czwartek, 23 kwietnia 2020

Czy warto promować czytelnictwo?

Kilkakrotnie trafiałam na opinie, że za bardzo wywyższamy książki. Że snobujemy się na czytanie. Że książka jest jakimś intelektualnym fetyszem. Dlaczego rokrocznie urządzamy narodową smutę po opublikowaniu raportu o stanie czytelnictwa, a nikt nie komentuje (a nawet nie poddaje tak wnikliwej analizie!) chodzenia do kina, muzeum albo filharmonii? A przecież są książki dobre i złe, tak więc nie można powiedzieć, że czytanie jakiejkolwiek książki jest zawsze lepsze niż np. oglądanie filmu. Że dziś jest wiele możliwości korzystania z kultury i napinanie się na książkę jako to, co najbardziej wartościowe nie jest już aktualne. Częściowo zgadzam się- wiem, że zamiast czytać jakiegoś czasoumilacza mogłabym  intelektualnie rozwijać się oglądając Felliniego. Nie oddam 3 godzin  dobrze wystawionej opery za powieść popularną, ani nawet za noblistę.Prawda. Ale! 

W całym zestawie działań nazwanych ogólnie promocją czytelnictwa nie chodzi tylko o czytanie. Nie chodzi tylko o książki. Serio! Zacznijmy od początku... Czytanie jest kompetencją leżącą u podstaw  życia, także tego kulturalnego (mówię o tzw. kulturze zachodniej, gdzie kultura pisma trzyma w ryzach nie tylko sztukę, ale także teksty użytkowe: ustawy, instrukcję do pralki, przepis na sernik). Czytanie jest więc niezbędne do życia.  Zanim zaczęto pisać, przekazywano ustnie opowieści. Czytanie, poznawanie fabuł, postaci, zachowań, było zawsze elementem budowania tożsamości nie tylko narodów, ale i znacznie większych zbiorowości. Książki były atrybutem wiedzy i władzy, kto umiał czytać, był lepszy. Rozpowszechnienie umiejętności czytania jest trumfem równości i  wolności.   

A teraz bez patosu- czytanie jest najprostszą formą uczestniczenia w kulturze. Nie trzeba iść do teatru, nie trzeba mieć telewizora i internetu. Wystarczy książka. Ok, ale trzeba ją kupić, powiecie. Nie, można pożyczyć. Od znajomych. Z BIBLIOTEKI!  Już 2 czy 3 rok żyję tylko książkami z biblioteki. I nie narzekam. Czytanie, zainteresowanie fabułą, bohaterem,  jest łatwe do przełożenia  na inne działania związane z narracją-  teatr, kino, gry fabularne. Obrazy malowane słowami rozwijają wyobraźnię i wrażliwość potrzebne przy obcowaniu ze sztukami wizualnymi i muzyką. Książki pisane są absolutnie o wszystkim, nawet o minekrafcie!Literatura obejmuje swoim zasięgiem  rozrywkę, naukę. Jest uniwersalna. Czytanie zaś jest nie tylko tym, co rozwija słownictwo, uczy empatii, pomaga poznać i zrozumieć ludzi i świat, ale także  uczy myślenia i kształtuje wrażliwość.  Nie jest tak, że sztuki  będą się ścigać o pierwszeństwo, bo książka i czytanie może być tunelem prowadzącym do innych sztuk. Zaczynając od czytania wychodzimy dalej- idziemy do teatru, galerii, opery. Nie jest przypadkiem, że coraz więcej instytucji organizuje promocje książek, a spotkania z autorami w teatrze lub muzeum nie dziwią już nikogo. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że książka leży na początku edukacji kulturalnej i że może ona  np. we wspaniały sposób przygotować dziecko do pierwszej wizyty w instytucji kultury. Książka jest dostępna, łatwa w obsłudze, jest też różnorodna,  pełna tematów i treści. Jest też na tyle niezwykła, że daje się przetwarzać innym sztukom i transponować na inne kody. Promując czytanie, inwestujemy w szeroko rozumianą sztukę i edukacje kulturalną. Promując czytanie inwestujemy w przyszłość polityczną i ekonomiczną, w przemysł; w jasność wypowiedzi i twórcze myślenie, które bardzo przydaje się w naukach ścisłych.  
Jestem przeciwna, by snobować się na czytelnika, by twierdzić, że   jestem lepszy, bo czytam. By odbierać dostęp do literatury "plebsowi, który i tak nie zrozumie" (spotkałam się, niestety, z takimi komentarzami). Piękno literatury jest w tym, że czeka na każdego i każdemu jest w stanie dać tyle, ile czytelnik zechce zabrać.  
Dzień książki obchodzony jest w rocznicę śmierci Szekspira.  Pisarza, który część swojej twórczości literackiej podarował teatrowi. Scena i drukowane teksty z kolei inspirowały malarzy, kompozytorów, choreografów, filmowców, innych pisarzy, badaczy i krytyków... Ale zaczęło się od napisania tekstu. Od przeczytania go. Wyrazy zmieniły się w słowa, które poszybowały dalej. Wyrazy drukowane w książkach i słowa mówione, śpiewane zaczęły krążyć, zmieniając kody i przeskakując przez sztuki i gatunki.  Literatura nie jest sztuką, która chce coś dla siebie zatrzymać. Która lubi izolację. Słowo, opowieść, historia, motyw, wers, myśl biegną dalej niesione wyobraźnią  i potrzebą kolejnych czytelników.  I tak przez wieki. Dlatego książkę i prawo autorskie należy popierać, promować i  chronić. A jak się umie-kochać!

środa, 15 kwietnia 2020

"Czarne Miasto" intryguje

Wydawca zamieszcza w opisie tej się książki dwie informacje. Jedną bardzo ważna, drugą nie. Bo "Czarne Miasto" nie jest powieścią o Śląsku. Nie jest historią o grubie, karminadlach, szychcie, nie jest opowieścią o tym Śląsku, którego mitologię zbudował Kazimierz Kutz w swoich filmach. Owszem, w mieście są kopalnie, jeden z bohaterów ginie podczas tąpnięcia, ale nie ma tu śląskiego ducha, a opowieść mogłaby dziać się wszędzie, gdzie działa przemysł wydobywczy. Tak więc jeśli ktoś  szuka książki  dogłębnie śląskiej, śląskiej z trzewi, nie znajdzie. Ale wydawca pisząc o powieści używa niezwykle trafnej metafory warkocza. Bo w tej książce, w której splatają się losy ludzi, przedstawiane poza chronologią wydarzenia, niczym w warkoczy raz jedno przeplata się z drugim, ukrywając inne, by po chwili zniknąć pod spodem.  

Debiut Marty Knopik to powieść o tęsknocie, miłości, mocy wyobraźni i sile więzów. To losy sióstr BeBe ich matki, ciotki (kobiece postaci wysnuwają się mocno na pierwszy plan). To opowieść o Roku Zaćmienia, gdy życie przeniosło się w podziemne korytarze i o współczesności.  O poszukiwaniu korzeni i odpowiedzi na pytania, które wydawały się wielokrotnie już udzielone. To historia o historiach i z historii, rodzinnych opowieści, mitów i legend, czerpiąca. Powieść dryfująca ku realizmowi magicznemu (właśnie przez  opowieści, sny, tajemnicze, równoległe rzeczywistości), ale jednocześnie nie aż tak magiczna, by rodziły się dzieci z ogonkami ...  Dla mnie to taki realizm legendarny i rodzinny, trochę przywodzący na myśl np.  "Chmurdalię" Joanny Bator. 

To, co od razu rzuca się w oczy i uszy to język, zwłaszcza na pierwszych stronach powieści,  dość oryginalny, poetycki. Jednak przy tym bardzo przystępny i nieprzeintelektualizowany. Autorka wie, jaki obraz chce przywołać słowami i przy odrobinie  współpracy ze strony czytelnika rzeczywiście te światy pradawnych drzew,  ciągnących się pod miastem korytarzy,  artystycznej uliczki, która wydaje się zupełnie nie z Białego miasta (sterylnego i biznesowo skontrastowanego z przemysłowym Czarnym) pojawiają się w wyraźni. Ten język zwraca uwagę, ale jednocześnie nie odwraca jej od postaci i wydarzeń. Nie jest to tylko chęć pokazania sprawności językowej, ale opowiedzenie o stworzonym przez siebie świecie adekwatnym do niego językiem. Całość jest przez to spójna i intrygująca.  Choć  powieść zamyka się pewnym jasnym finałem, to wiele rozpoczętych wątków zostaje w zawieszeniu. 
Marta Knopik zapowiada kontynuację. I choć nie jestem wielką  fanką takich mieszanek, jestem ciekawa, co będzie dalej i jak autorka o tym opowie. Bo świat, choć nie wciągnął mnie niczym odkurzacz, to jednak nęci. A taką zanętą jest też postać Bibliotekarki, jednej z Burgundowych Wdów, organizującej kółko czytelnicze oraz podziemną (nie w metaforycznym sensie, tylko naprawdę znajdująca się w podziemnych korytarzach) bibliotekę. Intrygujące pisanie! I warte uwagi.
 Marta Knopik. "Czarne Miasto". Wyd. Lira. Warszawa 2020.  

czwartek, 2 kwietnia 2020

"Słone ścieżki" wędrówka z sensem

Gdy dojdzie się do ściany,  czasem trzeba po prostu ruszyć przed siebie. Tak robią Raynor i Moth bohaterowie autobiograficznej książki "Słone ścieżki".  Złe inwestycje, choroba, do tego komornik sprawiają, że starsze małżeństwo właściwie z dnia na dzień zostaje bez dachu nad głową.  Para postanawia jednak nie poddawać się i ruszyć na wędrówkę Szlakiem Południowo-Zachodniego Wybrzeża Anglii. 
 Z plecakami, namiotem, przewodnikiem w kieszeni i dwudziestoma pięcioma funtami wypłacanymi co tydzień z bankomatu zaczynają wędrówkę.  Na trasie spotykają różnych ludzi- życzliwych i mniej, tych, którzy współczują im sytuacji i tych, którzy zazdroszczą wolności i wolnego czasu. Bo, jak udowadnia autorka, bardzo wiele zależy od tego, w jakimś świetle mówimy o swojej sytuacji. Gdy bohaterowie wprost opowiadają o tym, że stracili dom i maszerują, by przeżyć, wielu napotkanych ludzi się od nich odwraca. Bo bezdomność jest tabu. Gdy jednak, zamiast o bezdomności, mówią o tym, że po prostu sprzedali dom i ruszyli w świat, ich rozmówcy podziwiają ich fantazję, odwagę i siłę. I zazdroszczą mnogości wolnego czasu.    
Dla czytelnika ta podróż też może być rodzaje mierzenia się ze swoimi sądami  o świecie i uprzedzeniami. Bo choć to opowieść o walce o siebie i walce z sobą, to też historia dwójki starszych państwa, którzy stali się bezdomni. Historia, pokazująca jak czasami niewiele trzeba, by stracić prawie wszystko. Ale i wiele jeszcze mieć. Bo tym, co zostało w bohaterach  jest ich  miłość, troska i wielka nadzieja.  Winn, choć to jej debiut, umie zatrzymać uwagę i opowiedzieć o wędrówce z różnych stron. Raz opisuje piękno przyrody, krajobrazy i zmiany pór roku, kiedy indziej napotykanych ludzi, znajdziemy też naturalistyczne opisy umęczonego wędrówką ciał oraz humorystyczne scenki z podroży (porwanie obiadu przez mewę, pomylenie męża ze znanym pisarzem lub recytowanie wierszy dla zyskania paru groszy).
 Banalnym jest stwierdzenie, że nic nie jest dane na zawsze. Winn opisuje nie tylko poważne  upadki, które powodują całą sytuacje, ale także codzienne, nie mniej ważne, lęki o zdrowie męża, możliwość noclegu lub zjedzenia posiłku. Jednocześnie jest w tej opowieści jakiś wielki duch nadziei i optymizmu. Wiara, że cała rzecz skończy się szczęśliwie. A bohaterowie staną się silniejsi i "posoleni". Posoleni nie tylko solą nadmorskiej bryzy, ale także doświadczeniami i sytuacjami, którym stawali czoła. Ich życie zyska dodatkowy smak. Tym, co trzyma przy życiu piechurów jest nadzieja i miłość. Wyrwała wiara w zmianę losu, ale także chęć podjęcia nowych wyzwań i zadań.  Wędrowanie to jeden z najstarszych toposów ludzkiego życia, tu Rynor Winn opisuje wędrówkę jako konieczność, sposób na codzienne małe zwycięstwa i pokonywanie leków i ograniczeń. Bohaterowie książki, którzy nie są przecież postaciami literackimi lecz prawdziwymi ludźmi, zyskują sympatię i szacunek za hart ducha, humor i to, że się nie poddają. A Winn umie jeszcze po wszystkim o tej całej historii nam pięknie opowiedzieć (a momentami nawet bardzo pięknie!) i dać do myślenia. 

Raynor Winn, "Słone ścieżki". Przeł. Kamila Slawinski. Marginesy. Wyd. Warszawa 2020. 

czwartek, 26 marca 2020

„Zbrodnia w Lindebourne” mozartowskie morderstwo


Błądzenie między bibliotecznymi regałami ma swój urok i daje olbrzymie możliwości trafienia na książki, na które w żadnym innym wypadku trafić się nie dało.  A tak, gdy ręka nie wiedzieć czemu powędruje na półkę i sięgnie po książkę, której próżno szukać w Internetach, można znaleźć coś naprawdę fantastycznego. Dla mnie takim odkryciem była „Zbrodnia w  Lindebourne”, kryminał, który jak się okazało napisał ukrywający się pod pseudonimem Jacq (tak, ten od książek o Egipcie). 
 Pseudonim angielski i angielskie otoczenie, ale emocje  absolutnie nie z angielskiej mgły, bo historia rozgrywa się na festiwalu operowym, na którym podczas premiery ostaje zamordowany odtwórca roli Don Giovanniego.  Kryminał z bardzo silnym wątkiem operowym- to tygryski lubią najbardziej! Śledztwo prowadzi emerytowany  inspektor Higgins, wielbiciel opery i klasycznych metod śledczych, wspomagany przez zwolennika techniki i komputeryzacji  Marlowe’a (jeden ma nazwisko z Showa, drugi z Chandlera… przypadek?).  

Historia  toczy się w uroczym miasteczku, którego siłą jest odbywający się  festiwal operowy – powieściowe  Lindebourne  jest   prawdopodobnie  wzorowane na Glyndebourne, miejscu jednego z najważniejszych brytyjskich festiwali operowych.  W  festiwalowym zamku, ogrodzie i w  pobliskiej gospodzie zostają przymusowo zatrzymani wszyscy zaangażowani w spektakl- śpiewacy, reżyser i dyrygent.  I powoli zaczyna się rozwijać  nić łączących ich powiązań i dalszych podejrzeń.  Te powiązania są o tyle ciekawe, że w dużej mierze nawiązują do  libretta „Don Giovanniego”  (np. jedna z pań okazuje się być bardziej powiązana z denatem niż początkowo podejrzewano,  odtwórczyni roli Zerliny  naprawdę jest narzeczoną  grającego Masetta śpiewaka etc…).   Do grupy artystów, z których każdy reprezentuje inny typ (jest zimna Dunka, gorąca Włoszka,  wielbiący białą broń Niemiec)  dołącza w drugoplanowej roli  prowadząca  pensjonatuważna i spostrzegawcza panna Lipyncott, właścicielka gospody Pod faszerowaną gęsią.  Historia toczy się szybko (trup jest już pod koniec drugiego rozdziału, a to lubię!), nie ma zbędnych opisów ani rozwlekłych  psychologicznych wynurzeń, które  zapychają  treść.  I choć Marlowe bardzo chce korzystać z komputerów, ostatecznie wygrywa praca szarych komórek. 

 Livingstone (czy raczej Jacq) napisał książkę z bardzo dobrą atmosferą i napięciem, klasyczną w najlepszym tego słowa znaczeniu i bez epatowania zbrodnią. Czytanie było świetną zabawą i tym przecież być powinno. Na początku trochę drażniło mnie ciągłe używanie tytułu „Don Juan”, ale rozumiem, że miało to na celu rozróżnienie  tytułu bohatera opery od  postaci z książki, która poza nazwiskiem miała z Giovanim/Juanem bardzo wiele wspólnego. Wybaczam też  kiksy w redakcji i Belliniego napisanego przez  jedno  eL. Bo historia była naprawdę smakowita! A uwagi Marlowa, który ogląda pierwszy raz operę Mozarta i twierdzi, że komandor był nieostrożny stając do pojedynku w swym podeszłym wieku lub uznaje za niedopuszczalne uwodzicielskie zakusy bohatera, są niezwykle dowcipne i przypominają, jakie emocje może budzić wielka sztuka. Dla wielbicieli kryminałów w angielskim stylu z mocnym wątkiem mozartowskim- pycha! Szkoda, że rzecz  raczej mało popularna i dziś chyba tylko do dorwania w bibliotekach.  Ale może ktoś to wznowi, bo warto! 

Christian Jacq. ( J. B. Livingstone).   „Zbrodnia w Lindebourne”.   Przeł. Maria Boberska.  Moderski i S-ka, Poznań  1998.

Inny operowy kryminał:   "Łzy pajaca"

Bez niego nie ma zabawy!

środa, 18 marca 2020

"Łokieć jelenia" wolność interpretacji i pointy


Jeśli mowa o poezji, to jestem bardzo klasyczna w wyborach. Wiadomo-Mickiewicz, wiadomo-Staff, Tetmajer, Gałczyński, Bursa, Herbert. I wspaniałe panie- Jasnorzewska, Poświatowska, Hilar. O poezji obcej nie mówię, bo należałoby wtedy dać jeszcze słowo o tłumaczach, a dziś nie o tym... Jeśli chodzi o to, co współczesne, to zdarza mi się czytać wiersze, które wpadną mi w oczy np. w necie (swoją drogą, to piękne, że na fb, poza różnymi zapychaczami, czasem trafi się  wiersz!). Nie jestem na bieżąco z poezją współczesną, dlatego nie powiem, jak tom Żanety Gorzkiej wypada na jej tle. Mogę tylko podzielić się wrażeniami, mając pełną świadomość, że poezję każdy odbiera po swojemu. Przez swoje poczucie wrażliwości, gust oraz chęć interpretacji.

Gorzka jest poetką tajemniczą, bez internetowej biografii. Co mówią o niej jej wiersze?  Można zrobić coś, za co każdy polonista da po łapach, czyli utożsamiać autorkę  z "podmiotką liryczną" (określenie z wiersza "Dnie i noce").  Wtedy wyjaśnieniem stają się wersy z wiersza  "Kim jestem", niektóre z oksymoronem:"mini do kostek", "członkinią załogi pierwszego bezzałogowego lotu na Marsa", niektóre z ciekawą metaforą "moreną czołową walącą na oślep". Sprzeczności,  gry skojarzeń, pointy. To widać w wierszach, w których- mam wrażenie- autorka i podomiot/ka są jednak tożsame. Pytania i twierdzenia z wierszy są pytaniami i twierdzeniami autorki,które  pozbawione jakiegoś literackiego dystansu, tworzą spójną całość. W tej całości zwraca uwagę jasny język oraz skupienie na poincie, która bywa odpowiedzią na zadane w wierszu pytanie, albo podsumowaniem (jakby nie patrzeć, taka jest wszak rola pointy). Bo dla mnie to są właśnie wiersze z pointą-czasem zabawną, czasem   refleksyjną, czasem bardziej skupioną na możliwościach języka  ("w życiu trzeba miau"), czy formie wiersza, w którym tytuł może być dłuższy niż właściwy utwór. Mam wrażenie, że  intencją  autorki było, aby czytelnik skupiał się  na własnych skojarzeniach,  a  nie tylko podążał z jej myślą, bo pole interpretacji bywa tu otwarte i często w dużej mierze zależne od chęci czytelnika. Autorka w podziękowaniach, które są właśnie pierwszym utworem, wymienia m.in. Tołstoja, Łajkę, Muminki i Poświatowską. Wszyscy oni są też bohaterami wierszy.  Ale świat z poezji Gorzkiej bywa też mniej literacki, bywa codzienny, współczesny,  czasem dosłowny.  Widocznie kobiecy.
"Puenta jedz tureckie arbuzy i czytaj kobiety" ( z wiersza "Haśka niewiedza lokalną księgarnię").

Żaneta Gorzka, "Łokieć jelenia". Wydawnictwo: Wydawnictwo. Warszawa 2020.



czwartek, 12 marca 2020

"Gdzie śpiewają raki" o (nie)ludzkiej naturze bagen

Książka o  poznaniu natury i zmaganiu się z niezrozumieniem i odrzuceniem przez ludzi. O  niezwykłej chęci poznania świata, zderzonej z rzeczywistością łatwych etykietek. Bo Kya jest "dziewczyną za bagien", przedstawicielką "hołoty za bagien".   W książce równolegle poznajemy losy dziewczynki (potem kobiety), która żyje na mokradłach  Karoliny Północnej, a także historię śledztwa, w którym Kya jest oskarżona o zabójstwo.    Zbieranie dowodów, które przeplata się przez kolejne rozdziały opowiadające o  opuszczenia dziecka przez matkę, a potem porzuceniu przez ojca i jej samodzielnym życiu na bagnach, prowadzi  do wydarzeń z sali sądowej i  scen z ostatecznego procesu.
Ale to nie jest kryminał, ani powieść prawnicza, to przede wszystkim historia dorastania i dojrzewania, szukania swojego miejsca i najtrudniejszego wyboru: komu zaufać. Na oczach czytelnika Kya zmienia się z  wystraszonej domową przemocą dziewczynki w samodzielną, umiejącą przetrwać i zaopiekować się sobą dziewczynę, a potem zaangażowaną w pracę badawczą  kobietę.  A jednocześnie cały czas tkwi w niej  niepewność  i obawa przed porzuceniem. Autorka stworzyła ciekawą postać, która uczy się życia na podstawie obserwacji świata zwierząt i  przyrównuje ich zachowania do działań ludzi.  Mewy,  modliszki, ryby pozwalają Kyi na uporządkowanie zasad rządzących światem.

Autorka opisuje przyrodę pięknie i z naturalną prostotą wypływająca ze znajomości fauny ( „Tam gdzie śpiewają raki”  to jej debiut beletrystyczny, ale ma na swoim koncie książki popularno-naukowe poświęcone właśnie przyrodzie i czuje się, że Owen wie o czym pisze, a nie szuka  w Wikipedii faktów dla ubarwienia swojej opowieści).   Inni bohaterowi to m.in. wspierający Kyę sklepikarz Skoczek,  tak jak ona żyjący na uboczu społeczeństwa, Tate- chłopak, który nie boi się  i ocenia dziewczyny z bagien, tylko uczy ją czytać i budzi zainteresowanie badawcze. I król życia Chase- ofiara własnych kłamstw. Mamy tu do czynienia z ciekawie prowadzonymi postaciami, nawet tymi epizodycznymi (ojciec weteran-alkoholik). 
I ten klimat opowieści: miejscami duszny, lepki, miejscami pełny przestrzeni i oddechu oceanu.  Czasem  rodem z cukierkowych amerykańskich filmów z lat 60, czasem z dreszczowców.  Z wciągającą historią, która splata przeszłość i teraźniejszość. A przede wszystkim z bohaterką, która nawet na ostatnich stronach nie przestanie zaskakiwać.   Przeczytajcie!

Delia Owens, "Gdzie śpiewają raki".  Przeł. Bohdan Maliborski.   Wyd. Świat książki. Warszawa 2019.

środa, 4 marca 2020

"33 razy mój kochany" po parysku


Julien owdowiał, został sam z małym synkiem i niedokończoną powieścią. Bo  jest autorem popularnych komedii, ale nastrój, który ma, zupełnie nie jest komediowy. Tym bardziej, że poza napisaniem książki zobowiązał się jeszcze napisać 33 list do zmarłej żony i wsuwać je do tajemniczej skrytki w jej grobie.  
 Listy zaczynają porządkować życie pisarza, a opisywanie świata bez żony jest krokiem do zaakceptowania nowego stanu jego świata.  Bohaterami jego codzienności, a co za tym idzie listów,  stają się syn Artur, kolega jubiler, sąsiadka i przyjaciółka jego żony oraz konserwatorka sztuki, którą poznaje na cmentarzu.  Pewnego dnia Julien w skrytce w pomniku znajduj kamienne serce i zaczyna przeczuwać, że ten komunikat, w jego mniemaniu, z zaświatów, może być punktu zwrotnym. Poszukiwania nadawcy  serca oraz kolejnych  elementów, które  znajduje w skrytce porywają go do życia.  A na końcu… będzie to, czego się spodziewamy… i to, na co czekaliśmy,
 
Choć można narzekać, że fabuła bywa przewidywalna (mimo paru fabularnych zawirowań), to tym, co mnie najbardziej ujęło w tej powieści jest klimat. Już w poprzednich książkach  ( np. "Wieczorem w Paryżu" )Barreau  umiał nakreślić taki lekko nierealny, czasem wsparty jakimś cytatem (tu wiersze Heinego) czy nawiązaniem do filmu (w tym wypadku „Orfeusza”)  lub piosenki, klimat.  Tu też poza codziennymi sprawami,  spacerami  po mieście, znajdziemy elementy tworzące aurę takiej zamglonej romantycznej opowieści, która nie jest do kończą rzeczywista, a jednocześnie nie jest magiczna, choć bywa, może trochę- przez zakończenie, bajkowa.

Bo to po trosze też książka o sile wyobraźni, marzeń i wspomnień. I kolejna powieść, w której pojawia się motyw pisania listów i zmarłych  tyle tylko, że tu, odwrotnie niż u Ahern, listy pisze ten, który żyje).   Jest nastrojowo, momentami zabawnie (mały  Artur przoduje w poprawie humoru),  jest tak po parysku. I w tym ulotnym klimacie tkwi przyjemność czytania.

Nicolas Barreau, "33 razy, mój kochany".  Przeł.  Ewa Kochanowska. Wyd Otwarte Kraków 2019.