piątek, 3 lipca 2020

"Tangerynka" i dane wrażliwe


 Obsesja, tajemnica, zbrodnia i duszny, migotliwy Tanger.  To znajdzie czytelnik w „Tangerynce”.  Jej równorzędnymi bohaterkami są Alice  i Lucy, przyjaciółki z czasów szkolnych, które spotykają się po latach w Maroku  w połowie lat 50. Alice to dziewczyna z dobrego domu, szybko osierocona, która w amerykańskim collage’u znalazła przyjaciółkę i wielką miłość, a potem przeżyła kolejną tragedię.  O Lucy wiemy bardzo mało,  jednak to jej charakter zdominuje opowieść. Gdy po latach Lucy odwiedzi mieszkającą w Maroku Alice spotkanie to będzie miało dalekosiężne skutki. I choć nie można tej powieści zarzucić braku akcji (mamy tu intrygi, wyprzedzanie ruchów przeciwnika, zabójstwo i podejrzanych znajomych), to, co najważniejsze, dzieje się między bohaterkami powieści, a napięcie tworzy się przez emocje każdej z kobiet i  zmiany tych emocji w następujących po sobie rozdziałach, pisanych z perspektywy bohaterek.  Niepokój, wyciągane z zakamarków pamięci wspomnienia, powoli kojarzone po latach fakty, poczucie osaczenia i bezsilności- to wypływa z relacji Alice.  Lucy z kolei doskonale przewiduje kolejne kroki, kalkuluje, wie, kto i co może jej się przydać, a przy tych chłodnych rachunkach zysku i strat pali ją obsesja i chęć kontroli.   Temat próby przejęcia czyjeś tożsamości,  budowania relacji na półprawdach i wyobrażeniach nie jest niczym nowym.  Do tego zakończenie książki jest boleśnie życiowe. Ale nie zmienia to faktu, że czytałam z ciekawością, co będzie dalej. I choć owo boleśnie życiowe zaskoczenie może rozczarować, bo nie jest spektakularną bombą na koniec, to właśnie to prawdopodobieństwo i pewne rozmycie stanowi o jego sile. 

Poza relacją między dwiema kobietami mamy tu jeszcze Tanger. Miasto będące drugoplanowym bohaterem,  a nie tylko  miejscem akcji, bo poza konkretnymi adresami, nastrój powieści budują też opowieści o dawnych nazwach miasta,  opisy bazarów i knajp, widoków z przedmieść i  brzęczących bransoletkami mieszkanek. Ta duszna atmosfera, pełna  lepkości i palącego słońca, dobrze koresponduje z poziomem emocji bohaterek. Możemy się zżymać, że Alice jest bezwolna i bierna, ale Alice jest kobietą skrojoną na miarę swoich czasów, w rozkloszowanych sukienkach i z kloszem opieki ciotki, która zarządza jej majątkiem i martwi się nadwątlona równowagą psychiczna bratanicy. Lucy może wydawać się zbyt demoniczna i wyrachowana, bo w książce nie pada żadne usprawiedliwienie, które odnosi się do tego, jakie braki emocjonalne z przeszłości kompensuje sobie Lucy przejmując historie innych kobiet. Ale to połączanie  bardzo kontrastowych postaci jest tym, co  trzyma przy powieści.  To nie jest „tzw. typowa wakacyjna lektura na leżaczek, bo choć pisana jest lekko, to nie jest przyjemna. A nawet, przy poświeceniu  kilku chwil na przemyślenia po zamknięciu tej książki, może być uwierająca.  Bo co wiemy o ludziach, którym opowiadamy nasze życie? Jak, nawet teraz, w czasach wszechobecnego RODO, można stracić swoje dane wrażliwe- wrażliwe emocjami, a nie tylko nazwą. Co dzieje się z zaufaniem i jak wrażenie osaczenia może zmienić spokojne i uporządkowane życie… Książka, którą można traktować jak thriller (choć wtedy zakończenie raczej nie zachwyci), można traktować jak powieść obyczajową z ostrzeżeniem. Bo choć akcja dzieje się w latach 50 w Maroku, to w kwestii emocji miedzy ludźmi i kobiecej przyjaźni, niewiele się zmienia. 

 Christine Mangan, "Tangerynka". Przeł. Agnieszka Wilga. Wyd. Marginesy. Warszawa 2020.

niedziela, 21 czerwca 2020

"Marina" i literackie zjawy przeszłości



 Marina to mieszająca plany czasowe i zapożyczająca się u twórców przełomu XIX i XX wieku opowieść o przyjaźni i niewyjaśnionych zagadkach. Oraz, jak wszystkie powieści Zafona, o mieście utraconego dzieciństwa - starej Barcelonie.

Óskar, wychowanek szkoły z internatem, często włóczy się po dzielnicy, pewnego dnia trafia do domu zdziwaczałego malarza i jego córki, Mariny. Od tej pory, prowadzeni przez Óskara i Marinę, będziemy tropić kobietę w czerni, poznawać historię kolejnych bohaterów i błądzić wśród domysłów i uliczek stolicy Katalonii. Dzięki detektywistycznym zapędom młodych ludzi cofniemy się do czasów, gdy można było jednym występem podbić całe miasto, zrobić fortunę i splajtować z równym szykiem. Poznamy losy rosyjskiej śpiewaczki, która swym głosem oczarowała emigranta z Pragi, Michala, stającego się jednym z najbardziej tajemniczych wynalazców swoich czasów. Przez kolejne opowieści, snute przez bohaterów tragicznej historii sprzed lat, która na naszych oczach dobrnie do finału, poznamy dzieje obsesyjnej próby walki ze śmiercią i olbrzymich namiętności.
Marinę czyta się szybko, bo akacja toczy się niczym w filmie sensacyjnym. Mroczne oranżerie, kanały, stare kamienice i  opustoszały teatr  stają się scenerią nieustannych pogoni za postaciami i ich tajemnicami sprzed lat. Opowieści i postaci powoli zaczynają się łączyć, dopasowywać i przeplatać, wszystko nabiera sensu i tworzy barwną mozaikę ludzkich postaw i dramatów. Mozaiką jest też sama powieść, bo trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko co czytamy już kiedyś ktoś opowiedział. Zafon zebrał znane wątki i postawił przed czytelnikiem zadanie godne inteligencji Mariny i ciekawości Óskara: powiedzieć, skąd to wszystko znamy? Opuszczony teatr, piękna śpiewaczka obcej narodowości i tajemniczy mężczyzna, u którego szaleństwo i obłęd zlewają się z geniuszem. To już było u G. Leroux w Upiorze opery. Dalej, zniekształcone twarze i postaci odziane w długie płaszcze, piękne pałace stające się więzieniem, klimat beztroski naznaczony jednak zbliżającą się chorobą, rozkładem i śmiercią, rodowe tajemnice - niczym w Opowieściach niesamowitych E.A. Poe. Idea wskrzeszania zmarłych i odwieczny dylemat na ile człowiek może równać się z Bogiem w dziele stworzenia, były popularne już w jednej z najważniejszych powieści grozy i zaczątku literatury SF Frankensteinie. Trudno zresztą nie zwrócić uwagi na to, że córka operowej divy  Evy i szalonego anatoma-wynalazcy Michala dorasta jako...Maria Shelley! Manekiny, szklane oczy i chęć zmieniania lalki w żywą istotę znamy z Coppeliusa E.T.A. Hoffmanna, w którego twórczości znaczącą rolę pełnią też eliksiry. Doprawmy tę literacką plątaninę motywów nastrojową grozą, właściwą każdej powieści gotyckiej i powstaje właśnie Marina. Klimat, wynikający z odpowiedniego połączenia powieściowych elementów z charakterystyczną dla Zafona umiejętnością opowiadania tajemniczych historii daje w efekcie książkę ciekawą i zajmującą. Na dodatek przez umieszczenie podstawowej akcji w latach osiemdziesiątych XX wieku, młodzi bohaterowie są współcześni, co podkreśla ich język i styl wypowiedzi, skontrastowany z długimi opowieściami postaci odwołującymi się do przeszłości. Nie brak też paru zdań o zacięciu aforystycznym, do których autor Cienia wiatru zdążył nas przyzwyczaić.

Krytycy zarzucali Marinie schematyczność postaci i przewidywalną fabułę. Wielbiciele twórczości Zafona zachwalają niezwykły klimat powieści i to, że w dzisiejszym świecie pełnym skrótów i postmodernistycznej urywkowości daje swojej historii płynąć, momentami zatrzymywać się, a czasem dynamicznie rwać do przodu. Wszyscy mają trochę racji. Zafon nie napisał nic wielce oryginalnego, ale zestawienie powieści o dojrzewaniu z koktajlem znanych mrocznych wątków zrobione jest po prostu dobrze i daje przyjemność czytania. A świat, który opisał zachęca, by weń wejść i zagubić się wśród plątaniny ludzkich i literackich opowieści.
Zafon w swoich książkach składa hołd miastu, opisuje miejsca i ludzi, których już nie ma. Wskrzesza atmosferę z przeszłości. W Marinie do tego hołdu dla Barcelony dołącza jeszcze hołd dla wspaniałej literatury XIX i początków XX wieku, dla tych którzy stworzyli Frankensteina, Coppeliusa, Eryka i Szkarłatną Śmierć. Dla twórców i dzieł, które być może dzięki uważnej i pełnej literackiej refleksji lekturze, nie trafią nigdy na znany z Cienia wiatru cmentarz zapomnianych książek.

Carlos Ruiz Zafón,"Marina". Przeł. Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas. Wyd. Muza. Warszawa 2009.

wtorek, 9 czerwca 2020

Czy warto iść na polonistykę?


"Py­ta­nie to, w ty­tu­le
po­sta­wio­ne tak śmia­ło,
choć­by z naj­więk­szym bó­lem
roz­wią­zać by na­le­ża­ło." *



Na początku zaznaczę, że moje doświadczenia ze studiów są trochę przeterminowane, bo zaszła w nich podstawowa zamiana uczyniona przez system boloński. Studiowałam 5 lat w jednym ciągu, każdego roku mając kurs historii literatury, przez 4 lata przedmioty językoznawcze, do tego 2 lata specjalizacji, które mogły, ale nie musiały łączyć się z pracą magisterską.

Lubię czytać, idę na polonistykę
To bardzo częsty powód wybrania tego kierunku. Bez czytania nie ma studiów filologicznych, to oczywiste. Ale jest jeden haczyk- na polonistce trzeba czytać wszystko,a nie tylko lubić sobie poczytać jesienią w fotelu. Jasnym jest, że studiowanie opiera się na pracy własnej studenta. W przypadku polonistyki tą pracą jest czytanie, czytanie, czytanie i pisanie raz na jakiś czas. Czytanie tekstów literackich ze wszystkich epok, opracowań, tekstów teoretycznych, filozoficznych, z zakresu historii sztuki, językoznawstwa (gramatyka opisowa, historyczna, rozwój polszczyzny) to codzienność polonisty.  Sam spis lektur to przecież osobna książka. 70 tekstów literackich do tego 30 opracowań i 15 artykułów- taki standardzik na egzamin z historii literatury polskiej. Bywało mniej-kultura europejska-  zaledwie 21 lektur obowiązkowych (typu "Czarodziejska góra", "Ulisses", "Odyseja", "Biesy" i "W poszukiwaniu straconego czasu"-ale spokojnie- wystarczy "W stronę Swanna"- niecałe 400 stron) do tego do wyboru 5 lektur uzupełniających, 16 opracowań obowiązkowych i 5 uzupełniających- ten przedmiot trwał tylko semestr.  Teksty z teorii literatury, gdy czasem zastanawiasz się, czy one na pewno są po polsku i dlaczego po pięciokrotnym przeczytaniu akapitu nadal nie wiesz, o co chodzi. Fascynujące historie palatalizacji słowiańskiej i przegłosu. Nie mówię absolutnie, że czytanie tego jest męką i bohaterstwem. Nie. Ale jeśli powodem pójścia na polonistykę jest "lubienie czytania" to może nie wystarczyć. Trzeba lubić czytać, trzeba ponownie nauczyć się czytać i myśleć tym, co się czytało. Trzeba, poza własnymi wrażeniami, przyswoić, co o tym dziele pisano 300, 200 i 100 lat temu.  Czy trzeba wszystko przeczytać? Nie trzeba. Studia są dla ludzi dorosłych, nikt nie zmusi do czytania. Ale jeśli wybierasz taki kierunek, czytaj, po to tu jesteś. Dla siebie, a nie dla pana profesora. Dla własnego rozwoju i poczucia, że za dyplomem stoi wiedza, a nie prześlizgniecie się i zaliczenie na pandę (Pan da 3!) Czy znam ludzi, którzy skończyli polonistykę bez przeczytania "Chłopów" i "Wesela" (które powinni swoją drogą przeczytać do matury...), znam. Czy są dobrymi polonistami? Nie mnie to oceniać, ale na szczęście nie uczą w szkole.

Polonistyka nauczy mnie pisać
Tak. Bo na polonistyce trochę się pisze. Ale nauczy przede wszystkim czytać. Nauczy widzieć w literaturze szwy i zapięcia, proporcje i chwyty, które sprawiają, że jedno dzieło jest arcydziełem, a o innym zapomnieliśmy. To momentami boli, bo jest trochę tak, jak zobaczyć  uderzająco piękną twarz,   a potem przychodzi pan z miarką i pokazuje, że to nie żadne piękno, tylko symetria, odpowiednie rozstawienie oczu, proporcje i odległości między czołem a podbródkiem. I kreśli te wszystkie linie na owej twarzy, a my tracimy pierwszy zachwyt. Dwa lata poetyki to kurs rozbebeszania literatury. Wiersz rozłożony na czynniki pierwsze przestaje być tak zachwycający, gdy wiemy, gdzie zadziałały środki stylistyczne i odpowiednie rozłożenie akcentów. Powieść przestaje porywać, gdy w pewnym momencie wiemy, że autor przespał  kulminację, stylizacja jest powierzchowna, a opis przyrody jest o dwa zdania za długi. Czytając bestseller patrzymy na niego z powątpiewaniem, bo przecież podobny zabieg zastosowano w osiemnastowiecznej powieści awanturniczej, więc gdzie to zaskoczenie, o którym wszyscy mówią? Czytanie literatury i o literaturze wskazuje pewne składowe, unaoczni konstrukcję i środki. Może nawet da przepis na idealną powieść gatunkową. Ale zawsze zostaje jeszcze ten trudny do określenia element, który wyziera spod stylu i znajomości reguł. Niedefiniowalny talent. I myśl. Bo tym, co unieśmiertelnia dzieło jest myśl autora uzbrojona w arsenał środków.  A kiedy czytam książkę bez analizowania jej, bez biegnącej z tyłu głowy myśli o zabiegach stylistycznych, nawiązaniach, osadzeniach w kontekstach, to jest olbrzymia przyjemność! 

Ważne, choć oczywiste, uzupełnienie- nie jest tak, że cała wiedza ze studiów jest przydatna. I tu nie chodzi nawet o to, że raczej przy kawie nie rozmawia się o derywacji wstecznej albo symbolice ziarna u Norwida. Są przedmioty totalnie zbędne jak np. Bibliografia z leksykografią, na zaliczenie której należało nauczyć się na pamięć tytułów, dat wydania, redaktorów i rodzajów haseł  30 słowników. O ile praca zaliczeniowa polegająca na sprawdzaniu i porównaniu haseł w różnych słownikach miała jeszcze jakiś sens, o tyle  wiedza ile haseł i jakie kwalifikatory miał słownik Doroszewskiego z założenia nigdy się nie przyda. Ale na każdym kierunku są takie przedmioty. Najczęściej na 1 roku, by zniechęcić studentów. Poza tym, czy wiedza ma być zawsze przydatna?

Polonistki to takie uduchowione laski w długich spódnicach
Ach, te stereotypy! Z laski w swetrze przeskoczyłam do bibliotekarki z kokiem i w pulowerze! Jest coś w tym, że poloniści są trochę oderwani  od rzeczywistości. Idą na studia z powodu zainteresowań, a nie myśli o zostaniu Krezusem.  Bywają (zwłaszcza na początku) niezdrowo wręcz krytyczni, ale to rodzaj tego buntu, gdy dumny student pierwszego roku odpala fajkę od fajki i krytykuje gremia literackie, laureatów nagród lub autorytety, bo to puste, wtórne, nijakie, naskórkowe i  pozbawione prawdziwej głębi, przestarzałe. Trzeba przez to przejść. Polonista po chwili bycia zbuntowanym romantykiem przechodzi do pozytywisty. Zaczyna czytać nie tylko przez swoje "ja", ale zestaw "ja" cudzych.  Czytając tony książek znajduje kilka kilogramów takich, które są bardziej jego niż inne. Nie tylko krytykuje, ale docenia szwy i warsztat. Już nie żąda olśnień, ale ich wyczekuje.  A potem, bywa że zmienia  wypchane sztruksy w coś bardziej eleganckiego, kupuje zegarek, "polonistyczne sweterki" wiszą razem z marynarkami. A kwestie nagród literackich przestają być powodem awantur na środku korytarza. Myślę, że polonistyka to świetne studia by dorastać. I dojrzeć. Spokornieć. Bo poza wiedzą, studia powinny być po porostu rozwijające.

Na polonistyce są same baby!
A nawet jak są faceci, to też baby. Nieprawda! Miałam na studiach świetnych kolegów  i nadal  mam z nimi kontakt (nie wiem czemu, ale te znajomości bywają trwalsze). Bardzo fajni faceci, do pogadania, do spierania na ważne literackie tematy, które wydają się priorytetowe gdy ma się 22 lata, do potańczenia na połowinkach, do noszenia książek. Do różnych rozmów po skończeniu studiów. Do rozmów zawodowych, bo to jedno środowisko. Panowie wprowadzali w świat babski dużo dystansu i byli pewnym wentylem.  Moi koledzy byli bardzo zaangażowani w studiowanie i nie byli na tych studiach na przeczekanie czy przez przypadek. Ich obecna praca jest związana z tym, co poznali na studiach polonistycznych.

Po polonistyce to do szkoły albo do Maca
Siłą szerokich kierunków humanistycznych jest wielość tematów, które podejmują. Nie jestem entuzjastką robienia bardzo szczegółowych kierunków i zastępowania nimi specjalizacji, bo jeśli mamy uzupełniać na jakimś etapie swoją wiedzę, zawsze łatwiej iść od ogółu do szczegółu niż na odwrót. Gdy studiowałam każdy miał do zaliczenia te same przedmioty językoznawcze, historyczno i teoretycznoliterackie. Specjalizacja była czymś dodatkowym, naddanym. Do tego cały zestaw fakultetów, które wybierało się ze względu na zainteresowania (albo wypełniało się nimi okienka). I fantastyczna drożność i możliwość korzystania z planu innych kierunków- np. chodziłam na wiele zajęć do teatrologów, na parę do filmoznawców. Była też otwarta dla wszystkich retoryka, na którą wpadali do polonistów prawnicy. Tym, co najlepiej wspominam ze studiów była właśnie możliwość uczestniczenia w tak różnych zajęciach jak historia filmu, historia kabaretu czy złe gatunki, albo związki literatury i muzyki. Ponieważ wybrałam specjalizację międzywydziałową (a raczej ze względu na tę specjalizację wybrałam polonistykę) mogłam korzystać także z zajęć u muzykologów. Wszystkie te zajęcia i spotkania otwierały na nowe spojrzenia i konteksty, ostatecznie- czyniły lepszym polonistą.  Siłą takich podstawowych, szerokich  kierunków jest, że dają bardzo różne kompetencje i narzędzia do ich rozwijania. Moi znajomi po polonistyce pracują w szkole, w korporacjach, w reklamie, w mediach, w instytucjach kultury (teatry, biblioteki, muzea), wydawnictwach, mają swoje firmy edukacyjne i nie tylko. Czasem gdy w pracy pytam lub odpowiadam: a ty nie byleś/byłaś na polonistyce? I zawsze pojawia się ta sama odpowiedź: poloniści są wszędzie! 

Czy warto?
Czasem rozmawiamy o tym i zdania bywają podzielone. Jednak w większości uznajemy, że tak. Pięć  lat polonistyki to był czas bardzo różnych lektur, uczenia się różnych spojrzeń na literaturę, uwrażliwiania na język sztuki i ulicy. To biegi po książki i godziny spędzane w bibliotekach, doczytywane nad ranem w dniu egzaminu wstępy z BeeNek i dyskusje "czytasz wstęp czy dzieło?". To spotkania z bardzo różnymi ludźmi o wielu zainteresowaniach (nie tylko literackich). To kontakt z wyjątkowymi wykładowcami, legendami wydziału a nawet polskiej humanistyki (gdy profesor Tadeusz Witczak opowiadał, jak chodził do ruinach starożytnych teatrów z profesorem  Raszewskim, miało się poczucie wielkiego kręgu myśli i życia akademickiego, którego stajemy się częścią). To  też trwające do dziś znajomości. To poczucie, że nauczyłam się tyle ile mogłam, że uczyłam się uczyć, organizować czas i że cel jakim było zyskanie większych kompetencji dot. języka i literatury został osiągnięty. To wiedza i umiejętność. Studia  (każde!) to czas który musi wykorzystać student. Może studiować pobieżnie, może głębiej, może zakuć, zdać, zapomnieć, może przemyśleć i pamiętać. Studia to ważny etap, z którego bierzemy nie tylko to, co chce nam dać uczelnia, ale to, co sami, własną pracą chcemy zdobyć. 

"Itaka dała ci tę piękną podróż,
bez Itaki nie wyruszyłbyś w drogę.
Niczego więcej już dać nie może.

I choćbyś ujrzał, że jedna bieda - nie oszukała cię Itaka.
Wróciwszy tak mądry, po tylu doświadczeniach,
zrozumiesz prawdziwie, co jest Itaka." 
Ten wiersz Kawafisa, w przekładzie Kubiaka, jest o życiu,  ale bardzo mocno kojarzy mi się ze studiowaniem- studia to też piękna podróż, a zdobyte doświadczenia są wynikiem pracy własnej na podstawie oferowanych przez uczelnię możliwości. I choć studia kończą i mamy mgr przed nazwiskiem to nauka i proces studiowania trwa. Banalne? Tak, ale prawdziwe.
Dziś program studiów się zmienia, pojawiają się nowe przedmioty, które mają dawać nowe, konkretne umiejętności. Ale cały czas sensem i sednem humanistycznych studiów jest własne poszukiwanie i działanie studenta. Bo tym uczelnia różni się od szkoły, że tu wybierasz i działasz w swoim interesie. Dlatego studiowanie, jakiegokolwiek kierunku, bywa tak ciekawe.
Czy warto-jeśli czujesz, że chcesz spróbować i że polonistyka to może być świat dla Ciebie - idź!

*Z czego to cytat? Każdy polonista zna to pytanie. Co więcej- zna cytaty na każdą okazję. Gdy na jakimś wyjeździe służbowym zaczęło się przerzucanie cytatami, jedna z uczestniczek wyjazdu, nie-polonistka uznała, że mówimy szyfrem!



czwartek, 4 czerwca 2020

"Światło w środku nocy" konne bibliotekarki i wiele innych wątków


Książka zaczyna się tam, gdzie część powieści się kończy. Młoda Angielka, zachwycona perspektywami życia u boku  przystojnego  Amerykanina, jedzie z nim za ocena podbijać świat. Dopiero  na miejscu okazuje się, że żaden amerykański sen się tu nie spełni.  Niewielka miejscowość i ograniczone możliwości nie do końca odpowiadają Alice. Poza tym Amerykanin okazuje się człowiekiem słabym, poddającym się woli despotycznego ojca.  Aby znaleźć coś swojego Alice zaczyna działać w konnej bibliotece, w której kobiety zajmują się dowozem książek do mieszkających  daleko od miasta ludzi.  W bibliotece poznaje też Margery, dziewczynę bezkompromisową, silną, która swoje już w życiu przeszła.   Losy tych dwóch kobiet wypełniają ponad 500. stron powieści, która jest historią kobiecych przyjaźni, ale także opowieścią o sile książki i emocjach.

Nie ukrywam, że najbardziej zainteresowała mnie konna biblioteka, która naprawdę istniała w USA, a jej ambasadorką była żona Roosvelta.  Dzięki konnym bibliotekarkom ludzie mieszkający często daleko od miasta mogli czytać i uczyć się.  Tym, co ujmuje w książce to determinacja dziewcząt,  które często przedzierając się przez śniegi i walcząc z własnym zmęczeniem jadą do czytelników z dobrym słowem i książką. Z bieganiem czasu nawet zatwardziały przeciwnik czytania zmienia zadnie, a to, co niosą w sakwach bibliotekarki nie jest tylko zszytym w całość kawałkiem papieru.   Krzepiąca to wieść.

Ale, niestety, czytając książkę miałam wrażenie, że autorka chciała w jednej książce upchnąć bardzo wiele tematów, traktując jednak każdy z nich pobieżnie. Mamy więcej  opowieść o przemocy domowej, o psychicznym znęcaniu się nad młodą synową i agresji, którą rodzi brak własnego zadnia i ślepe podążanie za rodzinnymi nakazami.Jest też opowieść o krwiożerczym przedsiębiorcy i jego machlojkach.  Mamy historię czarnoskórej bibliotekarki, która codziennie zmaga się z rasizmem i niechęcią mieszkańców miasteczka, którzy woleliby, aby pracowała ona w bibliotece dla czarnych, nawet  kosztem zmniejszenia możliwości działania ich biblioteki.  Mamy też obrazki z bardzo konserwatywnej i niechętnie zmianom prowincji, która z obawą patrzy na kobiety zajmujące się czymś innym niż dom i dzieci (historia toczy się w 1937 roku,  choć mam wrażenie, że równie dobrze mogłaby dziać się znacznie wcześniej). Obawy rodzi też funkcjonująca poza oficjalnym obiegiem książka, którą kobiety czytają z wypiekami na twarzy.   Do tego  jeszcze sprawa morderstwa i sąd nad Margery, bo obok ofiary znaleziono „Małe kobietki” z biblioteki.  Dużo tego, moim zdaniem za dużo.  Przez długi czas w książce niewiele się dzieje, a  próby psychologicznego zarysowania bohaterów nie dają efektów. Bez uszczerbku dla fabuły można zacząć czytać od ok. 200 strony.  A potem też niektóre akapity zaledwie omiatać wzrokiem.  O ile początek się dłuży, o tyle ostatni rozdział  węzłowato  rozwiązuje kilka wątków, resztę pozostawiając urwanymi  kilkadziesiąt stron wcześniej.  

Pamiętam pierwszą książkę Jojo Moyes, którą czytałam i to znacznie wcześniej niż pojawił się przynoszący autorce rozgłos film. "Zanim się pojawiłeś" czytałam z dużym zainteresowaniem i powieść zrobiła na mnie duże wrażenie. Portem było już nieco gorzej- kolejne tomy o Lou nie miały tego nerwu i czaru, który pojawiał się w pierwszej książce ("Kiedy odszedłeś", a o III tomie nie chciało mi się nawet pisać).  "Dziewczyna, którą kochałeś",książka  łącząca historię I wojny ze współczesnością był intrygująca, choć też za długa. Szczerze mówiąc nie rozumiem tego trendu do nadmuchiwania powieści- pisarz jest zmuszony do tworzenia literackiej waty, czytelnik omija to wzrokiem, a papier się marnuje.  Moyes umie wymyślać bohaterki (Alice zaskakująco szybko umie się postawić i trwać przy własnym zdaniu, choć czasem może dziwić upór Margery, nie można jej zarzucić braku konsekwencji), umie też opisywać emocje i trzymać w napięciu (sceny z więzienia, poprzedzające proces są bardzo dobre), szkoda, że rozpisuje się czasem bez pomysłu i opamiętania. Widziałam w zapowiedziach jej kolejną  powieść, znów grubaśna, szkoda, bo to nie wróży dobrze. 

Jojo Moyes, "Światło w środku nocy". Przeł.Anna Gralak. Wyd. Znak Literanova. Kraków 2020. 

wtorek, 19 maja 2020

"Spójrz mi w oczy, Audrey" o fobii w ciemnych okularach


Audrey ma 14 lat i fobię społeczną z epizodami depresji.  Ma też  całkiem wydawałoby się zwyczajną rodzinę, fajną terapeutkę i dużo dystansu do siebie. Katalizatorem  choroby było wydarzenie w szkole,  a teraz dziewczyna  szkołę zmienia, po pobycie w szpitalu całymi daniami siedzi zamknięta w swojej „norze”, bo tam  czuje się spokojnie i bezpiecznie.  Paraliżuje ją hałas, nadmiar bodźców, ludzi.  Stresuje zwykła rozmowa w sklepie.  Zapytanie o coś nieznajomego wydaje się wejściem na K2.  Schowana w sobie zawsze nosi ciemne okulary.    Ale życie toczy się dalej. Dziewczyna dostaje od terapeutki zadanie, polegające na kręceniu filmu o życiu rodzinnym, poza tym spotyka wyjątkowego, bo wrażliwego i dalekiego od stereotypów Linusa- kolegę jej brata.  To właśnie spotkania z kimś, kto nie ocenia, nie ośmiesza, nie obawia się  choroby, ale stara się ją poznać, zrozumieć, a z czasem też pomóc w przełamywaniu ograniczeń, sprawia, że Audrey zaczyna, nie tylko w przenośni, wychodzić ze swojej nory.  Czy uda jej się zdjąć okulary i spojrzeć bez lęku w przyszłość?  Wiadomo, że tak, ale nie będzie to tak proste, jak możemy się spodziewać po typowej młodzieżówce.
Są chwile wzlotów i upadków, są małe zwycięstwa i małe niepowodzenia, które jednak dzięki pracy nie urastają  do rozmiarów tragedii. Zwiększa się świadomość własnych myśli, ograniczeń oraz  podstawowego, a tak trudnego w zaakceptowaniu faktu, że nie znamy myśli innych ludzi.   Audrey opowiada o swoim świecie z wielkim humorem, dystansem i naturalnością.  Rzeczywistość człowieka chorego, ale także całej rodziny, która musi zmienić swoje życie ze względu na chorobę córki, czy siostry, pozwala popatrzeć na to od środka. Lepiej zrozumieć i rozdzielić stereotypy od tego, co naprawdę dotyka osoby zmagające się zaburzeniami psychicznymi.  Audrey staje się mimowolną przewodniczą po emocjach, lękach, myślach i obawach  osoby   chorej, dzięki czemu możemy ją zrozumieć,  dowiedzieć się, jak działa „gadzi mózg”  i z czego wynikają pewne zachowania i działania.  Jednocześnie opisywane przez nią stany są, choć po części, znane wielu z nas. Lęk przed konfrontacją i oceną, strach przed odrzuceniem, poszukiwanie akceptacji,  wyśmiewanie przez grupę to przecież  emocje, z którymi wszyscy się zmagamy i pewnie nawet w dorosłych tkwią jakieś zadry związane z niezrozumieniem lub  krzywdzącym osądem.  Autorka nie neguje rzeczywistości, w których  fobia czy depresja spotykają się z totalnym niezrozumieniem- jedna z koleżanek twierdzi, że że nie tylko ona, ale także jej mamy obawiały się kontaktu z Audrey, bo choroba oznacza, że ktoś  jest niezrównoważony i może zrobić im krzywdę.  Stereotyp „wariatki” jest tu żywy, ale naturalnie i skutecznie tłumaczony.  A dzięki humorowi i wątkowi pierwszych sympatii i prawdziwych, opartych na zrozumieniu i wsparciu przyjaźni,  łatwy do czytania.
Jeśli ktoś, sięgnie po tę pozycję może się spodziewać wartościowej książki nie tylko dla młodzieży.   To powieść, która powinni przeczytać ci, którzy pracują z młodzieżą- pokazuje  w sposób  bardzo mocny (choć nie łopatologiczny) jak istotna  (a czasami groźna) jest dla nastolatków grupa rówieśnicza i z jakie wyzwania czekają na młodych ludźmi, którzy dopiero budują swoją świadomość i  akceptację.  Autorka wspomina też o wyzwaniach rodziców nastolatków, którzy obawiają się tego,  czym współczesność bombarduje ich dzieci i albo sięgają po opinie z gazet, albo próbują  przekonać  dzieci do tego, co było ich  rozrywką w młodości (ulubiony przez mamę Dickens i zespół muzyczny taty), albo starają się iść tropem psychologicznych poradników (smaczkiem jest fakt, iż wydawca książki  zasłynął m.in. jednym z najsłynniejszych poradników  o wychowaniu, jakim w latach 90 było- i nadal jest „Jak mówić, by dzieci nas słuchały” ).  Ciekawie przedstawiony temat, oddanie głosu bohaterce, którą lubi się i rozumie, a także partnerski sposób traktowania czytelnika  sprawiają, że po powieść warto sięgnąć. Da do myślenia tak młodzieży, jak i dorosłym, a przy tym czyta się lekko i dużą sympatią dla bohaterów, którzy nie są doskonali, ale stale są w grze (tak, gry to też ważny element tek książki!)  

Sophie Kinsella, "Spójrz mi w oczy, Audrey". Przeł. Maciej Potulny.  Media Rodzina. Poznań 2016.

wtorek, 12 maja 2020

"Algorytm Ady"- córka poety, matematyczka

Jestem humanistką. I nie mówię tak dlatego, że nie przepadam za matematyką. Jestem humanistką, bo bardziej interesują mnie słowa niż liczby, historie niż wzory i abstrakcje niż reguły. Ale doskonale wiem, że ścisłe zasady świata są potrzebne i piękne. Choć wolę widzieć np. piękny obraz lub budynek, a nie tylko oceniać jego proporcje. Wiem, że matematyka jest wszędzie. W układzie sonetu, rymach i rytmach poezji. W muzyce. W strukturze dramatu.  Wiem, że na pewnym poziomie matematyka staje się poszukiwaniem rozwiązań wychodzących poza wzory. Nie dotarłam tam nigdy. Czy dlatego, że jestem kobietą? Nie, dlatego, że nigdy mnie tam nie ciągnęło (choć nauczyciel fizyki uważał, że mam bardzo analityczny umysł i wmawiam sobie humanistykę). Dlaczego o tym piszę? Bo dziś nikt nie odważy się powiedzieć, że dziewczyna nie nadaje się na inżyniera. Że politechnika nie jest dla niej, a na wydział matematyki mogła zajść tylko w poszukiwaniu uczelnianego barku. I dziś też warto przypominać postaci kobiet, które działały w obszarze  królowej nauk.

Krążył kiedyś taki mało śmieszny dowcip- "wymień kobietę ważna dla nauki. Ale nie Skłodowską!" Po przeczytaniu tej książki będzie można wymienić przynajmniej trzy Marię Agnesi, Mary Somerville  i Adę Lovelace. Autor biografii James Essinger przypomina postać niezwykłą- kobietę, którą już urodzenie stawiało w wyjątkowym świetle, Ada (po mężu Lovelace) była bowiem córką Lorda Byrona,  ślubną i legalną. I choć z ojcem nie miała kontaktu, to całe życie była  jednak "tą panną Byron". Ważniejszą niż nieco mityczny ojciec była w życiu Ady matka i to jej  dziewczynka zawdzięczała pierwsze lekcje matematyki. Jak wynika z badań biografa, relacja Ady z matka była jedną z silniejszych i wywierających wpływ na całe życie. Kolejnym ważnym, a z punktu widzenia miejsca pani Lovelace w historii: najważniejszym człowiekiem był  Charles Babbage, matematyk, inżynier, pomysłodawca maszyny analitycznej, czyli pierwowzoru komputera. Pracując z nim, a także pomagając w tłumaczeniu i redakcji pism matematycznych Ada wpadła na pomysł, który, jak przekonuje autor, gdyby był zrealizowany, stałby się podwaliną rewolucji informatycznej już w połowie XIX wieku. Lovelace już wtedy wpadała na coś, co jest oczywiste dziś, ale wtedy nie zostało właściwie ocenione- że dane i ich przetwarzanie to osobne sprawy.   I że maszyna może przydać się nie tylko w matematyce, a tego już Babbage zupełnie nie brał pod uwagę. Tymczasem  Ada pisała m.in. o możliwości przetwarzania dźwięków, czyli  o płytach CD, syntezatorach, a nawet programach do komponowania, czyli czymś w rodzaju sztucznej inteligencji. 

Biografia Lovelace to książka popularnonaukowa, opierająca się na kwerendach, korzystająca obficie z listów, przypisów, cytatów. Nie jest opowieścią beletryzowaną jak ta o Hedy Lamarr, ale czyta się całkiem dobrze, choć przyznam, że mechanizmy działania  krosna żakardowego, które było inspiracją do maszyny Babbage'a pozostają dla mnie czarną magią. To książka o kobiecie, której nazwisko wypływa po latach, o kobiece, która wiodła życie matki i żony, która pokazywała się na salonach, rozmawiała z Dickensem, a przy tym poświęcała czas i energię na zainteresowanie tak różne od tych, które oferowała jej epoka. O kobiecie, która czytała dzieła matematyczne i nie przejmowała się opiniami innych. Życie Ady Lovelace, zakończone na skutek śmiertelnego nowotworu , nie było spektakularne, ale było wartościowe.  Wartościowe prywatnie, przez kontakty, przyjaźnie, związki rodzinne, ale także zawodowo, bo coraz głośniej można mówić o jej wpływie na rozwój technologii. I dobrze, że historie niezwykłych kobiet pojawiają się i dzięki książkom trafiają do kolejnych pokoleń.

James Essinger, "Algorytm Ady". Przeł. Jerzy Wołk-Łaniewski. Wydawnictwo Znak. Kraków 2020

czwartek, 7 maja 2020

Jacy są bibliotekarze?

Dobrze, że bibliotekarka Lego nie ma koka!
Odpowiedź nie będzie odkrywcza: bibliotekarze są różni!

Po pierwsze dlatego, że różni są przedstawiciele wszystkich zawodów. Są rożni lekarze, prawnicy, nauczyciele, górnicy, dziennikarze, sprzedawcy.
Po drugie, o czym wielokrotnie wspominałam, bibliotekarze to bardzo zróżnicowana grupa, która teoretycznie zajmuje się tym samym, ale pracuje w rożnych miejscach, ma różne liczby godzin w etacie i podlega różnym ministerstwom (np. kultury, edukacji, szkolnictwa wyższego, zdrowia). Z tych różnic wynika też to, czego jesteśmy świadkami teraz-  od poniedziałku zniesiono zakaz działania  bibliotek publicznych, pracę w ramach własnych obostrzeń wykonują biblioteki uczelniane, a szkolne są dla czytelników zamknięte.

Po trzecie, a jednak najważniejsze: różni są bibliotekarze, bo ludzie są po prostu różni. Znam bibliotekarzy z różnych placówek. Są wśród nich osoby bardzo zaangażowane w pracę, pełne pomysłów i chcące rozwijać się, działać w organizacjach związanych z informacją naukową i bibliotekarstwem, szkolić siebie i innych. Są bibliotekarze z duszy, serca i wykształcenia i ci doszkoleni, jak ja. Są tacy, którzy pracy nie lubią. Są ci, którzy najlepiej czują się wykonując tzw. czynności biblioteczne za zapleczu (skrupulatnie piszący rejestry darów, wpisujący nowe książki, przygotowujący kwerendy) i ci, których naturalnym środowiskiem są lekcje biblioteczne, kluby książki i dyskusje z czytelnikami między regałami. Poznałam kiedyś dziewczynę prowadzącą punkt biblioteczny w szpitalu onkologicznym- uśmiechniętą, wierzącą w moc książki i mającą świetny kontakt z czytelnikami, a jednocześnie niezwykle silną psychicznie i wewnętrznie spokojną, bo w swojej codzienności na każdym kroku spotykała się z tragediami, chorobami i śmiercią. Była szczęśliwa, że jest potrzebna. Znałam bibliotekarkę szkolną, która narzekała, że zmienili jej godziny pracy i kończy dopiero o 15 i musi zrobić raz w roku konkurs dla uczniów. Znałam bibliotekarkę szkolna, która w wolne soboty przychodziła z uczniami na czytanie do nas, "bo jak ja z nimi nie przyjdę, to nikt z nimi się nie zajmie". Znam bibliotekarkę uczelnianą, która cieszy się, że w czasie sesji biblioteka jest otwarta do północy i studenci mogą dłużej korzystać z zasobów i znam taką, która  słysząc kroki pod biblioteką chowa się za regałem.
 Znam bibliotekarki z bibliotek publicznych, które bez przygotowanego w szczegółach scenariusza wolą nie prowadzić zajęć i takie, które na hasło scenariusz robią wielkie oczy i mówią, że zawsze działają spontanicznie. Znam bibliotekarzy, którzy uznają, że biblioteka to miejsce pracy i skupienia oraz tych, których napędza biblioteczny gwar i literackie rozmowy. Tych, którzy na pytanie czytelnika o literaturę amerykańską bez słowa wskazują odpowiedni regał i tych, którzy od razu chcą widzieć, czy obyczajówka, czy kryminał, czy współczesne i coś z klasyki. Znam takich, którzy gdy widzą kamerę tracą głowę i takich, którzy zarzucają grzywą i lecą z opowieścią jak starzy wyjadacze. Takich, którzy na hasło "impreza kulturalną" chcą mieć pół roku by się przygotować i takich, którzy od razu chcą rozkładać krzesła. Takich, którzy te krzesła rozłożą bez szemrania i takich, dla których rozkładanie lub składanie czegoś poza książkami jest poniżej kwalifikacji.  

Wiem, że cały czas pokutuje myślenie, że bibliotekarze to naród cichy, szary i zamknięty w swoim świecie. Bywają tacy bibliotekarze. Bywają tacy ludzie. Są tacy, którzy wyznają zasadę, że dobrze już było i lepiej się nie wychylać. Bywają tacy, którzy chcą  nie tyle iść, co sprintem pędzić do przodu. Bywają tacy, którzy uwielbiają robić sto innych rzeczy poza czytaniem (bo, znam bibliotekarkę, która nie lubi czytać...). W dziesiątkach liczą się opowieści o tych zaskoczonych czytelnikach, których spotykamy poza biblioteką: pani chodzi na mecze/gra w planszówki/ uprawia sport/ chodzi na koncerty rockowe/ prowadzi kursy plastyczne/ gra w teatrze, a przecież pani jest bibliotekarką!   Bibliotekarze od dawna starają się zmienić wyobrażenie o pani w koku i pulowerze. Udaje się, gdy czytelnicy, rozmawiając z bibliotekarzem i obserwując jego pracę widzą, że to nie jest "picie kawy i czytanie książek". Znam bardzo wielu bibliotekarzy z pasją i misją. Z pomysłem i siłą do wcielania ich w życie. Znam takich, którzy do biblioteki przyszli na przeczekanie. Znam takich, którzy cieszą się z tego, co robią i takich, którzy mówią, że ich praca niczego w czytelnictwie i tak  niewiel zmieni.  

Praca w bibliotece nie jest widowiskowa, efektowna. Z jednej strony pracujemy w kulturze, ale nie mamy (jak teatry czy muzea), wielkich premier i wernisaży, by było o nas głośno. Z drugiej strony pracujemy w edukacji, ale nie mamy uroczystego końca roku (choć skłamałbym, gdybym powiedziała, że nie zdarzyło się, że po zakończeniu roku szkolnego dzieciaki przyszły w biblioteki z kwiatkiem i podziękowaniem). Bibliotekarstwo to praca organiczna, praca u podstaw. Nic efektownego. Ale potrzebnego! I pracę tę wykonują bardzo różni ludzie. 

Jedna z naszych pań dyrektor, gdy odchodziła na emeryturę powiedziała taką historię... W średniowiecznych kamieniołomach zapytano ludzi, co właściwie robią. Pierwszy rzekł, że obrabia kamienie, drugi rzekł, że obrabia kamienie, trzeci- że stawia katedry. Bibliotekarze, często niewidoczni, codziennie obrabiają kamienie czytelnictwa, kultury i edukacji. Ale ostatecznie-na swój sposób- stawiają katedry.