czwartek, 20 grudnia 2018

"Kirke" czarownica, matka, kobieta.

O Kirke przypominamy sobie mówiąc o "Odysei". Odyseusz mieszkał u niej rok. Miał z nią syna.  A towarzyszy bohatera spod Troi, Kirke zamieniła w świnie. Czarownica. Poza tym, oczywiście, jak wszystkie postaci mitologiczne, miała mnóstwo rodowych powiązań. Bo, jak kiedyś ktoś żartobliwie zauważył, mitologia to antyczna "Moda na sukces". Ale czy na podstawie kilku dość suchych faktów (czyja córka, czyja siostra itp) można napisać powieść...
Można, co więcej książkę warto przeczytać, bo jest pisaną w pierwszej osobie historią nie tyle tytanki, co po prostu ciekawej kobiety. Zaczyna się oczywiście od historii rodzinnych oraz spotkania z Prometeuszem, które zapada Kirke na długo w pamięć. To jej pierwsza styczność z historią ludzi, tych, których mieszkańcy Olimpu traktują jak zabawki.  Jednak bogowie bywają okrutni i dla tych ze swojej krwi. Kirke zostaje za karę zesłana na wyspę Ajaja i tam  zaczyna wieść spokojne życie, zajmując się zgłębianiem tajemnic czarów i zielarstwa. Spokój zakłócają niechciane wizyty żeglarzy, na których czarownica ma swoje sposoby. Potem na wyspę przybija statek Odyseusza... Wbrew temu, czego można się spodziewać rok spędzony z Odysem nie jest głównym wątkiem książki. I to, co było przedtem i to, co było potem- zwłaszcza spotkanie z Penelopą i Telemachem, jest znacznie ciekawsze niż pobyt tego, którego Kirke nie zamieniła w świnię. Warto wspomnieć, że Odys jest tu nie tylko bohaterem (jest raczej komandosem z zespołem stresu pourazowego niż dumnym wojownikiem) i mężczyzną godnym uczucia tytanki. Jest też fascynującym opowiadaczem, gawędziarzem i kto wie, czy to nie jego talent narracyjny  jest tym, co zachwyca odciętą od świata Kirke. Bo opowieść ma wielką moc! 

 Opowieść snuta przez czarownicę to historią bardzo interesującej kobiety- odtrąconej przez rodzinę, choć wzywanej w chwili próby (to ona pomaga przyjść na świat Minotaurowi, synowi siostry- Pazyfae). Czarownicy, która sama posiadła wiedzę o  właściwościach ziół i nauczyła się korzystać z czarów. Osoby samotnej, która jednak woli odosobnienie niż kłamstwa, intrygi i powierzchowność Olimpu. Kobiety szukającej miłości i w tej miłości kilkakrotnie zwiedzionej, ale ostatecznie szczęśliwej (mitologia podaje- choć nie mówi się o tym, aż tak często- że  Kirke została żoną Telemacha i teściową Penelopy. To lepsze niż "Moda na sukces"!) .  Wreszcie: matki, która dla dobra swojego syna jest w stanie ryzykować wszytko.  Władczej i pełnej godności tytanki i zwykłej  mieszkanki wyspy. Pewnie gdyby narracja w tej książce była trzecioosobowa, moglibyśmy powiedzieć, że to niezwykła historia i wyjątkowa bohaterka. Przez zastosowanie pierwszoosobowej narracji, Kirke może traci w naszych oczach  odrobinę wyjątkowości, ale zyskuje na autentyczności.  Nie jest opiewaną mieszkanką świętej góry, nie jest tą, dla której nie liczy się czas, bo jego upływ nie odbija się na jej urodzie. Jest po prostu kobietą (bez dystansu bogini w kontrze do śmiertelniczki). A kobiety przyzwyczajone są do grania wielu ról i tak jest i w jej przypadku. Madeline Miller napisała powieść, która ciekawie łączy wątki mitologiczne* (pojawia się inna czarownica: Medea, budowniczy Dedal, opowieść o zatargu ze Scyllą) z wyobraźnią  wypełniającą białe plamy. Pisarka, mając tylko kilka mitologicznych punktów zaczepienia, tworzy spójną opowieść i daje ją snuć tej, której nie zachwyciło bohaterstwo Odysa, ale właśnie jego opowieści.

 I jeszcze jedna rzecz, której nie sposób pominąć- okładka. Bardzo piękna, bogata obwoluta okrywa twardą,  okładkę z równie zachwycającym ornamentem. Książki się po okładce nie ocenia, ale w zalewie nowości i okładem,wykorzystujących ten sam obrazem w innych projektach, ta bardzo się wyróżnia. 
* Dla tych, którzy boją się mitologicznych zawiłości jest na końcu słownik postaci, więc można sobie wszystko przypomnieć i usystematyzować.
 
Madeline Miller, "Kirke". Przeł. Paweł Korombel . Wyd. Albatros. Warszawa 2018.

piątek, 14 grudnia 2018

"Tajemnica pod jemiołą" samotność z happy endem


Samotność jest chorobą cywilizacyjną.  Fatk, że może być powodem depresji jest znany, ale podobno sprawia też, że spada temperatura ciała. O samotności pisze w internecie blogerka  przedstawiająca się jako LBH.  Na jej posty trafia Alex, rozwodnik, któremu koledzy polecili szukać dziewczyny w sieci.  Rozczarowany tym, co znalazł na portalach randkowych, zaczyna śledzić blogową twórczość dziewczyny i  wierzyć, że właśnie ta kobieta jest jego jedyną.  Ponieważ zbliżają się święta, a dziewczyna planuje zakończyć bloga, Alex stwierdza, że to jedyna szansa, by ją odnaleźć i spotkać.   Zaczyna poszukiwania i wkrótce trafia do  miasteczka, w którym  wg wszelkiego prawdopodobieństwa może mieszkać jego blogerka.  Zdeterminowany facet planuje odwiedzić wszystkie mieszkanki, których inicjały odpowiadają internetowemu pseudonimowi.     
Szukając, poznaje różne osoby, także te o innych inicjałach.   Schody zaczynają się wtedy, gdy  poza sympatyczną i coraz mu bliższą  kelnerką (o zupełnie innym imieniu), trafia na  dziewczynę, która nie tylko z liter, ale  i  pewnego wrażenia wyjątkowo pasuje do internetowego profilu.  Co okaże się silniejsze- prawdziwa więź, czy bieg za wrażeniem? I jak zakończy się ta historia, w której niezwykle istotna rolę odegra pęk zasuszonych szarotek i pudełeczko od Tiffany’ego… 

 Richard Paul Evans jest specjalistą od dobrych zakończeń i szczęśliwych zbiegów okoliczności. Ma też duży sentyment do Bożego Narodzenia i wiele jego książek toczyło się właśnie w grudniu, a kilka łączył „jemiołowy” tytuł*.  Książki o tematyce świątecznej  w oczywisty sposób dążą ku happy endowi i jesteśmy w stanie wybaczyć nawet lekką dozę nieprawdopodobieństwa, gdy polubimy klimat i bohaterów. W powieści Evansa klimat świąt nie jest aż tak widoczny, jak w poprzednich (trudno się temu dziwić, bo żona opuściła Alexa w święta, więc nie kojarzą mu się szczęśliwie). Jednak  mój problem z tą książką polega na tym, że nie polubiłam Alexa i wcale mu nie kibicowałam.  Alex denerwował mnie swoim egoizmem  i tym, że jedynie jego emocje i uczucia się liczyły. Ale  mimo wszystko trafił na swojej bardzo szczęśliwe zakończenie, bo innego wyjścia w książce Evansa nie ma.
Evans zaczyna pisać książkę o samotności, o wielkim bólu, który w swoich mailach do wszechświatowa wysyła LBH.  Temat prawdziwej i pozornej samotności,  tego, że jest się samemu lub samotnym, jest bardzo ciekawy i zwłaszcza dziś, w czasie pozornych znajomości i letnich relacji, wart wykorzystania.  Tu, choć ciekawie się zaczyna, kończy się baaardzo przewidywalny sposób, w którym nie występuje psychologiczne prawdopodobieństwo. Tak czy inaczej, wierni czytelnicy będą  usatysfakcjonowani, bo znajdziemy w powieści kilka ładnych zdań  i być może nawet jakiś powód do przemyśleń.  A na pewno znajdziemy szczęśliwie zakończenie. I nadzieję, na to, że dostaniemy od losu  pęk szarotek. 

*Z "jemiołowych" powieści, ze wzgledu na opisanie środowiska autorów romansów, polecam najbardziej  "Hotel pod jemiołą"



Richard Paul Evans, "Tajemnica pod Jemiołą". Przeł. Hanna de Broekere. Wyd. Znak. Kraków 2018.


środa, 5 grudnia 2018

"Silva rerum II" wojna, dżuma i one

Po pierwszej części "Silva rerum" wiedziałam, czego się spodziewać. Pozbawionej dialogów, pełnej rozbudowanych, kwiecistych zdań gawędy o rodzinie, w której to, co wzniosłe splata się z tym, co bardzo przyziemne. I to dostałam. Choć informacja o długich zdaniach i braku dialogów nie jest może najszczęśliwszym sposobem rekomendowania książki, to "Silva rerum II" jest po wielokroć godna polecenia. To taki typ książki, podczas której czytania ma się nieodparte wrażenie obcowania z literaturą przez duże "L". Zdania są kunsztowne, pełne, sposób opowiadania niezwykle barwny i obrazowy. Sabaliauskaitė, niczym barokowy malarz, operuje doskonale półcieniem, który okrywa to, co słowo sugeruje i wznieca w wyobraźni. Gawęda o historii rodziny Narwojszów pełna jest  brutalności- gwałtów, morderstw, naturalistycznych scena rąbania ciała,  ale i pięknych wspomnień, uczuć wyniosłych i wiernych. Autorka, balansując na granicy światłocienia potrafi stworzyć niezwykły klimat, który choć czasami, sprawia, że czytelnikowi robi się słabo od wielu opisywanych okropieństw,  ciekawi go co dalej i zachłannie chce więcej. Bo w tym pisarstwie nie widać szwów. Jest, tak jak martwe natury, piękne formą, mimo  często mało mało wzniosłych tematów. Wielka to zasługa pisarki, ale także tłumaczki, dzięki której te rozkwitające, bujne zdania tak świetnie się czyta.

A tym razem czytamy o losach kolejnych pokoleń szlacheckiej rodziny. Na początku XVIII wieku Urszula, która w pierwszej części była młodą dziewczyną, teraz stoi już nad grobem i ma nadzieję, że jakoś uda się przedłużyć ród. Szansą na zapewnienie dziedzica jest żona bratanka Urszuli, Anna Katarzyna , która zostaje wysłana przez swojego męża do rodzinnego majątku. Dla kobiety będzie to  bardzo poważna próba. Próba uczuć, walki o zachowanie godności, ale też panowania nad sercem i rozumiem. Na pełnej niedobitków szwedzkiej armii prowincji, dwór prowadzony przez kobietę nie ma dużych szans, by przetrwać. Czy Anna Katarzyna wykorzysta swoją szansę i jaką cenę za to zapłaci? Poza  teraźniejszością wracamy do przeszłości, poznajemy burzliwe dzieje związku Urszuli  z  Birontem i jej bogatej, pełnej przygód i podroży, młodości. Poza losami tych kobiet i kilku związanych z nimi mężczyzn (m.in. żydowskiego lekarza), jest w tej powieści jeszcze jedna  bohaterka. Dżuma. Zaraza morowa  dziesiątkuje Wilno, a brak higieny i wiedzy o przenoszeniu się choroby powoduje śmiertelne żniwo.
Ta książka, to poza historią bohaterów też opowieść o świecie, w którym  bardzo trudno jest być kobietą. Bo choć wielka historia, historia wojen, rozejmów, układów, wstępowania  na tron Sasów, elekcji Korybuta Wiśniowieckiego jest historią mężczyzn, to zwykłe życie codzienne jest opowieścią kobiet- walczących do dom, rodzących dzieci, podejmujących decyzje, starających się zachować godność i normalność nawet  jeśli wyrazem tego ma być jedzenie z rodowych sreber marnej polewki. Kobiet  ratujących życia, o które nikt inny się nie zatroszczy.

Na obwolucie poprzedniego tomu czekały na nas dwa urocze putta, bo też o wszelkich przejawach miłości wiele tam było. Z obwoluty II tomu spogląda na nas kostucha w koronie  (także rzeźba z kościoła św. Piotra i Pawła, którą oglądają bohaterowie), bo o śmierci w tej opowieści bardzo wiele. Na krążącej w necie okładce III tomu znów pojawią się putta... A ja znów będę czekała.

   Kristina Sabaliauskaitė,  „Silva rerum II”. Przeł.  Izabela Korybut-Daszkiewicz. Wyd Literackie. Kraków 2018.

sobota, 1 grudnia 2018

Sezon na golfy i gołe nogi

Grudzień. Nie ma co z tym dyskutować- zaczął się przedświąteczny stan podgorączkowy. Przed moją biblioteką od dwóch tygodni trwa świąteczny kiermasz (mamy z okna widok na karuzelę z reniferami i wielkie "Poznań EYE" oraz kramy z cenami z kosmosu).  W księgarniach  już od października następuje wysyp książek o świętach. I zrodziło się kilka pozaliterackich obserwacji dotyczących okładek...

Bohaterowie z okładek rzadko noszą czapki. Dziwne, bo zwykle na krajobraz jest śnieżny. Śnieg, mróz, a oni bez czapki? I choć już bardzo dawno nie było u nas śniegu na Boże Narodzenie (częściej bywał na Wielkanoc...), i "puchowy śniegu tren" jest raczej marzeniem i literacką fantazją, to mimo wszystko, z troski o bohaterów świątecznych opowieści, radziłabym nosić  nakrycia głowy. Bo co może bardziej zepsuć atmosferę  niż katar? Zwłaszcza gdy atmosfera robi się romantycznie ocieplona...

Może okładkowi bohaterowie są zmiennocieplni?! Bo jak inaczej tłumaczyć, że panie noszą grube golfy, wełniane skarpety i... gołe nogi? Zakutana pod szyją niewiasta, ogrzewająca ręce kubkiem z parującym napojem, obok malowniczo udrapowany pled, a ta z gołymi nogami!  I bez kapci!  Niestety, wiem z doświadczenia, że nawet skarpety z antypoślizgowymi wypustkami nie zstąpią bamboszy (chyba że chcemy za jednym zamachem przemieszczać się po domu i  froterować podłogę).  Taki styl (skarpety i gołe nogi) panuje też na wszelkich internetowych słitfociach i blogach lajfstajlowych. (Gdzie te czasy, gdy i ja chciałam być bjurtiguru  Wyglądaj i czytaj ?). Gdy cała społeczność siedzi w domu w dresach, wędruje po mieszkaniach w papuciach i zawija się w koce, okładkowe bohaterki spędzają leniwe popołudnia w swetrach o miękkich splotach, ale z gołymi nogami. Zrozum tu kobietę z okładki! Wiem, że choć wirtual zapewnia nas, że golf i gołe nogi to coś szalenie trendy,to  jedynie słuszną opcją w realu jest dres, koc i bambosze! Ale nie każdy wiedzie życie jak z okładki, które uzupełniają obowiązkowo  kominek, gorąca herbata i cytrusy- też bez specjalnego sensu, bo cytrusy jak wiadomo wychładzają organizm...I to, dlaczego tak chętnie zajadamy je zimą, zamiast pałaszować wędzone śliwki, pozostaje równie interesującą sprawą.
  
Wracając do tematu śniegu: autorzy świątecznych opowieści uparli się i nakazują swoim bohaterom brodzić w zaspach, przytulać się w zawiejach,  strącać sople z gzymsów  i strzepywać z rzęs wiszące na nich śnieżynki... Czy nie byłoby większym wyzwaniem napisanie świątecznej historii w anturażu, który jest bardziej realny- w chlapie, mżawce,  przy wietrze i  paskudnej temperaturze około zera? Każda historia wygląda ładniej w dodającym uroczych rumieńców mroziku, przy wirujących płatkach śniegu...  A co z prawdziwy życiem i błotem na ulicy? Co z tramwajem, do którego (jeśli już przyjedzie!) w godzinach szczytu nie można się dostać, bo każdy przytula pakę z galerii halowej? Co z  sąsiadem, który zamiast w leniwą sobotę puszczać cudnego Franka Sinatrę  robi szybki remoncik przy użyciu różnych wiertarek? Co z parującymi okularami i  głośnymi imprezami firmowymi w knajpie, do której właśnie się weszło na  spokojne pogaduchy z koleżanką? Wreszcie, co z ludźmi, którym los poskąpił luksusu kominka i uroczego zduna w pakiecie? Czy w takich warunkach nie ma szans na "świąteczne cuda"?  Rzucam wyzwanie! I oczekuję sensownej okładki:)

Powinnam jeszcze zalokować produkty i opisać stylizację ze zdjęcia. Proszę bardzo:
- bambosze góralskie
- skarpety garniturowe
- sztruksy po Wuju 

A tu kilka świątecznych propozycji lekturowych z lat ubiegłych:
Dla dzieci (choć nie tylko)  "Wigilia Małgorzaty"
 Dla dorosłych (lubiących happy endy) "Trafiony zatopiony"

czwartek, 22 listopada 2018

"Seans w Domu Egipskim" Ten Przybysz i Szczupaczyńska

Rok 1898 obfitował w ważne wydarzenia. Dla profesorowej Szczupaczyńskiej szczególnie bolesne było zamordowanie cesarzowej Sisi,  przybycie do Krakowa amoralnego artysty tfu! Przybyszewskiego oraz morderstwo, które wydarzyło się podczas seansu spirytystycznego w czasie zaćmienia księżyca.  Bowiem gdy siły metapsychozy krążyły wokół stolika, gdy siły witalne pchały szatańskiego Stanisława do pokoju sąsiedniego, gdy  jeszcze nie aż tak słynne medium czyniło swoje sztuki, gospodarz, zacny i szanowany lekarz, został otruty... 

Profesorowa chcąc nie chcąc bierze nie siebie ciężar śledztw, a przy okazji musi przygotować dom do świąt i radzić sobie  z fochami przemęczonej służącej Franciszki. Szczęśliwie, jako że  winni zbrodni mogą być tylko ci, którzy znajdowali się w Domu Egipskim, profesorowa nie musi kierować się do aż tak podejrzanych domostw jak podczas poprzednich śledztw. Ale z drugiej strony, czy przesiadywanie w kawiarniach, choćby nie wiadomo jak zacnych, a przede wszystkim wejście do szatańskiego lokum i spędzenie nowomodnej imprezy, jaką są huczne imieniny Sylwestra, w towarzystwie Tego Człowieka i jego świty nie jest czymś znacznie gorszym? Ale dzielna Zofia,  uzbrojona w srebrny ołówek, znajomość plotek i chęć odnalezienia prawdy, nie zawaha się przed niczym.  Co tu dużo mówić- odwiedzinami w jaskini zepsucia, w której rządy sprawuje sam Przybysz, zaskarbiła sobie szacunek i podziw! Poza tym, jako kobieta mająca już pewne doświadczenie, nie zawaha się ostro rozmawiać z pewnymi damami, czytać ich listów (także tych z krzyżykiem!), a nawet usiąść na krześle, choć nikt jej tego nie zaproponował! Wyrabia się Zofia, nie ma co!  Szczęśliwie pewną pomocą zacnej profesorowej może służyć Tadeuszek Żeleński, który zna dekadentów i ich "sztukę". Niechybnie pewna epoka się kończy...

Trzecia przygoda Szczupaczyńskiej jest pod względem intrygi chyba najlepsza (a może po prostu ja, wierna czytelniczka niejakiej Christie, najbardziej lubię takie zagadki z określona z góry liczbą podejrzanych). Pani Szymiczkowa, zręcznymi piórami swych pomocników Dehnela i Tarczyńskiego pisze jak zwykle dowcipnie, inteligentnie, mając do swej bohaterki i Krakowa tamtych lat pewien sympatyczny dystans.  Znów pojawia się "pacykarz" Wyspiański,  konserwatyści czytają"Czas", kolędnicy mówią słowami  spisanej przez Schillera "Pastorałki", a w listach (także tych z krzyżykiem!)  mieszają się wyznania Przybysza i pani Mniszkówny. Kraków jest coraz bardziej modern,  a profesorowa, choć przeświadczona o wyższości cesarskiego porządku świata, uchyla chyba drzwi nowym prądom. Bo  sylwester z Przybyszewskim to nie wszystko na co ją stać! Czekam, bo moim zdaniem, Zofia Szczupaczyńska powinna jeszcze głębiej wejść w świat bohemy!

 Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński (Maryla Szymiczkowa), "Seans w Domu Egipskim". Wyd. Znak. Kraków 2018.
Pierwsza przygoda profesorowej:
Druga przygoda profesorowej:

środa, 14 listopada 2018

"Strażniczka miodu i pszczół" z włoskiej wyspy

Malownicza  włoska na Sardynii,  lato,  morska bryza, słońce koloru miodu i brzęczenie pszczół. Kto tęskni za podobnym otoczeniem powinien sięgnąć po tę książkę.   Historię, która z jednej strony jest opowieścią o szukającej swojej drogi pszczelarce, czy raczej strażniczce pszczół, która po latach wraca do rodzinnej wioski , a z drugiej: pochwałą natury i miodu.  Główna bohaterka książki, Angelica, wędrująca przez lata od pasieki do pasieki, wraca  na Sardynię, by zmierzyć z paroma sekretami swojego dzieciństwa.  Odziedziczyła bowiem dom po kobiecie, która kiedyś była dla niej jak matka i przekazała całą wiedzę o pszczołach. Poza odnalezieniem starych zapisków opiekunki,  spotyka też  swoją pierwszą miłość- Nicolę, mężczyznę, który też nosi w sobie kilka tajemnic. Jednak nie tylko wspomnienia i dawne historie dotykają dziewczyny. Współczesność daje  o sobie znać choćby planami zagospodarowania wyspy, które mogą zrujnować  tamtejszy ekosystem. Angelica na początku niepewna swojej przyszłości i decyzji,  postanawia włączyć się w życie lokalnej społeczność, a jej zaangażowanie dziwi ja są samą. 
Opowieść o walce ludzi z planami korporacji, a także próbach  odnowienia dawnych uczuć to nic nowego. To elementy napędzające akcje, ale nie o akcję w tej powieści chodzi. Bo opowieść snuje się dość leniwie, a momenty kulminacji nie powodują dramatycznych zwrotów.  Najciekawszy jest w niej  urzekający klimat, tworzony opisami morza, przyrody i niezwykłych miejsc, takich  jak stare drzewo oliwne, zamieszkiwane przez endemiczne pszczoły.   Autorka umie pisać tak, że czytelnik błyskawicznie wchodzi w tworzony przez nią świat i wyobraża sobie piękno wyspy  i bogactwo przyrody.  Zresztą Caboni  sama mieszka na Sardynii i jest jej wspaniałą ambasadorką.  Czytając  jej opisy wyspy chce się tam pojechać i zobaczyć na własne oczy błękit morza, zieleń drzew i bogactwo kolorów kwiatów.  Dodatkowym elementem wyróżniającym tę powieść jest rozpoczynanie każdego rozdziału od charakterystyki różnych gatunków miodu.   Czytamy o różnych barwach miodu, o jego właściwościach wywoływania uśmiechu, łagodzenia stresu, zjednywania przyjaciół. Miód staje się czymś niemal magicznym- darem natury,  który leczy, koi i upiększa.  Lektura uświadamia jak wiele pracy i wiedzy potrzeba do zamknięcia w słoiku miodu. I że miód powinniśmy smakować  i zachwycać się jego barwą, konsystencją, stopniem scukrzenia  i zaskakującymi smakami, które ze sobą niesie.  A ponieważ ja miód jem najczęściej w wakacje, ta książka była pretekstem do powrotu do wakacyjnych wspomnień. I momentem dla marzeń o słońcu, morzu i słodyczy.

Cristina Caboni, "Strażniczka miodu i pszczół". Przeł. Karolina Stańczyk. Wyd. Muza. Warszawa 2018. 

środa, 7 listopada 2018

"O tym można rozmawiać tylko z królikami", młodzi wrażliwcy

 Czasem każdy z nas czuje się inny, niedopasowany do sytuacji, przewrażliwiony.  Słyszy i przeżywa więcej i dogłębniej. Bierze do siebie. Czuje się z tym dziwnie, albo źle. Jest zagubiony. Takie chwile przeżywamy wszyscy, ale czasem, gdy zdarzają się najczęściej jest czas dojrzewania. I właśnie do nastolatków kierowana jest tak książka. Książka obrazkowa, z małą ilością tekstu.  Bo tu nie ma niepotrzebnego słowa, zapychania stron tekstem. Pod tym względem książka jest świetna dla młodych czytelników, którzy nie chcą marnować cennego czasu na czytanie o drobiazgach. Od razu jesteśmy wprowadzeni w świat bohatera, który wbrew pozorom wcale nie jest królikiem. Książka mądra, bo nakazująca samemu wyciągać wnioski, interpretować i myśleć.  
Jedno co mnie zastanawia, to czy młodzież, która zwykle ma uczulenie na wszystko co "dzidziusiowe", a książki  obrazkowe kojarzy z literatura dla najmłodszych, sięgną po tę pozycję. Ale już po pierwszych stronach widać, że ilustracje (absolutnie nie "dzidziusiowe") są jednak przeznaczone dla starszego czytelnika, który wyrósł z przesłodzonych obrazków i nie boi się być królikiem .Warto.   

Anna Höglund, "O tym można rozmawiać tylko z królikami”. Przeł. Katarzyna Skalska. Wyd. Zakamarki. Poznań 2018.