piątek, 22 lutego 2019

"Inny rodzaj zła" prawie jak Christie


Statek, płynący na egzotyczne wyspy.  Skacząca z pokładu kobieta. Zamknięta grupa pasażerów. Coś Wam to przypomina?  Kryminał w starym stylu. A jeśli dodamy do tego jeszcze postać detektywa-amatora, którym jest sama Agatha Christie, to sprawa zaczyna wyglądać już naprawdę zachęcająco. Autor postanowił zrobić rzecz oczywistą,(aż dziwne, iż nikt na nie wpadł szybciej) i uczynił z królowej kryminału detektywa.
Christie płynie na wsypę z zdaniem przyjrzeniu się sprawie  pewnego zabójstwa i  sprawdzenia plotek o znawcy trucizn, mitów i czarnej magii. Ale już po drodze staje się świadkiem morderstwa, a gdy  pasażerowie schodzą z nią na ląd i wcale nie jest spokojniej, bo pojawiają się kolejne ofiary. Co więcej, życie samej Christie, która męczy się z pisaniem  „Zagadki Błękitnego Ekspresu”,  jest zagrożone.  Ci, którym ufano na początku stają się coraz bardziej podejrzani,  człowiek, o którym krążyły straszne plotki okazuje się straszny z zupełnie innego powodu.  I kufer, który przy wnoszeniu na statek był ciężki, teraz jest lekki. Zapiski egzaltowanego pisarza  mogłoby być źródłem informacji, ale giną. A do tego wszystkiego sama Christie, która cały czas przeżywa rozwód z mężem, śmierć matki i swoje zniknięcie (które szczegółowo zostało popisane w poprzedniej książce, "Królowa zbrodni”).  
Jest w tej książce ślad inspiracji  twórczością Christie, ale nie mam jej inteligencji i dowcipu. Oczywiście, nie wszystkie kryminały Agatki są równie dobre, (np. wspominania „Tajemnica Błękitnego Ekspresu” nie jest zbyt udana), ale mają pewien poziom, styl i klasę. Andrew Wilson  czerpie z niektórych wątków i postaci, ale wprowadza do książki naturalizm i dosadność, który nie łączy się ze światem Christie, bo ona nie tyle pisała o zbrodni (a już na pewno nie epatowała nią) , co tworzyła pewną aurę niedopowiedzianego niepokoju. I takiego klimatu mi zabrakło. Książkę można przeczytać w charakterze ciekawostki i dowodu na to, że  Christie cały czas inspiruje, ale  nie jest to powieść do koniecznego poznania. Poza tym geniusz Christie objawiał się też w tym, że widziała jak skroić i skrócić swojej powieści, a Wilson niepotrzebnie książkę przeciąga, wydłuża i rozbudowuje. To, co zbyt rozwlekłe nigdy nie służy kryminałowi.

Andrew Wilson, Inny rodzaj zła”. Przeł. Beata Hrycak. Wyd. Bukowy Las.  Wrocław 2018.

czwartek, 14 lutego 2019

"Paryska żona" i komu bije... serce

Być muzą i inspiracją dla artysty... Czasem by się chciało. Jednak życie dzielone z twórcą to nie tylko momenty szczęścia i szaleństwa. To codzienność,  decyzje, rachunki, wydarzenia znacznie mniej spektakularne i poetyckie. Trudy, które czasem bardziej rozdzielają, niż scalają. O takim związku jest "Paryska żona", opowieść o pierwszej żonie Heminway'a- Hadley Richardson. Poznali się, gdy ona miała 28 lat i myślała, że czeka ją los starej panny żyjącej z nadopiekuńczą matką.  On, osiem lat młodszy, był początkującym pisarzem, marzącym o wielkiej karierze i przygodach.Ona od początku dostrzegała w nim talent i wierzyła, że osiągnie sukces. Ślub dla części jej znajomych był wielkim szaleństwem. Przeżyli razem 6 lat i choć Ernest rozwiódł się z Hadley dla poznanej podczas trwania ich małżeństwa  Pauliny Pfeiffer, pod koniec życia miał twierdzić, że "wolałby umrzeć, niż zakochać się w kimś innym niż Hadley". 

Powieść Pauli McLain to historia miłości, szukania tematów, podroży (bo akcja powieści dzieje się nie tylko w paryskich mieszkaniach Gertrudy Stein, Ezry Pounda, na spotkaniach z Zeldą i Francisem Scottem Fitzgeraldami, ale także w Hiszpanii, Szwajcarii i Kanadzie). To historia kobiety (narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, czasem pojawią się rozdziały w trzeciej), która dla miłości jest w stanie wiele zrobić. Która stara się żyć z pięknoduchym artystą, nie przeszkadzać  mu w pracy, ale także nie zatracić siebie. Ich związek pełen był chwil trudnych i dramatycznych (najbardziej powieściowym, choć prawdziwym momentem jest ten, gdy Hadley gubi w pociągu walizkę z rękopisami Ernesta). Ale też momentów pięknych, radosnych i inspirujących. Bo w gruncie rzeczy to właśnie wiara w sukces pisarski, jaki żywiła paryska żona była tym, co pozwoliło także Ernestowi uwierzyć w siebie. Każde miało swoje  priorytety i ambicje, każde miało artystyczną duszę (Hadley myślała o karierze pianistki), jedno odniosło artystyczny sukces, drugie miało dość szczęśliwe życie.
Autorka tworzy w swojej książce obraz wyjątkowej kobiety- delikatnej i silnej jednocześnie, odrywającej swoją moc, ale także potrafiącej odpuścić, gdy wynik jest przesądzony. Kobiety, która wchodzi w nowe środowisko, ale w otoczeniu artystów stara się być swobodą amerykańską dziewczyną i nie udawać, nie pozować, jak inni. To historia wielkiej miłości i wielkiej prawdy o tym, że kochać to obdarowywać wolnością. To też opowieść o trudnych początkach kariery Hemingway'a, który zaczynał od prac dziennikarskich, a marzył o prozie. O poszukaniu tematów własnego stylu. O tym, że za sukcesem mężczyzny stoi kobieta.  

Książka bardzo ciekawa,  w której znajdziemy nie tylko dobrze nakreślone sylwetki głównych bohaterów, ale także rytm i rys międzywojennego, artystowskiego Paryża i rozgrzanej słońcem Pampeluny.  Opowieść o tym, że bycie muzą to wysiłek i wyrzeczenia. I bardzo dobry temat na powieść!

Paula McLain, "Paryska żona". Przeł. Anna Rojkowska. Wyd. Między słowami. Kraków 2016

czwartek, 7 lutego 2019

"Tego kwiatu jest pół światu", florystka, koty i faceci

Za moment walentynki, na około pogoda z rodzaju mocno nijakiego, więc najlepszym pomysłem na spędzenie chwili wolnego czasu jest sięgnięcie po komedię trochę romantyczną. Taką propozycją jest najnowsza powieść Marty Radomskiej. Wbrew temu, co czytamy na okładce, główna bohaterka i narratorka historii Maja, wcale nie ma aż takiego problemu z  podrywaniem facetów. Ledwo się z jednym rozwiodła (jesli wierzyć plotkom, oskubawszy go przy tym doszczętnie), to już na horyzoncie pojawia się kolejny egzemplarz. A i to nie koniec. Tym bardziej, że były mąż ginie w tajemniczych okolicznościach, Maja razem z bratem bliźniakiem biorą się za rozwiązywanie zagadki spadku po babci, a wszystkie te sprawy będą się łączyć jeszcze przez kota, którego znalezieniu towarzyszyć będzie spotkanie z policją,  interesującym brunetem i nieboszczykiem. I jest jeszcze pewien artysta od tatuaży, który również będzie miał coś do zdziałania w tej opowieści.  Wystarczająco zakręcone, aby dać trochę rozrywki w lutowe popołudnie?! 

Marta Radomska proponuje nam odwiedziny w świecie, w którym królują szalone przypadki, zbiegi okoliczności i chyba tylko kot może ze stoickim spokojem znosić kolejne wybryki losu i swojej pani. Jest tu trochę prostego kryminału, szczypta romansu, sporo humoru i bardzo wiele sympatii dla futrzaków.  Maja jest bohaterką po sympatycznemu narwaną, opowiadającą o swoich perypetiach z dużym dowcipem i dystansem. Ma też, co nieczęste w obyczajówkach, naprawdę fajną i normalną rodzinę i brata, z którymi łączy ją wciąż mocna więź emocjonalna, dająca bardzo dużo autentycznego ciepła. Są też przyjaciele, dzięki którym historia nabiera dodatkowego kolorytu.  Jeśli właśnie na taką, lekką i szaloną, trochę nieprawdopodobną opowieść mamy ochotę, oto jest! Można też przy okazji sprawdzić się jako psycholog, bo pewien bohater od samego początku jest,(a przypominam, że mamy tu do czynienia z elementem kryminału), mocno podejrzany!  Książkę czyta się lekko, łatwo i przyjemnie, choć dla mnie można by ją było śmiało skrócić o sto stron, usuwając zwykle dowcipne, ale niewiele wnoszące do fabuły monologi bohaterki dotyczące jej codziennych czynności. Jestem też mocno odporna na koty (polonistka i bibliotekarka, której oczy się nie świecą na widok puchatej kulki? To możliwe!), więc bez żalu przelatywałam wzrokiem wszystkie opisy tornad i spustoszeń, czynionych przez Lokiego. 

To pierwsza cześć cyklu, który wydawca zapowiada na skrzydełku książki, a drugi tom ma na okładce tego samego kota, więc można oczekiwać, że mimo happy endu, na Majkę czekają jeszcze kolejne wyzwania i przygody. Dziwiłabym się, gdyby było inaczej, bo to postać świetnie pasująca do tego właśnie obyczajowo-kryminano-homorystyczno-romantycznego świata. I jeśli ktoś lubi w ten zimowy czas w taki świat wejść i poczuć trochę letniego skwaru i emocji miłosno-kryminalnych, to droga wolna!

Marta Radomska, Tego kwiatu jest pół światu. Wyd. Czwarta strona. Poznń 2019.

sobota, 2 lutego 2019

"Muzyka twojej duszy" amoroso bez dolce

Gdy zabierałam się za tę książkę myślałam, że to kolejna tzw. cieplutka obyczajówka z cyklu ona, on, oni i  happy end. Czekało mnie zaskoczenie. Bo choć autorka przedstawia losy dwójki bohaterów i czytelnik jest pewien, że w jakiś sposób ich losy się połącza, nie jest to aż tak oczywiste. 
 Jego, Igora, poznajemy w czasach, gdy polonez był szczytem szczęścia, a za  zwykłe zakupy płaciło się tysiące złotych. Chłopak ze wsi patrzy na świat trochę inaczej, bo najchętniej przez obiektyw aparatu. Dzięki znajomości z koleżanką ze szkoły Kamilą wierzy w swoje możliwości i zaczyna ufać, że marzenia o innym życiu są możliwe. Ale  tragiczne wydarzenie sprawia, że chłopak znów traci sens. Jednak wiara (także pań z biblioteki, które wspierają bohatera i nie są stereotypowymi babami w pulowerach!) w talent chłopaka sprawia, że Igor znów podejmuje studia i w Warszawie spotyka nową,fascynującą dziewczynę. 
Ona, Isabel, jest światowej sławy pianistką, która mimo wielu zaproszeń unika koncertowania w Europie. Jednak na skutek próśb i zbiegów swojej przyjaciółki wiolonczelistki i partnera, decyduje się na  występy na starym kontynencie. Isobel poznajemy w czasie współczesnym. 
I przeskakując między bardziej historyczną opowieścią o Igorze i jego nowej towarzyszce, a współczesnymi losami pianistki powoli zaczynamy łapać punkty styczne. Jedna historia wyjaśnia drugą. Kto spodziewa się powieści o miłości bez problemów i zgrzytów, ten się zawiedzie. Mamy tu związek dwóch osobowości, z których każdy ma swoje pasje i marzenia. Czy można dla drugiego człowieka zrezygnować z czegoś, co stanowi o kolorycie życia i być w pełni szczęśliwym? Czy miłość powinna dopuszczać, że aparat albo instrument bywa rywalem w walce o wspólny czas i priorytety? Pytania, które stawia Agnieszka Lis absolutnie nie są banalne, a odpowiedzi nie są łatwe. Zostanie po tej książce coś do przemyślenia.  
Wartością dodana książki są opisy prób i pracy instrumentalistów,bo bardzo rzadko mamy do czynienia w literaturze popularnej z opisami tego, jak muzycy dyskutują nad swoją praca. A warto o tym przeczytać, gdyż dla wielu z nas muzyk ma po prostu grac to, co jest zapisane w nutach. Niuanse interpretacji utworów, subtelne różnice tempa, jaśniejsze i ciemniejsze tony instrumentów to kuchnia pracy muzyków, której efekty podziwiamy w salach koncertowych. O tych dyskusjach, które składają się na najpełniejsze brzmienie utworu i indywidualny rys każdego wirtuoza Agnieszka Lis, pianistka, pisze bardzo ciekawie. Jest też w książce lista utworów, nad którymi pracuje bohaterka powieści, więc można sobie urządzić  czytanie  z muzyką w tle (tyle tylko, że muzyka może po chwili przestać być tłem i zaangażować cała naszą uwagę - mówię z własnego doświadczenia, bo nie umiem czytać przy muzyce). Biorąc pod uwagę jak ważne miejsce zajmuje muzyka w tej książce trochę dziwi, że tytuły utworów nie zostały w tekście wyodrębniane graficznie, a fakt, że  tytuły obrazów są pisane kursywą i  playlista na końcu  również kursywą,  sprawia, że taki zabieg redaktorski jest dla mnie całkowicie niezrozumiały.  Pomijając ten drobiazg, książkę polecam, bo śledzenie dojrzewania bohaterów, rozwoju ich uczucia i walki o realizację marzeń oraz związanych z tym kosztów jest naprawdę ciekawe. A i ludzie, pomagający na ich drodze zakreślenia są interesująco.  Agnieszka Lis kończy książkę w momencie, który domyka trzy historię, jego, jej i ich. Historie bez wątpienia miłosną, ale bardzo życiową i nie przesłodzoną.   

A to jeden z utworów, nad którym pracują Isobel i Olena. 



Agnieszka Lis, "Muzyka twojej duszy". Wyd .Czwarta strona. Poznań 2019.

wtorek, 29 stycznia 2019

"Ale musicale!", ale książka!

Musical. Przez lata traktowany  (także przez badaczy*) po macoszemu, bo co to jest? Zlepek wypadkowych kultury: trochę  jazzu, trochę  operetki, trochę  literatury, trochę widowiska. Marny materiał na wielkie dysertacje. Ale patrząc na rozwijające się teatry muzyczne,  powstające blogi i fora musicalowe, dziś trzeba być bardzo krótkowzrocznym, aby nie doceniać ekspansji gatunku. Gatunku, który z eklektyzmu zrobił swoją największą wartość.  Bo to właśnie musicalowi bohaterowie śpiewają rap w kostiumach z dawnych epok, zapuszczają się do paryskich oper (i biografii Mozarta),  romansują z filmami i wampirami.   Konwencje musicalu są tak szerokie, że mieści się w nich chyba wszystko, od latających na parasolu  piastunek, przez hippisów  i  wrzuconych na nowojorskie ulice szekspirowskich bohaterów, aż po koty.   To połączanie (w którego skład wchodzi też gigantyczna machina produkcyjna i promocyjna)  zawładnęło światem teatru. Bo gdy operetka umarła śmiercią naturalną wraz ze schyłkiem Austro-Węgier i belle epoque, gdy opera reinterpretuje swoje najwspanialsze dzieła sprzed  przynajmniej stu lat (komponuje się oczywiście nowe opery, ale konia rzędem, albo Ferrari z pełnym bakiem temu, co wskaże który współczesny tytuł będzie tak popularny jak "Traviata", "Carmen" czy "Tosca"), musical jest naturalnym kontynuatorem tradycji teatru muzycznego. Teatru tak chętnie odwiedzanego przez widzów, bo bardzo im bliskiego. Teatru, który poza  reagowaniem na to, co dzieje się w kulturze, sztuce i polityce, ma też swoje tradycje i zaplecze, czego dowodem jest bardzo potrzebna i ważna  publikacja Daniela Wyszogrodzkiego.
Blisko 600 stron  to swoisty leksykon musicalu.  Autor,  w układzie alfabetycznym, zamieścił  teksty o twórcach (kompozytorach, wykonawcach),  musicalach, a także  terminy, dotyczące działalności teatru musicalowego, który dorobił się własnej nomenklatury.  Najciekawsze dla czytelnika są same musicale, ale kto spodziewa się rozbudowanych streszczeń fabuły ten się zawiedzie. Daniel Wyszogrodzki postanowił każdemu z tytułów poświęcić esej dot. genezy utworu, jego  recepcji (także w Polsce), a także wielu ciekawostek, które dotyczą musicalu w jego warstwie literackiej, muzycznej i scenicznej. Wstępem do każdego tekstu jest wyodrębnione graficznie przedstawienie najważniejszych  informacji: dat, obsady, nagród, tytułów najważniejszych piosenek.  Te eseje musicalowe są napisana z olbrzymim znawstwem tematu i świadomością materii, dzięki czemu są fascynującą  podróżą do krainy  do  teatru, muzyki i …pieniądza.  Publikacja Wyszogrodzkiego   jasno pokazuje,  jak wielkim biznesem jest  teatr muzyczny (świadczy o tym już motto książki) i jak wiele  spraw związanych z kasą,  marketingiem i promocją  stoi za sukcesem tytułu.   Czyta się  to fantastycznie, bo autor swoją wiedzę przekazuje w sposób bardzo przystępny, dowcipny i przesiąknięty wielką  pasją i sympatią do gatunku. Dla tych, którzy lubią musical to pozycja obowiązkowa i to z gatunku tych, które powinny być na półce w domu, bo niej jest to tylko książka do przeczytania na raz, ale do wielokrotnego powracania i wertowania. Wspomniany brak streszczeń (jest coś w rodzaju rysy fabularnego) może być minusem dla tych, którzy po tę książką sięgną przede wszystkim po to, by dokładnie dowiedzieć się o czym są najsłynniejsze musicale. Ale jest wielka szansa, że czytając eseje i różnorodne zestawienia  zostaną porwani przez czar teatru muzycznego, a brak fabularnych szczegółów wynagrodzi im szeroki kontekst poszczególnych tytułów**.

Niewątpliwym plusem publikacji Wyszogrodzkiego jest  mówienie i o hitach gatunku, i nowych premierach. Nie można mówić o musicalu bez "Statku komediantów", "Skrzypka na dachu" czy "Kotów", ale nie można zrozumieć jego rozwoju bez choćby "Hamiltona" czy "Króla lwa". Wyszogrodzki wiele miejsca poświęca współczesnym musicalom i to świadczy o tym, jaką przyszłość ma ten rodzaj teatru.  Gdy czytamy książkę  "Przetańczyć całą noc" z 1979 roku (którą można trochę porównać  do "Ale musicale!", bo jej autor, Antoni Marianowicz, też był fanem, znawcą i tłumaczem musicali, a jego książka ma dość podobny układ i popularny charakter)  dowiadujemy się, że w musicalu nie dzieje się  zbyt wiele, ale jest nadzieja w postaci młodego Andrew Lloyda Webbera... I to już pokazuje jak bardzo zmienił się gatunek i że kolejne publikacje na jego temat, zwłaszcza tak dobrze napisane, są stale potrzebne.  A swoja drogą ciekawe, co i kto napisze z kolejne 40 lat… I czy w tym zestawieniu pojawi się  więcej polskich tytułów, bo  dziś musical nad Wisłą to nie tylko "Metro", ale  "Polita", "Piloci" i cały teatr Wojciecha Kościelniaka.  A co będzie dalej?  To przyszłość.  Teraźniejszość wygląda tak, że  "Ale musicale!" to niezbędnik. I nie tylko  dla widzów serialu "Glee" i  wyczekujących w każdą  środę nowych piosenek Studia Accantus, bo Wyszogrodzki twierdzi, ze musical to doskonały początek dla innych teatralnych i muzycznych przygód. Nie sposób się z nim nie zgodzić!

Daniel Wyszogrodzki, "Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018". Wyd. Marginesy. Warszawa  2018

* Gdy ponad dekadę temu mówiłam znajomym, że piszę pracę magisterską o "Upiorze w operze" i musicalu, jedni patrzyli na mnie z politowaniem/wyższością, drudzy z autentycznym smutkiem stwierdzali, że będzie trudno, bo chyba brakuje opracowań na ten temat. Faktycznie, nie było tego dużo.

**Idealnym układem jest dla mnie ten zaproponowany przez Piotra Kamińskiego w  "Tysiąc i jednej operze", czyli najpierw biografia kompozytora, potem chronologicznie ułożone dzieła, a w obrębie każdego tytułu informacje o premierze, pierwszej obsadzie, potem treść, historia i komentarz oraz wybrana dyskografia.  Ale praca Kamińskiego to dwa opasłe tomiszcza, które (mimo fantastycznego i dowcipnego stylu autora) trudno nazwać książką na dobry początek przygody z teatrem muzycznym.  

wtorek, 22 stycznia 2019

"Pora na miłość" cztery kobiety, cztery odsłony uczycia i Wroclove

"Nie zakocham się tej wiosny już w nimi.  (...) Zakochałem ja się zimą już wcześniej".  Przybora oczywiscie :)

 Każda pora roku  może być porą miłości- piosenkowa wiosna, gorące lato, barwna jesień i śnieżna zima. Cztery pory roku, cztery bardzo różne bohaterki, cztery rożne opowieści o miłości, która stanowią oddzielne opowieści, łączące się tylko kilkoma punktami. Malwina Ferenz zaprosiła czytelniczki do Wrocławia i pozwoliła nam przebywać tam  przez cały rok. Wrocław jest miastem  przyjaznym i u wielu osób wywołującym dużo dobrych skojarzeń i wspomnień (robiłam tam podyplomówkę, więc mi kojarzy się bardzo dobrze), ale historie opisane przez autorkę mogłyby zdarzyć się wszędzie... Ale dzieją się tam, gdzie "mkną po szynach niebieskie tramwaje", a autorka ma dla swojego miasta bardzo wiele sympatii, która udziela się czytelnikom. Lecz zanim ruszymy do Wrocławia, poczytajmy...

Powieść zaczyna się latem, gdy gdy świeżo upieczona absolwentka liceum szuka pomysłu na studia i zastanawia się nad tym, czy kiedyś się zakocha. Jak można się spodziewać, stanie się to tego lata, a jej tajemniczy wybranek z internetu zaskoczy bardziej, niż Kaśka może się spodziewać. Jesień to opowieść o Anieli, żonie i matce, która promieniuje optymizmem. I tego usposobienia nie zmieni nawet aresztowanie męża, informacja o jego zdradzie i strata pieniędzy. To z pewnością bardzo poruszająca historia i temat bardzo rzadko poruszany w tzw. kobiecej obyczajówce- bycie żoną malwersanta i skrajne towarzyszące temu emocje... Zimowa historia Magdy to z kolei opowieść o kobiecie, która po degradacji w pracy postanawia otworzyć swój, bardzo oryginalny, interes. I choć nastawia się na pomoc innym, to u jej drzwi pojawi się mężczyzna, który kiedyś był dla niej ważny, a teraz może zmienić jej życie. Julia jest bohaterką wiosennej opowieści, kobietą która ma prawie wszystko- wspaniałego męża, wysokie stanowisko, apartament i pieniądze. Postronnym wydaje się, że  pełni szczęścia prężnej dyrektorce banku brakuje dziecka, ale w głębi serca Julia  czuje, że powinna coś w życiu zmienić i nie odnosi się to wcale do powiększenia rodziny.

 Mamy w książce Malwiny Ferenz miłość nastoletnią, oczekującą i niewinną, mamy dwie wystawione na ciężkie próby miłości małżeńskie (te historie zainteresowały mnie najbardziej), mamy też historię o tym, że czterdziestka to dobry moment by przewartościować swoje życie. Bohaterki są sympatyczne, psychologicznie prawdopodobne, a to, że ich  historie trwają  po kilkadziesiąt stron (a nie kilkaset) jest w moich oczach dużym plusem, bo nie naraża opowieści na rozwlekłość.  Historie łączy  kilka punktów, które pokazują, że nawet w dużym mieście sieci powiązań są mocne Np.  mąż Julii uczy Kaskę historii, a matka Magdy zna Anielę. To, że historie nie zapętliły się ciaśniej wcale mi w czytaniu nie przeszkadzało i pozwoliło chwilkę podumać nad każdą opowiedzianą historią i bohaterka. Książkę czyta się lekko i przyjemnie, Ferenz pisze z humorem, często pewne wątki czy ciekawostki dot. Wrocławia rozwijając w przypisach (szczerze mówiąc nie pamiętam, czy w jakiejś innej książce autorka była tak aktywna w przypisach).  Powieść z dobrym, choć nie jednoznacznie cukierkowym, zakończeniem. I to aż czterokrotnym. Pokazująca, że każda pora roku i każda pora życia może być dobra na zmiany, oderwanie się rutyny i, oczywiscie,  miłość. 
Nowa książka tej autorki niebawem na półkach, chętnie przeczytam!

Malwina Ferenz, "Pora na miłość. Wyd. Filia. Poznań 2018.

czwartek, 10 stycznia 2019

"Łzy pajaca" melo-kryminał: emocje,śmierć i opera


Arnoldoi Vezzi  jest najbardziej znanym tenorów lat 30. Uwielbia go cały operowy świat i sam Duce. Znany jest z cudownego głosu, umiejętności aktorskich i...fochów . Znalazłoby się więc paru, którzy go nie lubią i są skłonni go zamordować. Ale kto to zrobił? I to na moment przed jego wejściem na scenę w roli Cania w "Pajacach". Sprawę ma rozwikłać komisarz Luigi Alfredo Ricciardi. Policjant rzeczowy, zamknięty w sobie. Elegancji arystokrata, który ma  niezwykły dar- widzi ofiary w ostatniej chwili ich życia. Jednak bardziej niż nadprzyrodzone moce, potrzebne będą tu  typowe zdolności śledcze. Riccardi stara się więc poznać życie ofiary (a przy okazji jego fascynującą żonę), a przede wszystkim  zrozumieć świat opery, co jest dla niego bardzo trudne, bo opery nie lubi.  Nieoczekiwanie przewodnikiem po tym świecie staje się ksiądz-meloman, który doskonale zna nie tylko libretta oper, ale także  ploteczki ze świata muzyki.  Informacje o  śpiewakach, a także streszczenia dzieł granych na scenie  neapolitańskiego teatru San Carlo będą bardzo przydatne. Bo, jak to często w zbrodni i operze bywa,  najważniejsze są emocje.  

 "Łzy pajaca" to kryminał w starym stylu. I to nie tylko dlatego, że  jest typowym kryminałem retro z próbą powrócenia do atmosfery i nastrojów Neapolu lat 30. Przede wszystkim dlatego, że akcja toczy się w swoim tempie,  skupiając w największej części na wątku kryminalnym, a nie życiu osobistym komisarza.  Czytelnik może próbować rozwiązać zagadkę,  do której rozwikłania bardziej niż niezwykle zdolności śledczego i głosy z zaświatów, przyda się znajomość osi dramatycznych  dzieł werystów.   Sięgnęłam to tę książkę właśnie przez nawiązania do opery i przyznam, że autor świetnie  wykorzystał  operowe wątki. Z resztą wybrane przez niego tytuły- "Rycerskość wieśniacza" i "Pajace" to przecież historie kryminalne, więc mamy do czynienia nie tylko  (jak w przypadku "Pajaców" z teatrem w teatrze), ale kryminałem w kryminale.  Nastrój, bohater, oszczędny sposób pisania i prowadzenia narracji i te operowe smaczki przekonały mnie do tej propozycji i czytałam naprawdę z duża przyjemnością.  Tym bardziej, (informacja zupełnie użytkowa)  że czcionka wyjątkowo dobra do czytania. 

I jeszcze  słowo o okładce, która jest wyjątkowo klimatyczna i świetnie odpowiada  temu co w środku. I sama w sobie jest operowym smaczkiem. Bo spogląda z niej na nas Enrico Caruso. Nie dość, że król tenorów początku XX wieku, to jeszcze postać  bardzo związana z Neapolem (tam się urodził i tam zmarł, bo krwotoku w nowojorskiej MET). I dlatego to w jego interpretacji  najbardziej znana aria z "Pajaców", której książkowy tenor nie zdążył zaśpiewać...  A tak na marginesie- uwielbiam tę arię!

   
Maurizio de Giovanni, "Łzy pajaca". Przeł. Maciej A. Brzozowski. Wyd. Noir sur blanc. Warszawa 2018.