poniedziałek, 9 września 2013

"Życie dane jest nam w dzierżawę..."* " Pod zawianym kaczorem"

Arcyangielski Stradford z wyzierającymi z każdego kąta wspomnieniami związanymi z Szekspirem, który jak mało kto znał się na ludzkich emocjach i namiętnościach jest wymarzoną scenerią do kryminału. A scenerie tę, wraz z całą otoczką i serią intertekstualnych nawiązań świetnie wykorzystuje Martha Grimes w czwartym tomie serii o detektywie Jurym i jego znajomym Melrosie Plancie.  Grimes, choć Amerykanka, potrafi w fantastyczny sposób portretować ludzi i atmosferę brytyjskiej prowincji, czyniąc to z humorem, a jednocześnie wciągając czytelnika w swą kryminalną intrygę (bo wzorzec Agathy Christie zobowiązuje). Tym razem do  miasteczka nad Avonem  przybywa wycieczka bogatych Amerykanów, kobiety z tej grupy stają się po kolei ofiarami  okrutnych morderstw, zaś zbrodniarz zostawia przy swoich ofiarach fragmenty elżbietańskiego wiersza. Tajemnice morderstw, a także zniknięcia pasierba jednego z uczestników wycieczki ma rozwiązać nadinspektor Jury, któremu do pomocy przydzielają znanego z poprzednich części hipochondrycznego Wigginsa, zaś radą służy mu błyskotliwy literaturoznawca i były arystokrata Plant. Tropy się łączą, postaci zaczynają okrywać coraz dziwniejsze tajemnice z przeszłości i wzajemne powiązania, a ciąg śmierci trwa... Grimes bardzo sprawnie miesza poszlaki i motywy, co rusz odwracając podejrzenia od tych, którzy wydają się najmniej niewinni. Czytelnik ma więc zapewnioną rozrywkę, a Scotland Yard mnóstwo pracy.

Wielkim plusem serii o przygodach policjanta Scotland Yardu jest ciągłość i powtarzalność pewnych motywów i postaci. Autorka stworzyła kilka mocnych i barwnych charakterów, które występują w każdej powieści, dzięki czemu kolejne książki czyta się tak, jakby wpadało się starych znajomych na popołudniową herbatkę pogawędzić o  okolicznych ploteczkach i morderstwach:) Richard Jury z miejsca budzi sympatię jako porządny, choć znający życie detektyw, Plata ze jego ironicznym poczuciem humoru, godnością eks szlachcica i niebanalnym sposobem myślenia też nie sposób  nie lubić. Ale moją ulubioną postacią pozostaje ciotka Agata (niestety, mało jej w tym tomie, bo zawłaszczyli ją dla siebie amerykańscy krewni). Agata, choć Amerykanka, chce być najbardziej angielską z angielskich lady, choć na pewno powściągliwość i elegancja nie są jej drugim imieniem, to sceny przekomarzania się z Plantem, zazwyczaj przy sporej ilości ciastek, pochłanianych przez ciotkę, są  najzabawniejszymi i odprężającymi w zbrodniczym ciągu  momentami. Agata to z jednej strony typowa Amerykanka, a z drugiej typowa ciotka z angielskich fars spodka i filiżanki( z lekkim podobieństwem do Ariadny Olivier, czyli porte parole Christie w powieściach królowej kryminału). Oby w kolejnych częściach nie traciła wigoru!

Książkę czyta się błyskawicznie (dwa wieczory) i z wielką przyjemnością. Poza kryminalną tajemnicą Grimes oferuje świetny,bo inteligenty, dowcipny styl z licznymi nawiązaniami literackimi i kulturowymi (dla tych, którzy wolą tropić mordercę, a nie intertekstualności mnóstwo porządnie zredagowanych przypisów) . W "Pod zawianym kaczorem"  nie obędzie się bez Szekspira, ale mamy tu sporo przedstawicieli epoki elżbietańskiej (np. wybujałe hipotezy dotyczące śmierci Kita Marlowe'a), a także odwołania do Moliera czy "Casablanki". Bardzo chętnie powrócę na angielska prowincję, tym bardziej, że niedługo ukazuje się kolejna, szósta  już, cześć cyklu. Już ostrzę pazury na kolejne przygody niebanalnych bohaterów.  A póki co zapoluje na bibliotecznych półkach na inną serię autorstwa Grimes o dziewczynce śledzącej zbrodnie na  amerykańskich bezkresach:)

* Lady Makbet

Martha Grimes, "Pod zawianym kaczorem" , wyd. W.A.B., Warszawa 2013 (pierwsze wydanie polskie 2010)

wtorek, 3 września 2013

"Gambit turecki" wojenne teatrum

Przygody Erasta Fandorina bardzo lubię, uwielbiam samego bohatera, jego logikę i wrażliwość, bardzo lubię styl Akunina, który tworzy dla czytelnika fantastyczny świat Rosji carskiej, utkany ze skojarzeń z kulturą i historią braci Słowian. Przeczytałam wszystkie przełożone na polski części cyklu, ale wracam do nich dzięki audiobukom. Do tego powrotu skłonił mnie rzecz jasna magnetyzm Erasta i chęć przeżycia kolejny raz tych samych awanturniczych przygód, ale przede wszystkim skłonił mnie lektor audiobuków, Krzysztof Gosztyła. I na tym mogłabym kończyć pisanie, bo o umiejętnościach lektorskich Gosztyły wiele już mówiono, wielokrotnie wzbudzał zachwyt swoimi interpretacjami,a nawet jego udział był ponoć warunkiem wydania słuchowiska wg. Sapkowskiego. Cóż mogę do tych peanów dodać? Chyba to, że gdyby Krzysztof Gosztyła czytał książkę telefoniczną, byłaby ona jedną z ciekawszych lektur.

Są ponoć  dwie szkoły czytania autodbuków: lektor-transparentny, ukryty za tekstem, ot czytacz, retransmitujący wydarzenia i lektor-aktor, robiący z audiobuka, wzorem teatru radiowego, spektakl wyobraźni. Zdecydowanie wolę ten drugi sposób. Niestety, niesie on niebezpieczeństwo przeszarżowania i "prze-grania" opowieści. Otóż Gosztyła prze-grany nie nie jest! "Gambit turecki" jest trzecim audiobukiem z fandorinowskiej serii, którego słuchałam i każdy z nich utwierdza mnie, że na geniusz lektorski Gosztyły składają się konsekwencja, fantazja i umiarkowanie. Operując głosem lektor może ożywić lub stworzyć postaci i tak właśnie działa głos Gosztyły-konstruuje bohatera. Gdy pierwszy raz, w "Azazelu"  usłyszałam głos Erasta pomyślałam: Nie tak!Niżej, pewniej, głębiej... i po kilku chwilach dotarła do mnie moja pomyłka...Jak  to "niżej i głębiej" skoro to lewo młody chłopak,  jak "pewniej", skoro jego kariera dopiero się zaczyna. Gosztyła tworzy Erasta takiego, jak napisał Akunin- leciutko wycofanego, ale gdy trzeba zdecydowanego i pewnego siebie, głos jest więc lekko wyciszony,stonowany,ale gdy należy nawet ostry. Echhhhh... pan Fandorin tylko zyskuje z takim głosem! Nie tylko sam dyplomata zyskuje pełen głosowy portret! W "Gambicie ..." jest też dumny i gwałtowny generał Sobolew, podejrzany Kazancakis, cała gwardia dziennikarzy obcokrajowców, których nie sposób pomylić, czy pełen fantazji Zurow (w "Azazelu" postać Hipolita Zurowa czytana była jeszcze niższym głosem niż w "Gambcie...", co w połączeniu z ułańską barwnością huzara sprawiło, że stałam się ofiarą oczarowania przez postać papierowo-głosową). Dodatkowo Gosztyła, głos jakby nie było arcy męski,  świetnie gra głosami kobiet, a wahania Warii oddaje z wyjątkowym  wyczuciem  damskiej natury.

Sama historia jest kolejną wyprawą do teatru działań wojennych na pola bitew rosyjsko-tureckich . Młoda i bardzo wyzwolona Waria jedzie na front do swego narzeczonego,ale po drodze zostaje włączona w znacznie ciekawsze wydarzenia, spiski, afery szpiegowskie i ciągłe maskarady, bo tylko niektórzy są tymi, za których się podają. "Gambit turecki" jest powieścią awanturniczą, a przy tym też historią w której niezwykle ważną rolę ogrywają reportaże z pola bitwy, rozpoczynający każdy rozdział. Historią może jak na kryminał dość obyczajową, bo wśród takiej ilości żołnierzy i korespondentów serce Warii jest niepewne, ale jak zawsze w Akunina jest to świetna powieść rozrywkowo-przygodowa z mimo wszystko zaskakującym zakończeniem!

Borys Akunin, "Gambit turecki", Świat książki. Warszawa 2012. czyta Krzysztof Gosztyła .

niedziela, 1 września 2013

Lektury... można nie lubić, znać wypada:)Np. po to, by mieć swoje zdanie!

Szkoła, lektury i awantury...Bo listę lektur w związku z nowymi podstawami programowymi zmienili i mamy teraz  prawie narodowy spór o "Pana Tadeusza". Naczytałam się komentarzy  typu "niech wyrzucą te starocie bo i tak nikt nie czyta / po co to komu", idąc tym jakże szerokim i wygodnym torem można wędrować dalej- wyrzućmy z matmy wszystko powyżej procentów( przydatne do obliczania przecen i kredytów), usuńmy historię sprzed 1989, wyrzućmy sporą część biologii i geografii (a fizykę i chemię to może w całości?), bo po co to komu i i tak nikt się nie uczy wszystkich stolic,  małego i dużego obiegu krwi i roli złotego wieku. Szkoła ma być miejscem podawania garści przydatnych informacji, czy nauczania? Nauczania, tj. analizy, interpretacji, wyciągania wniosków, kojarzenia faktów, jednym słowem: myślenia. Wiem, to idealistyczne patrzenie na szkołę, ale wierzę, że nauczyciele są przede wszystkim od tego, by uczyli myślenia. A z myśleniem jak z czytaniem- są momenty łatwe i trudne, im częściej się to robi, tym łatwiej idzie, im bardziej skomplikowane tematy się porusza, tym ciekawiej;) Kanon lektur winien być właśnie kanonem- zestawem pozycji literatury, z którym przeciętnie wykształcony człowiek powinien się zapoznać. I to zapoznanie jest już wartością samą w sobie. (Jak to mówią u mnie w domu: pewne rzeczy się wie... i o to chodzi! po prostu się wie, czy raczej powinno, kim był Kmicic i Pan Tadeusz:)) O ile uboższy byłby świat bez rzucanych przez znajomych  cytatów, których smaczek w tym, że wszyscy łapią je w lot... A z praktyki bibliotekarskiej wiem, że ludzie, często po  skończonej nauce, wracają do lektur, bo "wypada je znać":)

Na języku polskim powinno odbywać się kształcenie literackie, czyli pokazanie uczniom różnych sposobów/stylów pisania, mówienia o świecie, ludziach i wartościach.  W różny sposób: różnym językiem i stylem, czasem trudnym, czasem łatwiejszym. Co więcej, to kształcenie ma na celu ukazanie historycznej i kulturowej ciągłości literatury, bo ci, którzy tak bardzo nie chcą Mickiewicza, a chcą Herberta i Świetlickiego chyba zapominają, że czytanie poetów późniejszych bez tradycji, znacznie umniejsza wartość dzieła tych drugich. Jak to było w tym znienawidzonym " Konradzie Wallenrodzie", co  ponoć, wzorem postawy autora, uczy nienawiści  i hipokryzji? "O wieści gminna! ty arko przymierza między dawnymi i młodszymi laty"... jeśli chce się uczniom wyjaśnić mechanizmy intertekstualności i tradycji literackiej nie da się tego zrobić bez przeszłości i literackiej "arki przymierza". W jaki sposób pokazać rewolucyjność Jasieńskiego (też się jakiś internauta tego domagał), jeśli nie będzie się znało reguł , które poeta złamał? Dlatego uważam, że od uczniów, których szkoła ma nauczyć myślenia, powinno się wymagać wysiłku intelektualnego, niech się pomęczą nad fragmentami z XIXwieku, niech spróbują zrozumieć, niech się wsłuchają w melodię języka przy głośnym czytaniu lub recytacji, niech zobaczą i usłyszą, że literatura to niej jest tylko książka, to dźwięk, rym, rytm, opis świata, do którego autor zaprasza czytelnika. (Ciche czytanie wierszy, to gwałt czyniony poezji, bo przecież warstwa dźwiękowa utworu  była i jest jest równie ważna... poza tym czytanie głośne nadaje mocy utworowi, często zwielokrotnia możliwość interpretacji!). Wreszcie, przestańmy traktować uczniów jak jakaś ciemną masę, co to do trzech policzyć nie umie i długiego słowa nie przeczyta, wjedźmy młodzieży na ambicję, powiedzmy, że Mickiewicz siedział w więżeniu, a Kmicic miał swoje za uszami. Uczmy klasyki, ale w nowy sposób, zgoda:wymaga to zmiany, ale skoro wymagamy od młodzieży, wymagajmy od siebie. Wierzę, że są dzieciaki, które docenią literaturę i spróbują się zmierzyć z nią i z sobą. Może nie będą to wszyscy, bo "wszyscy i tak nie przeczytają", ale może chociaż ktoś! Romantycznie (bo chcemy czy nie, romantyzm jest epoką naszej tożsamości)z początkiem września marzę o takiej szkole, która uczy myśleć i doceniać tak Mickiewicza, jak  i Bursę:)

środa, 28 sierpnia 2013

"W krzywym zwierciadle" Pointa ponad wszytskim (bez słowa o balecie!)

Felieton rządzi się swoimi prawami. Ma być napisany lekko,a poruszać sprawy w miarę aktualne oraz ponadczasowe i mieć celną pointę. Felieton ma w Polsce bardzo dobre tradycje (zarzućmy nazwiskami Prusa, Sienkiewicza, Wiecha i Gałczyńskiego). Felieton  jest wreszcie szalenie trudny! Maciej Stuhr pisze od kilku lat felietony do "Zwierciadła" i wiosną wydawnictwo postanowiło sprezentować czytelnikom wybór jego twórczości. Jakkolwiek nie przepadam za samym periodykiem, to gdy wpadało mi w ręce teksty Stuhra przeglądałam z przyjemnością i z przyjemnością czyta się też książkę.

Stuhr jest aktorem, więc ma dobrze rozwinięty zmysł obserwacji, jest  psychologiem, co sprawia, że obserwacje nie są tylko opisane, ale i pogłębione, wreszcie jest obdarzony poczuciem humoru, dzięki czemu nawet niezbyt optymistyczne zdarzenia są spointowane nie tylko z dowcipem, ale, i czasem ledwo tlącą się, ale jednak, nadzieją. W felietonach przywoływane są wspomnienia sprzed lat, często zestawione z mało romantycznymi obrazami współczesności, są prawdy ponadczasowe o szeroko rozumianej kulturze (także osobistej) o "szołbizie" i aktualnych wydarzeniach, sporach, skandalach. I tu dziwna rzecz! Felieton, przez swoje odwołanie do konkretnego tu i teraz, okazuje się gatunkiem bardzo ulotnym. Mimo że opisywane wydarzenia miały miejsce najdalej w roku 2010, redakcja postanawia odświeżyć naszą pamięć i przypomnieć o co komu wtedy chodziło. W jednym z felietonów autor zastanawia się co będzie potem... i czytelnik od razu, patrząc na przypominane przez redakcję historie, wie po pierwsze co było potem, po drugie jakie kolejne wydarzenia warte opisania, a dotyczące podobnych spraw jeszcze się wydarzyły.  Na szczęście większość zawartych w książce tekstów dotyczy spraw żyjących nieco dłużej niż dwa dni na okładach dzienników i ma bardziej ponadczasowy charakter. Bo czas, w przypadku felietonowego pisania, płynie jeszcze szybciej.  

Drugą część książki stanowi powieść, która Stuhr napisał ze swoimi wielbicielami, którzy do pisma przysyłali pomysły na rozwinięcie akcji. Większość czytelników książki mówiła, że lepiej "Utytłanych miłością" usunąć, a w zamian dać więcej felietonów. I chciałby się zakrzyknąć, że "Ten pan ma rację", bo powieść jakkolwiek napisana zręcznie i dowcipnie, wykorzystująca liczne nawiązania intertekstualne, jest  po prostu taka sobie średniawa z naciskiem na "taka sobie". Groteska, postaci przedziwne w stereotypowej wsi, wszystko być może, ale po co? O ile felieton jest podobny w strukturze do monologu kabaretowego, (o! jak ja lubię rozmowę telefoniczną. "siedzimy, gadamy, nic się nie dzieje, pozdrawiamy cię") o tyle powieść, zwłaszcza groteskowo-z-założenia-satyryczna-zwrotów-akcji-nieptrawdopodobnych-pełna to już coś innego i "Utytłanym ..." do miana udanej powieści sporo brakuje, choć z racji tego, że była eksperymentem może nie powinno się od niej zbyt wiele wymagać. Tak czy inaczej z felietonami warto się zapoznać, czasem zadumać, często uśmiechnąć i pomyśleć, że przyszło nam żyć w ciekawych czas. I dzięki felietonistom, którzy ten świat dla nas oswoją i spointują z humorem, nie musi to być przekleństwo.

Maciej Sthur, "W krzywym zwierciadle". Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2013.

niedziela, 25 sierpnia 2013

"Awantura o pieniądze albo życie" Hiszpański kryzyz po raz kolejny


W Hiszpanii kryzys, na  którego skutek cierpi też znany z poprzednich części cyklu przygód Fryzjer Damski. Fryzjer mógłby oczywiście siedzieć sobie bezczynnie i plajtować, ale musi pomóc w poszukiwaniach swego przyjaciela z więzienia Rómula Przystojniaka. Rómulo bowiem, który kiedyś zamiast napaść na bank pomylił drzwi i obrabował sklep z kruczkami, zniknął w tajemniczych okolicznościach...Fryzjer zaczyna organizować grupę śledczo-poszukiwawczą, w której skład wchodzą przeróżne indywidua hiszpańskiej ulicy (choć niekoniecznie hiszpańskiego pochodzenia, bo jest i towarzyszka z Moskwy), wszystkiemu ze starożytnym spokojem przygląda się "czcigodna" chińska rodzina Siau oraz kobieta niezwykle fatalna, żona Przystojniaka, Lavinia Torrada. Historia zaczyna się plątać, spiski dotyczące zaginionego i poszukujących okazują się zakrojone na większą, europejską skalę, wobec czego popadający w przeróżne absurdalne tarapaty Fryzjer, np. podając się za producenta filmowego, ma styczność z możnymi tego świata, a nawet poznaje Angelę Merkel i na samym poznaniu ta historia się nie kończy, bowiem pani kanclerz grozi niebezpieczeństwo i rycerski Fryzjer nie może dopuścić do zamachu. terrorystycznego. Cóż, jaka dama, taki rycerz.

Mendoza jest mistrzem tworzenia światów, tak samo dobrze czuje się w Barcelonie współczesnej co historycznej, na prowincji i w kosmosie. I każda z tych rzeczywistości jest osobna, indywidualna i naznaczona jego widzeniem świata. W "Awanturze..." kolejny raz daje popis woltyżerki swej fantazji,postaci są szalone, wydarzenia groteskowe i nieprawdopodobne, a język barwny i oryginalny (oj, natrudzić się musiał Tomasz Pindel tłumacz, by z jednej strony pisać wyrażeniami ulicy, a potem przechodzić w ton filozoficznych wywodów i bogatej, wschodniej mądrości dziadka Siau np. "Przodkowie i potomkowie są ważni. Przeszłość i przyszłość. Bez przeszłości i przyszłości nie ma teraźniejszości, a ona jest ulotna",s. 56 ). Choć intrydze niczego nie brakuje, dla mnie ważniejszy  i ciekawszy był komiczny, czasami farsowy klimat powieści, gdy śnieżna kula kolejnych wydarzeń i postaci pędzi w zawrotnym tempie, dostarczając świetnej rozrywki. Choć jak to zwykle bywa, groteska ma swoją drugą stronę i kryzys ekonomiczny,  do którego już zdarzyliśmy się przyzwyczaić i obśmiać, staje się bardzo prawdziwy i przerażająco mało zabawny. Ale książkę czyta się z wielką przyjemnością i podczas lektury żaden kryzys nie powinien  czytelnikowi grozić:) 

Eduardo Mendoza, "Awantura o pieniądze albo życie". Znak, Kraków 2013.

wtorek, 20 sierpnia 2013

"Pokoje do wynajęcia" i skomplikowana ofiara

"Pokoje do wynajęcia" dosyć długo czekały na swój czas...I dobrze, że nie zabierałam się za lekturę wcześniej, gdy czasu na czytanie było mniej....Kryminał  należy do rodzaju:jeszcze stronę, może dwie, a że rozdział krótki to... może jeszcze parę stron:)

Głównym bohaterem powieści jest komisarz Soneri, dość typowy detektyw, co to bywa mrukliwy, choć przenikliwy. Komisarz ma do rozwiązania sprawę zabójstwa kobiety, która żyła z wynajmu pokoi. Jak się okazuje, sam Soneri w młodości też był jej lokatorem, a nawet poznał tam swoją żonę. Trudno się dziwić, że za rozwiązanie sprawy brutalnego morderstwa uroczej staruszki bierze się szybko. Uroczej staruszki? Ano nie do końca! Wraz z rozwojem akcji okazuje się, że pani Ghitta wcale nie była tak urocza, poza wynajmowaniem mieszkania trudniła się znachorstwem i "pomagała" dziewczynom, które wpadły w tarapaty. Sytuacja się zagęszcza, bo na jaw wychodzą tajemnice z przeszłości, wśród których jedna dotyczy zmarłej żony komisarza, dlatego policjant, poza morderstwem, ma na głowie też wydawało się zapomniane problemy własnego życia.

Varesi pisze dobrze i  surowo, kryminalna intryga trzyma w napięciu, tropy są mylone, a postaci dobrze skonstruowane. Inspektor jest co prawda jest raczej standardowym przedstawicielem zawodu, ale budzi sporą sympatię  i ,oczywiście!, okazuje się, że pod szorstką powłoką kryje romantyczne i dobre serce. Ale tym razem to nie osobowość policjanta, nie poszukiwanie mordercy i motywu były najciekawsze. Pierwszy raz czytałam kryminał, w którym najbardziej interesująca była ofiara. Siła stylu autora polega na stopniowym odkrywaniu  kolejnych kart życia pani Ghitty, momentami się jej nie lubi, czasem współczuje, bo postać jest bardzo niejednoznaczna i jak na trupa (który ma być pretekstem do śledztwa)- bardzo złożona. Książkę czyta się dobrze, szybko i nie ma w niej zbędnych opisów i,coraz częstszego dla nowych kryminałów, przegadania. A czas i miejsce akcji- Parma przed Bożym Narodzeniem- jest ciekawym dodatkiem do intrygi, choć szczerze mówiąc ta historia i taka ofiara mogłaby się znaleźć na każdej szerokości geograficznej.  Jednak najistotniejszy jest fakt, że Varesi umiał tę historię w zaproponowanym anturażu bardzo dobrze opowiedzieć! A kolejne sprawy komisarza już wydane:)

 Valerio Varesi "Pokoje do wynajęcia",  Rebis, Poznań   2012.


sobota, 3 sierpnia 2013

Ksiązki leżkowe i kocowe

Są różne podziały literatury: na beletrystykę i naukową, na dorosłą i dziecięcą, na dobrą i złą. Można dzielić według płci autora lub czytelnika, według objętości i niezawodnego UKD. Można także według miejsca i okoliczności czytania. Kiedyś pewna czytelniczka wyłożyła swój podział: są książki dobre oraz tramwajowe i pociągowe (pociągowe są, co oczywiste, dłuższe od tramwajowych). To takie, które zapewniają myślom w czasie podróżny pewne zajęcie, ale nie odrywają od  życia do tego stopnia, by minąć swój przystanek. Latem pojawia się jeszcze jedna kategoria-książki leżakowe,zwane też kocowymi. To najlżejsze z lekkich, absolutnie nie odrywające nikogo od letniego leniuchowania pozycje mające umilić czas odpoczynku...taka jest definicja ogólna.Ale można ją sobie zmodyfikować, bo każdy odpoczywa przy czymś innym. Zdarzało mi się wielokrotnie czytać na plaży książki, które wymykałby się standardowej klasyfikacji leżakowej- większość lektur czytałam w wakacje,a bardzo utkwiła mi w pamięci "Pani Bovary" czytana w pochmurne popołudnie przy sztormowym Bałtyku i mało działkowa, a jedna tam poznawana "Czarodziejska góra". Najważniejsze, by książki niosły odpoczynek, który nie musi być wcale tak bardzo błahy (co więcej- niektóre "lekkie książki"są tak fatalne, że czytanie to dopiero męka!).  Niech książka leżakowa będzie książką, którą po prostu dobrze się czyta! Już się cieszę na to wakacyjne czytanie, trochę kryminałów, trochę klasyki, jakaś leżakowa obyczajówka... Jadę na urlop. Książki już spakowane!