niedziela, 16 września 2018

"Powiastki Beatrix Potter" piękno dzieciństwa

 Te opowieści mają już ponad 100 lat, bo pierwsza książeczka Potter, o Króliku Piotrusiu ukazała się w 1902 roku.  Klasyczne opowieści o zwierzętach, fantastyczne ilustracje, którymi Potter buduje swój świat zamieszkały przez jeże, myszy, kaczki i wszelkie inne zwierzaki z angielskiej wsi. Idealne dopełnienie słowa i obrazu.  O samych historiach nie ma się co rozpisywać, bo chyba nie ma nikogo, kto interesuje się literaturą dla dzieci, a nie słyszał o tych opowiastkach. Potter. Tej, która pisząc dla dzieci swoich znajomych, inspirując się pięknem przyrody (np. Krainą Jezior, gdzie mieszkała i pracowała) wypracowała własny styl opowiadania o  przygodach urwipołcia Piotrusia, naiwnej Tekli, porządnej Tyciej Myszki. Nadała swoim bohaterom  charakteru i pozwoliła wieść życie pełne przygód albo spokoju. A jej ilustracje są jednymi z najbardziej rozpoznanych obrazków w historii literatury. 

W księgarniach i na półkach bibliotecznych znajdziemy wiele wyborów opowiadań tej autorki, wydanie Muzy zawiera 4 niepublikowane wcześniej historyjki, a każde opowiadanie poprzedzone jest wstępem, z którego możemy się dowiedzieć dla kogo i w jakich okolicznościach powstały konkretne opowieści. Warto też dodać, że przekładem historii zajęła się Małgorzata Musierowicz i to  jej wyobraźni językowej zawdzięczamy imiona bohaterów: Typcia Drypca, Panią Mrugalską, Paszteta i Foremkę, czy Teklę Kałużńską.    Przyznaję, że mam do tych historii bardzo sentymentalny stosunek, bo małe, białe książeczki z pojedynczymi historiami były elementem mojej nauki czytania. I, choć niewiele łączy mnie z pedantyczną Panią Tycią Myszką, z uśmiechem wspominam zawołanie "a sio, małe brudne nóżki!".

"Powiastki Beatrix Potter". Przeł. Małgorzata Musierowicz. Wyd. Muza. Warszawa 2000. 

A kto nie widział, niech obejrzy film "Miss Potter"!

czwartek, 6 września 2018

"Spacer nad rzeką" rodzinne tajemnice w Kazimierzu

Zwykle obyczajówki kończą się  na "żyli długo i szczęśliwie"."Spacer nad rzeką" opowiada o tym, co dzieje się potem i dzięki temu książką wyróżnia się na tle podobnych gatunkowo powieści. Miłość Zosi, warszawskiej świetliczanki,  i  lekarza Pawła jest filmowa: szczęśliwa i szybka. Dziewczyna przy starszym od niej mężczyźnie   odnajduje spokój i zaczyna budować rodzinę, o której marzyła od czasów dość  smutnego dzieciństwa. To Paweł przekonuje żonę, by odpoczęła do zgiełku stolicy i zmieszała w jego rodzinnej Doktorówce w Kazimierzu Dolnym. Zosię zachwyca atmosfera domu i miasteczka, szybko odnajduje w Kazimierzu swoje miejsce i zadomawia się tam, mając nadzieję, że taki właśnie ciepły i radosny dom zapewni swemu dziecku. Jednak z czasem zaczyna poznawać rodzinne sekrety, a także tajemnie życia męża.  Zosia coraz częściej trafia na ślady pierwszej żony lekarza, Julii.  Niejasności związane z jej śmiercią, a także pojawiające się co chwilę fakty dotyczące wspólnego życia reporterki i lekarza sprawiają, że Zosia czuje się mniej pewnie. Do tego dochodzi jeszcze poznanie  rodzinnej czarnej owcy rodziny, czyli brata Pawła, Mikołaja.  Bo ta pozornie poukładana rodzina, ma swój sekret.
O ile czytelnik może znaleźć w książce pisane kursywą odrębne losy Julii, o tyle Zosia powoli poznaje prawdę, uświadamiając się przy okazji, jak niewiele wie o człowieku, z którym dzieli życie. Ponieważ to obyczajówka nie będzie trupów w szafie,  męża  Sinobrodego ani teściowej Borgii; będą za to ludzkie wybory, rodzinne dramaty i zamiecione pod dywan fakty. Zosia, postać momentami mdląco dobra i urocza, weźmie na siebie ciężar pogodzenia rodziny i wyjaśnienia spraw, które zbyt długo psują krew wszystkim jej członkom.  Gdyby jej się to nie udało, mielibyśmy dość poważną, życiową historię rodzinną o zdradach, chowanych urazach i pogłębiających się podziałach. A że jest to kobieca obyczajówka, dostajemy  krzepiącą historię ze szczęśliwym zakończeniem, dzięki któremu Zosia znajduje rodzinę, którą zawsze chciała mieć i nadzieję na życie spokojne i pełne ciepła. 
 Poza rodziną i znajomymi (w tym ciekawie kreśloną postacią przyjaciółki Zosi, oraz bardzo interesująco zapowiadającą się, a ginącą w odmętach fabuły Romką, lokalną artystką), odrębnym bohaterem książki jest Kazimierz. Opisywany z zachwytem i wyczuciem. Chce się tam pojechać...  Właśnie ciekawe miejsce akcja oraz nie aż tak oczywista fabuła są zaletami tej powieści. Jest też naczelna wada bardzo wielu obyczajówkowych pozycji-  dłużyzny, przegadanie, powtarzanie tych samym  fraz i momentami drażniąca ckliwość...  Naprawdę można było bez uszczerbku dla akcji i całkiem przyjemnego klimatu trochę te opowieść odchudzić, bo kto powiedział, że obyczajówki mają mieć po 500 stron? Mimo wszystko w ramach odpoczynku, relaksu i być może inspiracji do jesiennych eskapad, można przeczytać. 

Monika A. Oleksa. "Spacer nad rzeką". Wyd. Filia. Poznań 2017.

piątek, 31 sierpnia 2018

"Niedźwiedź i słowik" horror z baśni, baśń z lasu

Gdy w Moskwie trwają polityczne przepychanki, na rubieżach Rusi spokojnie żyje bojar Piotr Władymirowicz z rodziną. Żyją zgodnie z rytmem przyrody, pamiętają ludowych podaniach i wierzeniach. Jednak po śmierci ukochanej żony, Piotr zmuszony jest do kolejnego ożenku i znalezienia dzieciom- a zwłaszcza najmłodszej Wasi, matki.  Kobieta, którą decyduje się przywieźć do domu jest do pasierbicy podobna tylko w jednym- także widzi więcej niż przeciętny człowiek. Wasilisa bowiem dostrzega domowe duszki, wodne nimfy, rozmawia z tymi, którzy w sposób tajemniczy i baśniowych chronią zwierzęta i domy. O ile Wasia się z tymi stworzeniami zaprzyjaźnia, a tyle owładnięta manią religijną Anna, popada w coraz większy obłęd.  Wasia dorasta, a siły zła i dobra, o których opowiadała piastunka Duniasza znów zaczynają się mocować.
  Nastoletnia już dziewczyna musi zmierzyć się z niedźwiedziem, demonem, którego poznała jeszcze we wczesnym dzieciństwie.  Przeciw niedźwiedziowi jest też  Morozko, demon zimy i wcielenie śmierci. Czy można zjednoczyć siły z kimś, kto jest zimą i ostatecznością? Po jakie środki sięgnie niedźwiedź, wykorzystujący ludzką ufność?  Jak będzie wyglądało starcie sił, gdy leśne duchy przestaną być tak przyjazne, a ludzi ogarnie  złość i strach?  A przy tym czytelnik ma świadomość, to  dopiero pierwsza część opowieści...  

 Tym, co najbardziej zwraca uwagę w "Niedźwiedziu i słowiku" jest bardzo sprawne połączenie gatunków. Zresztą już okładka  (trochę z Fridy, trochę ze Stryjeńskiej) sugeruje, że  barwna ludowość złączy  tu się zgrozą i mrocznością. Autorka, absolwentka literatury francuskiej i rosyjskiej, zaproponowała w swoim debiucie splecenie wątków z baśni  dalekiej Rusi, włączając w to także elementy historycznej walki o koronę na Kremlu, horroru (opisy demonów  i nastrój scen robią wrażenie) i historii o dorastaniu. Dla mnie, osoby, która nie czyta fantastyki ani fantasy, ale została wychowana na baśniach (i pojawiającym się w motcie Puszkinie) to połączanie interesujące. I mam wrażenie bardziej baśniowe, niż  typowo fantastyczne. Historię dobrze się czyta, choć akcja toczy się dość niespiesznie, przybierając na dynamice pod koniec. Dorastającej Wasi nie sposób nie lubić (mamy tu buntowniczą bohaterkę, sprzeciwiającą się tradycyjnej roli kobiety, która nie powinna jeździć konno, łazić po drzewach, a tym bardziej decydować o swoim losie), a błękitnooki Morozko intryguje! To jedna z tych książek, w której świat przedstawiony jest tak zbudowany, że czytelnik może poczuć się jego częścią. Nastrojowe i budujące obraz ruskiego sioła są też opisy przyrody, która w tej opowieści ma dużą rolę (tak, tak, opisy przyrody w XXI wieku!). Choć chwilami miałam wrażenie, że napięcie w powieści siada i autorka traci panowanie nad wątkami, po chwili tempo wracało. I to sprawia, że będę czekać na kolejny tom i dalsze przygody Wasi. 

 Katherine Adren, "Niedźwiedź i słowik". Przeł. Katarzyna Bieńkowska. Wyd. Muza Warszawa 2018.

środa, 22 sierpnia 2018

"Snoby" arystokratyczne


Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie, głosi znane polskie przysłowie. I to, że polskie, to ważne, bo u nas sprawy pochodzenia i klasy nie mają tak wielkiego znaczenia jak na Wyspach Brytyjskich. Akcja "Snobów" toczy się w ostatniej dekadzie XX wieku i wyziera z niej ciągłe umiłowanie starego porządku i  podziału na arystokrację i tych drugich. Bohaterką powieści jest Edith, dziewczyna z gminu, która złapała arystokratę, jednak znudzona życiem, za którym wcześniej tęskniła, wplątuje się w romans z gwiazdorem oper mydlanych.  Co będzie dalej?  Które życie i który świat jest ciekawsze i do którego ona bardziej pasuje?
Całą historię opowiada nam przyjaciel Edith łączący w sobie światy, bo jest i aktorem, i arystokratą.  Balansując między tym co arystokratyczne, zamknięte w wielkich rodowych siedzibach rodów, gdzie każdy jest z kimś spokrewniony, a przerzucanie się pseudonimy lordów i baronów jest dobrym tonie, a współczesnym światkiem show-biznesu (posiadającego również swoją hierarchię) widzi i punktuje obie strony. Opowieść o pannie jest w gruncie rzeczy prosta i dotyczy oczywistego wyboru stylu życia i bycia szczerym wobec siebie. Choć właśnie szczerość jest cechą, której żaden z opisywanych światów nie premiuje.   Książka scenarzysty "Downton Abby" jest też opowieścią o tym, że wykraczając ponad swoją sferę jest się bezpaństwowcem, bo nie można zostać  arystokratką bez tuzina udokumentowanych szlachetnych przodków.  Z drugiej strony,  ta osoba nie ma też powrotu do anonimowości jakiej doświadczała jako „osoba z gminu”. Autor bardzo wnikliwie analizuje te sytuację wyjścia ze sfery... Coś, co nam trąci „Trędowatą”, jest, jeśli wierzyć Lordowi  Fellowesowi, cały czas aktualne. 
  
 "Snoby" czyta się lekko, autor, jak przystało na wziętego scenarzystę,  bawi aforyzmami i celnymi spostrzeżeniami dotyczącymi swoich bohaterów. Jednak wśród tych bohaterów próżno szukać postaci sympatycznej, dobrej, takiej, w której literackie życie można się emocjonalnie zaangażować. "Snoby" to opowieść o pozorach i „co ludzie powiedzą” , o kalkulacjach i interesach. O ciągłym graniu- gra aktor (i to jest zrozumiałe), gra matka markiza, gra młoda żona- narzucone role, społeczne klasy, zasady zachowania wykształcone przez lata i  ustalone przez wieki układy i koligacje (bo za króla Jakuba!....). "Snoby" to opowieść o współczesnym społeczeństwie, w którym podział na klasy, na nas i ich, podział wynikający z urodzenia, jest żywy. O społeczeństwie, w którym lord zasługuje na szacunek, a nowa partnerka aktora jest tym większą celebrytką im więcej  ma kontaktów z wyższymi sferami. Choć podejrzewałam, jak rzecz się skończy,  po odłożeniu książki towarzyszyło mi poczucie, że to  była smutna historia.  Zgrabnie opowiedziana i wyszedłby z tego na pewno dobry film, obyczajowy. Bo obyczajowość  pewnych sfer wciąż trzyma się mocno!

Julian Fellowes, "Snoby". Przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska, Wyd. Marginesy. Warszawa 2017.

sobota, 28 lipca 2018

"Dziewczyna, która czytała w metrze" nie tylko książki


Juliette codziennie, jadąc do pracy paryskim metrem, przygląda się tym, którzy czytają. Pewnego dnia, zamiast  do biura, skręca w inną ulicę i dochodzi do dziwnych drzwi zastawionych książką. W ten sposób trafia do królestwa Solimana, człowieka odpowiedzialnego za pracę łączników, którzy  kojarzą ludzi i książki. Choć brzmi to trochę jak fantastyka, to powieść jest historią realistyczną, w której ewentualne  elementy magiczne związane są tylko z działaniem książek i ludzi. Juliette, dzięki rozmowom z Solimanem i jego córką, odkrywa niezwykły świat  książek i czytelników. Zaczyna dostrzegać  powieści, zmieniajcie życie; poznaje bohaterów, przeżywa wzruszenia i zachwyty. Ale, w miarę rozwoju wypadków, widzi też pewne niebezpieczeństwo, które pojawia się w chwili, gdy świat literacki zaczyna górować na prawdziwym życiem.  I dziewczyna postanawia zmienić swoją codzienność- włączyć w nie książki, ludzi i niesienie radości. Jak? To trzeba doczytać.
 
Autorka pisze opowieść o czytelnikach i dla czytelników. Jednak poza zdaniami o sile i wadze literatury, są tu też ważne ustępy o ludziach, którzy są ważniejsi od papierowych postaci.  Czytałam te książkę dość niespiesznie, ciesząc się jej  francuskim klimatem (znów jest w tej książce  coś, co  było  w "Delikatności"  i  "Między niebem a Lou", coś  nieulotnie klarownego,  francuskiego- w prowadzeniu narracji, w stylu, w oddechu i spokoju akcji). To nie jest porywająca fabuła, ale  nie zwrotów akcji, pościgów i porywów serca się spodziewałam.  Spodziewałam się opowiastki o literaturze, która łączy, zachwyca, intryguje, a czasem  budzi w czytelniach chęć zmiany. I to dostałam.
 Będę te książkę pamiętać, także dlatego, że czytając zastanawiałam się, czym jest to feel good,wołające z okładki. Nie we wszystkich momentach czułam się good- śmierć, rozstania, samotność dziecka, izolacja - takie wątki pojawiają się w tej książce i wcale nie powodują dobrego samopoczucia. Mnie to nie przeszkadzało, bo historia jest przez to prawdziwsza, bardziej codzienna i bliska czytelnikowi. Jednak, ze względu na to hasło,  książka może niektórych rozczarować- bo nie jest ani lekkim romansikiem, ani przyjemnym, turystycznym opisem Paryża. Jest  opowieścią o zwykłej dziewczynie, która zaczyna  cenić swoją codzienność, żyć dla siebie, dla ludzi i znajduje na to sposób związany z książkami. Czy nie tego my, czytelnicy sobie życzymy? Może wystarczy by się poczuć very good!

Christine Feret-Fleury, "Dziewczyna, która czytała w metrze". Przeł.Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak.Wyd.  Książnica. Wrocław 2018. 

niedziela, 22 lipca 2018

"Kamienica pod Szczęśliwą Gwiazdą" i jej lokatorzy

Gdy w półtora roku temu miałam wielką przyjemność prowadzić spotkanie z Agnieszką Krawczyk, pisarka wspominała, że po sagach toczących się na wsi i w miasteczku, chce pisać historię osadzoną w jej ulubionym, rodzinnym Krakowie.  "Kamienica pod Szczęśliwą Gwiazdą" to właśnie pierwszy tom sagi, która rozgrywa się na krakowskich Dębnikcha, a jej bohaterami są mieszkańcy jednego, tytułowego, domu.

Historia łączy losy mieszkańców kamienicy, którzy od tajemniczego donatora  otrzymują specyficzne zdania- mają spełnić dobry uczynek,  a w zamian będą mogli dostać mieszkanie. Nie chodzi jednak o codzienne uprzejmości, ale uczynki, które prowadzą do zmian podejścia do życia. W pierwszym tomie jeszcze wielkich działań nie ma, ale widać pewne poruszenie wśród mieszkańców.  Choć akcja zaczyna się od przybycia do kamienicy pianistki z dwójką dzieci, to nie Zuzanna jest główną bohaterką książki, bo postaci, których losy śledzimy jest kilka-  siostry,  noszące imiona bohaterek Szekspira, starsza pani, młode małżeństwo, wbite w korpostandardy. A do tego znajomi z dawnych lat, którzy pojawiają się w różnych konfiguracjach.  Agnieszka Krawczyk porusza w tej książęce wątki bardzo poważne,  jak rak,  samotne macierzyństwo,  ale także te z  mniej dramatyczne. Bohaterki (bo przeważająca część postaci to kobiety)  radzą sobie z  codziennymi sprawami, poszukują swego miejsca w świecie i dróg rozwoju.  Jest pianistka, dziewczyna szukająca szczęścia w różnych dziedzinach, która ostatecznie decyduje się na wyrób mydła. Jest też Miranda, pracująca w bibliotece. I choć pojawia się informacja, że czytają tylko starsze panie i uczniowie,   to jednocześnie biblioteka pełni rolę  miejsca spotkań, a jej kierowniczka jest bardzo przychylna wszelkim społecznym inicjatywom. Warto też dodać, że choć jedna z bohaterek uznaje pracę bibliotece za zajęcie dość marne, to nie odbiera Mirandzie zdolności do sprawnego poruszania się w archiwach.  Poza tym,  biblioteczne czasopisma o ogrodnictwie przydają się w pracy nad zieleniakiem. 

Akcja powieści nie gna, tylko toczy się spokojnie swoim trybem, jest sympatycznie i swojsko, a pewne zachowania (zjednoczenie sąsiadów) i terminy (błyskawiczna diagnostyka onkologiczna- 3 tygodnie! Z doświadczenia wiem, że między pierwsza wizytą a USG może upłynąć 10 miesięcy)  pokazują, że wszystko dąży do happy endu. Choć zanim do niego dojdziemy, czekają jeszcze dwa tomy, które  pokażą  relacji między rodzicami i dziećmi oraz  starymi znajomymi, rozwiążą tajemnicę dawnych animozji i pewnie  rozwikłają  zagadkę  właścicieli kamienicy i tego oryginalnego sposobu zadośćuczynienia przeszłości.  Agnieszka Krawczyk tworzy sympatycznych i charakternych bohaterów, o ich emocjach pisze z wyczuciem i mimo tworzenia historii z gatunku "lekka, łatwa i przyjemna", nie boi się sięgnąć po tematy  większego kalibru jak  choroba, samotna starość czy wybory ideologiczne, które czynione w młodości rzutują na całe życie.  A czyta się to, jak zwykle,  po prostu przyjemnie! I poza zagadkami z powieści, pojawia się jeszcze jedno pytanie:kiedy kolejny tom?

Agnieszka Krawczyk ,"Kamienica pod Szczęśliwą Gwiazdą". Wyd. Filia. Poznań 2018.  

wtorek, 17 lipca 2018

"Wakacje nad morzem. Historia miłosna Jane Austen" rozważna Jane i uprzedzenie

Sympatia do autora może przybierać różne formy, a tą najciekawszą jest uczynienie go bohaterem własnej powieści. Jeśli robi się to z sercem i sensem, ma szansę wyjść coś naprawdę przyjemnego. Tak stało się w przypadku książki Carolyn V. Murray.  Do życia i twórczości Austen nawiązywano wielokrotnie i w różnoraki sposób,  tym razem autorka sięgnęła do dwóch momentów z życia pisarki: jeden czyniąc punktem wyjścia, a drugi główną osią fabuły. A opisując sercowe (bo jakież inne!) perturbacje Jane czerpała żywo z powieści i korespondencji Angielki. Historia zaczyna się od zauroczenia Tomem Lefroy'em, których -jak wiemy z biografii i filmów ("Zakochana Jane"), był jej bardzo bliski, ale ostatecznie poślubił zamożniejszą pannę. Z powodów finansowych rodzina Austenów  opuszcza rodzinną plebanię i rusza dalej...Po drodze zatrzymują się na wypoczynek nad morzem i będą to dni pamiętne. Jane poznaje (w okolicznościach zaskakująco podobnych do poznania Marianny i Willoughby'ego) Fredericka Barnesa, porucznika Marynarki Królewskiej. Początkowo młodzieniec wzbudza w niej niechęć (tak, tak, tak jak Darcy...), ale z czasem okazuje się doskonałym rozmówcą i przemiłym towarzyszem. Jane, mimo ostrego języka, swobody umysłu i ciągot do zgłębiania ludzkiej głupoty, jest jednak racjonalistką i obawia się, że związek z nią może zrujnować przyszłość Barnesa, tym bardziej, że spadek obiecała mu bogata ciotka... 

To krótkie streszczenie już daje obraz historii, jaka stworzyła Murray. Nawiązań do postaci z książek Austen jest mnóstwo (są stare panny, ukrywane narzeczone, a nawet  głupi pastor oraz opowieści o ilości okien w pałacu). Autorka doskonale bawi się konwencją romansu, jaki tworzyła sama Austen, a przy okazji opisuje też prace Jane nad jej powieściami.  A ponieważ Austen pracuje w trakcie trwania akcji książki nad "Rozważną i romantyczną" oraz "Pierwszym wrażeniem", czyli "Dumą i uprzedzaniem", czytelnik "Wakacji..."może przeczytać jak, zdaniem amerykańskiej pisarki, mogły brzmieć pierwsze wersje utworów dziewiętnastowiecznej Angielki (ale: Darcy nie kazałby zabić psa!). 

Ta książka to sympatyczny smaczek dla wielbicielek Austen, dla nich zrozumiała i zabawna, bo jak każda propozycja intertekstualna, jest czytelna dla kogoś, kto zna świat tworzony przez Austen.  Autorka, chwytając się pewnego faktu z biografii i czyniąc go najważniejszym wydarzeniem życia sercowego Austen wyjaśnia też dlaczego niezamężna Jane pisała tak pogodne opowieści o szczęśliwych miłościach.  Bo była kochana, a choć Tom złamał jej serce, potem spotkała mężczyznę, który stał się dla niej spełnieniem marzeń o miłości szczęśliwej i wzajemnej oraz najpiękniejszym wspomnieniem. Dla wielbicielek Austenowskiego uniwersum- polecam! 

Carolyn V. Murray, "Wakacje nad morzem. Historia miłosna Jane Austen".Przeł. Anna Nowak. Wyd. Nasza księgarnia.  Warszawa 2016.