środa, 8 kwietnia 2026

"Uroczy kwiecień" urocza opowieść

 

Gdy pracowałam w mojej pierwszej bibliotece nie było tygodnia, by ktoś nie mówił o "Zaczarowanym kwietniu". Jako nieliczni mieliśmy tytuł w księgozbiorze, więc przyjeżdżali po niego ludzie z całego miasta. Nie zliczę ile osób mi go polecało, ale przez to, że błyskawicznie przechodził z rąk do rąk i był wypożyczony, nigdy po niego nie sięgnęłam.


Informację o nowym wydaniu "Uroczego kwietnia" przyjęłam z ekscytacją i obawą (bo co będzie, jeśli wyczekana książka będzie tylko ramotką sprzed 100 lat?).
Książka jest urocza. Dowcipna, spokojna i po prostu życiowo mądra. Ktoś powie: tak już się dziś nie pisze. Odpowiem: i szkoda!

Dwie Angielki chcą uciec od swojego przewidywalnego życia małżeńskiego. By wynajem willi był tańszy, na miesiąc we Włoszech poszukują współlokatorek, zostają nimi młoda arystokratka, czująca się znudzoną famme fatale oraz starsza dama, wspominająca swoich sławnych, dawnych, nieżyjących już znajomych. Początkowo pobyt nie zapowiada żadnych zmian, poza zmianą pogody. Ale spędzane razem dni, przyjazd mężów (i nie tylko) dokona przemiany w każdej z pań.

Autorka kilkakrotnie powtarza znane (choćby z "Pigmaliona"), acz warte przypomnienia twierdzenie, że stajemy się takimi, jak traktują nas inni. Wejście w nowe towarzystwo i miejsce daje szansę do odnalezienia w sobie nowych sił i powrotu do tego, co kobiety kiedyś w sobie ceniły, a co zniknęło od natłokiem obowiązków i zmartwień. We Włoszech czują "jak gdyby lada chwila miały puścić pędy". To zazielenienie się u każdej przebiega ciut inaczej, arystokratka zrzuca maskę zblazowanej kobiety, o której wszyscy marzą, żony odnajdują w sobie panieńskie marzenia, a starsza dama luzuje wiktoriański gorset. Dzieje się to, czego wszyscy (łączenie z czytelnikami) chcą. Jednocześnie zostajemy w świecie międzywojnia, bez nadmiernych szaleństw, a romans możliwy jest tylko z własnym mężem. Bo to też trochę opowieść o własnych wyborach i ludziach obok.

 Podobała mi się lekkość opisu, dowcip, wyzierająca z narracji znajomość życia i charakterów. Czuje się, że książkę pisała kobieta niemłoda i z bagażem doświadczeń, które pozwalają na spojrzenie bystre, uważne i przewidujące przyszłość. Można pewnie tej książce zarzucić naiwność, to, że do takich zmian potrzeba czegoś więcej niż miesiąca włoskiego nieba. Ale ja tę historię kupuję, także rozumiejąc wyjazd pań jako kolejny krok w ich pragnieniu oderwania się od powtarzalnego życia, w którym nic ich, ani one nikogo nie zaskoczą.
Myśl o tym, że ludzie, których traktujemy jako nudnych, nieciekawych, zgorzkniałych, tacy się stają, ma w sobie, niestety, wiele prawdy. Ta książka to, poza wiosenną opowiastką o wakacjach od życia, przypomnienie, że to, co my zobaczymy w sobie, dostrzegą też inni. A takie rzeczy warto powtarzać. Czytelnicy mieli rację:takiego kwietnia potrzeba bez względu na porę roku.

Nie zachwyca mnie okładka- Włochy, lata 20, tu naprawdę można graficznie poszaleć, a okładka jest nijaka i nie łapie retro uroku, bijącego z tekstu. Ilustracje z AI widocznie go nie czują...
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.
 
Elizabeth von Arnim. "Uroczy kwiecień". Przeł. Adriana Sokołowska-Ostapko. Wyd. Znak Koncept.  Kraków 2026 

środa, 1 kwietnia 2026

"Wymieranie Ireny Rey" Nasza Pisarka znika w puszczy

 

Kto baczy na tłumaczy?


Ewa Lipska w ubiegłym tygodniu na spotkaniu w Bibliotece Raczyńskich powiedziała, że jej wiersz, przetłumaczony na inny język, jest już nie tylko jej tekstem, ale także tłumacza. Mam wrażenie, że nasza, czytelników, świadomość związana z wagą pracy tłumaczy rośnie, czego widocznym znakiem są ich nazwiska na okładkach oraz dyskusje np. na temat nowych przekładów klasyki.

Jennifer Croft, tłumaczka m.in. Olgi Tokarczuk zaprasza nas do Białowieży, gdzie spotykają się tłumacze polskiej Naszej Pisarki Ireny Rey, by pracować nad przekładem nowej powieści. I pewnie praca szłaby sprawnie i zgodnie z ustalonymi zasadami (które mają w sobie sporo z sekciarstwa) gdyby nie fakt, że pisarka znika.

Kryminał ekologiczny, zestaw nawiązań do pisarzy w tym do (oczywiście!) Tokarczuk, powieść o przekładzie (i o tym, czy da się przełożyć Leśmiana?), tekst dialogujący z samym sobą przez przypisy od (a jakże!) tłumacza. I gra z czytelnikiem, która zaczyna się od przedmowy tłumaczki na polski, którą wcale nie jest Kaja Gucio (rzecz na nasz język tłumacząca)... Do tego jesteśmy w powieści pisanej o niedalekiej przyszłości, (która w momencie czytania będzie teraźniejszością lub przeszłością), w zagubionym i odnalezionym tekście, którego tłumaczka jest jednocześnie bohaterką. W tym szaleństwie jest sporo metody i pomysłów. Np. to, że tłumacze zyskują osobowość i imiona dopiero po jakimś czasie. Ale bywa też nierówno, bo jest też trochę dłużyzn i miejsc, które brną w ślepe uliczki lub pozostawiają uczucie niedosytu (mitologia słowiańska i wątek grzybów, które moim zdaniem można było jeszcze poszerzyć).

To, co czytało mi się najlepiej i najciekawiej to fragmenty o tłumaczeniu, (nie)przekładalności słów i znaczeń. To, co unaocznia czytelnikowi procesu powstawania nowego tekstu na podstawie dzieła już skończonego. Intrygujący był też kult Naszej Pisarki i pokazanie mechanizmu wpływania na grupę. 

 "Wymieranie Ireny Rey" było dla mnie ciekawym eksperymentem formy i treści. Jednak ze względu na nierówność nie powiem: biegnijcie do bibliotek! Chociaż, gdy (bardzo dobra!) okłada rzuci Wam się w oczy na półce, można zrobić ten eksperyment na sobie.
 
Jennifer Croft, "Wymieranie Ireny Rey". Przeł. Kaja Gucio. Wyd. Pauza. Warszawa 2025.  
 
 

czwartek, 26 marca 2026

"Znikająca księgarnia pod kwitnącą wiśnią" o zapisanych słowach

 

"Zapisując po prostu w książce słowo "wieczność", można stworzyć nieskończoną przestrzeń czasu, a słowo "nieskończoność" usuwa wszelkie granice. Słowa mają ogromną moc."
 
Jestem wielbicielką słów. Wierzę w ich moc stwarzania i burzenia. W trwanie "wieczności" i mgnienie "momentu". 
 
Pewnie dlatego książki, w których pojawia się moc słów i opowieści mają u mnie punkty na wejście. "Znikająca księgarnia pod kwitnącą wiśnią " jest miejscem niezwykłym, gdzie trafiają ludzie czytający tę samą książkę co księgarka i mogą spotkać się z kimś z przeszłości. Spotkanie przynosi ulgę, nadzieje, utulenie. A czytana książka (np. „Mały Książę” lub „Piotruś Pan” jest też dodatkowym kontekstem do opowieści o stracie, chorobie, dorastaniu i braku wsparcia.
 
Jak to bywa w japońskich comfort bookach mamy tu poruszone tematu trudności życia, ale bez ich nadmiernego eksplorowania, autor skupia się na tym, co dobrego może wynieść z doświadczenia bohater i czytelnik, daje nadzieję i otuchę. Nie obiecuje, że będzie łatwo, ale że czas (a może i literatura) pomogą w zmaganiach z życiowymi wyzwaniami. 
 
Cztery historie, które łączy tajemnicza księgarnia. Postaci w różnym wieku, z problemami swoich lat i niosący też problemy innych. Tym co wyróżnia tę książkę są ostatnie strony, w których pojawiają się świat literatury, magia postaci, która może być jednocześnie matką, córką i kimś jeszcze innym. Na tych stronach, kiedy autor tworzy książkę w książce daje o sobie znać ten rodzaj napięcia, który część czytelników (w tym ja) bardzo lubią: gra z tekstem, bohaterem i zwielokrotnienie światów, które są kolejnymi warstwami opowieści. I za to duży plus. Mały minus za styl, który momentami sili się na poetyckość (niepotrzebnie).
 
Gdy wiele się dzieje czytam mniej i chętnie sięgam po książki, które dają spokój. Ta książka go daje, jest literaturą typową wytchnieniową, która pozwala uspokoić myśli i po raz kolejny uwierzyć w moc słów. A przy okazji zainteresować też literaturą japońską, bo chce się googlować tytuły książek, które otwierają bohaterom bramy księgarni.
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.  
 
 Takuya Asakura "Znikająca księgarnia pod kwitnącą wiśnią ". Przeł Anna Hikiert-Bereza. Wyd.  Harper Collins Polska.  2026

piątek, 6 marca 2026

"Brooklyn" taki obyczaj

 

Najpierw książka czy film?
Staram się najpierw czytać, ale nie zawsze wiem o literackim pierwowzorze. Tak było z "Brooklynem". Film obejrzałam kilka lat temu I, stosując nomenklaturę pani z dawnej osiedlowej wypożyczalni DVD/VHS (ktoś to jeszcze pamięta?) powiedziałabym " to taki obyczaj".
Fala zachwytów towarzysząca wznowieniu powieści Tóibína przekonała mnie do wyczekania na książkę w bibliotece i lektury.
I to też był "taki obyczaj". Przy czym nie jest to wcale określenie deprecjonujące, bo patrząc szerzej, większość wielkiej klasyki "to takie obyczaje" (Karenina, Austen, Bovary, W stronę Swanna).
W kontekście tej powieści obyczaje są o tyle istotne, że bohaterka staje na styku kultur. Irlandia lat powojennych.  Eilis decyduje się wyjechać z rodzinnego miasteczka do Brooklynu (właśnie: do, a nie: na), by tam szukać pracy i szczęścia. Początkowe dni spędzane w pracy, parafii i niezbyt okazałym pensjonacie zmieniają się w zwykłe i coraz barwniejsze życie, zwłaszcza gdy Eilis  zaczyna uczyć się sztuki rachunkowości i poznaje syna włoskich emigrantów. Ale, jak to w obyczaju, gdy wszystko idzie za dobrze musi się coś stać. I znów Eilis rusza w drogę, a potem musi zdecydować który kierunek ostatecznie wybierze. I te ostatnie części, gdy lepiej znamy bohaterów i przyglądamy się wyborom dziewczyny podobała mi się najbardziej. Było tu zderzenie światów, jakieś rozdarcie w bohaterce, napięcie dotyczące tego, jaką decyzję podejmie. Nie czekałam na ten wybór z zapartym tchem, bo z filmu pamiętałam zakończenie, zatem bardziej mogłam skupić się na pokazaniu tych rozterek i tworzeniu Eilis już nie tyle dorastającej, co dorosłej, biorącej odpowiedzialność za siebie i własne wybory. I jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej, w tomie drugim, bo ta opowieść domaga się dopowiedzenia.

Jest w tej historii dużo powietrza. Miejsca na dowyobrażenie siebie ludzi, miejsc i sytuacji. Nie jest to narracja gęsta i przytłaczających, jest to płynąca opowieść o dorastaniu, siostrach i matce, o koleżankach z pensjonatu, o emigranckiej społeczności i wchodzeniu w nowe miejsce. O kontrastach ludzi, uczuć i miejsc. 
Czekam na ciąg dalszy, bo powieść mnie może nie zachwyciła aż tak, ale dała dużo dobrej lektury i zostawiła w miłym oczekiwaniu na ciąg dalszy. Czy nie o to chodzi w takim obyczaju? Zwłaszcza, gdy osadza się w bardzo konkretnym miejscu i czasie jak  powojenny Brooklyn.
 
 Colm Tóibín "Brooklyn". Przeł Jerzy Kozłowski. Dom Wydawniczy Rebis. Poznań 2009. 


czwartek, 26 lutego 2026

"Przeklęte klejnoty" mają głos

 


We własnych biżuteryjnych zbiorach najbardziej lubię to, że za każdą ozdobą stoi jakiś człowiek lub sytuacja. Bo rzeczy nabierają znaczenia z własną historią.


Niektórym klejnotom nie trzeba dopisywać opowieści, bo ich losy i tak są fascynujące. "Przeklęte klejnoty" to wędrówki po krajach, dworach; okresach, gdy o danym kamieniu nagle zrobiło się cicho. To opowieści o Królu Słońce Elżbiecie I, królowej Wiktorii, Romanowach, które łączą historię z legendami (często zaskakująco zbieżnymi z historią innych kamieni). Bo zwykle zaczyna się od tajemniczej kradzieży... a potem to już różnie.

Hope, La Paregrina, Regent, Koh i noor. Autorka śledzi losy słynnych precjozów. Opowiada o kolejnych właścicielach i tropi, czy zła sława to tylko wymysł, czy też rzeczywiście, gdy ozdoba znalazła się w szkatule, właściciela zaczęły spotykać niepowodzenia. Ale ta na poły magiczna otoczka przeklętych diamentów, perły czy rubinu to tylko element historii, która prowadzi czytelnika przez dwory Anglii, Hiszpanii, Francji czy Rosji do bogatych domów dziedziców amerykańskich fortun czy do samej Elizabeth Taylor. Historia przedmiotu jest pretekstem do opowieści o rodach królewskich, strategicznych małżeństwach lub tych związkach, które były wbrew wszystkim. Kamienie szlachtę są dowodami miłości, zastawem lub pamiątką. Elementem stroju utrwalanym na portretach (niestety w książce czarno-białych), symbolem władzy lub znakiem pamięci. Częścią inwestycji, która czasem przepada bez wieści. 

Szczególnie intrygujący był niemal sensacyjny rozdział o aferze naszyjnikowej i całej intrydze, która pomogła wywindować do zaszczytów zwykłą pannę, a oferowany Marii Antoninie naszyjnik był jednym z kamyczków w ogrodzie rewolucji.
Ana Trigo świetnie łączy fakty, daty i historyczne opisy z ciekawostkami dot. samych kamieni i jubilerskiego rzemiosła. A klejnoty są tu punktem łączącym fakty, ludzi i ich emocje.
Czasem w muzeach przewodnicy rzucają: gdyby te eksponaty mogły mówić. Klejnotów zamknięte w Luwrze, Tower, Smithsonian Institution, skrywane w prywatnych, nieznanych nam sejfach, dzięki tej książce właśnie zyskały głos.
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.  

Ana Trigo. "Przeklęte klejnoty. Opowieść o miłości, zdradzie i chciwości". Przeł. Ewa Ratajczyk. Wyd. Znak. Kraków 2026 

środa, 18 lutego 2026

"Intermezzo" ruchy Rooney

 

Książka potrafi budzić bardzo skraje emocje. Jednych zachwyca, innych nudzi, oburza. 
Staram się sprawdzać te tytuły, bo tak skrajne opinie wywołują rzeczy "jakieś". I co wyszło z mojego sprawdzania Rooney? Że nie będę kochać, ale rozumiem swoisty fenomen.  

Dwóch braci w żałobie po ojcu. Starszy, prawnik, uwikłany w romans z młodą dziewczyną i relację ze swoja pierwszą miłością. Młodszy, szachista, lekko wycofany, zakochuje się w kobiecie starszej o ponad 10 lat, czyli robi tytułowe intermezzo- ruch, którego nikt się po nim nie spodziewa (bo czy będzie szokować trzydziestolatek romansujący z dwudziestką? Nie, za student zakochany w rozwódce lat 36? No właśnie...). 

 Akcja toczy się powili i zagęszcza dopiero w trzeciej, ostatnie części powieści, gdy pewne sytuacji z przeszłości zyskują dopowiedzenie, a bohaterowie (wreszcie) podejmują decyzje. Bo to trochę powieść o życiu i świecie w zawieszeniu- niepewności własnych uczuć, wadze osądów innych, wracaniu do wspomnień sprzed lat, życiu w cieniu i blasku, o odległości (czasowej i fizycznej) i bliskości. To bardzo trafna ocena współczesności. Zawieszenie burzy (a może przestawia na nowe tory?) finałowa scena, która jest trochę jak z filmu familijnego (spoiler: wszyscy spotykają się na turnieju szachowym). Zakończenie dobre, z nadzieją. Tylko nie wiem, czy do takiego prowadziło 500 stron... Czy to, co miało być niewygodne i drażniące, można tak zamknąć?Czy coś, co miało być życiowe, kanciaste, ludzkie (takie nam, rozedrganym niezdecydowanym ludziom lat dwudziestych, bliskie), ma się kończyć jak komedia świąteczna. 

500 stron. O jakieś 200 za dużo. Powtórzenia, które na moje ucho nie są celowym zabiegiem, przeciągane opisy łóżkowe, pisanie ciągiem, które ma dawać iluzję strumienia świadomości i bliskości myśli bohaterów, a i tak w głowie dodajecie sobie myślniki, bo dialog wyodrębnia się szybko i wcale nie jest tak zjednoczony z opisem jak można się było spodziewać. Taki styl może mieć fanów, autorka daje jasne, wręcz reżyserskie wskazówki, co mamy sobie wyświetlać w głowie. Mnie ta narracja przez 2/3 książki męczyła. 

Nie będę fanką Rooney, ale wiem, dlaczego. I wiem też, komu tę książkę mogę polecić (a komu nie). Dlatego warto było przeczytać. I słuchać i fanów, i przeciwników.
 
Sally, Rooney, Intermezzo. Przeł. Jerzy Kozłowski. Wyd. WAB Warszawa 2025 

środa, 4 lutego 2026

"Chopin." z fortepianem i panią Sand

 On. Ona. Ona. 

 Chopin. George Sand. Muzyka. 
 
 I wszyscy niejednoznaczni.  Chopin: poeta fortepianu, emigrant i gruźlik, ale także nauczyciel i kompozytor dbający o apanaże za swoje utwory.  Sand: "kobieta z przeszłością", która zaczyna uwielbiać artystę, a potem staje się jego opiekunką, pisze po nocach by zarobić na życie i jako matka po części godzi się na zasady, z którymi wcześniej walczyła.  Piszą o sobie i swojej sztuce w listach do innych (jakie źródło wiedzy tracimy zaprzestając korespondencji!). Relacje o ich ostatnim spotkaniu są diametralnie różne.  On rusza na Wyspy Brytyjskie, świadomy pogłębiającej się choroby i momentami zmęczony opieką Jane Stirlig, dzięki której więcej o nim wiemy.   Umiera, nakazując zniszczyć swoje papiery, czego nie robi (na szczęście) jego siostra.
I jest ona: muzyka! Nazwana przez angielskich krytyków "wzruszającą i niezrozumiałą". I  tu zaczyna się najważniejsza myśl, z którą zastawiła mnie książka Walkera.
 
Jaka byłaby muzyka bez Chopina?  Znamy go od dziecka, jest naszą klasyką, muzyczną oczywistością.  Bo przecież nikt nie słucha muzyki chronologicznie, przyglądając się jej zmianom. Dlatego tak trudno jest, zwłaszcza zwykłemu słuchaczowi, nazwać i docenić to, co Chopin zmienił, przełamywał, co zaskakiwało jemu współczesnych, co salon i krytyka uznawały za dziwne, a nawet wbrew regułom. Np. "Sonata h-moll": zaskakująca tonacja, wielość motywów (wg niektórych "nadmiar"), i "namiętność finału przekracza granice przyzwoitości".  Pozycja Walkera pozwala stanąć w czasach Chopina i poczuć oddech jego świata.  Autor pisze o recepcji dzieł, zwraca uwagę na późniejsze praktyki wykonawcze i robi to tak umiejętnie, że nawet jeśli kwestie pedalizacji były i są dla czytelnika czarną magią, to informacje co Chopin zmienił, zrekonstruował, otworzył w starej formie na nowe, są już jasne i dodają nowe rysy do portretu. 

Walker pisze o muzyku i muzyce, analizuje fakty, materiały, opiera się aktualizowanych źródłach, poprawia przeinaczenia (np. "skandalizujące" listy Chopina do Potockiej). Nie jest to biografia na kolanach, nie jest to biografia zaślepionego fana, to bardzo rzeczowa i wiarygodna pozycja, pełna faktów, ciekawostek, cytatów i odautorskich komentarzy.  Wyłania się z niej Chopin człowiek, Chopin artysta i Chopin pretekst do plotek, przeinaczeń i dziwnych zbiegów okoliczności. I  jest tu świat, w którym Chopin oraz Sand, Liszt, Mickiewicz, Delacroix i Dumas spotykają się by wieść swoje życie, które potem obrasta legendą.
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu!  
 
Alan Walker "Chopin. Biografia. Tom 2: Paryż–Panteon, 1838–1849".  Przeł.  Małgorzata Sokalska.  Wyd. Znak Horyzont.  Kraków2026.   

środa, 28 stycznia 2026

"Pamięć drzewa" o blaknięciu czasu

 

Są książki głośne. Są takie, które szepczą.   

"Pamięć drzewa" to właśnie ta druga. Kameralna opowieść Jana, chłopca z Barcelony, do którego domu wprowadzają się dziadkowie. I choć chłopca bardzo cieszą nowa domowa rutyna i powroty z dziadkiem ze szkoły, po pewnym czasie zrozumie, że nie wszystko jest tak jak do tej pory.  Bo choć on, chłopiec, ma jeszcze dużo czasu, to czas jego dziadka, zegarmistrza, robi się coraz bardziej przezroczysty, jak przezroczysta staje się pamięć starszego pana.

To książka bez dramatycznej walki o zachowanie zdrowia i pamięci, to opowieść o teraźniejszości, którą niektórzy zapamiętają z wyraźnym konturem, ale w innych spłowieje szybciej niż powinna. Opowieść rodzinna, zamykająca się w spojrzeniach, dotyku ręki i rozmowach mamy i babci za przymkniętymi drzwiami kuchni.  Bez tragizmu. Z przyjęciem pewnego porządku przemijania. Z codziennością i uważnością.

Dla mnie siłą tej historii jest narracja Jana. Prosta. Ale jednocześnie jest tu metaforyka dziecka z doświadczeniem dorosłego. I to w tych krótkich obrazkach, pozamykanych w rozdziały, się sprawdza. Nie mamy przemądrzałego, pełnego patosu narratora, który udaje dziecko, infantylizując pewne zachowania i słowa. Mamy narratora, w którego dziecięctwo  wierzymy, a jednocześnie jego spostrzeżenia mogą zaskoczyć trafnością i umiejętnością doboru słów. To taki wygadany chłopiec z wyobraźnią, który widzi czasami więcej i opisuje to, co widzi, sam może nie zdając sobie sprawy z wagi swoich spostrzeżeń. A może to jego wspomnienie? Może jego rzut oka w przeszłość? 

Rodzina, pamięć i jej zanik, postawienie wszystkich domowników w nowej sytuacji. Czas, którego wydawało się, że dziadek jako zegarmistrz jest panem, a nagle ten sam czas występuje przeciwko niemu. I są jeszcze drzewa, symbole z przeszłości, wciąż powtarzające swoją zmienność. Drzewa z korzeniami i wycinane pieńki z przeszłości. 

Książka wzruszająca w ten najprostszy sposób. Bez efekciarstwa i sztucznego dramatyzmu trafiająca do serca. Poruszająca jeszcze bardziej, gdy ktoś wracał z dziadkiem ze szkoły.  

Za książkę dziękuje wydawnictwu  


Tina Valles. "Pamięć drzewa".Przeł Andrzej Flisek. Wyd. Kraków 2026.  

 

czwartek, 15 stycznia 2026

"Błękitny Zamek" i marzenia

 


Nowe tłumaczenia pozwalają na kolejne spotkanie z oryginałem, wydobycie tego, co zgubiło się we wcześniejszych przekładach, bo czasem dopiero kolejne przekłady sięgają do oryginałów (baśnie Grimmów), a czasem dopiero współcześnie wiemy, co z czym się je (Dehnel wspomniał, że np w. jednym z tłumaczeń Gatsby'ego na przyjęciu piją jałowcówkę, bo niewielu wiedziało co to dżin, więc by nie odciągać uwagi od sedna, wybrano swojski trunek). Wielkim plusem nowych tłumaczeń jest nowe zainteresowanie tytułem z klasyki, tak było przy "Ullissesie"i Świerkockim, a przede wszystkim przy Bańkowskiej i jej przekładach historii kanadyjskiej marchewki.

"Błękitny Zamek" w przekładzie Kai Makowskiej nie wywołał takich kontrowersji, choć jednym z jego najważniejszych elementów jest przywrócenie bohaterom imion z oryginału. I tak Valancy jest Valancy, Barney Barney'em, a nie Joanną i Edwardem. Rodzina mówi do bohaterki Gnuś i tu szczerze mówiąc zabrakło mi przypisu, skąd to się wzięło, bo moja wyobraźnia językowa łączy gnuśność z Glusiem z "Bromby"(chybione, wiem).Chętnie bym poznała źródłosłów!

 "Błękitny zamek" to moja ulubiona książka Montgomery (do Anne przekonał mnie dopiero nowy przekład), więc wróciłam do tej historii z dużą przyjemnością. Bo wspaniale czyta się o dziewczynie, która, mając śmiertelna diagnozę, zaczyna żyć tak, jakby naprawdę jutra miało nie być. (I nie przeszkadza to, że zna się zakończenie). Wspaniale czyta się o niezwykłym uczuciu, które rozkwita z czegoś na kształt transakcji handlowej. I to wszystko ze świadomością, że historia toczy się w epoce konwenansów i bardzo konkretnych wymagań wobec kobiet.

 "Błękitny Zamek" to opowieść z pogranicza realizmu i baśni, romansu i historii o tej najbrzydszej w rodzinie, która rozkwita i triumfuje. Historia pełna nadziei i odwagi. Historia, w której bohaterka mierzy się z innymi problemami niż mieszkańcy Avonlea. Historia, o tym, że niektóre książki i ich autorzy naprawdę mogą zmienić życie. Historia, do której dobrze wrócić. A nowe przekłady dopingują mnie do takich powrotów.
 
 Lucy Maud Montgomery "Błękitny Zamek. Przeł Kaja Makowska. Wyd. Marginesy 2025.   

środa, 7 stycznia 2026

"Poniedziałek z matchą" wychnieniowo na 12 miesięcy

 

Czego najbardziej życzymy sobie na nowy rok?

Miłości, życzliwości, zrozumienia, bezpieczeństwa, odwagi. I o tym opowiada w 12 historiach na12 miesięcy  Michiko Aoyama w "Poniedziałku z matchą". Zaczyna się od styczniowego spotkania z matchą w znanej z "Kakao w czwartki" kawiarni, ale potem ruszamy za bohaterami w ich historię. Autorka oddaje głos postaciom, a w kolejnych historiach swoje opowieści snują ci, którzy są ważnymi lub pobocznymi bohaterami poprzednich historii. Dziewczyna ma swoją opowieść i przyjaciółkę. Przyjaciółka wraca do domu i spotka swoją babcię. Babcia prowadzi nas w następny miesiąc, opowiadając o sobie i dopełniając historię wnuczki. I tak to się toczy... Różne punkty widzenia, a te same wydarzenia, bohaterowie w różnym wieku ze swoimi sprawami, marzeniami i niepewnościami. Nie ma tu wielkich zwrotów akcji, bo nie akcja jest tu najważniejsza. Ważna jest chwila, która dzięki odwadze, szerszemu otwarciu oczu i ustawieniu się w innym miejscu, pozwala coś zrozumieć i zmienić.  Kolejna azjatycka literatura wytchnieniowa, która pokazuje, że wiele rzeczy jest możliwych, a wielkie zmiany mogą zacząć się od małego kroku. Spokojnie, dość powierzchniowo trochę bardziej przypowieściowo niż powieściowo. Ale z nadzieją, a czy to nie jej życzymy sobie tak często?

Plusem historyjek jest to, że cały czas jesteśmy w Japonii i przechodzimy przez rok, dowiadując się ciut o kulturze kraju kwitnącej wiśni i świętowaniu tam np. początku wiosny, walentynek czy Tanabata. Dla fanów zielonych płynów są też przypisy (nie: przepisy!) o rodzajach matchy.

Jednym z elementów azjatyckich comfot booków są książki. Tu też pojawią się antykwariat, komiks przenoszący do lat dzieciństwa i kot, który zauważa, że czytający ludzie są piękni. "Chociaż siedzą tu na miejscu, wiem, że są w podróży. Niby zastygli bez ruchu, ale widać, że wykonują jakieś działanie".  Czytając "Poniedziałek..." można się wyciszyć, uspokoić, nabrać nadziei, może coś zrozumieć i zapamiętać, a może miło zająć czas i ulecieć myślami. Pozornie bez ruchu.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu.   

 Michiko Aoyama "Poniedziałek z matchą". Przeł. Barbara Słomka  Wyd. Relacja. Warszawa 2026.