Po co pisać bloga?
*by stać się celebrytą
*by zyskać uznanie
*by uporządkować myśli
Po co pisać bloga o książkach?
*by kształtować gusta
*by zaistnieć jako opiniotwórczy, choć domorosły krytyk literacki
*by utrwalić kilka myśli o paru przeczytanych książkach, które zostawione same sobie zniknęłyby w zakamarkach (nie)pamięci
*by pielęgnować w sobie systematyczność czytania i pisania
*by czasem sięgnąć po inne niż zazwyczaj książki
A poza tym by uśmiechnąć się gdy ktoś powie "przeczytałam książkę, którą polecałaś na blogu, podobała mi się"... I tak od roku:)
Autor, który wydaje współcześnie dramat i osiąga takie wyniki, możne być tylko Schmittem. Co prawda opis na okładce nawet nie wspomina, że "Intrygantki" to zbiór tekstów dramatycznych, więc czytelnicy mogą być trochę zaskoczeni (i jak widać z internetowych opinii-są), ale nie zmienia to faktu, że najpopularniejszy francuski autor jest w formie. Wydanie tekstu dramatycznego, który ma lub może mieć swoją teatralną konkretyzację (czyli nie jest czystym dramatem lekturowym) niesie ze sobą pewne ryzyko. Bez aktorskiego talentu, scenografii i całego świata teatralnej iluzji czytelnik dostaje jedynie goły tekst i słowo musi obronić autora. Moim zdaniem dramaty się bronią, choć trudno zapomnieć o scenicznym przeznaczeniu, które może podnieść ich ocenę. Może dlatego zrobiłam sobie mały teatr wyobraźni i czytając (niekiedy na głos) teksty widziałam gotowe, bardzo teatralne, przedstawienie.
Pierwszy dramat "Noc w Valognes" to Schmittowska wariacja na temat Don Juana. Są tu oczywiste echa Moliera i równie jasne nawiązania do Mozarta i Da Ponte ("a w Hiszpanii tysiąc trzy ...mille tre";) W zamku Hrabiny zjawiają się ofiary Don Juana- zakonnica, autorka romansów, żona jubilera, arystokratka libertynka, chcące wymierzyć sprawiedliwość swemu uwodzicielowi i skazać go na najstraszniejszą karę- wierność jednej kobiecie, młodej Angelice. Okazuje się jednak, że Angelika Don Juan już zna,a walka o to, kto kogo przeciągnie na swoją stronę dopiero się zaczyna. Jest tu jak zwykle u Schmitta trochę aforystycznych powiedzonek o kobietach, miłości i wyobrażeniach o idealnym uczuciu, ale jest i bardzo dużo goryczy i zawiedzionych nadziei. Miłość po raz kolejny pokazana zostaje jako cierpienie i wysiłek, szczególnie bolesny gdy rzeczą niemożliwą jest wzajemność. A sam Don Juana? Triumfujący, choć już sterany kolejnymi podbojami zauważa, że nie dotknął nigdy prawdziwego uczucia. Tak sprawiedliwość wymierza się sama. Motyw Don Juana jest fascynujący, wielokrotnie przerabiany i wciąż inspirujący, więc trochę szkoda, że z tak frapującej historii i bohatera (mam do uwodziciela z Sewilli ogromną słabość..)wyszedł bardzo statyczny dramat, bez należnego bohaterowi napięcia.
Kolejna sztuka "Gość" jest osadzona w bardzo konkretnym miejscu i czasie- do wiedeńskiego mieszkania Zygmunta Freuda chwilę po wyprowadzeniu przez gestapo jego córki przychodzi Nieznajomy. I zaczyna się wzajemne rozpoznanie. Słynny psychoanalityk daje się w wciągnąć z rozmowę z Bogiem. Choć Freud Żyd i ateista nie wierzy, że odwiedził go sam Stwórca (a w swej praktyce miał pewnie setki Napoleonów, Cezarów i Zbawicieli) rozmawia z nim na odwieczny temat zła i boskiej zgody na nie. Nieznajomy, odpowiadając na zarzuty o swą bierność, mówi o wolnej woli, największym darze, jakim mógł obdarować człowieka. Jednocześnie wieszczy to, co my znamy z historii XX wieku- totalitaryzm, zagładę, prześladowania. Freud chce Nieznajomego wypróbować, prosi o cud."Cud byłby gdybyś we mnie uwierzył"-odpowiada Nieznajomy, ukazując swe miłosierdzie, znaczone łaską wolności. Schmitt, z wykształcenia filozof, ustami Freuda zadaje znane pytanie:gdzie jest Bóg gdy światem rządzi zło. I odpowiada zgodnie z literą Biblii, choć jednocześnie w postaci Nieznajomego ukazuje Boga bliskiego człowiekowi, dowcipnego i niezwykle świadomego zarówno istnienia zła, jak i konsekwencji złych wyborów ludzkości. Sztuka mądra, pisana bez zadęcia, bez przeintelektualizowania, a jednocześnie mierząca się z jednym z częściej zdawanych pytań.Najciekawsza w tym zbiorze!
Znaną tezę o tym, że największym zwycięstwem szatana jest fakt, że ludzie zapomnieli o jego istnieniu świetnie prezentuje ostatni dramat, krótka scenka z piekieł. W "Szatańskiej filozofii" autor bardzo sprawnie, zabawnie a jednocześnie z dość katastroficzną wizją pokazuje świat, w którym na usługi szatana przechodzą myśliciele.
Trudno pisać dramat do czytania, bo od wyobraźni czytelnika i jego chęci współtworzenia literackiego świata zależy ostateczna wersja. Ze względu na znane i lubiane u Schmitta obserwacje i aforystyczne wtrącenia oraz dlatego,że dramaty prawie nie istnieją w powszechnym czytelnictwie-warto!
Eric-Emmanuel Schmitt, "Intrygantki". Wyd. Znak. Kraków 2013.
Alain Bonnard porzucił pracę w korporacji by prowadzić rodzinne kino studyjne. Co czwartek na organizowanym przez niego przeglądzie najpiękniejszych filmów o miłości pojawia się niezwykła dziewczyna w czerwonym pałaszu. Po jakimś czasie Alain decyduje się wreszcie do niej podejść i poznać, spędzają piękny wieczór i dziewczyna obiecuje, że za tydzień wrócić do kina. Ale nie wraca. Alain, zakochany romantyk, który jest pewien,że odlazł swoją miłość rodem z filmu zaczyna szukać Melanie po całym Paryżu.Nie może jednie żyć tylko romantyczną przygodą, bo w jego kinie pojawia się ekipa filmowa z francuską gwiazdą Soléne Avril i amerykańskim reżyserem Alanem Woodem (brzmienie imienia i nazwiska nieprzypadkowe). Alain musi teraz dzielić swój czas między poszukiwania dziewczyny, a nowy dla niego świat prawdziwych filmowców. Zanim nastąpi nieodzowny happy end, romantyczny księżyc kilka razy wzbije się nad Sekwanę, reżyser odnajdzie utraconą przed laty córkę, a gwiazda siostrę. Bo mimo przewidywalności szczęśliwego zakończenia jest w książce kilka momentów zwrotnych i niespodziewanych.
Autorowi udało się nie tylko stworzyć fajny paryski,choć współczesny klimat, ale tez przedstawić kilku sympatycznych bohaterów, nie są oni naturalnie jacyś głębocy psychologicznie i godni tradycji Balzaka i Prousta, ale dają się lubić. Romantyczny i trochę niedzisiejszy Alain, jego pragmatyczny kolegą, tajemnicza dziewczyna w czerwonym płaszczu,Soléne z lekkimi zawirowaniami życiowymi i amerykański reżyser, który usiłuje zrozumieć "paryskość" są po prostu sympatyczni, a o ich przygodach czyta się przyjemnie.Z pisarstwem Barreau spotkałam się wcześniej czytając "Sekretne składniki miłości", w "Wieczorem w Paryżu" jest ten sam parysko-romantyczny klimat tworzony dla odmiany nie przez urokliwe knajpki i księgarenkę, ale stare kino i filmowe skojarzenia i przejątki (kino nazywa się Cinéma Paradis, więc samo w sobie jest czytelnym nawiązaniem). Bardzo odprężająca pozycja na majówkę, gdy ma się ochotę na trochę romantycznego i niespiesznego paryskiego klimatu oraz spora dawkę optymizmu, bo jak mówi bohater "Na koniec wszystko będzie dobrze. A jeżeli nie będzie dobrze, to znaczy, że jeszcze nie koniec."
Nicolasa Barreau, "Wieczorem w Paryżu". Wyd. Bukowy Las. Wrocław 2014.
Mam z ta książką problem. Z jednej strony Alfonso Signorini opisał życie Marii Callas w sposób
frapujący, czyta się łatwo i szybko, bohaterka jest ciekawa, jak to
kobieta i artystka... ale! Pisząc o Marii Callas pisze się o historii
opery (jakkolwiek egzaltowanie to brzmi, taka jest prawda), oderwanie
Callas od życia scenicznego pozbawia ją i jej losy niezwykle istotnej głębi.
Zachwyceni czytelnicy tej książki (a może przede wszytkami czytelniczki)pisali, że Callas pokazana jest w tej opowieści jako charyzmatyczna kobieta,
przeżywająca ogromną miłość do Onasissa, rozpaczająca po utraconym
dziecku i pełna kompleksów z powodu swego wyglądu. Można oczywiście napisać
historię o wielkiej miłości, o dziewczynie, która pracą doszła na szczyt, o
rwanym uczuciu do milionera, które mimo burz trwało do śmierci. To wszystko byłoby niezłą historią, jednak w przypadku powieści o Callas zabrakło mi artystki, divy, jej życia na scenie, które tak bardzo łączyło
się z codziennością. Autor tylko wspomina o Renacie Tebaldi, z którą Callas
bardzo poważnie rywalizowała i ta rywalizacji, tak jak moment utraty
głosu, były doświadczeniami, których starając się najpełniej zbudować postać, nie powinno się pomijać. O artystycznych bataliach i przeżyciach z nimi związanymi bardzo ciekawie
pisał Stelios Galatopoulos, pisał też sporo o samym śpiewie Callas,a u Signoriniego po prostu zabrakło muzyki. W opowieści o śpiewaczce zabrakło muzyki!
Wypróbowanym sposobem na książkę biograficzną jest ten, który nakazuje zrzucać z cokołów wielkie postaci i pokazywać ich ludzkie oblicza. Niech i tak będzie, bo ciągłe stanie na
koturnach bywa meczące, ale przy tym odbrązawianiu nie można zapominać o powodzie sławy bohatera. Callas bez opery nikogo by nie zainteresowała! Autor przywołuje
sformułowanie -"jestem Callas, chciałbym być Marią". Otóż sama Maria nikogo nie fascynuje! Maria mogłaby stać się bohaterką kolejnej obyczajówki, ale jej życie, choćby najbardziej burzliwe i niesamowite, dlatego porywa i intryguje, że jest życiem "la Callas". I tego operowego świata w świecie Callas z powieści mi zabrakło. Książka napisana trochę jak udowodnienie tezy z tytułu, więc jeśli oczekuje się od niej po prostu historii, trochę obszarpanej z kontekstu, może się podobać.A jeśli czytelnik
posłucha po lekturze nagrań Callas, to chwała autorowi...
Callas, największa Tosca stulecia, jak o niej mówiono, śpiewała przejmująco
"vissi d'arte, vissi d'amore". I życie miłością Signiorini opisał,życia sztuką
trochę zabrakło.
Alfonso Signorini, "Zbyt dumna, zbyt krucha". Wyd. Świat Książki. Warszawa 2012.
Nowy Jork lata 60, wystawa fotografii, wśród wielu zdjęć Katey dostrzega znajomą postać Tinkera Grey'a, mężczyzny, z którym przed laty wiązała ją szczególna relacja. I zostając w Nowym Jorku przenosimy się w czasie, do schyłku lat 30. Młoda Katey razem ze swoją szaloną i nieprzewidywaną przyjaciółką Eve wchodzą w życie dźwięczącego jazzem miasta. Poznają też młodego, bogatego Tinkera... Wesołe życie trójki przyjaciół przerywa wypadek, w skutek którego Eve odnosi poważne obrażania. Katey widząc rodząc się między Eve a Tinkerem uczucie postanawia szukać szczęścia w pojedynkę. Pnie się po szczeblach kariery, pracuje w prestiżowej gazecie, poznaje przeróżnych ludzi, w tym tych z wyższych sfer. Jednocześnie los nieustannie styka ją z Tinkerem i nakazuje powracać uczuciom i niejasnym do końca emocjom.
Tinker jest postacią dość tajemniczą, z pozoru typowy złoty chłopiec okazuje się w końcu zręcznym oszustem, który sukces towarzyski oparł na Zasadach Wychowania spisanych przez Waszyngtona. To właśnie zbiór 110 porad dotyczących zachowania i ogólnych zwyczajów społecznych ma w tej książce istotne, tytułowe wszakże, znacznie. Eve żyje na przekór zasadom, jest nieprzewidywalna i całkowicie poza konwenansami, co się z nią dzieje po rozstaniu z Tinkerem, nie wiemy. Tinker, pozorami buduje swój status i ukrywa mało interesującą przeszłość, ale sama znajomość, bez stosownej i stosowanej praktyki, nie wystarcza. Katey jest wierna własnym zasadom i sądząc z epilogu jej droga jest najwłaściwsza.
Powieść czyta się szybko,łatwo, tym bardziej że świat tworzony z urywków jazzowych standardów i wspominanych przez Katey książek (Christie, Woolf, Hemingway) jest całkiem kuszący. Z drugiej strony są tu dłużyzny i niepotrzebne powtórzenia (gdy bohaterka kolejny raz "wstawała od stołu, wygładzała spódnicę i brała notes do stenografii" nie wiedziałam zupełnie czemu to ma służyć, zwłaszcza że życie Katey dalekie było od mechanizmu i rutyny), postaci są nierówne np. niektóre osoby z barwnego nowojorskiego światka nie mają w sobie nic charakterystycznego i zlewają się w całość- pozostaje wierzyć, że to zabieg celowy i autor chciał w ten sposób pokazać jednorodny tłum złotej młodzieży.Książka debiutanta, wyróżniona nagroda Fiztgeralda ma w sobie pewien urok, tworzony przez wspomniane już cytaty z jazzowych evergreenów, ale mnie ta historia nie porwała tak jak powinna- powinna niczym zgiełk jazzowego baru i pędzącego kolorowego tłumu prowadzić do zatracenia w opowieści, a tu nic z tego.Choć czyta się nieźle, a klimat retro jest przyjemy, brakuje emocji, które ułatwiłby przeniknięcie do świata literackiej fikcji.
I jeszcze słówko o reklamującym książkę przyrównaniu do "Wielkiego Gatsby'ego" i "Śniadania u Tiffany'ego"- już samo porównanie wymienionych książek jest chybionym pomysłem, a "Dobre wychowanie" łączy się z nimi jedynie przez miejsce akcji, bo historie są tu zupełnie inne. To, co dla Fitzgeralda było emocjonującą współczesnością, u Towlesa jest po prostu stylizacją, historią w stylu retro, a porównanie Holly do Eve też jest mocno naciągane.
Boguszek, na którego wszyscy mówią Cieszko, jest synem ogrodnika, przyjacielem Katarzynki, panem psa Kwika i czasem psoci mu się łobuziak Hugo. Ale przede wszystkim Cieszko jest najradośniejszym bohaterem dziecięcym z jakim ostatnio się spotkałam. Jest radosny, bo we wszystkich zjawiskach, wydarzeniach i działaniach dostrzega jasne strony, cieszy się z deszczu i słońca, wyjazdu i pozostania w domu, pracy i odpoczynku. Jest dziecięcy, bo jego zachwyt nad codziennością jest prostą, szczerą reakcją na otaczająca go rzeczywistość, nie ma w niej nic z egzaltacji, silenia się na filozoficzny epikureizm, jest za to czysta radość istnienia. Ta dziecięcość, w dzisiejszych czasach szybkiego dorastania i włączania w reguły dorosłych już w przedszkolu, jest bardzo pożądana! Cieszko jest dzieckiem, bo rodzice mu na to pozwalają, a on wykorzystuje ten przywilej najlepiej jak się da.
Przygody Cieszka, czasem nawet dość dramatyczne, a mimo to, zawsze zakończone zdaniem "i uśmiechał się przez sen", powiedziona są z humorem, który nie jest chyba humorem czeskim, a ogólnoludzkim. Zdenek Sverak wspaniale posługuje się stylem gawędziarskim, nawiązuje kontakt z czytelnikiem, ale przy tym język pozostaje piękny i poetycki. Zachwyciło mnie np. wyjaśnienie tego,czym jest rozdzierający płacz "Czyli taki, który chciałby się rozedrzeć na pół i przestać płakać, ale nie daje rady, więc drze się dalej i wciąż płacze". Piękne, proste, a bardzo przemawiające do wyobrażani, tak jak wytłumaczenie, dlaczego Katarzynka odwiedza Cieszka: "jeśli ktoś przychodzi do kogoś tylko tak sobie, żeby się z nim zobaczyć, to jest tylko jedno wytłumaczenie: że go lubi". Oczywiście, że tak jest! Niby nie trzeba tego tłumaczyć, ale gdyby ktoś miał wątpliwości dotyczące emocji, może je błyskawicznie rozwiać! W książce zwracają też uwagę ilustracje Ewy Stiansej, zwłaszcza te kończące rozdziały, gdy przez okno a twarz uśmiechniętego Cieszka padają promienie księżyca. "Tośmy się dziś znów nacieszyli światem" powtarza przed zaśnięciem ta współczesna Pollyanna, dostrzegając w świecie to,co najpiękniejsze, godne uśmiechu i zadowolenia. Obowiązkowa lektura dla wszystkich smutasów potrzebujących mocnego kopniaka i pokazania, że światem należy się radować oraz równie polecana tym, którzy momentami wątpią w sens bycia optymistą. Cieszko zamiast witamin na wiosenne przesilenie!
Zdenek Sverak, "Ucieszki Cieszka". Wydawnictwo Dwie Siostry. Warszawa 2013.
PS Wróciłam z Czech, widziałam targ warzywny i szukałam wzrokiem synka ogrodnika... Sam widok opromienionego brneńskim słońcem wiosennego placu, pełnego warzyw, owoców i ludzi pozwala cieszyć się światem!
Kolejna książka, w której można przeczytać o kulinarnej tradycji Francuzów i przeróżnych dziwactwach paryżan. Autor, z zawodu cukiernik, opowiada o mięsie, serach i słodyczach ze znawstwem, a o codziennym życiu z dystansem amerykańskiego słonia w składzie francuskiej porcelany. Efektem jest książka, którą można przejrzeć w wolnej chwili i dowiedzieć się nie tylko jak kroić sery, ale także dlaczego strajki są ulubioną formą protestu Francuzów, jak w tym najbardziej kulturalnym kraju radzić sobie z najmniej grzecznymi kelnerami i dlaczego można jeść w Paryżu czekoladę na kilogramy, ale nie wolno pić kawy.
Wspomnienia i anegdoty(łączące się często z niewystarczającą znajomością języka francuskiego) przeplecione zostały przepisami (trudno się bez tego obejść we współczesnych książkach...). Przepisy są przeróżne, łatwe i trudne, na desery i główne dania oraz dodatki w stylu kremu i sorbetu. Wypróbowałam przepis na mus czekoladowy i jeśli pozostałe dania wychodzą równie szybko i smacznie, przepisy są godne polecenia. Czy coś poza smakiem musu czekoladowego zostanie w pamięci po tej książce? Chyba to,że zielone miotły, którymi dozorcy zamiatają paryskie ulice zostały specjalnie dobrane przez urzędników, aby podnieść wartość estetyczną działań porządkowych w tym wciąż fascynującym mieście.
David Lebovitz. "Słodkie życie w Paryżu:smaki francuskiej kuchni i smaczki paryskiego życia". Wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2012.