środa, 8 kwietnia 2026

"Uroczy kwiecień" urocza opowieść

 

Gdy pracowałam w mojej pierwszej bibliotece nie było tygodnia, by ktoś nie mówił o "Zaczarowanym kwietniu". Jako nieliczni mieliśmy tytuł w księgozbiorze, więc przyjeżdżali po niego ludzie z całego miasta. Nie zliczę ile osób mi go polecało, ale przez to, że błyskawicznie przechodził z rąk do rąk i był wypożyczony, nigdy po niego nie sięgnęłam.


Informację o nowym wydaniu "Uroczego kwietnia" przyjęłam z ekscytacją i obawą (bo co będzie, jeśli wyczekana książka będzie tylko ramotką sprzed 100 lat?).
Książka jest urocza. Dowcipna, spokojna i po prostu życiowo mądra. Ktoś powie: tak już się dziś nie pisze. Odpowiem: i szkoda!

Dwie Angielki chcą uciec od swojego przewidywalnego życia małżeńskiego. By wynajem willi był tańszy, na miesiąc we Włoszech poszukują współlokatorek, zostają nimi młoda arystokratka, czująca się znudzoną famme fatale oraz starsza dama, wspominająca swoich sławnych, dawnych, nieżyjących już znajomych. Początkowo pobyt nie zapowiada żadnych zmian, poza zmianą pogody. Ale spędzane razem dni, przyjazd mężów (i nie tylko) dokona przemiany w każdej z pań.

Autorka kilkakrotnie powtarza znane (choćby z "Pigmaliona"), acz warte przypomnienia twierdzenie, że stajemy się takimi, jak traktują nas inni. Wejście w nowe towarzystwo i miejsce daje szansę do odnalezienia w sobie nowych sił i powrotu do tego, co kobiety kiedyś w sobie ceniły, a co zniknęło od natłokiem obowiązków i zmartwień. We Włoszech czują "jak gdyby lada chwila miały puścić pędy". To zazielenienie się u każdej przebiega ciut inaczej, arystokratka zrzuca maskę zblazowanej kobiety, o której wszyscy marzą, żony odnajdują w sobie panieńskie marzenia, a starsza dama luzuje wiktoriański gorset. Dzieje się to, czego wszyscy (łączenie z czytelnikami) chcą. Jednocześnie zostajemy w świecie międzywojnia, bez nadmiernych szaleństw, a romans możliwy jest tylko z własnym mężem. Bo to też trochę opowieść o własnych wyborach i ludziach obok.

 Podobała mi się lekkość opisu, dowcip, wyzierająca z narracji znajomość życia i charakterów. Czuje się, że książkę pisała kobieta niemłoda i z bagażem doświadczeń, które pozwalają na spojrzenie bystre, uważne i przewidujące przyszłość. Można pewnie tej książce zarzucić naiwność, to, że do takich zmian potrzeba czegoś więcej niż miesiąca włoskiego nieba. Ale ja tę historię kupuję, także rozumiejąc wyjazd pań jako kolejny krok w ich pragnieniu oderwania się od powtarzalnego życia, w którym nic ich, ani one nikogo nie zaskoczą.
Myśl o tym, że ludzie, których traktujemy jako nudnych, nieciekawych, zgorzkniałych, tacy się stają, ma w sobie, niestety, wiele prawdy. Ta książka to, poza wiosenną opowiastką o wakacjach od życia, przypomnienie, że to, co my zobaczymy w sobie, dostrzegą też inni. A takie rzeczy warto powtarzać. Czytelnicy mieli rację:takiego kwietnia potrzeba bez względu na porę roku.

Nie zachwyca mnie okładka- Włochy, lata 20, tu naprawdę można graficznie poszaleć, a okładka jest nijaka i nie łapie retro uroku, bijącego z tekstu. Ilustracje z AI widocznie go nie czują...
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.
 
Elizabeth von Arnim. "Uroczy kwiecień". Przeł. Adriana Sokołowska-Ostapko. Wyd. Znak Koncept.  Kraków 2026 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz