piątek, 16 sierpnia 2019

"Siedmiu mężów Evelyn Hugo"- kalkulacje gwiazdy i bestsellera

O tej książce było bardzo głośno i zachęcona entuzjastycznymi opiniami, przeczytam.  Bez zachwytu. Kolejny dowód na to, że czasem rozgłos nie służy książce, bo apetyt rośnie, a literackie danie nie smakuje tak bardzo...  Dlaczego chciałam tę powieść poznać? Bo bardzo lubię stare Hollywood, a książki o artystach zazwyczaj mi się podobają. Tyle tylko, że choć tytułowa Evelyn Hugo jest aktorką, nie jest artystką. I może to jest pogrzebany mój brak zachwytów? 
Od początku. Leciwa Hugo,gwiazda filmowa, proponuje dziennikarce napisanie jej biografii. Ani Monique, ani jej szefowa nie ma pojęcia dlaczego stara aktorka wybrała właśnie tę, nieznaną nikomu, osobę. I przez sporą część książki, która toczy się w dwóch planach- planach życia Hugo i rzeczywistości pisania biografii, to właśnie pytanie, co łączy gwiazdę z dziennikarką było dla mnie najbardziej zajmujące. Domyśliłam się gdzieś w połowie i  potem czytałam po to, by się utwierdzić.  
Życie gwiazdy podzielone jest na 7 rozdziałów, nazwanych imionami kolejnych mężów. I jest to życie smutne i pełne pozorów. Pewnie dlatego ta książka mnie nie porwała, bo główna bohaterka prowadziła życie pełne wyrachowanych kalkulacji. Wcześnie nauczyła się, że świat to wielki bazar, ona miała głowę do interesów i miała czym handlować. Uroda była jej przepustką do świata filmu, do bycia nie tyle aktorką, co wylansowaną i wyrachowaną gwiazdą,.
 Jeśli ktokolwiek spodziewał się (a ja się spodziewałam), że jest to książka o tworzeniu czegoś: roli, postaci, to się zawiedzie. Jeśli coś tu się tworzy, to tylko markę Evelyn Hugo, żywy produkt fabryki snów. To oczywiście jasne, że bycie gwiazdą jest pełne kalkulowanych działań, decyzji podejmowanych nie przez samą aktorkę, co sztab jej ludzi, że blichtr, paparazzi i ustawki są codziennością. Że ciągle się gra samą siebie. Że kobieta w świecie wielkich karier i gigantycznych pieniędzy jest tylko trybikiem maszyny kierowanej przez mężczyzn. Trudno, mnie to nie porwało.  Nie zachwyciła mnie bohaterka, nie polubiłam jej, jej losy mnie nie zajmowały, choć trzeba przyznać, że książkę czyta się bardzo szybko (może dlatego, że jest w niej trochę wypełniaczy w postaci opisu strojów?). Ciekawym zabiegiem jest włączenie w narrację artykułów prasowych, które nie tylko popychają akcję, ale także pokazują sposób mówienia o gwiazdach- żeby było szokująco, przyciągająco, często złośliwie i nie do końca merytorycznie.  Elementem, który być może miał sprawić, że książka zyskała rozgłos jest to, że poza mężczyznami, Evelyn kochała też kobietę i była to jej chyba jedyna, choć również pełna kalkulacji i pozorów, miłość.  Ale ani siedmiu mężów (facetów w większości nieciekawych i kreślonych  szybko i powierzchownie, tylko jako trzecioplanowe tło dla gwiazdy), ani ukochana,  nie przekonało mnie do tej powieści. Cóż, reklama tej książki była odbiciem jej zawartości.  Książka o promowaniu gwiazdy i kampania promująca bestseller. Przypadek?

A co do gwiazd- podczas wakacji przeczytałam inną powieść inspirowaną życiem prawdziwej gwiazdy. I to była dobra rzecz. Niebawem o niej napiszę! 

Taylor Jenkins Reid, "Siedmiu mężów Evelyn Hugo". Przeł. Agnieszka Kalus. Wyd. Czwarta Strona. Poznań 2019.

piątek, 19 lipca 2019

"Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki" prowansalski kraj lat dziecinnych

Francuzi mają niezwykłą umiejętność pisania o dzieciństwie. Mikołajek, którego znają wszyscy, popularne rodzeństwo Jaśków, to fantastyczny świat dzieci, z ich radościami, problemami i codziennością. Jednak w tych przypadkach  o dzieciach dla dzieci autorzy piszą z dziecięcej perspektywy, w ich imieniu. Marcel Pagnol w swoich wspomnieniach powraca do dzieciństwa z całym bagażem doświadczeń prawie osiemdziesięcioletniego człowieka, który znów pojawia się w mitycznej krainie swoich chłopięcych zabaw. I pisze książkę, zachwycającą każdego, kto dzieckiem był. Pagnol miał w planach spisanie czterech tomów wspomnień, prace nad ostatnim przerwała  mu śmierć, ale my możemy cieszyć się wydaniem dwóch pierwszych części cyklu „Chwała mojego ojca” i „Zamek mojej matki”, które złożone w jednej książce stanowią fantastyczną rozrywkę i  powrót do czasów beztroski i wiary, w to że tata może dokonać każdej wielkiej rzeczy, a urok mamy oczaruje nawet strasznego właściciela zamku. Książki, w której ciepło gawędy łączy się za palącym słońcem lata, a z każdego zdania bije zachwyt nad radością istnienia, obcowania z pięknym światem i dobrymi ludźmi.

Marcela i jego rodzinę poznajemy gdy mieszkają w Marsylii. Wiek dwudziesty jest jeszcze nowym wiekiem, szanującym zasady i obyczaje czasów przeszłych. Codzienna nie-zwyczajność domu chłopca może nam nieco przypominać przygody Mikołajka, ale to złudne wrażenie za chwilę się zmieni. Lato Marcel z rodzicami, rodzeństwem i wujostwem  spędza na prowansalskiej wsi. Wśród wzgórz, migdałowców i lawendy czekają na chłopca Przygody przez duże P. Zabawy w Indian z młodszym bratem, poznawanie nowych miejsc, wreszcie udział w polowaniach. I choć w dobie poprawności ekologicznej polowania wydają się makabryczną rozrywką, czytając opisy widzimy, że to typowo męskie zadanie stanowiło rytualne przejście dziecka w chłopca, aspirującego do roli mężczyzny. Upolowanie przez ojca Marcela dwóch bardzo rzadkich kuropatw skalnych staje się powodem jego tytułowej chwały.
Marcel tropiąc ptaki poznaje Lily, prowansalskiego chłopca, z którym zwiąże go prawdziwie „chłopacka” przyjaźń. Nowy przyjaciel będzie częstym gościem w jego domu, ale także przewodnikiem chłopca z miasta po zakątkach wzgórz. To on będzie wtajemniczony w plan ucieczki Marcela, która miała go uchronić przed powrotem do szkoły. Marcel jednak nie zostanie „Póstelnikiem ze Wzgórz” rzekomo z powodu zbyt małej ilości wody, uniemożliwiającej higienę. A tak naprawdę dlatego, że nie mógłby żyć bez rodziny. Bo rodzina jest dla chłopca oparciem i szczęściem. A dom miejscem, do którego zawsze się wraca.  Ojciec jest prawie nadczłowiekiem. Prowadzący z nim rozmowy wujek, gorliwy katolik, zawsze w rozmowie z ateistą dojdzie do porozumienia. Psotny brat Pawełek, piękna i dobra Mama-wszyscy tworzą cudowny mikroświat Marcela, w którym ten czuje się szczęśliwy i bezpieczny.
Na ostatnich kartach książki widzimy co będzie się działo dalej. Marcel traci matkę i jego świat się rozsypuje. Dużo później w pracy filmowca powraca do Prowansji. Wracają do niego obrazy rodziny maszerującej bok kanału, ojca ze strzelbą,  uśmiechniętej i pogodnej matki. Odżywają wspominania z czasów, gdy mógł robić wszystko. I teraz zapisuje je, by przywołać atmosferę sprzed lat i siebie z tamtych dni.
Prowansja staje się arkadyjską krainą zabaw, przyjaźni i przygód, gdzie ludzie  z reguły są dobrzy i szczerzy. Pagnol wraca do miejsc beztroski i prowadzi nas tymi samymi ścieżkami, po których biegał kilkadziesiąt lat temu. Ale narracja, mimo lekkości i pozorów prowadzenia jej z perspektywy chłopca, jest  popisem w pełni dorosłej sztuki pisarskiej. Opisy przyrody, metafory, humorystyczne charakterystyki, odnośniki historyczne i polityczne czynione są przez dorosłego, który z tego chłopca wyrósł. A że z Marcel wyrośnie człowiek ciekawy świadczy już jego dziecięce hobby. Chłopiec namiętnie czytał książki przygodowe, ale przede wszystkim zbierał słowa. Do jego kolekcji trafiały słowa o ciekawym znaczeniu, pięknym brzmieniu, ale także ze wszech miar niezwykłe. Swoimi znaleziskami dzielił się Lily, a nawet w imię najwierniejszej przyjaźni i zaufania ofiarował mu najdłuższe słowo ze swojej kolekcji „antykonstytucyjny”. To upodobanie do słów pozawala nam dostrzec w biegającym po wzgórzach chłopcu przyszłego pisarza, kogoś, komu słowa na zawsze pozostaną drogie. Ze słowami i przyjaźnią łączy się też piękny fragment książki, gdy chłopcy piszą do siebie listy. Lily przysyła pełen błędów ortograficznych i kleksów list na kartce wyrwanej z zeszytu. Najważniejsze są jednak zawarte w nim informacje o wzgórzach i kuropatwach. Marcel odpisuje, brudnopis daje do sprawdzenia tacie, mozolnie przepisuje na nowej papeterii. Ale tuż przed zaśnięciem patrzy raz jeszcze na to, co przysłał mu przyjaciel. I widzi coś co dostrzega tylko wrażliwe, zaprzyjaźnione dziecko. Wstaje, wyrywa kartę z zeszytu, przez dwie godziny przepisuje list, powielając błędy ortograficzne Lily i ozdabia  kartkę kleksami. Dopiero  tak spreparowaną epistołę może z czystym sumieniem wysłać swemu druhowi.
My, choć wychowani wiele lat później i tysiące kilometrów dalej, czujemy pewną łączność z autorem. Bo każdy miał swoją krainę dzieciństwa, swoje zarośla, z których wychodził z poranionymi nogami, swoją studnię i swojego wiernego towarzysza, do którego pisał listy z domu. Urodę i przygodę bycia dzieckiem Pagnol opisał wspaniale i każdy, kto chciałby powrócić do tego mitycznego okresu powinien to przeczytać.

Marcel Pagnol, "Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki".  Przeł. Małgorzata Paszke, Paweł Prokop. Wyd. Esprit. Kraków 2010.

piątek, 12 lipca 2019

"Trafiknat" młodość w brunatnych czasach

Po przeczytaniu    "Całego życia"   nie mogłam się doczekać, aż na naszą biblioteczną półkę trafi kolejna książka autora. W końcu dorwałam. To książka, na która warto czekać, bo sposób snucia opowieści, z jednej strony prosty, z drugiej dający do myślenia, bardzo mi się podoba.
O ile jednak w poprzedniej książce mieliśmy do czynienia z bohaterem u schyłku życia, o tyle "Trafikant" jest historią o wchodzeniu w dorosłość i wyborach ludzi młodych. Przy czym wcale nie znaczy to, że nie ma tu bohaterów starszych: są i to aż trzech.  Młodego Franza,  który do Wiednia przybywa z prowincji i  zaczyna terminować u trafikanta, otacza doświadczenie aż trzech osób, które już swoje przeżyły. Matki, z którą w listach wymienia się uwagami na temat zmieniającego się świata i miłości. Starego trafikanta Ottona Trsnjeka, od którego uczy się sztuki prowadzenia sklepu za papierosami i gazetami oraz  wierności sobie. Wreszcie Zygmunta Freuda, z którym rozmawia o kobietach, (których najtęższe głowy nie pojmują)  i przyszłości.  Franz żyje problemami każdego młodego mężczyzny-  poszukuje miłości, znajduje uroczą Czeszkę, jednak nie jest to historia jak z romansu  lub pisma dla pań… Do tych pokoleniowych rozterek dochodzą  inne: polityczne i historyczne.  Oto bowiem Hitler coraz głośnej szczeka, ulice robią się coraz bardziej brunatne, a rzeźnik ze sklepu obok szerzy pisane juchą hasła antyżydowskie.  Dzięki wskazówkom tych trzech osób, Franz dojrzewa.  
Autor  (wespół z tłumaczem) kolejny raz opisuje  historię słowami, które znaczą i których nie trzeba zbyt wiele. Wyobraźnia czytelnika pracuje pobudzana opisami momentów niemal metafizycznych (historia ćmy), awanturniczych, romantycznych i tych, w których trzeba się było zachować odpowiednio. "Trafikant" to historia o przechodzeniu pokoleń, o zachowaniu wzorców, o przyjaźni, o zmianach i stałych. O młodzieńcach i dziewczynach, o matkach i doświadczonych  sklepikarzach, o profesorze, który leczy mózgi, choć sam wątpi w logikę otaczającego go świata. O trafikancie i jego następcy, który trafikantem się staje.  O byciu odważnym i prawym.  Książka inwertująca, mądra i pięknie napisana.  Chcę więcej!
 Za tydzień polska premiera będzie filmu… zobrazuje ciekawą historie, ale chyba nie przełoży języka opowieści. Choć może się mylę…

Taki cytat na zachętę:
"Pytasz mnie, czy wiem coś o miłości.Prawda jest taka, że nie wiem nic. Chociaż jej zaznałam. Nikt nie wie nic o miłości. A jednak większość nas już jej doświadczyła. Miłość przychodzi i odchodzi, pojęcia o niej nie masz wcześniej,pojęcia o niej nie masz później, a już najmniejszego pojęcia nie masz wtedy, kiedy trwa. I dlatego powiem Ci tylko jedno: nikt się nie nadaje do miłości, a mimo to,a może właśnie dlatego porwie każdego z nas w którymś momencie."

Robert Seethaler, "Trafikant". Przeł  Ewa Kochanowska. Wyd. otwarte. Kraków 2019.

niedziela, 7 lipca 2019

"Bałtyk. Historie zza parawanu" zapiaszczone opowieści

Jakiej książki potrzebujemy na wakacje? Lekkiej, łatwej i przyjemnej, Ale też takiej, z której czegoś się dowiemy. Dla tych, którzy czytają za parawanem istotne jest to, żeby rozdziały nie były zbyt długie. I taka jest książka  o naszym wybrzeżu. Autorka w 12 rozdziałach opisała nadmorskie miejscowości, ciekawostki i historie. A że pomorze ma historię niełatwą (kto pamięta tematy na historii związane m.in. ze staraniami Łokietka o odzyskanie Pomorza Gdańskiego i polsko-krzyżackie konflikty o pomorze, ręka do góry!), jest o czym pisać. Mamy tu więc i Słowian na Wolinie, i Kaszubów, i echa wojny z Brandenburgią, i niemiecki Zoppot i Juratę.  A do tego opowieści o rejsach na Batorym, skoczni narciarskiej w... Sopocie, nie aż tak romantycznej jak kiedyś pracy latarnika oraz modzie plażowej i golasach z Chałup. Autorka korzysta ze wcześniejszych opracowań, rozmawia z mieszkańcami, szuka starych zdjęć i grafik, obrazujących np.zalewane w XV wieku Darłowo. Kto szuka ciekawostek, znajdzie je.
 Co mi przeszkadzało, czy raczej utrudniało lekturę tej książki, to brak jakiegoś łatwego do zrozumienia szkieletu. Układ rozdziałów nie jest ani chronologiczny, ani geograficzny (np. od Wolina po Hel lub odwrotnie). Przekrojowe rozdziały o modzie plażowej czy plażowaniu jako takim znajdziemy między tymi o starszej lub młodszej historii nadmorskich miejscowości. Mnie, poznaniance z krwi i kości, jakiś układ i wewnętrzna spójność rozdziałów byłby na rękę.
Dlaczego jednak warto zerknąć na tę książkę? Bo pokazuje ile się o polskim wybrzeżu pisze. Odsyła do prac naukowych, dzięki którym nadmorskie miejscowości nie będą już dla nas tylko kurortami, ale też miastami z historią i tradycją, którą warto poznać, nawet kosztem plażowania. A poza tym, leżąc za parawanem z tą książką można szybko uzmysłowiać sobie, jakie zmiany, (także w obyczajowości), zaszły w minionym wieku. Nie tylko nasz kostium kąpielowy odbiega od "balonów", w których damy jadąc wozem kąpielowym do morza zażywały kąpieli, ale  także plaże są koedukacyjne i nikt nie musi pożyczać dziecka, by odpoczywać z wybranką/wybrankiem serca. Siup za parawan!
 Aleksandra Arendt, "Bałtyk. Historie zza parawanu". Wyd. Poznańskie. Poznań 2018.

wtorek, 25 czerwca 2019

"Dziewczyna z konbini" (do)wolność szczęścia


Japonia kojarzy się z kwitnącą wiśnią oraz porządkiem,  grzecznością i działaniem wg reguł. Dla niektórych te reguły są podstawa życia. Tak jest w przypadku Keiko Furukury, która od 18 lat pracuje w  markecie, w którym wszystko odbywa się zgodnie z ustalonym porządkiem.   Mimo skończonych 36 lat,  studiów i faktu, że mogłaby pracować na etat, Keiko jest bardzo przywiązana do swojego stanowiska pracy i wymyśla różne wymówki, by nikt nie dziwił się, że jest ekspedientką,  jak studenci lub emigranci. Konbini jest jej naturalnym i bezpiecznym miejscem, w którym czuje się najlepiej. Ale rodzina i przyjaciele tego nie rozumieją. Woleliby, aby ich siostra, przyjaciółka, koleżanka albo wyszła za mąż, albo znalazła pracę na etat.
Keiko, która lubi działać wg reguł postanawia przystosować się do oczekiwań i wchodzi w dziwny układ z chłopakiem, który  przez chwilę pracował razem z nią. Ten proponuje (czy raczej łaskawie się zgadza), mieszkać z dziewczyną, daję się jej utrzymywać,  a dzięki temu ona może w razie potrzeby powiedzieć, że mieszka z facetem. Gdy Keiko informuje otoczenie o swoim przedziwnym związku, ich stosunek do niej się zmienia. Jednak czy Keiko czuje się lepiej?  Zakończenie książki jest bardzo zaskakujące. Na początku pomyślałam, że bardzo smutne, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej postrzegam je jako ostateczne postawienie na swoim i osiągnięciu komfortu psychicznego, który dla innych jest niepojęty.  
Rzeczywistość  przedstawiona w książce jest dość przerażająca- powierzchowna,  pełna kroczenia utartymi szlakami,  nie rozumiejąca indywidualnych wyborów i punktów widzenia.  Autorka, która przez kilka lat pracowała w konbini, opisuje wszystkie zasady pracy, od norm  sprzedaży kiełbasek założonych na każdy dzień,  przez wyuczone formułki grzecznościowe.  Są osoby, które  lubią reguły, instrukcje i standardy. Są osoby, którym takie działania bardzo ułatwiają codzienność i pomagają w życiu z zaburzeniami i chorobami.  Czy Keiko jest jedną z tych osób? Siostra mówi o niej „chora”, jednak nie pojawia się żadna próba diagnozy i leczenia. Keiko po prostu ceni powtarzalność, nie potrzebuje bliskości, lubi samotność. Czy to już zaburzenie? Trudno osądzać, tym bardziej, że mimo rozbudowanej globalnej wioski, Japonia ma swój sposób pojmowania szczęścia i drogi życiowej, który nam może wydawać się inny, a im codzienny.
Zostawiła mnie ta książka w poczuciu zdziwienia i zaskoczenia. Ale to było już lepsze uczucie niż to, które zrodziło się, gdy  dziewczyna godziła się na układ z Shiraha , który w jasnych słowach ją obrażał i usiłował wmówić, że jej pomaga, a sam się poświęca (wtedy nóż się w kieszeni otwierał). Może jeśli będę i wierzyć, że bohaterka w końcu żyje jak chce, to  będę spokojnie mogła przejść do kolejnej lektury. I chyba przez jakiś czas będę uważniej patrzeć na ekspedientki, które wygłaszają swoją  mantrę: "zapraszamy ponownie".


Sayaka Murata, "Dziewczyna z konbini". przeł.  Dariusz Latoś. Wyd. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków 2019.

niedziela, 16 czerwca 2019

"Nikt nie idzie" samotność pomiędzy


Jest coś charakterystycznego w tym, jak pisze Jakub Małecki. Skupienie na detalu, na prostych  sprawach, opisanie  z jednej strony z oddechem na refleksje czytelnika, ale z drugiej z pewną opiekuńczością  nad naszą  wyobraźnią.  Przenikające się wątki,  całostki tworzące historie. Tak było w „Śladach”, które z początku zdawały się zbiorem opowiadań, a im dalej w las, tym więcej zazębień i ech. Tu- niby typowa powieść, ale przecież też fragmentaryczna, nielinearna, bez typowego początku, rozwinięcia i zakończenia, a jednak  domknięta. Bo czytając tę książkę mam wrażenie, że najważniejsze jest to, co pomiędzy.     
A pomiędzy jest nasza rzeczywistość- rzeczywistość równolatków autora, którzy wychowali się na  marzeniach o gierkach  o SuperMario, na budowanych karierach, otwartych światach, które wiele obiecują, ale i wiele z człowieka wyciągają.   Nie wiem, czy to było zamierzeniami Małeckiego, ale kilka razy w trakcie lektury myślałam, że  autorów udało się uchwycić to, co dla naszego tu i teraz bardzo reprezentatywne- fragmentaryczność historii i relacji. Jest tu bowiem historia miłosna dziewczyny i chłopka, którzy schodzą się i rozchodzą,  jest opowieść rodzinna, jest  historia nie tyle prowincjonalna, ale mniej miasteczkowa niż warszawska. A we wszystkim jest też opowieść o samotności.  Samotności, która nie jest z wyboru, ale jest konsekwencją innych wyborów.

Na okładce  klawisze fortepianu,  jako motto- nuty  koncertu fortepianowego Rachmaninowa, w treści  najbardziej pianistyczne miasto w Polsce, nie,  nie Żelazowa Wola- Kalisz!  Lubię książki, które prowadzą poza tekst- ta prowadzi trochę do haiku, trochę do malarstwa japońskiego i trochę do fortepianu. Tą drogą pójdę. 

Jakub Małecki. „Nikt nie idzie”. Wyd. Sine Qua Non. Kraków 2018.

piątek, 7 czerwca 2019

"Niewidzialni" w czasie i żywiołach

Okładka dla książki rzecz istotna, niby się o niej nie ocenia, ale jedna potrafi zachęcić. Nie ukrywam, że na "Niewidzialnych" zwróciłam uwagę przez okładkę. Piękna, morską, w moim ulubionym kolorze niebieskim. Potem usłyszałam na jednym z książkowych kanałów, że to „Dzieci z Bullerbyn” dla dorosłych, czyli znów pojawił się odwieczny ulubieniec.   I co? Okazało się,  że  okładka  pasuje do treści, ale nawiązanie do Lindgren jest moim zdaniem chybione.  Ale książka jest dobra i to najważniejsze!  Dlaczego mimo miejsca akcji- skandynawskiej wyspy i podobnego czasu akcji,  "Niewidzialni" nie są jednak "Dziećmi z Bullerbyn" dla dorosłych? Bo są opowieścią o bardzo trudnym i pełnym przeciwności życiu jedynych mieszkańców  wyspy  Barrøy. Nie ma tu beztroski i radości z niesionych przez każdy dzień wydarzeń, jest wadzenie się z losem, warunkami i twardą rzeczywistością. Czasem  bohaterowie stawiają na swoim, częściej muszą się poddać.
  
Historia rodziny  trudniącej się rybołówstwem i rolnictwem to też opowieść o tym, jak w zmienia się świat, w którym od wieków najważniejszy jest rytm przyrody i odwieczne momenty wyznaczane przez odpływ. Bohaterką tych zmian jest  Ingrid, której dorastanie obserwujemy i podziwiany za hart ducha i kształtowany przez warunki charakter.  Mamy tu historię o żywiole- wodzie i ludziach, o dzieciach, które płyną do szkoły na dwa tygodnie, po to, by podczas kolejnych dwóch tygodni- gdy nauczyciel jest na innej wyspie- pomagać w gospodarstwie. Mamy opowieść o zimnie, wietrze i walce ze szkwałem. Mamy konsekwencje braku ostrożności, ale też zachwyty, gdy coś się uda, a przyroda stanie się sprzymierzeńcem.  Czego nie mamy? Nie mamy technologii, wspomagaczy i zapychaczy czasu. Tak, tak… bez tego też się kiedyś żyło.  I choć nieraz tęsknimy za pięknym prostym życiem człowieka głęboko związanego z przyrodą, to ta książka  bardzo realistycznie pokazuje niepokoje i trudy tego, wcale nie sielskiego i prostego, życia.  
Bohaterowie powieści są niewidzialni- tysiące żyło tak jak oni, miało podobne problemy i radości. Ale właśnie ich codzienności i  powszedniości autor składa literacki hołd,  prosty, surowy, ale mający w sobie pewien majestat i nieuchronność. Podziw dla  niewidzialnych,  tych z wysp Skandynawii, ale też wszystkich, którzy przez wieki zmagali się naturą, rośnie.  Nie rzucę wszystkiego i nie zadekuję się na wyspie. Ale chwilę książkowej izolacji z jej mieszkańcami, polecam, bo pokazuje to, co najprostsze i najważniejsze: życie w jego trudzie i radości! Życie z ludźmi i przyrodą.

Roy Jacobsen, "Niewidzialni". Przeł. Wyd. Iwona Zimnicka. Wyd. Poznańskie. Poznań 2018.