wtorek, 24 września 2024

"Saga o ludziach ziemi. Wieczorne gody" kobiecy głos

 

Ostatnia część trylogii ma bardzo wyrazistą bohaterkę-Mariannę Betową, która wydaje się być w dobrej dla kobiety i gospodyni sytuacji-jest wdową. Jednak jej wolność jest tylko pozorna, rodzina naciska na ślub, po wsi szerzą się plotki. Ale Marianna postawi na swoim i wybierze na tyle samodzielnie, na ile pozwala sytuacja u progu XX wieku.

Głos Marianny jest tu dominujący. Poza nią w historii na kilku innych bohaterów, odzywa się Stasiek Jóźwiak i Dziwna Iśka. O ile w poprzednich tomach wyraźniejszy był element świata nadprzyrodzonego, magicznego, tu dominuje realizm, bo czas już nowoczesny. Ta nowoczesność widoczna jest w rozmowach o wyjeździe do Ameryki oraz wieściach z gazet, które kupują niektórzy gospodarze. I o których czytaniu marzy Marianna. Zachwyca determinacja kobiety, która wie, jaką wartością jest wykształcenie, która dąży, by jej dzieci,nawet dziewczynki, chodziły do szkoły. Ten rzut oka w przeszłość pokazuje jak wiele zmieniło się przez ponad 100 lat. I że prawo do nauki wiejskich dzieci było wywalczone właśnie przez takie Marianny.

W porównaniu do poprzednich tomów tu mniej jest smutku i tragizmu wydarzeń historycznych, a opowieść kończy nadzieja i swoiste post scriptum jakim jest posłowie autorki, w którym wspomina Mariannę, znaną tym, których ona już też zna. 

Jest w tej historii ciągłość, jest następstwo czasów, pokoleń. Jest zmiana, ale i stałe przywiązanie do ziemi, które łączy wszystkich bohaterów. I jest to, czym autorka ujmuje od początku - pokazanie na równoległych osiach wielkiej historii: z jej postaciami, traktatami, wojnami, noblami, i zwykłych ludzkich losów, które płyną w swojej codzienności, czasem zawrócone z ubitej tradycją ścieżki jakąś wichurą dziejową.

Saga w dobrym stylu, z bohaterami, do których czytelnik się przywiązuje, z oddaniem realiów i pokazaniem życia tych, którzy stanowili większą część społeczeństwa i których historia, choć tu inspirowana dziejami rodziny Autorki, jest w wielu wypadkach podobna. Wielobarwna, wielogłosowa, dobra opowieść z ziemi i korzeni.

O poprzednich częściach: Wpatrzeni w nieboCzas rumianku

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu. Współpraca barterowa. 

 Anna Fryczkowska,  "Saga o ludziach ziemi. Wieczorne gody". Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2024.

.  

 

środa, 18 września 2024

"Wszystko dobrze" w świecie na styku rzeczywistości


 Są powieści, które czytam rozumem. Są takie, które czytam wrażeniem.

"Wszystko dobrze" należy do tej drugiej kategorii.  Oczywiście, rozum się nie wyłącza, bo gdy rzecz dotyczy byłej aktorki, która obecnie wystawia Szekspira i ma imię jak córka Prospera z „Burzy" to o całkowitym wyłączeniu skojarzeń nie może być mowy. Ale ponieważ jest to powieść o teatrze, zatem o tym, co prawdziwe i nieprawdzie, o byciu na styku rzeczywistości, o kreowaniu nowych światów i wizjach, to mocno zaczyna grać chęć przeżycia tej historii i wejścia w nią bez analizy.  Do tego jeszcze bohaterka zmaga się chronicznym bólem, łyka tabletki, które mogą zaburzać sztywne granice postrzegania.  Czy do końca zrozumiałam przekaz autorki? Nie wiem. Czy czułam się pochłonięta opowieścią? Tak.
 
Karierę Mirandy Fitch przerwał wypadek na scenie.  Jej obecne życie wypełnia ból, wizyty u fizjoterapeuty, leki i praca w teatrze akademickim. Brak jej sił, chęci do życia, sztuki. Brak jej wszystkiego, co nie jest bólem.  Jedno spotkanie z tajemniczymi facetami zmienia świat o 180 stopni. Miranda zaczyna lepiej się czuć, jej pomysł wystawienia sztuki innej niż tragedia szkocka zyskuje aprobatę. Może żyć, porywa ją zatem świat możliwości.  Działania, tworzenia, odczuwania, czasem przerywanego wspomnieniami z przeszłego życia- emocje aktorki i kochanej kobiety.  Ale teraźniejszość gna do przodu. Powstaje nowa sztuka i nowa Miranda. I tylko w finale już nie wiadomo, czy to prawda czy ułuda.   Czy to echa spotkania tajemniczych facetów, czy teatralna iluzja, gdy pada czwarta ściana, czy to leki czy też podarowane przez wdzięczną uczennice zioła? Wiele pytań, nastój coraz bardziej kręcącej się karuzeli myśli, wrażeń i wydarzeń.
 
Lubię czasem rzucić się na główkę w taką powieść. Wyłączyć analizy i po prostu porwać się opowieści. Tu byłam zaintrygowana, ciekawa, co będzie dalej, a to, czy zrozumiałam intencje autorki nie było aż tak ważne.  Znam teatralny zawrót głowy, gdy tekst miesza się z codzienną proza, gdy ból przestaje być ważny, bo zapala się reflektor, wiem jak wielka bywa euforia tworzenia i kreowania innego świata, który przez półtorej godziny jest innym miejscem i czasem, bardziej prawdziwym niż ten na widowni. Może też dlatego ta powieść tak mnie wciągnęła. Dla fanów nie aż tak prostych historii, dobrego języka i zwieszeń między dosłownością a nierzeczywistością. 
 
Mona Awad "Wszystko dobrze".  Przeł. Natalia Wiśniewska. Wyd. Poznańskie. Poznań 2024. 
 
 



środa, 11 września 2024

"Księgarnia w Paryżu" Amerykanka w Paryżu wydaje Irlandczyka

 


Sylvia Beach, Amerykanka w Paryżu, założycielka księgarni Shakespeare and Company, wydawczyni „Ulissesa”. Tak można opisać główną bohaterkę „Księgarni w Paryżu”. Jednak jej portret jest bogatszy- kobieta, która walczy o marzenia, wierzy w literaturę, w Paryżu znajduje kobietę swojego życia, która uczy ją księgarskiego fachu.

Jej anglojęzyczna księgarnia staje się miejscem spotkań międzywojennej bohemy, a potem  sama wydaje dzieło, które zmieni spojrzenie na powieść. Autorka opisuje prawie 20 lat życia i pracy Sylvii, w którym nieustannie wraca Joyce i jego książka. Najpierw zachwyt nad nową formą, potem zaskoczenie i smutek toczącym się w USA procesem o nieobyczajność drukowanych w gazetach rozdziałów. Decyzja o wydaniu książki. Proces wydawniczy, dziesiątki rozmów i poprawek, setki przepisywanych stron. Emocje premiery i pomysły na szmuglowanie powieści do Stanów. Dyskusje o prawach autorskich i walka z nielegalnymi kopiami i przedrukami. Niełatwe kontakty z autorem. 

Dla mnie „Księgarnia w Paryżu” jest przede wszystkim opowieścią o pracy księgarskiej i procesie wydania  „Ulissesa”. Życie Sylvii-radości, rodzinne dramaty, muszą  ustąpić pola pracy, bo najpierw tworzenie księgarni, potem praca wydawcy, w końcu ratowanie sklepu w czasie kryzysu to sprawy dla bohaterki najważniejsze. 

Autorka w posłowiu pisze, że każda powieść historyczna jeszcze bardziej oddala od prawdy, skoro czytamy myśli postaci będące jednak myślami autora na temat tej postaci. Prawda. Ale udało się Maher stworzyć portret kobiety odważnej, zaangażowanej w pracę na rzecz literatury i jej twórców, a przy tym pełnej wątpliwości, momentami zniechęconej. Dojrzewającej. Bardzo prawdopodobnej. 

Poza Sylvią i wieloznacznym Joyce’m czytamy trochę o tych, którzy tworzyli klimat Paryża: są Fitzgerald, Valery, Hemingway, Gide, Pound, Stein. Listy pisuje Shaw.  Przy księgarskim regale toczą się rozmowy o sztuce, ale też np. wydarzeniach w Niemczech. W świecie  awangardy trwa pytanie o wolność sztuki, granice eksperymentu,  a także o to, czym jest sztuka, a czym komercja (jej znakiem „Wielki Gatsby”). 

Długi proces przeciw Joycowi pozwala też pytać, jak przez 100 lat zmieniła się sztuka i jej odbiór. Bo dziś „Ulisses” nikogo nie szokuje, stał się wręcz statecznym klasykiem.

Czy trzeba przeczytać „Ulissesa” by cieszyć się lekturą. Nie (mimo 3 prób, jeszcze nie przeczytałam), ale na pewno warto książkę znać, by łapać czym są np poszukiwania powieściowych bohaterów na paryskich ulicach. Kolejna książka o książkach. O bardzo konkretnym czasie, autorach, o straconym pokoleniu, które zostawia swój ślad. I dla fanów takich autotematycznych (a nawet autor tematycznych) spora gratka, bo atmosferę twórczego zamętu i zmiany czuć doskonale w całej powieści.


 Za książkę dziękuję wydawnictwu.  

Kerri Maher "Księgarnia w Paryżu". Przeł. Anna Bereta-Janokowska, Piotr Pieńkowski. Wyd. Znak Jednym Słowem. Kraków 2024.

środa, 21 sierpnia 2024

"Zwierciadło pęka w odłamków stos" szukajac motywu


   Wróciłam do panny Marple, do historii, w której jest kilka leciutkich nawiązań do innych tytułów, a także  tajemnica zbrodni, w której dziarska staruszka jest bardzo widoczna, a sama intryga może zaskoczyć. Pamiętałam, kto zabił. Pamiętałam dlaczego i jak. Zatem czy kolejne spotkanie z tą lektura mogło być udane? Tak!

 I to nie tylko dlatego, że to moja komfortowa Agatha. Przede wszystkim dlatego, że znając rozwiązanie zagadki, skupiałam się na czymś innym. Po pierwsze na postaci panny Marple- w kilku historiach starsza mieszkanka St Mary Mead pojawia się tylko na chwilę, by rozwiązać sprawę, tu jest przez cały czas obecna, a jej boje z nadużywającą liczby mnogiej opiekunką są barwną częścią powieści. W historii ważną rolę gra znany z „Morderstwo odbędzie się…” inspektor Craddock, który z jednej strony prowadzi śledztwo, z drugiej relacjonuje wypadki pannie Marple. I te relacje są to niezwykle istotne, bo jednym z elementów zagadki jest dociekanie, co kto naprawę powiedział, a nie co ktoś dopowiedział. 

Ponieważ pamiętałam rozwiązanie, największą przyjemność sprawiło mi łapanie elementów, które mają prowadzić czytelnika do finału/wyprowadzić go w pole. Sprawa jest o tyle ciekawa, że nie mamy tu zbrodni planowanej, a taką pod wpływem chwili i czytelnik jest bardzo szybko świadkiem tragicznego wydarzenia, którego motyw poznaje zaledwie chwilę wcześniej. Tylko musi dojść, że to był ten moment i te słowa. Ponieważ to byłoby za proste na fabułę powieści, Christie dodaje cały zastęp potencjalnych podejrzanych, dodatkowe związki między postaciami i tajemnice z przeszłości, a tych jest kilka, bo bohaterami są ludzie ze świat filmu.  A cała historia dotyczy morderstwa popełnionego na raucie w nowym domu gwiazdy filmowej i jej czwartego męża. Jedna z mieszkanek St Mary Mead pada otruta, czy wypiła kieliszek przeznaczony dla aktorki? Kto i dlaczego chciał pozbawić życia kobietę? Co widział kamerdyner? Jak wyglądała twarz najlepiej określana przez poetyckie strofy?  I dlaczego zaimki są tak ważne?

 Śledziłam sobie rozwój akcji, rzucane fałszywe i prawdziwe tropy, prowadzone rozmowy, z których można było wysnuć różne wnioski.  I rosła moja sympatia dla Christie, bo de facto całą sprawę mamy rozwiązaną po kilkudziesięciu stronach, a potem jest tylko zacieranie śladów, które jest jednocześnie podrzucaniem kolejnych wskazówek czytelnikowi.  I może ciut przyczepiłabym się do końcówki, która rzecz wyjaśnia bardzo szybko, ale nie zmienia to faktu, że to czytanie kryminału z nastawieniem śledzenie ruchów pisarki, a nie zbrodniarza było ciekawym doświadczeniem. 

A poza tym Christie po raz kolejny pokazuje, że jest autorka każdych czasów, w których żyje i tym razem konfrontuje  miasteczko St Mary Mead z Osiedlem- dużym, nowoczesnym, z supermarketem zamiast miejscowego sklepiku. A jednocześnie okazuje się, że ludzie wszędzie są tacy sami, a emocje czy to na osiedlu, czy w rezydencji gwiazdy i spokojnym domku- równie mocne.

 Powracam do czytania kryminałów klasycznie, czyli nie znając rozwiązania, ale takie czytanie od drugiego końca polecam. Zwłaszcza jako podglądanie warsztatu pisarskiego i ćwiczenie spostrzegawczości. 

Agatha Christie. Przeł. Alina Siewor-Kuś. "Zwierciadło pęka w odłamków stos". Wyd. Dolnośląskie. Wrocław 2024.  

środa, 14 sierpnia 2024

"Mam na imię Folkvi" nie taka prosta historia


Surowa przyroda. Surowe zasady. Świat z jakiegoś pozbawionego daty skandynawskiego kiedyś. Zamknięta wioska rybaków i żeglarzy. Historia rodzeństwa Folkvi i jej brata Aslakra, dwójki ludzi zdanych tylko na siebie. Uczucia silnego, poza regułami. Uczucia wydawało się niemożliwego.

Narracja pozbawiona dialogów. Opowiadana zatem jak rodzinna historia przekazywana kiedyś przy ognisku. Ze zmianą perspektyw i bohaterów  oraz czasową voltą, która teoretycznie uspokojonego dalszymi losami postaci czytelnika wbija w fotel i wybija z poczucia, że to historia, która się powtarza.

Opowieść kobieca, tajemnicza, magiczna, ale nie magią południowoamerykańskiego słońca, tylko runami i północnym wichrem, niosącym zapach ziół i poblask bursztynowego wisiorka dla ukochanej. Magiczna pradawnymi siłami, które hipnotyzują opowieścią, nakazują trzymać się każdego słowa, które za chwilę okaże się sprawcze. Niepokojąca, napinająca granice nie tylko zasad, akceptowanych zachowań, ale i ludzkich osobowości i świata, który znamy. Powieść krótka, powieść debiutantki. A trzymająca czytelnika przy sobie nie aż tak prostą historią o miłości i bardzo dobrym tempem. Bo bycie blisko jest bardzo ważne.

 Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu.
Maria Hesselanger. "Mam na imię Folkvi". Przeł. Agata Lubowicka. Wyd. ArtRage. Warszawa 2024.

 

środa, 7 sierpnia 2024

"Niebo i piekło" morze i literatura

 


"""Książki powinny naprawiać ludzi."

Czy książka może zabić? A może ocalić?

"Niebo i piekło" odpowiada na te pytania. Islandia, XIX w. Podczas połowu jeden z rybaków ginie, bo przez zaczytanie nie zabrał peleryny. Jego młody kolega postanawia oddać czytany przez niego "Raj utracony" właścicielowi. A potem skończyć ze sobą. I to jest fabuła powieści, bardzo dokładnie opisana w blurbrze. Jednak sednem tej historii jest sposób jej opowiedzenia. I rola książki jako tego, co potrafi wybawić, naprawić, otworzyć na nowo.

Język momentami pełen metafor i poetyckiego stylu konfrontuje się z czasem prostymi wyrażeniami rybaków, ludzi silnych, odpornych na niedogodności, uzależnionych od przyrody i morza. A jednak (być może przez to obcowanie  z absolutem i naturalnym pięknie) wrażliwych.
Stary Bardur nie  jest kolejnym wcieleniem Sławińskiego, on się nie zaczytuje z nostalgii i patriotyzmu, ale z potrzeby piękna. Jest urzeczony słowami wiersza Miltona, które trafiają do jego serca. Z kolei młody chłopak potrzebuje nie tyle słów, a ludzi. Spotkanie z mieszkańcami innej wioski i to takimi, którzy nie boją się żyć wg własnych wytycznych pokazuje nowy świat.

Powieść poleciła mi koleżanka z wypożyczalni widząc, że inną powieść z motywem książek oddaję, kręcąc nosem. Tu nie kręcę. Jest Skandynawia. Zimny  wiatr. Daleki fiord. Surowość. A w tym świecie: słowa.

"Literatura jest jak ocean,a ocean jest mroczny i głęboki, ale także błękitny i wspaniały, pływa w nim wiele ryb, żyje  mnóstwo najprzeróżniejszych zwierząt, a nie wszystkie z nich są dobre."
 
Jón Kalman Stefánsson. "Niebo i piekło". Przeł. Przemysław Czarnecki. Wydawnictwo WAB. Warszawa 2011.

niedziela, 28 lipca 2024

"Pineapple street" w świecie milionerów bez zmian

 


Czym różni się literatura piękna od obyczajowej? Czytając książę zadawałam sobie to pytanie, bo wbrew wydawcy uważam, że "Pineapple Street" jest  rozrywkową  powieścią obyczajową, która tych, którzy nastawią się na hasło literatura piękna może rozczarować. Czy to jest zła książka? Niekoniecznie. Ale nie zachwyci ani językiem, ani nowatorstwem formy czy tematu, czego  od literatury piękniejszej niż czysto rozrywkowa możemy oczekiwać.

Perspektywa trzech kobiet- dwóch sióstr z finansowych elit i ich szwagierki. Niezwykle ważnym elementem tej historii są pieniądze. O nich się nie mówi. Je się ma. I choć, jak wiadomo, pieniądze szczęścia nie dają, to drodze do szczęścia każdej z kobiet grają ważną rolę. 

Darley wyszła za mąż za kogoś spoza sfery (brzmi to jak z "Lalki", wygląda na to, że XIX wieczna Warszawa i współczesny NYC mają coś wspólnego) i zrezygnowała z rodzinnej fortuny. I w pewnym momencie staje się to problemem. Choć nie takim, by o tym porozmawiać z rodziną. Jako postać najbardziej bezbarwna, trzymająca się rodzinnych przyzwyczajeń, dość zachowawcza. Na szczęście ma fajnego męża. 

Sasha wżeniła się w rodzinę Stocktonów i choć sama zarabia, i nie chce zamknąć się w złotej klatce albo rodzinnym mauzoleum, nie jest traktowana jak równa stanem ("Lalka" jak nic!). Obstawiam, że tej postaci będzie kibicować większość czytelników, bo jest "normalsem" w świecie, w którym najważniejsze są girlandy pasujące do obrusów na przyjęciach. Zwykła dziewczyna zaplątana w zasady bogaczy zawsze wzbudzi sympatię. 

Georgiana młodsza siostra z jednej strony czuje brzemię fortuny i nawet chce się jej zrzec, ale ostatecznie nie wymknie się zasadom. Nie przekonał mnie jej bunt, będący raczej fochem wobec znanego jej świata niż chęcią naprawy rzeczywistości (której do końca nie zna). Do tego, choć ma 26 lat, wszyscy traktują ją jak nastolatkę, a ona się tak zachowuje.

Będąc w połowie książki powiedziała sobie: znam bohaterki, kiedy zacznie się coś dziać? Nie zaczęło. Oczywiście, losy kobiet a także ich rodzin splatają się, ale nie są to sploty zaskakujące, pozwalające na zmianę perspektywy. Nie dowiedziałam się więcej o życiu finansowej elity Ameryki (nie ma też recepty na osiągnięcie sukcesu, bo tu pieniądze pomnażają pokolenia), nie poznałam sekretów domów z jedwabną tapetą.  Teoretycznie powieść kończy się finałem w iście hollywoodzkim stylu, ale nie wybrzmiewa on wystarczająco mocno. I w gruncie rzeczy niewiele zmienia. A może to jest sens tej powieści? Że w pewnych sferach niewiele się zmienia. I dlatego elity trwają. 

Książka napisana jest sprawnie, ale nie zauważyła tego błysku humoru i ironii. Nie jest to ani satyra, ani krytyczne spojrzenie na świat bogaczy.  To jest obyczajówka, z której dałoby się pewnie wyciągnąć więcej emocji, nerwu, humoru i obrazu rzeczywistości. Do czytania w gorące letnie popołudnie ok, ale chciałabym wiedzieć więcej i spojrzeć gołębiej w owocowe zakamarki Ameryki. Bo tam mogą kryć się naprawdę wielkie amerykańskie opowieści. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Otwarte. Współpraca barterowa. 

Jenny Jackson, "Pineapple street". Przeł. Dorota Malina. Wyd. Otwarte. Kraków 2024.