka jest urocza. Dowcipna, spokojna i po prostu życiowo mądra. Ktoś powie: tak już się dziś nie pisze. Odpowiem: i szkoda!

Dwie Angielki chcą uciec od swojego przewidywalnego życia małżeńskiego. By wynajem willi był tańszy, na miesiąc we Włoszech poszukują współlokatorek, zostają nimi młoda arystokratka, czująca się znudzoną famme fatale oraz starsza dama, wspominająca swoich sławnych, dawnych, nieżyjących już znajomych. Początkowo pobyt nie zapowiada żadnych zmian, poza zmianą pogody. Ale spędzane razem dni, przyjazd mężów (i nie tylko) dokona przemiany w każdej z pań.

Autorka kilkakrotnie powtarza znane (choćby z "Pigmaliona"), acz warte przypomnienia twierdzenie, że stajemy się takimi, jak traktują nas inni. Wejście w nowe towarzystwo i miejsce daje szansę do odnalezienia w sobie nowych sił i powrotu do tego, co kobiety kiedyś w sobie ceniły, a co zniknęło od natłokiem obowiązków i zmartwień. We Włoszech czują "jak gdyby lada chwila miały puścić pędy". To zazielenienie się u każdej przebiega ciut inaczej, arystokratka zrzuca maskę zblazowanej kobiety, o której wszyscy marzą, żony odnajdują w sobie panieńskie marzenia, a starsza dama luzuje wiktoriański gorset. Dzieje się to, czego wszyscy (łączenie z czytelnikami) chcą. Jednocześnie zostajemy w świecie międzywojnia, bez nadmiernych szaleństw, a romans możliwy jest tylko z własnym mężem. Bo to też trochę opowieść o własnych wyborach i ludziach obok.

 Podobała mi się lekkość opisu, dowcip, wyzierająca z narracji znajomość życia i charakterów. Czuje się, że książkę pisała kobieta niemłoda i z bagażem doświadczeń, które pozwalają na spojrzenie bystre, uważne i przewidujące przyszłość. Można pewnie tej książce zarzucić naiwność, to, że do takich zmian potrzeba czegoś więcej niż miesiąca włoskiego nieba. Ale ja tę historię kupuję, także rozumiejąc wyjazd pań jako kolejny krok w ich pragnieniu oderwania się od powtarzalnego życia, w którym nic ich, ani one nikogo nie zaskoczą.
Myśl o tym, że ludzie, których traktujemy jako nudnych, nieciekawych, zgorzkniałych, tacy się stają, ma w sobie, niestety, wiele prawdy. Ta książka to, poza wiosenną opowiastką o wakacjach od życia, przypomnienie, że to, co my zobaczymy w sobie, dostrzegą też inni. A takie rzeczy warto powtarzać. Czytelnicy mieli rację:takiego kwietnia potrzeba bez względu na porę roku.

Nie zachwyca mnie okładka- Włochy, lata 20, tu naprawdę można graficznie poszaleć, a okładka jest nijaka i nie łapie retro uroku, bijącego z tekstu. Ilustracje z AI widocznie go nie czują...
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.
 
Elizabeth von Arnim. "Uroczy kwiecień". Przeł. Adriana Sokołowska-Ostapko. Wyd. Znak Koncept.  Kraków 2026 

środa, 1 kwietnia 2026

"Wymieranie Ireny Rey" Nasza Pisarka znika w puszczy

 

Kto baczy na tłumaczy?


Ewa Lipska w ubiegłym tygodniu na spotkaniu w Bibliotece Raczyńskich powiedziała, że jej wiersz, przetłumaczony na inny język, jest już nie tylko jej tekstem, ale także tłumacza. Mam wrażenie, że nasza, czytelników, świadomość związana z wagą pracy tłumaczy rośnie, czego widocznym znakiem są ich nazwiska na okładkach oraz dyskusje np. na temat nowych przekładów klasyki.

Jennifer Croft, tłumaczka m.in. Olgi Tokarczuk zaprasza nas do Białowieży, gdzie spotykają się tłumacze polskiej Naszej Pisarki Ireny Rey, by pracować nad przekładem nowej powieści. I pewnie praca szłaby sprawnie i zgodnie z ustalonymi zasadami (które mają w sobie sporo z sekciarstwa) gdyby nie fakt, że pisarka znika.

Kryminał ekologiczny, zestaw nawiązań do pisarzy w tym do (oczywiście!) Tokarczuk, powieść o przekładzie (i o tym, czy da się przełożyć Leśmiana?), tekst dialogujący z samym sobą przez przypisy od (a jakże!) tłumacza. I gra z czytelnikiem, która zaczyna się od przedmowy tłumaczki na polski, którą wcale nie jest Kaja Gucio (rzecz na nasz język tłumacząca)... Do tego jesteśmy w powieści pisanej o niedalekiej przyszłości, (która w momencie czytania będzie teraźniejszością lub przeszłością), w zagubionym i odnalezionym tekście, którego tłumaczka jest jednocześnie bohaterką. W tym szaleństwie jest sporo metody i pomysłów. Np. to, że tłumacze zyskują osobowość i imiona dopiero po jakimś czasie. Ale bywa też nierówno, bo jest też trochę dłużyzn i miejsc, które brną w ślepe uliczki lub pozostawiają uczucie niedosytu (mitologia słowiańska i wątek grzybów, które moim zdaniem można było jeszcze poszerzyć).

To, co czytało mi się najlepiej i najciekawiej to fragmenty o tłumaczeniu, (nie)przekładalności słów i znaczeń. To, co unaocznia czytelnikowi procesu powstawania nowego tekstu na podstawie dzieła już skończonego. Intrygujący był też kult Naszej Pisarki i pokazanie mechanizmu wpływania na grupę. 

 "Wymieranie Ireny Rey" było dla mnie ciekawym eksperymentem formy i treści. Jednak ze względu na nierówność nie powiem: biegnijcie do bibliotek! Chociaż, gdy (bardzo dobra!) okłada rzuci Wam się w oczy na półce, można zrobić ten eksperyment na sobie.
 
Jennifer Croft, "Wymieranie Ireny Rey". Przeł. Kaja Gucio. Wyd. Pauza. Warszawa 2025.  
 
 

piątek, 6 marca 2026

"Brooklyn" taki obyczaj

 

Najpierw książka czy film?
Staram się najpierw czytać, ale nie zawsze wiem o literackim pierwowzorze. Tak było z "Brooklynem". Film obejrzałam kilka lat temu I, stosując nomenklaturę pani z dawnej osiedlowej wypożyczalni DVD/VHS (ktoś to jeszcze pamięta?) powiedziałabym " to taki obyczaj".
Fala zachwytów towarzysząca wznowieniu powieści Tóibína przekonała mnie do wyczekania na książkę w bibliotece i lektury.
I to też był "taki obyczaj". Przy czym nie jest to wcale określenie deprecjonujące, bo patrząc szerzej, większość wielkiej klasyki "to takie obyczaje" (Karenina, Austen, Bovary, W stronę Swanna).
W kontekście tej powieści obyczaje są o tyle istotne, że bohaterka staje na styku kultur. Irlandia lat powojennych.  Eilis decyduje się wyjechać z rodzinnego miasteczka do Brooklynu (właśnie: do, a nie: na), by tam szukać pracy i szczęścia. Początkowe dni spędzane w pracy, parafii i niezbyt okazałym pensjonacie zmieniają się w zwykłe i coraz barwniejsze życie, zwłaszcza gdy Eilis  zaczyna uczyć się sztuki rachunkowości i poznaje syna włoskich emigrantów. Ale, jak to w obyczaju, gdy wszystko idzie za dobrze musi się coś stać. I znów Eilis rusza w drogę, a potem musi zdecydować który kierunek ostatecznie wybierze. I te ostatnie części, gdy lepiej znamy bohaterów i przyglądamy się wyborom dziewczyny podobała mi się najbardziej. Było tu zderzenie światów, jakieś rozdarcie w bohaterce, napięcie dotyczące tego, jaką decyzję podejmie. Nie czekałam na ten wybór z zapartym tchem, bo z filmu pamiętałam zakończenie, zatem bardziej mogłam skupić się na pokazaniu tych rozterek i tworzeniu Eilis już nie tyle dorastającej, co dorosłej, biorącej odpowiedzialność za siebie i własne wybory. I jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej, w tomie drugim, bo ta opowieść domaga się dopowiedzenia.

Jest w tej historii dużo powietrza. Miejsca na dowyobrażenie siebie ludzi, miejsc i sytuacji. Nie jest to narracja gęsta i przytłaczających, jest to płynąca opowieść o dorastaniu, siostrach i matce, o koleżankach z pensjonatu, o emigranckiej społeczności i wchodzeniu w nowe miejsce. O kontrastach ludzi, uczuć i miejsc. 
Czekam na ciąg dalszy, bo powieść mnie może nie zachwyciła aż tak, ale dała dużo dobrej lektury i zostawiła w miłym oczekiwaniu na ciąg dalszy. Czy nie o to chodzi w takim obyczaju? Zwłaszcza, gdy osadza się w bardzo konkretnym miejscu i czasie jak  powojenny Brooklyn.
 
 Colm Tóibín "Brooklyn". Przeł Jerzy Kozłowski. Dom Wydawniczy Rebis. Poznań 2009. 


środa, 18 lutego 2026

"Intermezzo" ruchy Rooney

 

Książka potrafi budzić bardzo skraje emocje. Jednych zachwyca, innych nudzi, oburza. 
Staram się sprawdzać te tytuły, bo tak skrajne opinie wywołują rzeczy "jakieś". I co wyszło z mojego sprawdzania Rooney? Że nie będę kochać, ale rozumiem swoisty fenomen.  

Dwóch braci w żałobie po ojcu. Starszy, prawnik, uwikłany w romans z młodą dziewczyną i relację ze swoja pierwszą miłością. Młodszy, szachista, lekko wycofany, zakochuje się w kobiecie starszej o ponad 10 lat, czyli robi tytułowe intermezzo- ruch, którego nikt się po nim nie spodziewa (bo czy będzie szokować trzydziestolatek romansujący z dwudziestką? Nie, za student zakochany w rozwódce lat 36? No właśnie...). 

 Akcja toczy się powili i zagęszcza dopiero w trzeciej, ostatnie części powieści, gdy pewne sytuacji z przeszłości zyskują dopowiedzenie, a bohaterowie (wreszcie) podejmują decyzje. Bo to trochę powieść o życiu i świecie w zawieszeniu- niepewności własnych uczuć, wadze osądów innych, wracaniu do wspomnień sprzed lat, życiu w cieniu i blasku, o odległości (czasowej i fizycznej) i bliskości. To bardzo trafna ocena współczesności. Zawieszenie burzy (a może przestawia na nowe tory?) finałowa scena, która jest trochę jak z filmu familijnego (spoiler: wszyscy spotykają się na turnieju szachowym). Zakończenie dobre, z nadzieją. Tylko nie wiem, czy do takiego prowadziło 500 stron... Czy to, co miało być niewygodne i drażniące, można tak zamknąć?Czy coś, co miało być życiowe, kanciaste, ludzkie (takie nam, rozedrganym niezdecydowanym ludziom lat dwudziestych, bliskie), ma się kończyć jak komedia świąteczna. 

500 stron. O jakieś 200 za dużo. Powtórzenia, które na moje ucho nie są celowym zabiegiem, przeciągane opisy łóżkowe, pisanie ciągiem, które ma dawać iluzję strumienia świadomości i bliskości myśli bohaterów, a i tak w głowie dodajecie sobie myślniki, bo dialog wyodrębnia się szybko i wcale nie jest tak zjednoczony z opisem jak można się było spodziewać. Taki styl może mieć fanów, autorka daje jasne, wręcz reżyserskie wskazówki, co mamy sobie wyświetlać w głowie. Mnie ta narracja przez 2/3 książki męczyła. 

Nie będę fanką Rooney, ale wiem, dlaczego. I wiem też, komu tę książkę mogę polecić (a komu nie). Dlatego warto było przeczytać. I słuchać i fanów, i przeciwników.
 
Sally, Rooney, Intermezzo. Przeł. Jerzy Kozłowski. Wyd. WAB Warszawa 2025 

środa, 28 stycznia 2026

"Pamięć drzewa" o blaknięciu czasu

 

Są książki głośne. Są takie, które szepczą.   

"Pamięć drzewa" to właśnie ta druga. Kameralna opowieść Jana, chłopca z Barcelony, do którego domu wprowadzają się dziadkowie. I choć chłopca bardzo cieszą nowa domowa rutyna i powroty z dziadkiem ze szkoły, po pewnym czasie zrozumie, że nie wszystko jest tak jak do tej pory.  Bo choć on, chłopiec, ma jeszcze dużo czasu, to czas jego dziadka, zegarmistrza, robi się coraz bardziej przezroczysty, jak przezroczysta staje się pamięć starszego pana.

To książka bez dramatycznej walki o zachowanie zdrowia i pamięci, to opowieść o teraźniejszości, którą niektórzy zapamiętają z wyraźnym konturem, ale w innych spłowieje szybciej niż powinna. Opowieść rodzinna, zamykająca się w spojrzeniach, dotyku ręki i rozmowach mamy i babci za przymkniętymi drzwiami kuchni.  Bez tragizmu. Z przyjęciem pewnego porządku przemijania. Z codziennością i uważnością.

Dla mnie siłą tej historii jest narracja Jana. Prosta. Ale jednocześnie jest tu metaforyka dziecka z doświadczeniem dorosłego. I to w tych krótkich obrazkach, pozamykanych w rozdziały, się sprawdza. Nie mamy przemądrzałego, pełnego patosu narratora, który udaje dziecko, infantylizując pewne zachowania i słowa. Mamy narratora, w którego dziecięctwo  wierzymy, a jednocześnie jego spostrzeżenia mogą zaskoczyć trafnością i umiejętnością doboru słów. To taki wygadany chłopiec z wyobraźnią, który widzi czasami więcej i opisuje to, co widzi, sam może nie zdając sobie sprawy z wagi swoich spostrzeżeń. A może to jego wspomnienie? Może jego rzut oka w przeszłość? 

Rodzina, pamięć i jej zanik, postawienie wszystkich domowników w nowej sytuacji. Czas, którego wydawało się, że dziadek jako zegarmistrz jest panem, a nagle ten sam czas występuje przeciwko niemu. I są jeszcze drzewa, symbole z przeszłości, wciąż powtarzające swoją zmienność. Drzewa z korzeniami i wycinane pieńki z przeszłości. 

Książka wzruszająca w ten najprostszy sposób. Bez efekciarstwa i sztucznego dramatyzmu trafiająca do serca. Poruszająca jeszcze bardziej, gdy ktoś wracał z dziadkiem ze szkoły.  

Za książkę dziękuje wydawnictwu  


Tina Valles. "Pamięć drzewa".Przeł Andrzej Flisek. Wyd. Kraków 2026.  

 

wtorek, 16 grudnia 2025

"Gwiazdka". Dziewczynka z nadziejami

 


"Ale ja nie mogę nie mieć nadziei. Taki już mam mózg".

 Ronja nie jest córką zbójnika, a przynajmniej nie tego. Jej tata nie potrafi utrzymać pracy i pieniędzy, zbyt często odwiedza "Przyjaciół" (którzy powinni nazywać się Wrogowie). Gdy nie pije jest kochający, dobry, ale nie ma go, gdy pije. Ale życie toczy się dalej i Ronja razem ze starszą siostrą Melissą muszą sobie radzić. I robią to po swojemu. A nadchodzą święta.

"Gwiazdka" to opowieść krótka, ale wielowątkowa (w tle przemykają kwestie starości, migracji, dorastania). Poruszająca i dająca do myślenia. Nie ma tam lukrowanej świątecznej historii, jest ból, jest sprzeciw, ale i nadzieja. I zakończenie, które można interpretować na kilka sposobów.  
Autorka, pisząc o dwóch córkach samotnego ojca z problemem alkożyciowym, pisze o nadziei młodszej i o szybkim dorastaniu tej starszej, która zawsze ratuje sytuację. Pisze o wsparciu starszego sąsiada, marzeniach, do których się ucieka, o pułapkach kapitalizmu i szkolnym woźnym, którzy sporo widzi.

Nie ma tu świątecznej magii? zapytacie. Jest! Najbardziej prawdziwa, bo bez świątecznego filtra. Tą magią i prawdą jest nią nadzieja. Nadzieja na przyszłość, normalność, na wyprawę do domu na wyspie, a na razie chociaż na choinkę. To jest bez wątpienia powieść świąteczna, która ma nas obudzić. 

Jest w tej książce skandynawska zwięzłość myśli połączona z baśnią. Przecież Andersen, ten smutny baśniopisarz, był Skandynawem. I właśnie jego "Dziewczynkę z zapałkami" czyta Ronja i do baśni nawiązuje cała historia. Smutna. Ale przecież jej zakończenie ma przynajmniej dwie możliwości interpretacji! I tak jest i w "Gwiazdce".

W święta dobrze jest się poczuć dzieckiem, który ma mózg pełen nadziei. Ale dobrze i docenić to, co się ma. A może i szerzej otworzyć oczy na to, co dookoła. I na innych. Nie tylko raz w roku.
 
 Za książkę dziękuję Wydawnictwu. 
 
Ingvild H. Rishøi, "Gwiazdka". Przeł. Katarzyna Tunkiel. Znak Koncept.    Kraków 2025. 

środa, 10 grudnia 2025

"Opowiedz im o bitwach, o królach i słoniach" i sile opowieści

 


Czy wiedzieliście, że Leonardo da Vinci miał budować most w Konstantynopolu? A gdy jego projekt odrzucono, zlecenie przejął Michał Anioł i trafił na dwór sułtana Bajazyda II? Tyle historii. Reszta jest opowieścią.

 I to właśnie opowieść była w tej książce dla mnie najważniejsza. I to opowieść z tradycjami: europejskimi listami i  wschodnim snuciem historii. Opowiadana przez narratora patrzącego na Michała Anioła w nowej dla niego rzeczywistości i dopowiadana przez tajemniczą postać, która rozumie świat i żyje na styku sztuki i codzienności, marzenia i rzeczywistości, miłości i śmierci.  Opowieść z orientalno-historycznym klimatem niesionym przez tajemnicze słowa i momentami  archaizowaną składnię. 
 
"Mężczyźni (...) chwytają się opowieści, wystawią je naprzód niczym sztandary" mówi tajemnicza kobieta.  Mathias Enard, francuski pisarz, którzy studiował perski i arabski, łączy Wschód z Zachodem. Mówi o młodym artyście, który wyjeżdża z Rzymu zrażony układami i intrygami i trafia na dwór sułtana, gdzie też kopanie dołków, donosicielstwo i plotki mają się doskonale.  Prowadzony przez zaułki miasta artysta trafia do gospody, na onieśmielający bogactwem dwór, spędza godziny w warsztacie, przygotowując plany mostu i odganiając od siebie myśli o pewnej kaplicy.  Myśli o tym, co i kogo kocha, kim jest. Martwi się o pieniądze, pije, bawi się z małpką i szuka odpowiedzi.  

Ta krótka historia, taki mały fresk literacki, to też kilka refleksji o sztuce i artystach. O tym, co uwzniośla, upiększa, zakrywa rzeczy małe i niegodne. Czy sztuka, tak jak opowieść "o bitwach, królach, o słoniach i o cudownych istotach" jest "jedynie perfumowaną zasłoną skrywająca wieczny ból nocy"? Autor bardziej szuka odpowiedzi niż mówi wprost. I może w tym tkwi ta freskowa lekkość opowieści, że autor maluje, zaznacza tematy, ale ich nie wykańcza, nie stawia kropki, tak jak Michał Anioł nie stawiał cegieł w swoim zaplanowanym tylko moście.  Plany i opowieści mają swoje ulotne piękno.

To nie jest książka do łapczywego czytania, do przeżywania i przeżuwania zawartych w nim tematów, do połykania. To raczej historia, który omiata mgłą, ulotnością i może po sobie zostawić woń orientu, jeśli nie zdmuchnie jej inna, intensywniejsza lektura.  
 
Za książkę dziękuję wydawnictwu. Współpraca barterowa.  
 
Enard Mathias,  "Opowiedz im o bitwach, o królach i słoniach". Przeł. Filip Łobodziński. Wyd. ArtRage. Warszawa 2025. 

czwartek, 13 listopada 2025

"Ogród rozpaczy ziemskich" Bosch w korpo

Gdy zaczynałam pierwszy etat, pan do BHP powiedział, że jeśli przez 2 tygodnie codziennie będę budzić się z myślą "o nie, znowu ta robota!" mam wstać i pisać wymówienie. Ja skorzystałam, Marisa miała mniej szczęścia do szkolenia BHP.

 Marisa codziennie budzi się z kryzysem, że znów czeka na nią znienawidzona praca, ale wstaje i idzie grać w grę "idealny pracownik". Reguły opanowała do perfekcji: koncertowo pozoruje pracę marketingowca, gra kalendarzem i wykorzystuje innych. Po pracy niezobowiązujące spotkania z sąsiadem i wizyty w Muzeum Prado, by popatrzeć na Boscha. I tak do dawna do czasu wyjazdu integracyjnego i wyjazdu na urlop.

Narracja pierwszoosobowa oddaje bohaterce pełnię głosu: jej ironiczne, czasem dowcipne komentarze podszyte są jednak smutkiem i poczuciem utknięcia w rzeczywistości. W imię czego? Kasy, prestiżu, jutra zabezpieczonego do czasu, gdy spadną maski?  Ta część, tak samo jak fragmenty o integracji i konsekwencjach tego wyjazdu są rodzajem satyrycznego portretu ludzi z korpo, którzy żyją z tego, że wciskają innym marzenia.  Jest prawdziwie, pozornie lekko, pod powierzchnią smutno i pusto. Ostatnia część, wyczynia voltę, by Marisa dochodzi do tyleż prawdziwego, co równie banalnego jak hasła reklamowe wniosku, że najważniejsze to być kochanym. Nie do końca kupuję taki finał. Nie dzisiaj, zwłaszcza gdy książka ma być portretem pokolenia.  

 Całość kojarzy mi się to trochę ze średniowiecznym moralitetem. Czy dziś pracownik korpo nie jest najlepszym everymanem? O którego duszę walczy ułuda You Tube Premium, łatwość farmakologicznego pocieszenia i który błądzi, by ostatecznie dojść do wniosków ponadczasowych? Może tu jest ukryty ten Bosch, zawieszony między średniowieczem na renesansem? Tak to sobie (nad)interpretuję, chociaż do końca nie przyjmuję takiego rozwiązania i ta końcówka mnie trochę rozczarowuje. Za prosto.  Ale warto zajrzeć do hiszpańskiego korpo po międzynarodowe spojrzenie na globalną wioskę. 

Zupełnie na boku zostaje myśl, że dobrze, że lubię swoją pracę a przede wszystkim tych, z którymi pracuję, bo życie w piekle pozorów byłoby piekielnie męczące.

 

Beatriz Seranno, "Ogród rozpaczy ziemskich". Przeł. Ewa Ratajczyk.  Wyd. Znak. Kraków 2025. 

środa, 29 października 2025

"Rzeczy robione specjalnie" podglądane z dystansem



                                                  Codzienność. Czy to jest dobry temat na książkę, film, spektakl? 

                                                           Może podstawowy.

Codzienna zwyczajność bywa spokojem, rutyną. Bywa inspiracją. Emilia Konwerska prezentuje wyimki z codzienności. Jazdy tramwajem, sytuacje w pracy, rozmowy z byłym mężem. Jej bohaterka wpuszcza do swojego świata pełnego małych dziwactw, odgrywania ról i grania w gry, których zasady sama ustala. To świat pełen samotności, braków, szukania sensów w absurdach, pewnej teatralizacji: prób rozegrania życia na nowo z przypadkowymi aktorami codzienności, tych rzeczy robionych specjalnie. To świat współczesny, nasz. Ale dla każdego trochę obcy. Świat, którym najważniejsze są emocje i myśli bezimiennej bohaterki, kilka powracających motywów jak praca czy jej były mąż. Te wyimki z codzienności rozpoczynają się i urywają w różnych momentach. Przy kilku opowiadaniach miałam wrażenie pewnej ciągłości, by potem znów wpaść we fragmentaryczność opowieści. 

Był w tych urywanych historiach jakiś przykuwający uwagę element, ale niewiele po tej lekturze we mnie zostało.

 Każdy ma swoją codzienność, dla niego jest ona najważniejsza, bo jego własna. Nie rozgościłam się w "Rzeczach robionych specjalnie", ani w fabule, ani w języku. Czułam się trochę jak zdystansowany podglądacz. Czy po lekturze przyjrzę się wnikliwie(j) własnej codzienności? Sama nie wiem.
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.  
 
Emilia Konwerska. "Rzeczy robione specjalnie"
. Wyd. ArtRage. Warszawa 2025.  


środa, 15 października 2025

"Daisy i cesarz" gdy świat się zmienia

 

Biografia bardziej naukowa, faktograficzna czy powieść biograficzna?


Lubię daty. Porządkują i osadzają rzeczywistość. "Daisy i cesarz" nie przygniata datami, jesteśmy raczej w obrębie jakiegoś czasu niż konkretnym dniu. Bo to książka właśnie bardziej o byciu w obrębie niż w konkrecie. Daisy wychodzi za mąż i wyjeżdża z Anglii na niemiecki Śląsk. Jest bogata, ale szczęśliwa może stać się dopiero, gdy zaczyna żyć po swojemu i grać kartami, które dostała do losu. Mąż nie jest miłością jej życia, ale zapewnia jej dostatek, który pozwala na uczynienie z domu i ogrodu bajkowej rezydencji, z biegiem czasu księżna zaczyna działać społecznie i pewnymi decyzjami zaskakiwać towarzystwo. 
Dopełnieniem historii Daisy jest cesarz Wilhelm II-opisany bardziej szczegółowo (np czas jego dzieciństwa), marzący o wielkości Prus, władzy, wojskowym drylu i ordnungu. Człowiek, niosący ciężar ambicji, ukrywający część swojej natury za sztywnymi zasadami. Czy między tą dwójką było uczucie? Nie. Zatem dlaczego autorka połączyła ich losy? Może dla zachowania kontrastu i pokazania momentu w historii, gdy coś się kończy. Oboje z angielską krwią żyli w Prusach, a różnicą było ich podejście to rzeczywistości.Przyznam, że władca był dla mnie ciekawszy od Daisy, jego pobudki i działania bardziej intrygowały. 
O swoich bohaterach autorka pisze z dystansu, a czas teraźniejszy, który pozornie ma czytelnika wprowadzić bliżej w życie postaci sprawdza się połowicznie, bo bohaterowie nie mają miejsca na ukazanie tego, co w nich głębiej. Są wydarzenia, działania, podróże, decyzje, skandale na dworze, zaogniająca się sytuacja polityczna, ale czytając miałam wrażenie relacji z czegoś, a nie bycia w środku wydarzeń. Czyta się szybko i sprawnie, pewne wątki wymagały poszerzenia na w innych źródłach, więc nie był to czas stracony. Jednak jak na powieść za mało tu narracji i tworzenia, a nie tylko opisywania świata. Może problemem był długi czas, jaki obejmowała książka, bo autorka w cyklu o wielkiej emigracji udowodniła, że naprawdę umie pisać angażując i ze środka wydarzeń.

Co zaskoczyło? Pokazanie angielskiej arystokracji jako towarzystwa, w porównaniu z niemieckim, swobodnego i nie aż tak sformalizowanego. Ciekawe! 
I jeszcze słowo o haśle: Daisy polska lady Di. Daisy miała nieudane małżeństwo, działała społecznie, ale nie zdecydowała się odejść od męża i nie była ofiarą tabloidów. Nie była też do końca polska, bo przyjeżdżając na Śląsk w czasie zaborów nie znała polskiej historii, a jako monarchistka przeciwna była "rebeliom" powstania. Marketing ma swoje zasady.
 
 O romantycznych tu wpis
 
 Z książkę dziękuję wydawnictwu.  
Dorota Ponińska. "Daisy i cesarza". Wyd. Znak. Kraków 2025.  

czwartek, 25 września 2025

"Jaskółki. Powieść o kobietach mody PRL-u", nie tylko o konfekcji

 


Moda to sztuka czy przemysł?

Katarzyna Droga w swojej powieści o kobietach mody PRL-u dodaje jeszcze jedno: czasy. I tak, na styku myślenia o stylu, produkcji w świecie nieustannych braków lat 60. toczy się historia o kobietach i przemianach. To przemiany losów samych bohaterek, ale też przemiana spojrzenia na modę, która ma być już nie tylko elegancją salonów, ale wyjściem na ulicę, wygodą oraz szokiem spodni i spódniczki mini. 
 
 Życie dało autorce dwie doskonałe bohaterki, które reprezentują różne czasy i spojrzenia. Jadwiga Grabowska, przedwojenna znajoma Coco Chanel i Heleny Rubinstein, zwolenniczka klasycznej elegancji, kontaktów; caryca Mody Polskiej, chcąca dodać klasy żonom dygnitarzy, wiedząca, kiedy zawalczyć, a kiedy kogo poświęcić. Helena Bohne-Szacka, młodsza, obserwująca świat młodzieży, wyczuwająca trendy malarka, która zajęła się sztuką użytkową. Każda ze swoją codziennością, bardzo bolesną historią wojenno-okupacyjną, każda z dziejowym uwikłaniem. Obok tych dwóch pań, obok rywalizacji Mody Polskiej z Ledą i Telimeną, toczą się jeszcze losy współpracowników - historycznych projektantów(Krzysztof Antkowiak, Grażyna Hasse)oraz modelek i fotografów, których życie, skompilowane z pojedynczych żywotów.  
 
Tym, co nie tylko dopełnia, a w pełni gra jest też rzeczywistość lat 60. budowana przez Festiwal w Opolu, koncert polskich gwiazd w paryskiej Olimpii (przemykają w tle Rawik, Villas, Osiecka, Andrycz),wyjazdy na targi mody, szykowane po nocach pokazy. I choć dla współczesnego czytelnika ten wielki świat wydaje się dość normalny, to Katarzyna Droga bardzo dobrze podkreśla jego barwność, stojącą w opozycji do polskiej rzeczywistości, w której brakuje pończoch i lepiej nie chwalić w pociągu zgniłego zachodu, bo podsłuchuje SB.  
Tym, co ujęło mnie najbardziej (i co bardzo cenię w powieściach autorki) jest tworzenie świata przez język jego czasów (kto dziś mówi: konfekcja i wzornictwo, a nie: design), przez powiedzonka, cytaty. Smaczku nadają też pełne oburzenia słowa o krótkich włosach, wielobarwnych paznokciach czy dżinsach, które nie przyjmą się w modzie.
 
To nie jest powieść do przerzucania stron w napięciu. To jest powieść do poczucia klimatu, poznania ludzi, kobiet, które zaginęły w historii mody, a przecież były wyroczniami i twórczyniami tego, jak mogła wyglądać Polska 70 lat temu. To historia o rywalizacji, dziejowych zawikłaniach. O momencie, gdy, zanim oczy zajdą "marcową mgłą" , można było jeszcze dyskutować o tym, czy lepsze są wyraziste wzory i falbany czy stonowane kolory i zdrowy 5 centymetrowy obcas.
 Bo moda to więcej niż strój. To więcej niż popyt na samodział i peleryna z ceraty. To barwy codzienności. I o tym też jest ta powieść.
 
 Za książkę dziękuję wydawnictwu.  Współpraca barterowa.   
 
Katarzyna Droga, "Jaskółki. Powieść o kobietach mody PRL-u". Wyd. Znak. Kraków 2025.