niedziela, 12 kwietnia 2015

"Śnieżka musi umrzeć" zbrodnia z lasu Grimmów

Dawno nie było nic kryminalnego, a to dlatego, że nie trafiłam na ciekawy kryminał... Ale "Śnieżka musi umrzeć" jest kryminałem, o którym warto wspomnieć! Dobrze napisanym, z ciągle rozwijającą się akcją i atmosferą miasteczka, którego zacni mieszkańcy połączeni są zbrodnią sprzed lat.
Po odbyciu wyroku za zabójstwo dwóch dziewczyn, do małej niemieckiej wioski wraca Tobias Sartorius, skazany jako młody świetnie się zapowiadający chłopak, teraz jest mężczyzną, który nie ma nic. Poszlakowy proces i wyrok uniemożliwiły mu karierę zawodową i rodzinne szczęście,  które stało się udziałem jego szkolnych kolegów. Jest samotnym, bezrobotnym facetem, z piętnem mordercy zakochanych w nim kiedyś dziewcząt. W wiosce panuje dziwnie nerwowa atmosfera, powrót mordercy, który uparcie twierdzi, że nie pamięta momentu zbrodni, sprawia, że niewypowiedziane oskarżenia i tajemnice sprzed jedenastu lat zaczynają coraz bardziej ciążyć. Pozbawiony przyjaciół Tobias zaprzyjaźnia się Amelie, dziewczyną, która uciekła od matki i teraz kelneruje na prowincji myśląc na tym, co powinna robić w życiu. Ona i dawny przyjaciel Tobiasa, aspergik obdarzony fotograficzną pamięcią, są jedyni osobami, którym zależy na wyjaśnieniu tajemnicy sprzed lat. Zbiegi okoliczności i zabójstwa, dotykające osób zamieszanych w tę historię sprawiają, że śledztwo zaczyna też policja...

Nele Neuhaus proponuje czytelnikom bardzo zagmatwaną, ale niesłychanie logiczną historię o zmowie milczenia, wioskowych tajemnicach i zbrodniach, w które wszyscy są zaangażowani. Poszukiwanie tych powiązań, nitek łączących ministra edukacji z psychiatrą oraz rodzinnych i koleżeńskich zawirowań znanej aktorki staje się naprawdę intrygującą kryminalną rozrywką. Bo od pierwszych stron wiadomo,że główny bohater jest niewinny! Kryminał logiczny, z ciekawie zarysowanymi postaciami (których wielość może początkowo przytłaczać, ale tym lepiej pokazuje rozmiar zbrodni i zmowy milczenia) i odkrywającymi się  w niespodzianych momentach nowymi śladami na pewno jest wart uwagi. Oczywiście życie dwójki policjantów prowadzących śledztwo, których osoby łączą całą serię autorki też jest wspomniane (trudno nie wspomnieć o zdradzającej żonie i domu, poddanym licytacji), ale nie są na tyle eksponowane, by stanowić najważniejszej część książki. Jest w tym kryminale trochę  mroku i przyjemnie gęstniejącej atmosfery (bracia Grimm i te sprawy), ale na szczęście nie ma patologii, która skutecznie zraziła mnie od skandynawskich sag kryminalnych. To jest powieść niemiecka- logiczna, spójna, napisana z wewnętrznym nerwem i  co w przypadku współczesnych kryminałów bardzo ważne, nieprzeładowana i niezbyt rozwlekła. Niewykluczone, że jeszcze sięgnę po któryś tom przygód  śledczych Olivera von Bodensteina i Pii Kirchhoff.

Nele Neuhaus, "Śnieżka musi umrzeć". Przeł.  Anna Urban, Miłosz Urban. Wyd. Media Rodzina. Poznań 2013.

środa, 8 kwietnia 2015

"Profesor Stoner" amerykański stoik

Po tę książkę sięgnęłam z polecenia. I polecam dalej, bo "Profesor Stoner" to naprawę dobra i mądra powieść, która zostaje w czytelniku, przypominając, że  największa siła literatury polega na opisywaniu zwykłego życia i zwykłych ludzi.
USA, początek XX wieku. William Stoner, namówiony przez ojca i sąsiada, rozpoczyna studia rolnicze, jednak to nie agronomia, a obowiązkowy kurs literatury angielskiej staje się dla niego nowym otwarciem. Zachwycony słowem i językiem, popierany przez profesora, powoli zdobył kolejne stopnie akademickiego wtajemniczenia i zrealizował swoje marzenia- został nauczycielem. Realizacja w pracy nie szła w parze z życiem prywatnym- co prawda poślubił z miłości młodą i piękną Edith, jednak ich życie szybko przestało przypominać sielankowy obrazek. William uciekł w pracę i lektury,  na uczelni poznał też kobietę, z którym połączyły go "pożądanie i książki".  Jednak William Stoner mimo chwilowego spełnienia jest postacią tragiczną. Edith, niczym Zelda Fitzgerald, rozchwiana emocjonalnie, nie mogąca się zdecydować czy chce poprowadzić życie doskonałej pani domu czy ekscentrycznej artystki, nie jest dla Williama ani podpora, ani towarzyszką, ani nawet znajomą. Koledzy z uczelni, choć powinni być wierni prawdzie i nauce, załatwiaj własne interesy i pchają ku karierze swoich protegowanych. Fragment, demaskujący kulisy akademickich karier i układów zrobił na mnie bardzo duże wrażenie swoją prostotą i jednoznacznością...Oto wyrachowany, niedouczony Archer Sloane, pewien nie tyle swoich wiadomości, co wsparcia profesora, bezczelnie nieprzygotowany ( o "Everymenie" ten doktorant literatury angielskiej wie mniej niż ja, która na polonistyce uczestniczyłam tylko w kursie dramatu staropolskiego) jest dla mnie najbardziej odpychającą postacią książki. A trzeba przyznać, że wśród bohaterów niesympatycznych rest spora konkurencja (choć umówmy się, za każdym z niesympatycznych stoi pewien dramat).  Stoner znosi uczelniane burze, wrzuty żony, wybryki córki, która w okresie dorastania kwituje wszystkie dyskusje słowami "to nie ma znaczenia", ze stoickim spokojem. I to stoickim w tym filozoficznym wymiarze. Cnota, obowiązek, spokój znoszenia niedogodności, to wszystko stanowi o nim, o profesorze Stonerze. I choć czytelnik miałby ochotę krzyknąć- zawalcz o nią (gdy jego kochanka, jedyna osoba, która go rozumie, znika), lub "nie pozwól jej na to" (gdy żona nie tyle wychowuje, co hoduje córkę), nie może tego zrobić, bo William Stoner, człowiek prawy musi zachowywać się wg wyznaczonych sobie reguł. Czy Stoner przygrywa kierując się takim, nawet w jego czasach archaicznym, kodeksem?Ale czy brak zaszczytów i poparcia zmiennych w opiniach jest porażką?  A porzucając żonę i córkę mógłby zapomnieć o swoich rodzinnych powinnościach? 

Historia życia Stonera jest z jednej strony powieścią akademicką,a z drugiej historią Amerykanina, którego losy naznaczają wojny światowe i zmiany obyczajowe, ale jest też mikro dramatem rodziny i analizą psychiki poddanej rozumowi i wartościom. Autor w sposób prosty, bez oceniania i moralizowania relacjonuje życie Stonera, jakby chciał w tym jednym człowieku skupić różne poziomy. Bo Wiliam bywa poczciwy, ale też zdecydowany w pracy, emocjonalnie i intelektualnie pobudzony przez studentów i doktorantkę, wycofany w domu. Jest zwykłym człowiekiem, ot akademikem, który nawet nie poszedł na wojnę, a ile w nim emocji! Zarówno styl pisania Williamsa (prosty, bez niepotrzebnych słów, momentami zachwycający prosto uchwyconymi sprawami skomplikowanymi i pięknem ) jak i czytanie lektora, Janusza Zadury, sprawiły, że między odbiorcą, a bohaterem powstał zdrowy dystans. Ten dystans pozwala zobaczyć Stonera w całość jego złożonej postaci, przejąć się jego losami na tyle, na ile każdy czytelnik zechce i przyjąć lub odrzucić proponowany przez Williamsa Stonerowski stoicyzm  i moralność. Książka bardzo dobra, bardzo amerykańska i przejmująca, bo autor stworzył zwykłego profesora z maestrią, której wymaga się od Literatury (pisanej dużą literą!).

John Williams, "Profesor Stoner". Przeł. Paweł Cichawa. Wyd. Sonia Draga. Katowice 2014. Czyta Janusz Zadura.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Wielkanocne poezje

Z Bożym Narodzeniem nie ma problemu... Książki ze świąteczną atmosferą dla małych i dużych, Mikołaje, prezenty, Nowy Jork z lodowiskiem towarzyszą na każdym kroku przedświątecznej gorączki. Do tego kolędy i wiersze... Z Wielkanocą sprawa ma się nieco inaczej. To święta trudniejsze do zrozumienia, do ogarnięcia ludzkim rozumem, do komercyjnego wykorzystania. A jest w tych dniach wielka moc, refleksja i nadzieja, która pięknie wybrzmiewa w naszej tradycji.

Warto sięgnąć po poezję twórców epok wcześniejszych

Stanisław Korab-Brzozowski
Ostatnia wieczerza
Płonie siedmioramienny świecznik. Tajemnicza
Spełnień godzina przyszła: ostatnia wieczerza.
Konieczność przeznaczonej chwili strach odmierza
I nagli nieruchomą stałością oblicza.
Mistrz zasie w duchu ucznie swe wszystkie oblicza,
I łamie chleb sytości dla pożądań zwierza:
– „Oto jest ciało moje nowego przymierza” –
I spożyli chleb przaśny. „O sytość zwodnicza”!
O kłamstwo! o nikczemne okruchy pszeniczne!
Gdzie jesteś pierworodne jagnię liturgiczne?
A mistrz tymczasem kielich podawał im wina:
„Pijcie, to jest krew moja za świata zbawienie”.
I pili! Judasz tylko ujrzał wypełnienie
I wyszedł – za nim w tropy Przenajświętsza Wina.

Lucjan Rydel
Pascha
Był wieczór Paschy; w milczeniu głębokim
Siedli napoju pożywać i jadła –
Wieczernik szarym napełniał się mrokiem;
Półjasność zmierzchu, mglista i wybladła
Na stół białymi zasłany rańtuchy
I na ich twarze łagodnie się kładła.
I cisza była; a w tej ciszy głuchej,
Przez kratę okna powiew coraz rzadszy
Gnał z pól zielonych wiośniane podmuchy.
Pośród rybitwów tych ubogich siadłszy
Chleb w obie ręce wziął i kielich wina.
I zadumany w twarze uczniów patrzy.
A w tych źrenicach Człowieczego Syna
Mistycznych brzasków grała jasność złota
i myśl ogromna jakaś – i jedyna….
Z ich oczu – serca patrzała prostota;
Pierwsi pić mieli z Kielicha Miłości,
Pierwsi pożywać mieli Chleb Żywota
Iż byli, jako ptaki leśne – prości.


i   nam współczesnych

 Ernest Bryll
Co u nas? Jak to u nas. Lepiej być nie może
Bóg upadł. Lecz w ogóle u nas nie najgorzej
Żyjemy świetnie, bo jeszcze żyjemy
I nie zginęło nam nic oprócz kraju
Trochę go ludzie po nocach szukają
Bóg upadł. Lecz w ogóle zwyczajnie się dzieje
Jakeśmy tu zwyczajni, że się zawsze działo
Każdy dowcipny pędzi i do gardła leje
Jak ci opowiem strasznie się uśmiejesz
To co się działo gdzieś się zapodziało.
Dzień zwyczajny. Bóg upadł. Więc nic się nie stało

Zbigniew Herbert
Rozmyślenia Pana Cogito o odkupieniu
Nie powinien przysyłać syna
zbyt wielu widziało
przebite dłonie syna
jego zwykłą skórę
zapisane to było
aby nas pojednać
najgorszym pojednaniem
zbyt wiele nozdrzy
chłonęło z lubością
zapach jego strachu
nie wolno schodzić
nisko
bratać się krwią
nie powinien przysyłać syna
lepiej było królować
w barokowym pałacu z marmurowych chmur
na tronie przerażenia
z berłem śmierci

ks. Jan Twardowski
 Wielkanocny pacierz

Nie umiem być srebrnym aniołem -
Ni gorejącym krzakiem -
Tyle Zmartwychwstań już przeszło-
A serce mam byle jakie.

Tyle procesji z dzwonami -
Tyle już alleluja -
A moja świętość dziurawa
Na ćwiartce włoska się buja.

Wiatr gra mi na kościach mych psalmy -
Jak na koślawej fujarce -
Żeby choć papież spojrzał
Na mnie - przez białe swe palce.

Żeby choć Matka Boska
Przez chmur zabite wciąż deski -
Uśmiech mi Swój zesłała
Jak ptaszka we mgle niebieskiej.

I wiem, gdy łzę swoją trzymam
Jak złoty kamyk z procy -
Zrozumie mnie mały Baranek
Z najcichszej Wielkiej Nocy.

Pyszczek położy na ręku -
Sumienia wywróci podszewkę -
Serca mojego ocali


I jeszcze raz Ernest Bryll

Wołał nas Pan na taniec na śpiew i na radość
 A myśmy przyszli tylko na radochę
Stąd nie zadrżały światy pieśni poszły blado
Taniec się jąkał a śmiech kulał trochę
Wołał nas Pan na miłość – my na popierdółki
Przypędziliśmy no i jest ziewanie
A On nam miejsce usłał w planet bujnym sianie
I niebiosa zaczepił jak gniazdo jaskółki
Wołał nas Pan na wieczność – myśmy zrozumieli
Że na pogrzeb… Więc każdy trumnę płacząc klecił
I stroił trupie miny stąd martwi leżeli
Kiedy On drzwi otworzył
Czekał światło świecił
Nie pojmował dlaczego wciskamy się w ziemię
Za nami…
Kiedy wszystko właśnie otworzone
Tylko odwrócić się na jasną stronę.
 
Wesołego i trochę refleksyjnego Alleluja z zawsze widoczną jasną stroną!



środa, 1 kwietnia 2015

Wyglądaj i czytaj

Powiedzmy sobie szczerze- czytanie to nisza,  książkowa blogosfera jest dość obszerna, ale także niszowa! Jeśli chce się zrobić karierę w sieci, trzeba pisać o modzie i lajfstajlu. Wobec tego od dziś Cynamonowa Bibliotekara wykonuje obrót, piruet i kończy telemarkiem. Bo książki czyta się rzadko (albo wcale), a ubrać się człowiek powinien codziennie. Sorry Winnetou, taki mamy klimat... 

Na początek zmiany targetu i linii programowej bloga kilka słów o idealnej stylizacji do czytania.
Blogerki modowe milczą o tym, jak powinno się wyglądać podczas lektury, a przecież każda i każdy z nas chciałby w takiej chwili być trendy i nie wstydzić się za swój, choćby nawet  bardzo casualowy outfit.  Podczas czytania ciało przybiera różne pozycje (powinno się je kontrolować, ale czasem nawet ja zapominam, że czytając mam przede wszystkim wyglądać! najlepiej estetycznie i ponętnie... ponoć czytanie rozwija intelekt i seksapil, ale czy można wierzyć amerykańskim naukowcom? Najlepiej działać jednocześnie na wszystkie zmysły). Trzeba zwracać uwagę na tkaninę, z której wykonany jest strój- wyobrażacie sobie czytać w pogniecionej bluzeczce, albo w spodniach z wypchanymi kolanami?! Wszytko, tylko nie to. Miękkie dzianiny, które otulą  niczym spojrzenie Pułkownika Brandona będą więc najlepszym rozwiązaniem, można zaszaleć z kolorem, ale trzymając się wszak podstawowej reguły, którą wyłuszczę na końcu. Fason  powinien oczywiście podkreślać atuty naszej sylwetki, zwłaszcza gdy czytamy na siedząco... Przy czytaniu wertykalnym wygląda się zazwyczaj korzystniej, dlatego siedząc pamiętajmy  zawsze proporcjach i nogach ustawionych jak u Elżbiety Jaworowicz!
Gdy aura pozwoli na czytanie w plenerze (ach! już niedługo będzie można czytać na dworze, cieszycie się?) wtedy wybór stroju będzie jeszcze większym wyzwaniem i trzeba będzie go dostosować do okoliczności. Wiadomo, że inaczej wyglądamy zatapiająć się w lekturze w ulubionej kawiarni (znamy jej wystrój, więc łatwo dobrać stylizację do koloru ścian i obić foteli, ewentualnie dizajnu ogródka), inaczej w parku- trzymajmy się tu znanej francuskiej zasady by buty dobierać do koloru chodnika (to wydłuża nogi!), a resztę stroju skontrastować z otoczeniem (niestety, zielony odpada!). Jeśli nie wiemy w jakim otoczeniu przyjdzie nam czytać, postawmy na klasykę wzmocnioną o najmodniejsze dodatki- jeśli, tak jak ja, nie mieliście szansy uczestniczyć w pokazach wiosna/lato 2015, to należy wypytać znajomych- przy odrobinie szczęścia Ktoś, kto ma wspólnego stylistę z celebrytką powie, że frędzle są absolutnym must have tego sezonu! Inwestujmy we frędzle i dobre znajomość, kochani! Poza tym musicie pamiętać, by się uśmiechać - pozytywny nastrój, dobre samopoczucie i uniesione kąciki ust nie tylko poprawiają owal twarzy, ale przede wszystkim sprawiają, że nawet jak pada, świeci nasze wewnętrzne słońce.  

I najważniejsza rada: pamiętajmy by okładkę ZAWSZE dobierać do stylizacji!Kiedy wzór na książce będzie się gryzł z naszym strojem na pewno nie uda nam się skupić na treści i nikt się nie skupi na nas. Gdyby, czego nie życzę najgorszemu wrogowi!, nie udało się outfitu dobrać do literatury zawsze można włożyć, klasyczny niczym mała czarna,PULOWER!

PRIMA APRILIS!!!

niedziela, 29 marca 2015

"Teatr" i aktorka, czyli półtorej kobiety

Do przeczytania "Teatru" zachęcił za mnie bardzo przyjemny film "Julia" ze świetna rolą Annette Bening. Choć w filmie pewne sceny, ze względu na aktorski kunszt i doskonale rozpisany scenariusz Harwooda (tego od "Kwartetu"), były bardziej widowiskowe, książka nadała bohaterce głębi, a całej historii więcej dramatyzmu. Julia Lambert jest wspaniałą, otoczoną uwielbieniem widzów i krytyków aktorką, gwiazdą teatru prowadzonego przez najprzystojniejszego mężczyznę w Anglii, przeciętnego aktora i jej męża zarazem. Układ małżeński jest raczej układem biznesowym, a Julia przekraczając trudny dla aktorki wiek lat 40 poszukuje w życiu pozascenicznym pewnej ekscytacji. Pojawia się ona wraz z młodym księgowym, Tomem, z którym aktorka nawiązuje romans. Chłopak daje Julii poczucie bycia piękną i pożądaną kobietą,  ona daje mu pieniądze, ułatwia kontakty towarzyskie i karierę. Jednak po jakimś czasie okazuje się, że Tom nie jest uroczym młodzieńcem o czystych intencjach, a Julia musi zmierzyć się z rosnącym oburzeniem środowiska, w którym do tej pory uchodziła za wierną i oddaną żonę i matkę. Bo do tego wszystkiego jej syn,Roger,  niewiele młodszy od Toma zaczyna się z nim przyjaźnić... Zachowanie pozorów jest coraz trudniejsze, a gdy Tom zaczyna protegować młodą aktorkę z prowincji wszystko zmienia się diametralnie. Julia, która przez chwile zapomniała ile ma lat i jakie życie jest jej udziałem, zostaje gwałtownie sprowadzona na ziemię, stwierdzając, że musi grać dalej.

 Somerset Maugham (najbardziej znany z "Malowanego welonu") zaprasza czytelnika do świata półprawd i scenicznych pozorów, pokazując poważne i dramatyczne losy tych, którzy teoretycznie mają wszystko. Jednocześnie ukazuje też kulisy stawania się gwiazdą, młodość bohaterów, przełamywanie siebie, walkę z kompleksami, szarzyzną codzienności, wszystko to, co prowadzi na szczyt, ale oczywistą drogą pod górkę. Książka napisana przed laty zachowała bardzo dużo aktualności, ponieważ mówi o tym, co niezmienne- życiu ludzi na świeczniku i walce kobiety z czasem (dla mężczyzn, choćby męża Julii, czas jest znacznie bardziej łaskawy). I po raz kolejny potwierdza stara prawdę o życiu jako przedstawieniu bez próby, które bywa bardzo zdradliwe i pełne niebezpieczeństw, gdy przestanie się uważać na siebie, na uczucia, na słowa. Julia, wielka gwiazda, nauczona mówić słowami poetów i twórców, zapożycza się u nich, nawet w codziennych sytuacjach cytuje fragmenty ról dostosowując je lekko do sceny w restauracji czy garsonierze, staje się ofiarą aktorskiego zawierzenia słowom i wyłączeniu własnego myślenia, zdana na niepewną rękę reżyserującego wszystko losu. I choć zakończenie jest dla Julii szczęśliwe, bo triumfuje w teatrze, jej największym szczęściem jest włączenie  własnych  uczuć, myśli i odrzucenie zgranych scen na rzecz chwili własnej samotności,  gdy nie musi już niczego przed nikim, a zwłaszcza sobą, udawać.  Książka z bardzo dobrze tworzonym klimatem światka artystów i satelitów, grzejących się w ich świetle, z bohaterką, która wszelkie kobiece problemy przeżywa w zwielokrotniony sposób, bo przecież aktorka to półtorej kobiety.Nie tylko na dzień teatru idealna lektura!

William Somerset Maugham, "Teatr". Przeł.Krystyna Szerer. Wyd. Prószyński i spółka. Warszawa 1993

środa, 25 marca 2015

"Stuletnia gospoda" czasy posperity i normalnych bohaterek

Biorąc do ręki książkę pt "Stuletnia gospoda" można spodziewać się opowieści o zmęczonej życiem wielkiego miasta  singielce, która poszukuje siebie na jakimś odludziu i wynajmuje stuletnią gospodę. Takich opowieści były setki, ale na szczęście Katarzyna Majgier nie powiela tego schematu.
Stuletnia gospoda to zajazd znajdujący się gdzieś między Krakowem a Zakopanem, którego prowadzeniem zajmują się  dwie rodziny. Rodziny z wieloma przyległościami, bo to typowe, rozrośnięte rodziny. Wszyscy mieszkańcy traktują latorośle rodzin,Jagodę i Michała, którzy wyrachowują się w gospodzie, jako parę przeznaczoną sobie od kołyski. I rzeczywiście,  żadne z ich nawet nie trudzi się poszukiwaniem jakiegoś innego obiektu westchnień.Plany na życie familia też określa - mają prowadzić gospodę. Tyle że Jagoda marzy o byciu artystką, albo przynajmniej o wyrwaniu się na studia do Krakowa, Michał, od dzieciństwa robiący świetne interesy, też chce się kształcić. Pierwszy opór rodziny zostaje złamany i młodzi jadą na studia. Życie młodego małżeństwa nie jest zbyt romantyczne- trudno się zaskakiwać znając się od pieluch, trudno być romantycznym gdy żyje się za marne grosze. Ale świat bohaterom sprzyja!
Majgier osadza swoją powieść w latach 90, czasach budzącej się nowej ojczyzny, prosperity dla każdego, kto ma trochę pomysłu. Michał szybko staje się managerem z amerykańskiego snu. Jagoda ma mniejsze szanse na realizację marzeń- rodzina naciska na jej powrót do gospody i prowadzanie wzorowej podstawowej komórki społecznej. Mąż ignoruje jej pomysły na aranżacje wnętrza i nowe menu, nawet zachwyt obcych krytyków kulinarnych nie otwiera Michałowi oczu na niewykorzystany talent żony.A talent postania wykorzysta Leonardo Polak, Włoch, który w ojczyźnie dziadów chce stworzyć prawdziwą światową gastronomię... 

Decyzje, które stoją przed Jagodą nie są łatwe, a sama Jagoda jest postacią bardzo dobrze skonstruowaną i pełną psychologicznego prawdopodobieństwa. W tej kobiecie sprzęgają się dwa typy myślenia- ten nowoczesny, rodem z nowych, kolorowych gazet i ten familijno-tradycyjny, każdy ze swoimi zaletami i wadami.  Jagoda nie jest głupią gęsią, nie jest też powielonym na ksero wzorem z telenoweli- jej ta złożoność utrudnia życie, czytelnikowi pozwala cieszyć się obcowaniem z normalną (wreszcie!!!!) bohaterką, która zamiast zastanawiać się, czy buty pasują do sweterka, poważnie traktuje swoje życie. Książka ma szczęśliwe zakończenie, do którego prowadzą nie tak łatwe i przewidywalne drogi. Główni bohaterowie są ludźmi na miarę swoich czasów i ich losy mogą być dla wielbicieli wspomnień ciekawą  wycieczką w nie aż tak odległą przeszłość. Majgier pisze ciekawie, ze sporym dystansem do swojej historii i postaci, a bohaterowie maja swój rys. W książce roi się od przeróżnych cioć, wujków i kuzynków, których historie czytelnik poznaje na początku książki, a potem ich losy znacząco wpływają na życie głównych bohaterów. Jest wśród nich wujek, uznawany w rodzenie za dziwadło, który potem zostaje okrzyknięty  malarzem prymitywistą, jest ciotka pisująca do telewizji z gotowymi rozwiązaniami dla postaci swoich ukochanych seriali..."Rodzina, ach, rodzina"!
Majgier tworzy świat trochę zaściankowej gospody, w której ukończenie przez dziewczynę technikum rolniczego jest szczytem ambicji i wykształcenia, a obieranie ziemniaków pracą na całe życie, jednak pokazuje też ludzi umiejętnie łączących tradycję ze współczesnością i własnym rozwojem. Autorka pokazuje też świat  początku lat 90, świat perspektyw i możliwości pojawiających się nie tylko w samochodzie z zagraniczną rejestracją. Każdy rozdział rozpoczyna przepis na proste, polskie lub włoskie danie, które będzie pojawiało się w danej części książki, służąc to pocieszeniu, to zaintrygowaniu bohaterów. 

Majgier przewrotnie nadała swej książce podtytuł "powieść dla kucharek". To nie jest literatura dla kucharek w tym sensie, w którym tego pejoratywnego określenia używają z przekąsem krytycy literatury wysokiej, To jest propozycja z gatunku prozy kobiecej, ale książka pomysłowa, ze elementami sagi rodzinnej, z własnym klimatem i normalną bohaterką. Dobra, bardzo polska obyczajówka nie tylko dla kucharek, wspominających świat w którym wszystko wydawało możliwie.

Katarzyna Majgier, "Stuletnia gospoda". Wydawnictwo Nasza Księgarnia. Warszawa 2014.

środa, 18 marca 2015

"Zagubiona dzielnica" i pisarz sprzed dorosłości

Lubię książki o miastach, konkretne budynki, nazwy ulic nadają wymyślonej historii sympatycznego prawdopodobieństwa. Lubię chodzić po miastach,więc siłą rzeczy powieści, które pozwalają zwiedzać literackie zaułki czytam ze sporą przyjemnością. I pewnie dlatego z półki z książkami Modiano (pierwszy szał minął i było w czym wybierać) wzięłam książkę, której okładkowy opis obiecywał Paryż.I Paryż był!

Do noblistów podchodzi się inaczej... Z większymi wymaganiami, z nadziejami na objawienie. Bo przecież to nobliści! Ale do tej książki podeszłam bez należnego nobliście szacunku, tym bardziej, że po przeczytane w internecie opinie  dalekie były od zachwytów. I co? I mi się podobało. "Zagubiona dzielnica" to nie jest książka wielce wybitna, ale jest dobrą powieścią z tworzonym ciekawie klimatem wspomnień i odnajdywaniem siebie. Oto Amborse Guise, pisarza, wraca do Paryża po 20 latach, które minęły od jego ucieczki z tego miasta. Teraz jest uznanym autorem kryminałów, ale sentymentalna podróż do miasta i do przeszłości pozwala mu... no właśnie? Co? Zrozumieć siebie... Banał. Docenić to, co ma dzisiaj? Też niby nic odkrywczego... Ale jest w tej książce coś, co sprawia, że chce się ją czytać, że chce się poznawać kolejne rozdziały i wkraczać w kolejne uliczki prowadzące po Paryżu i prowadzące do postaci z przeszłości- do tajemniczej kobiety, kilku mniej czy bardziej podejrzanych facetów.

 To jest książka o pisarzu poszukującym siebie (takich książek jest sporo), ale nie do końca siebie znajdującym i dlatego mi się podobało. Dla mnie to nie jest książka do czytania dla akcji, nawet nie dla budowanych charakterów, bo nie są one szczególnie bogate,ale dla przyjemności spaceru po uliczkach i spotkań z cieniami. Dla smaczku zawieszenia między światem przeszłej "durnej i chmurnej" francuskiej młodości i ustabilizowanej angielskiej teraźniejszości. Taka bardzo francuska refleksja o przeszłości i stawaniu się dorosłym, o wydobywaniu z pamięci chwil ważnych i odgrzebywaniu tego, co wydawało się zapomniane. Bohater książki, jak na pisarza przystało, traktuje z należną estymą słowa pisane- zagłębiając się w notatki swego dawnego znajomego znów ukazuje czytelniczą magię wspomnień rodzących się ze starych zapisków, światów powstających na nowo ze słów i wspomnień. Książka niespieszna, opowieść snująca się bez jasno określonego celu, bardzo francuska w swojej wspomnieniowości i lekkim paryskim snobizmie, taka przy której można sobie podumać.Czy książka na miarę Nobla? Może któryś z członków Akademii odnalazł siebie w tym zagubionym facecie z dwóch ojczyzn, dwóch języków i setek wspomnień.

Patrick Modiano, "Zagubiona dzielnica". Przeł. Wiktor Dłuski. PIW. Warszawa 1993.