niedziela, 16 października 2016

"Króliczki!!!" i przyjazny potwór



Declan, niezwykle miły i dobrze wychowany potwór przemierza las i wita się z każdym napotkanym drzewem, chmurą...O ile przyroda nieożywiona przyjmuje te powitania spokojnie, o tyle króliczki na jego widok uciekają. Bo przecież jest potworem! Ale Declan się nie poddaje i próbuje dalej...

Książka, którą napisał i zilustrował Kevan Attenberry to obrazkowa opowieść dla najmłodszych (wydawca sugeruje wiek 2+), w której pojawiają się te elementy, które maluchy lubią najbardziej: kolory i pewna powtarzalność fabuły. Znikoma ilość tekstu pozwala na samodzielne próby opisywania akcji, nazywania elementów ilustracji oraz mówienie o emocjach potwora i królików. Właśnie te obrazki, na których coraz bardziej zasmucony i odrzucony Declan poszukuje zwierząt są świetnym pretekstem do rozmowy o uczuciach. A dla starszych dzieci mogą być pomysłem na zabawę aktorską interpretacja tekstu, bo przecież jedno słowo "króliczki" można powiedzieć na dziesiątki sposobów i z całym wachlarzem emocji.  A jak już się bardzo rozhulamy interpretacyjnie warto z dzieckiem porozmawiać o tym, jak powinno się zawierać znajomości i jak zachowywać, aby nie budzić u potencjalnych przyjaciół niepokoju... Sporo do przegadania jak na tak króciutką opowieść! I jeszcze to zaskakujące zakończenie...

Kevan Atteberry, "Króliczki!!!". Przeł. Tomasz Panas. Wyd. CzyTam. Warszawa 2016

środa, 12 października 2016

"Haśka". O tej, co z tęsknoty pisała wiersze

Intrygująca uroda, talent poetycki, wrażliwość, śmiertelna choroba. Ona to wszystko miała. I nie była postacią literacką, choć jej życie to materiał na powieść albo świetny film. Halina Poświatowska. Haśka. Napisano o niej bardzo dużo i pisać pewnie będzie się nadal, bo o ciekawych ludziach chce się czytać. Książka Marioli Pryzwan to opowieść rodząca się ze wspomnień, listów, prywatnych zapisków ludzi, którzy byli bliskimi, przyjaciółmi poetki, ale także tych, którzy mieli z nią tylko przelotny kontakt. Autorka książki ułożyła te relacje w sposób, który pozwala w najlepszy sposób prześledzić krótkie życie Poświatowskiej i poznać ludzi, których spotykała na poszczególnych jego etapach. Są wspomnienia matki, siostry, profesora Aleksandrowicza, u którego Halina leczyła serce, listy przyjaciółek z czasów amerykańskiego stypendium, wspomnienia tych, którzy pracowali na jej wierszach, choć nie znali jej osobiście (Tadeusz Baird opisuje prace nad "Pięcioma pieśniami" do jej wierszy), listy Magdaleny Samozwaniec, w którym odnosi się do porównań poezji Haśki i Lilki. Jest wspomnienie tytułowego Przyjaciela z powieści Poświatowskiej- Ireneusza Morawskiego. Jego wspomnienia o Haśce i trudnej, niedookreślonej relacji, która była kontaktem literatów i potrzebą "potrzebności" po raz pierwszy możemy przeczytać właśnie w tej książce. Czy coś rozjaśnia się w tej zawiłej relacji, zakończonej bez "kotwicy Przyjaźni" i "jutra Miłości"? Nie. I tak po kobiecemu i współodczuwającemu trochę się dziwię, że mężczyzna, do którego pisano (więc i pewnie czuto) tak pięknie ("chciałabym uciec od siebie w wiatr albo Twoje ręce"; "Masz rację, kochać nie umiem, a jeśli -to życie. (...)Umiem za całkiem ładnie czekać. Na razie muszę doczekać jutra") twierdzi, że ta znajomość niczego w jego życiu nie zmieniła...choć cały czas pozostaje nienazwana do końca. 

Trudno pisząc o Poświatowskiej uciec od jej poezji. Sama sporo o niej wspomina, choćby twierdząc, że nie umie nie myśleć o pisaniu. Fragmenty wierszy pojawiają się w listach, wspomnieniach, są składową jej korespondencji. Moim zdaniem  należy pisać o autorze w kontekście i obecności od jego utworów, a Poświatowska jest tak autobiograficzna w swoich wierszach, że odcięcie jej życia od poezji jest trudne, choć nie niemożliwe co udowodniła swoją książką Karina Błażejowska. W prywatnych zapiskach Halina Poświatowska pisze poezje.W listach do Jana Adamskiego (ostatniej miłości) jest kobietą kochaną i szczęśliwą, ośmielającą się myśleć o przyszłości, która jednak cały czas pozostaje ze swoimi niepokojami ( "Nie mogłam spać dziś w nocy, myślałam o tobie i nagle bałam się znowu, tak strasznie, że mogłoby cię nie być. Zapaliłam światło i otworzyłam szeroko okna, ale to nie pomogło, bałam się tak"), szczęściami  ("odkąd jesteś, kochany, mogę siedzieć godzinami w pustym pokoju i nigdy nie wydaje mi się pusty") i zaklęciami ("zdrowy bądź i mój bądź, bo cię bardzo kocham"), w których opisywała to, co kobiety nie-poetki czują, a nie potrafią nazwać słowami. Ona znajdywała w poezji, prozie i prywatnych zapiskach nazwy i frazy dla uczuć i emocji, i za to chce się ją i o niej czytać. A książkę, która jet przygotowana tak rzetelnie, wzbogacona fotogaleriami, zdjęciami okładek i tekstów zamieszczanych  w czasopismach oraz autografami listów i wierszy chce się czytać jeszcze bardziej.  

"Haśka.Poświatowska we wspomnieniach i listach". Oprac. Mariola Pryzwan. Wyd. Marginesy. Warszawa 2015.

niedziela, 2 października 2016

"Kiedy odszedłeś"... nie warto dopowiadać

Druga część bestsellera powinna być być lepsza, bardziej zaskakująca i ciekawsze niż pierwsza. "Kiedy odszedłeś" nie jest. Od wydarzeń opisanych w Zanim się pojawiłeś minął ponad rok. Lou cały czas nie może sobie poradzić z brakiem Willa oraz tym, czego świadkiem się stała. Jednak to nie myśl o uczestnictwie w eutanazji sprawia, że Lou spada z dachu. A potem w jej drzwiach staje córka Willa. Na początek trzęsienie ziemi, a potem... już znacznie nudniej.

Tak, jak można przewidzieć, Lou czuje się odpowiedzialna za dziewczynę i chce jej pomóc, stara się też sama odzyskać równowagę uczestnicząc w grupie wsparcia osób przeżywających żałobę oraz otwiera się na nowy związek. Jak widać: zero zaskoczeń i niedopowiedzeń. Moyes nie brak sprawności w opisywaniu rodzinnych sytuacji (matka zyskuje feministyczną świadomość) i autoironicznych komentarzach samej Lou, ale książka nie ma już tej świeżości i oryginalność, która miało "Zanim się pojawiałeś".  Co więcej, dla mnie opowieść o Lou i Willu była historią zamkniętą- on, niczym Pigmalion, kształtował dziewczynę, która była dzięki temu  gotowa podbić świat. I, mimo wydarzeń, które zostawiają ślad w psychice, spełnić daną mu obietnicę i żyć. Zakończenie krzepiące. A i forma intrygująca, bo zastosowano narrację z różnych punktów widzenia. Druga cześć nie tylko oddaje całą opowieść w usta Lou, ale przede wszystkim pokazuje, że dziewczyna niewiele się z poprzednich wydarzeń nauczyła.  Co prawda kupiła mieszkanie i stara się żyć samodzielnie, ale nie rozwija się. Relacja z Willem jest dla niej wytłumaczeniem, a nie stymulatorem. O ile w pierwszej części mocno jej kibicowała, o tyle teraz  jej losy nie wzbudziły już większych emocji. Jeśli książka jest dobra, popularna i ekranizowana, autora kusi ciągniecie historii (robi to dla czytelników, ale przede wszystkim dla siebie). Dla dobrego wrażenia lepiej byłoby pewnych opowieści nie dopowiadać. I odejść we właściwym momencie. 

Jojo Moyes, "Kiedy odszedłeś". Przeł. Nina Dzierżawska. Wyd. Między słowami. Kraków 2016.

środa, 28 września 2016

"Ciasta, ciastka i takie tam" smaki lat dziecinnych

 
Książka niczym stary zbiór, starych przepisywanych maszynowo przepisów. Do tego odręczne, urocze (choć średnio apetyczne) ilustracje i czynione dziecięcą ręką podpisy („brałni” bije wszystko na głowę ).  Przepisy, które nie są sztywnymi wytycznymi, za to przekazują treści znane (choć w erze termo obiegów i tego typu wymysłów, zapominanie) „jeśli się przypali, to znaczy, że za długo się piekło”. 

To nie jest książka dla zwolenników aptecznych receptur, bo to często gotuje się na oko i dodaje do smaku. A wielbiciele zdrowego i nowoczesnego gotowania mogą czuć się zawiedzeni np. wykorzystania margaryny… Ale celem tej książki jest odnalezienie smaku dzieciństwa. Odtworzenie ciast, cioteczek i deserów, którymi morusając sobie buzie zajadaliśmy się lata temu, gdy nikt nie bał się margaryny, surowych jajek  i wyrobów czekoladopodobnych. To taka słodka podróż do przeszłości, do  lat, gdy wśród morza zmiennych, podwieczorek był tym, co stałe i oczywiste.  
Druk przypominający maszynę do pisania, stare zdjęcia, osoby, z którymi kojarzą się dane przepisy… to wszystko próbuje odtworzyć świat dziecięcej arkadii, w której zamiast nektaru i ambrozji jadło się herbatniki z kremem, kokosanki i  specjano-okolicznościowe torty. Ech... gdzie te czasy... gdzie te smaki...

Agata Królak, "Ciasta, ciastka i takie tam". Wyd. Dwie siostry. Warszawa 2011.

środa, 21 września 2016

"Samulka" depresja (i biblioterpia) na prowincji

Bohaterka wyjeżdża z miasta na prowincję, aby odnaleźć siebie. I odnajduje... ile już było takich książek! Samulki to miejsce akcji książki, którą od innych tego typowych powieści odróżnia przede wszystkim bohaterka. Ewka jest polonistką pracującą jako księgowa w przedszkolu (dziwne, ale to nie jest w najważniejsze), jest odludkiem, który swoje smutki (ma ich bardzo dużo) usiłuje zwalczyć przez dogoterpię, kawoterapie, cistkoterpię. I przede wszystkim biblioterapię. Co prawda ta nazwa nie pada ani razu, ale Ewka namiętnie czyta, a biblioteka jest jednym z niewielu miejsc, do którego wchodzi bez lęku. I to właśnie odróżnia Ewę od innych postaci- cierpi na depresję i zespoły lękowe. I chwała autorce (z wykształcenia lekarce), za opisanie choroby w książce z gatunku lekkich i przyjemnych. Być może ktoś, czytając o problemach bohaterki po pierwsze pojmie czym jest depresja, po drugie nie będzie nazwy tej choroby używał na nazwanie swoich słabszych nastrojów.

Opisy ciemności, w które wchodzi Ewa, dni gdy nie chce jej się wstać z łóżka lub wyjść z domu, dają obraz zaburzeń lękowych. Temat niełatwy jest pokazany na tyle lekko, by czytelnika nie zniechęcić, a jednocześnie pokazać z jakimi problemami zmagają się chorzy i jak bardzo choroba wpływa na ich codzienność.I choć zakończenie jest oczywiście pozytywne, Ewka nie jest typową bohaterką babskiej obyczajówki. I to nie tylko dlatego, że rozmawia w bohaterami książek, radząc się ich w życiowych spawach. Ewa na skutek różnych  wydarzeń boi się ludzi i boi się przyszłości.  Ale... będzie happy end. Może odrobinę zbyt cukierkowy, może trochę za naiwny i bajkowy, ale z drugiej strony, czy komuś, kto tyle przeżył nie należy się zakończanie jak z bajki? I książę z bajki, bo Marcin na pewno nie jest typowy i realny. Zwłaszcza, że rzeczywistość Samulek jest bajkowa- wszyscy są dobrzy, pomocni, brakuje jedynie krasnoludków (bo hobbity się pojawiają).
Poza lekami w terapii bohaterki pomagają spotkani ludzie (w tym uwaga: bibliotekarki!) oraz wiara. Ewka ma z Panem Bogiem na pieńku, ale i tu będzie szczęśliwe rozwinięcie. Polski czytelnik nie jest chyba przyzwyczajony do takiego zaznaczania religii w fabule- niszowe są powieści z nurtu obyczajówki chrześcijańskiej, które gdy już się pojawiają, są tłumaczeniami literatury anglojęzycznej. Być może zapełnia się polska luka tego gatunku.

 Ewę od bohaterek książek "wyjeżdżam i zmieniam swoje życie" odróżnią to, że nie jest pewna siebie i gotowa na wyzwania. Ale ma sobie sporo autoironii i przede wszystkim dlatego książkę nieźle się czyta. Humor, czasami czarny, równoważy codzienne problemy, a choroba i stany lękowe zostają lekko oswojone przez komentarze, które nie powodują ckliwego współczucia.  I czego by nie mówić, biblioteka jest w tej książce pokazana tak, jak wszyscy chcielibyśmy ją widzieć- jako miejsce spotkań, rozmów, aktywnego działania (mimo niskich nakładów na kulturę)... Sielskiego obrazu nie zakłóca ani jedna wredna czytelniczka, ani facet dopytujący się o codzienną gazetę sprzed trzech miesięcy. Bajka! Choć z pewnymi elementami, które będą ją wyróżniać.

Kinga Facon, "Samulka". Wyd. Otwarte. Kraków 2016.

środa, 14 września 2016

"Dziewczyna jak ocet" zakończenie jak landrynka

"Katarzyną trudno jest być, że tak powiem,
Szekspir imię to obciążył bowiem
Jak ołowiem.
Że nieznośna,
Że złośliwa,
Że pyskata-
I co gorsze, przełożono to na wszystkie mowy świata." 
Napisał Ludwik Jerzy Kern. Katarzyna z "Poskromienia złośnicy" to (nie tylko ze względu na imię) bohaterka bardzo przeze mnie lubiana. Projekt Szekspir, czyli pomysł, by znani pisarze zmierzyli się z fabułami mistrza ze Stradfordu jest ciekawa, więc po "Dziewczynę jak ocet" sięgnęłam ze sporymi nadziejami.  Książkę czyta się błyskawicznie, bo szczęśliwie nie jest tak modnym teraz grubasem, związki z komedią Szekspira są łatwe do wychwycenia, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że powieść Tylor jest znacznie bardziej uładzona niż dzieło sprzed wieków. Szekspir szokował, a reżyserzy do dziś bawią się stereotypami płci w jego dziele, natomiast Anne Tyler serwuje nam raczej banalną historię i boleśnie słodkim zakończeniem. 

Kate Battista zrezygnowała ze studiów i pracuje jako pomoc przedszkolna- choć nie uważa, że ma talent pedagogiczny, dzieci ją lubią. Ojciec, szalony naukowiec, nie wyobraża sobie bez niej życia (kto nosiłby mu do laboratorium zapominanie notorycznie kanapki?), młodsza siostra Bunny nie zawraca sobie nią głowy, bo w głowie ma chłopaków. Kate pieli ogródek, karnie nosi kanapki, stara się jakoś ograniczyć głupie zachowania siostry, której brak matczynej ręki.Czy jest złośnicą? Nie! Co więcej, gdy ojciec proponuje, by dla zmylenia urzędu imigracyjnego wyszła za mąż za emigranta z Europy wschodniej, bez którego nauka pogrążyłaby się w upadku, Kate nie rzuca talerzami, nie wbija obcasa w stopę narzeczonego... Nie zniechęca jej nawet afera z myszami, których łapanie staje się istotniejsze niż ślub. Na finał Kate wygłasza monolog (musi być monolog na finał!) o tym jak wrażliwymi istotami są mężczyźni, a potem wszyscy żyją długo i szczęśliwie, o czym zapewnienia nas krótki i przewidywalny epilog... Oczywiście, po drodze pojawiają się rozmowy między Kate a jej ojcem, w których doktor Battista przypomina córce o jej szczęśliwym dzieciństwie i kochającej matce, jednak mimo tego historia Kate jest zaledwie  siódmą wodą po kisielu szekspirowskiej Katarzyny. Brakuje mi w tej bohaterce charakteru, chęci samostanowienia, ikry... Z drugiej strony, tak jak Kate jest ubogą krewną Kaśki, tak Piotr (zwany przez rodzinę "Pioderem") jest cieniem Petruchia. Zamiast faceta, który sztuczkami i wdziękiem obłaskawia sekutnicę, jest misiowaty naukowiec, który spokojnie i bez sprzeciwu zgadza się ożenić z córką pracodawcy dla zyskania amerykańskiego obywatelstwa. I jemu brakuje szekspirowskiego temperamentu, ale jaka złośnica, taki poskramiacz: nie tyle treser lwów, co trener cyrkowych pcheł.Tam, gdzie wielki dramaturg plótł cienką nic intrygi, mamy wyłożone wprost działanie przyczyny i skutku.  

Książkę czyta się bez emocji i większego zaangażowania i szkoda, że opowiedziana na nowo historia złośnicy nie jest wcale nowatorska. Poza tym daje boleśnie jednoznaczne zakończenie. A ja, jakem Katarzyna, jestem pewna, że Kasieńka w swoim wielkim monologu o wyższości mężczyzn nad kobietami, mruga do widza!Choć poskromiona, nie jest złośnicą zagłaskaną na śmierć (a i Petruchio nie z tych, co im zależy na słodkiej i nudnej żonce) i podejrzewam, że tego Szekspir był świadomy. Tu tego mrugnięcia do czytelnika zabrakło. 

Anne Tyler, "Poskromienie złośnicy. Dziewczyna jak ocet." Przeł. Łukasz Małecki. Wyd. Dolnośląskie.Wrocław 2016.


Była kiedyś (również amerykańska) młodzieżowa wersja "Poskromienia złośnicy"... Tańczenie na ławkach zawsze dobrze wygląda;) i wymaga pewnego zaangażowania.

niedziela, 11 września 2016

"Matylda", teatr i handlarze marzeniami

Matylda, córka Wiktorii, zamiast  zgodnie z rodzinna tradycją prowadzić aptekę, marzy o aktorstwie. Teatr jest jej idealną rzeczywistością, a film-marzeniem. I choć tragiczne wydarzenia rodzinne sprawią, że świat wokół niej bardzo się zmieni, dziewczyna zdecyduje się zrealizować swoje sny. Sny złudne i naiwne... Zgodnie z zasadą, iż strzelba z pierwszego aktu musi wypalić w trzecim, jeśli Matylda ostrzega głupiutką przyjaciółkę o tym, że handlarze żywym towarem często podają się za filmowców i żerują na naiwności dziewcząt, wiadomo, że proceder handlu kobietami dotknie bohaterki. Nie, nie uprzedzam faktów i nie spojleruję: sprawa śmierdzi na kilometr i właściwie cały czas czekałam kiedy sytuacja się tajemniczym Michałem i jego wujem się wyjaśni.

Przewidywalność jest, niestety, sporym mankamentem tej powieści. Konstrukcyjnie książka dziwi proporcjami poszczególnych części. Wstęp jest raczej krótki, a przecież do wyjaśnienia pozostaje kilka dość zawikłanych rodzinnych spraw (losy Wiktorii po pojawieniu się jej pierwszej miłości, małżeństwo z Antonim), natomiast zakończenie rodzi się dosłownie na dwóch ostatnich stronach. Dochodząc do (moim zdaniem kulminacyjnej!) sprawy pewnego oszustwa, ze zdziwieniem sprawdzałam, że do końca zostały mi 2-3 strony. I rzeczywiście budowane napięcie rozpierzcha się nagle, a losy Matyldy zostają po prostu urwane i zawieszone, więc finał  bardzo mocno traci. Szkoda.  Za plus można uznać ładne historyczne tło Krakowa lat trzydziestych, z którego czasem uśmiecha się Osterwa, czasem Pola Negri i czasem, niestety, niemiecka propaganda rodzących się nazistowskich Niemiec. Matylda, przedstawiona w powieści o losach Wiktorii jako dziecko krnąbrne i rozpieszczone, niewiele się zmienia. Jako dorosła kobieta nadal jest nastawiona na swoje potrzeby i nie słucha rozsądnych rad, chociaż może pod wpływem rad przyszywanego brata oraz wypadków jeszcze się zmieni... Jestem istotą konsekwentną, więc jak już zaczęłam serię, to pewnie sięgnę i po koleją część- autorka nie zdradza kim będzie kolejna tytułowa bohaterka- Weronika. To jest książka typu czasoumilacz i takie pozycje są potrzebne, choć przewidywalność fabuły może okazać się męcząca. I jeszcze słowo na temat okładki- modelka na niej ma nawet jak na standardy wyemancypowanych krakowianek roku 1931 za krótką spódnicę ;)

 Lucyna Olejniczak, "Matylda". Wyd. Prószyński i Ska. Warszawa 2016.