czwartek, 10 stycznia 2019

"Łzy pajaca" melo-kryminał: emocje,śmierć i opera


Arnoldoi Vezzi  jest najbardziej znanym tenorów lat 30. Uwielbia go cały operowy świat i sam Duce. Znany jest z cudownego głosu, umiejętności aktorskich i...fochów . Znalazłoby się więc paru, którzy go nie lubią i są skłonni go zamordować. Ale kto to zrobił? I to na moment przed jego wejściem na scenę w roli Cania w "Pajacach". Sprawę ma rozwikłać komisarz Luigi Alfredo Ricciardi. Policjant rzeczowy, zamknięty w sobie. Elegancji arystokrata, który ma  niezwykły dar- widzi ofiary w ostatniej chwili ich życia. Jednak bardziej niż nadprzyrodzone moce, potrzebne będą tu  typowe zdolności śledcze. Riccardi stara się więc poznać życie ofiary (a przy okazji jego fascynującą żonę), a przede wszystkim  zrozumieć świat opery, co jest dla niego bardzo trudne, bo opery nie lubi.  Nieoczekiwanie przewodnikiem po tym świecie staje się ksiądz-meloman, który doskonale zna nie tylko libretta oper, ale także  ploteczki ze świata muzyki.  Informacje o  śpiewakach, a także streszczenia dzieł granych na scenie  neapolitańskiego teatru San Carlo będą bardzo przydatne. Bo, jak to często w zbrodni i operze bywa,  najważniejsze są emocje.  

 "Łzy pajaca" to kryminał w starym stylu. I to nie tylko dlatego, że  jest typowym kryminałem retro z próbą powrócenia do atmosfery i nastrojów Neapolu lat 30. Przede wszystkim dlatego, że akcja toczy się w swoim tempie,  skupiając w największej części na wątku kryminalnym, a nie życiu osobistym komisarza.  Czytelnik może próbować rozwiązać zagadkę,  do której rozwikłania bardziej niż niezwykle zdolności śledczego i głosy z zaświatów, przyda się znajomość osi dramatycznych  dzieł werystów.   Sięgnęłam to tę książkę właśnie przez nawiązania do opery i przyznam, że autor świetnie  wykorzystał  operowe wątki. Z resztą wybrane przez niego tytuły- "Rycerskość wieśniacza" i "Pajace" to przecież historie kryminalne, więc mamy do czynienia nie tylko  (jak w przypadku "Pajaców" z teatrem w tetrze), ale kryminałem w kryminale.  Nastrój, bohater, oszczędny sposób pisania i prowadzenia narracji i te operowe smaczki przekonały mnie do tej propozycji i czytałam naprawdę z duża przyjemnością.  Tym bardziej, (informacja zupełnie użytkowa)  że czcionka wyjątkowo dobra do czytania. 

I jeszcze  słowo o okładce, która jest wyjątkowo klimatyczna i świetnie odpowiada  temu co w środku. I sama w sobie jest operowym smaczkiem. Bo spogląda z niej na nas Enrico Caruso. Nie dość, że król tenorów początku XX wieku, to jeszcze postać  bardzo związana z Neapolem (tam się urodził i tam zmarł, bo krwotoku w nowojorskiej MET). I dlatego to w jego interpretacji  najbardziej znana aria z "Pajaców", której książkowy tenor nie zdążył zaśpiewać...  A tak na marginesie- uwielbiam tę arię!

   
Maurizio de Giovanni, "Łzy pajaca". Przeł. Maciej A. Brzozowski. Wyd. Noir sur blanc. Warszawa 2018. 

sobota, 5 stycznia 2019

"Zjeżona" henizm nasz powszedni

Henia jest wyznawczynią henizmu, czyli prądu, który nakazuje czekać na tzw. lepsze jutro, nie wychylać się, nie zmieniać i nie wierzyć w siebie. Pewnie dlatego, mimo pełni dorosłości, nie umie szczerze pogadać z rodzicami (typowymi przedstawicielami mieszczan zza szczelnie zasłoniętych firanek), pokazać w pracy na co naprawdę ją stać, a przede wszystkim ostatecznie ułożyć  spraw z Waldkiem, chłopakiem (od siedmiu boleści). "Zjeżona " to opowieść o kobiecie, która przestaje być dziewczynką, o marketingowcu, który nie będzie więcej popychadłem, o przyjaciółce, która nie będzie już tą brzydszą i o córce, która nie będzie taka, jak wszyscy oczekują. Ale zanim ta zmiana, której oczekują wszyscy czytelnicy, nastąpi, Henia będzie musiała swoje przeżyć (wypucować, wypić, odcierpieć, przemyśleć) i przejść ( także ulicami Poznania).

Anna Kapczyńska nawiązuje w swojej powieści do pierwszej (najlepszej!) części przygód Bridget Jones, która podobnie jak Henia, zmagała się z rodzinnymi oczekiwaniami, pomysłami przyjaciół i wyzwaniami kariery. Po tej książce Fielding zaczął się wielki boom na podobne bohaterki literackie, które z czasem stały się coraz bardziej zajęte karierą u diabła, co ubiera się u Prady, a potem zaczęły masowo wyjeżdżać na południe... Henia przypomina starą, dobrą Bridget swoją bezpretensjonalnością i dystansem. A Kapczyńska opowiada o bohaterce bardzo dowcipnym językiem i stylem,  który jest świetnym połączeniem humoru, bystrego oka i ironii,  pomieszanych ze szczyptą absurdu. Takiego stylu brakuje bardzo wielu tzw. babskim obyczajówkom, w których narracja jest bardziej sprawozdaniem niż posiadającym jakikolwiek charakter opisem sytuacji, osób i miejsc.
Kapczyńska, mająca za na koncie kilka sztuk teatralnych, świetnie czuje się w dialogu, a pierwszoosobowa narracja Heni bywa miejscami echem kabaretowego monologu. I to sprawia, że książkę bardzo szybko i przyjemnie się czyta. Choć raczej wiadomo, jak ta opowieść się skończy, to frapują też drogi, które poprowadzą Henię do zmiany. I będą to drogi dość kręte i nie tak jasne. Drogi jeżyckie. Bo autorka miejscem i bohaterem powieści czyni też poznańskie dzielnice: Winogrady, Polankę, Sołacz... Wśród najbardziej literackich, nie tylko poznańskich, a szerzej polskich dzielnic, prym wiodą Jeżyce. Ale te z Kapczyńskiej nie są tak urocze i romantyczne, jak Jeżyce z Musierowicz. Henia przechadza się po tej dzielnicy, czasami zbyt drobiazgowo opisując jak przeszła z punktu A do punktu B (wtedy, niestety,  mamy sprawozdanie zamiast narracji) i opisując miejsca, które odwiedziła. Dla część czytelników może o być rodzaj literackiego przewodnika po poznańskich ulicach i lokalach, dla drugiej części (do której się zaliczam) niewiele wnosząca sprawozdawczość, która rozciąga historię. Nie mniej jednak jeśli ktoś chciałby zrobić sobie wycieczkę śladami Heni (tak jak wędrowały czytelniczki Musierowicz), ma spore pole do popisu.

"Zjeżona" to książka, która może dać do myślenia. Przede wszystkim dlatego, że sporo z nas ma w sobie coś z Heni i prawdopodobnie dlatego  zachowanie Heni tak na początku drażni (zachowanie, bo sama Henia bardzo szybko zyskuje sympatię- pewnie także dlatego, że tak do nas samych podobna). Henia nie jest kimś, kto wymaga wielkiej życiowej rewolucji (i wyjazdu na południe). Jest kimś, kto powinien coś zmienić, a przede wszystkim uświadomić sobie potrzebę tej zmiany. I pewnie przez ten dość długo trwający okres nabierania samoświadomości i osobistego poczucia chęci zmiany, jeszcze bardziej lubimy Henię. Bo nie zmienia się na pstryknięcie palcami. Bo do zmian dochodzi dzięki własnym wyborom i radom życzliwych osób (m. in. świetnej babci!). Bo ostatecznie wie, że sama da sobie radę, a wsparcie i dobre słowo mogą przyjść z miejsc, skąd się ich człowiek nie spodziewa (z jeżyckiej speluny lub źle zaciągniętej firanki). "Zjeżona" ma happy end, taki wymóg gatunku. Ale czytelnik ma z tą książką (w której sporo o gastronomii) happy hour i za to Kapczyńskiej dzięki! 

Anna Kapczyńska, "Zjeżona". Wyd. Videograf. Chorzów. 2018.

niedziela, 30 grudnia 2018

CYNAMONY 2018

I znów rok mija. Za mną  prawie 90 przeczytanych książek (i kilka niedokończonych, bez żalu porzuconych). Książek,  które były  czytane i wtedy były po prostu  fajne oraz książek, po których coś  zostało na dłużej. Oto moje zestawienie najbardziej cynamonowych tytułów, przeczytanych  w 2018 roku.

OBYCZAJOWE ( jednocześnie najlepsze w tym roku!)
"Dżentelmen w Moskwie" troszkę baśniowa opowieść o mężczyźnie, który większą część życia spędza w areszcie hotelowym.  W nim  przeżywa emocje, których niektórzy mając świat u stóp nie doznają. Może troszkę bardziej z ducha francuska niż słowiańska, ale świetna. Wielokrotnie przeze mnie polecana znajomym i nikt nie wniósł reklamacji.


"Silva rerum II"  drugi tom sagi, w której losy szlacheckich rodzin przypominają losy Polaków i Litwinów w siedemnastowiecznym Wilnie. Niezwykły język, barokowy styl i umiejętność operowania światłocieniem i snucia gawędy, która choć szlachecka, jest jest też bardzo po współczesnemu zajmująca.


LEKKIE i ŁATWE
"Całe miasto o tym mówi"   bardzo sympatyczna opowieść o rozwoju pewnego miasteczka i jego mieszkańcach w długim wieku XX. Do tego zaskakujące zakończenie i ciekawe spojrzenie na wrony!

KRYMINALE TANGO
 Najlepsze są historie z bohaterami, których już znamy dlatego:
"Seans w Domu Egipskim", czyli trzecia (moim zdaniem najlepsza!) przygoda profesorowej Szczupaczyńskiej, która wchodzi w świat krakowskiej bohemy.  Styl, dowcip, dystans, klimat, do którego chce się wracać. I on, ten okropny,  szatański Przybysz!
oraz
"Milczysz moja śliczna"  kolejna rewelacyjna przygoda dzielnej Molly, która tym razem rozwiązuje kilka zagadek kryminalnych jednocześnie, a dodatkowo robi karierę w teatrze.


SŁUCHANE
"Król" opowieść o Warszawie, której już nie ma.  O brudnej, brutalnej rzeczywistości budzących się demonów, nacjonalizmów i osobistych wyborów.  Opowieść polsko-żydowska, bandycko-szlachetna,  wierno-zdradziecka. Fantastycznie przeczytana przez Macieja Sthura.

MUZYCZNE INSPIRACJE
"Komeda. Osobiste życie jazzu" bardziej niż o samym Komedzie, o całym pokoleniu muzyków, którzy tworzyli polski jazz. Próba zbudowania portretu  Trzcińskiego z opowieści znajomych, recenzji. I portret tych, którzy grając szukali swojego głosu i wolności.

BO BYWAM DZIECKIEM
 "Cudowny chłopak"  opowieść, której nie dało się nie przeczytać, nie obejrzeć, nie poznać z autobusowych recenzji. Historia potrzebna i warta opowiedzenia. Może trochę po amerykańsku zbyt zerojedynkowa  i rzucająca od czarnej rozpaczy po szczyt euforii, ale warta, by ją poznać i przemyśleć. Także ze względu na postać siostry głównego bohatera.

W roku, w którym czytałam Walliamsa, nie może go tu zabraknąć.Oto on: "Mały miliarder". Historia o pieniądzach, czyli temat niby nie dla dzieci, opowiedziany z mądrością i dowcipem, na jakie dzieciaki zasługują.

 A POZA TYM...
Ten rok sprawił, że na blogu  pojawiła się nowa półka, czyli Trochę z innej bajki. Nie jestem fanką fantastyki, ale przeczytałam w mijającym roku książki, które ze względu na ich baśniowo-mitologiczne elementy na pewno nie podchodzą pod  realizm niemagiczny (magiczny zresztą też nie).  Stąd nowa etykieta i przypomnienie książki, która ze względu na swój mroczy klimat, w którym pewien niepokój mieszał się ze słowiańskimi podaniami i przenikaniem tego, co realne z tym, co wyobrażone, zrobiła na mnie duże wrażenie i czekam na drugi tom. "Niedźwiedź i słowik"

Książkowych rozczarowań nie było, bo te pozycje, które nie zapowiadały niczego dobrego, lub sympatycznego, porzucałam.

Czy było coś, co mogę uznać za wydarzenie roku? Wydarzenie nie, ale  zaskoczyło mnie to, jak snobistyczne i dzielące może być czytanie. Do jakiego dziwacznego poczucia wyższości może prowadzić i zaskoczył i zasmucił mnie fakt, że czytelnicy bywają po prostu nadęci. Więcej o tym w felietonie Jestem lepszy, bo czytam

Niech nowy rok przyniesie Wam same dobre karty. Zaczytanego 2019 roku!



środa, 26 grudnia 2018

"Hotel", listy, powstanie i Paderewski

Zaczyna się od nieudanej próby samobójczej, a potem napięcie rośnie! W "Hotelu" Bartłomiej Marcinkowski łączy losy Karola Skałeckiego z historią I wojny światowej i Powstania Wielkopolskiego.  Księgowy,  najpierw (nie chcąc walczyć w armii pruskiej) trafia do Legii Cudzoziemskiej, a potem dostaje zadania związane z działaniami planowanego powstania. Do jego misji wojskowej,  zadań ochrony samego Paderewskiego i uniemożliwianiu związanych z tym  spisków,  dochodzi jeszcze  niełatwa sytuacja osobista. Mamy w tej powieści wielką tajemnicę, zdradę oraz  losy kochających i kochanych. Postaci, które nie są historycznie i politycznie neutralne.   
Książka jest laureatką konkursu na powieść o Powstaniu Wielkopolskim. Autor nie miał łatwego zdania, bo o ile  myśląc o dziewiętnastowiecznych zrywach mamy  jakieś ich literackie obrazy (daleko nie szukając- "Dziady", "Wierna rzeka",  "Nad Niemnem"), o tyle Powstanie Wielopolskie nie doczekało się swojej opowieści.  Konkurs miał wypełnić tę lukę i książka  Marcinkowskiego jest dobrym początkiem powstańczych historii.  
Autor, z wykształcenia historyk,  do swojej  opowieści o  ludzkich losach  dodał kilka rozbudowanych opisów sytuacji politycznej, które mają z jednej strony uzupełnić  opowieść, z drugiej poszerzyć wiedzę czytelnika.  Te historyczne akapity jednoznacznie pokazują, że Powstanie Wielkopolskie nie było zrywem spontanicznym, który się „udał”, a  przemyślanym  działaniem, do którego mieszkańcy Wielkopolski przygotowywali się wiele lat  np. pracując nad wyszkoleniem młodzieży.  W tych fragmentach autor odwołuje się nie tylko do wydarzeń przeszłych, ale nawiązuje do historii II wojny światowej i czasów nam bliższych. Narrator nie jest tu bowiem kimś, kto relacjonuje wydarzenia i chowa się w ich cieniu, ale czasem, właśnie wybiegając w przyszłość, pokazuje się na chwilę.  Historyczne wprowadzenia  prezentują nie tylko sytuację Poznania i Wielkopolski w XIX wieku i podczas I wojny światowej, ale także pokazują jakimi torami szły myśli twórców polskiej niepodległości.  Jedną z najciekawszych scen powieści jest rozmowa Korfantego z Piłsudskim, w której ścierają się dwa punkty widzenia na obecność Wielkopolski w odrodzonym kraju.  Wrażenia na czytelniku robią też opisy francuskich okopów oraz sceny, w których  główny bohater musi się rozprawić z wrogami ojczyzny.  Okrucieństwo podane z zimną trzeźwością. Jednak "Hotel" to nie tylko wielka historia.  To też dzieje wystawionej na próbę miłości, ukrytych listów i swoistego drugiego życia głównego bohatera.  Opowieść, w której postacie wymyślone łączą się z tymi historycznymi, tworząc wspólnie historię, która mogła się wydarzyć.   I ta opowieść wciąga!  

Powstanie Wielkopolskie było powstaniem dobrze przygotowanym, przemyślanym, w konsekwencji zwycięskim. Zadecydowało o obecności Wielkopolski w odrodzonej Rzeczpospolitej i wbrew powtarzanym w Kongresówce żarcikom nie wybuchło po wojnie, dlatego że wtedy  wywoływanie powstań  nie było już zabronione. W grze o kształt granic, poznaniacy udowodnili, że umieją walczyć o swoje, że chcą i zasługują na bycie jednym z regionów odrodzonej Polski. Kolejne lata,  powołanie uniwersytetu, utworzenie wielu szkół, teatrów i instytucji, wreszcie PeWuKa pokazało, że zryw przełomu 1918 i 1919 roku był niezbędny. I dlatego powieści o  Powstaniu Wielkopolskim należą się  współczesnym czytelnikom i to nie tylko z Wielkopolski, ale może przede wszystkim tym, którzy tej historii nie znają. Oby "Hotel" do nich dotarł! 

Bartłomiej Marcinkowski, "Hotel". Wydawnictwo Miejskie Posnanian. Poznań 2018.

czwartek, 20 grudnia 2018

"Kirke" czarownica, matka, kobieta.

O Kirke przypominamy sobie mówiąc o "Odysei". Odyseusz mieszkał u niej rok. Miał z nią syna.  A towarzyszy bohatera spod Troi, Kirke zamieniła w świnie. Czarownica. Poza tym, oczywiście, jak wszystkie postaci mitologiczne, miała mnóstwo rodowych powiązań. Bo, jak kiedyś ktoś żartobliwie zauważył, mitologia to antyczna "Moda na sukces". Ale czy na podstawie kilku dość suchych faktów (czyja córka, czyja siostra itp) można napisać powieść...
Można, co więcej książkę warto przeczytać, bo jest pisaną w pierwszej osobie historią nie tyle tytanki, co po prostu ciekawej kobiety. Zaczyna się oczywiście od historii rodzinnych oraz spotkania z Prometeuszem, które zapada Kirke na długo w pamięć. To jej pierwsza styczność z historią ludzi, tych, których mieszkańcy Olimpu traktują jak zabawki.  Jednak bogowie bywają okrutni i dla tych ze swojej krwi. Kirke zostaje za karę zesłana na wyspę Ajaja i tam  zaczyna wieść spokojne życie, zajmując się zgłębianiem tajemnic czarów i zielarstwa. Spokój zakłócają niechciane wizyty żeglarzy, na których czarownica ma swoje sposoby. Potem na wyspę przybija statek Odyseusza... Wbrew temu, czego można się spodziewać rok spędzony z Odysem nie jest głównym wątkiem książki. I to, co było przedtem i to, co było potem- zwłaszcza spotkanie z Penelopą i Telemachem, jest znacznie ciekawsze niż pobyt tego, którego Kirke nie zamieniła w świnię. Warto wspomnieć, że Odys jest tu nie tylko bohaterem (jest raczej komandosem z zespołem stresu pourazowego niż dumnym wojownikiem) i mężczyzną godnym uczucia tytanki. Jest też fascynującym opowiadaczem, gawędziarzem i kto wie, czy to nie jego talent narracyjny  jest tym, co zachwyca odciętą od świata Kirke. Bo opowieść ma wielką moc! 

 Opowieść snuta przez czarownicę to historią bardzo interesującej kobiety- odtrąconej przez rodzinę, choć wzywanej w chwili próby (to ona pomaga przyjść na świat Minotaurowi, synowi siostry- Pazyfae). Czarownicy, która sama posiadła wiedzę o  właściwościach ziół i nauczyła się korzystać z czarów. Osoby samotnej, która jednak woli odosobnienie niż kłamstwa, intrygi i powierzchowność Olimpu. Kobiety szukającej miłości i w tej miłości kilkakrotnie zwiedzionej, ale ostatecznie szczęśliwej (mitologia podaje- choć nie mówi się o tym, aż tak często- że  Kirke została żoną Telemacha i teściową Penelopy. To lepsze niż "Moda na sukces"!) .  Wreszcie: matki, która dla dobra swojego syna jest w stanie ryzykować wszytko.  Władczej i pełnej godności tytanki i zwykłej  mieszkanki wyspy. Pewnie gdyby narracja w tej książce była trzecioosobowa, moglibyśmy powiedzieć, że to niezwykła historia i wyjątkowa bohaterka. Przez zastosowanie pierwszoosobowej narracji, Kirke może traci w naszych oczach  odrobinę wyjątkowości, ale zyskuje na autentyczności.  Nie jest opiewaną mieszkanką świętej góry, nie jest tą, dla której nie liczy się czas, bo jego upływ nie odbija się na jej urodzie. Jest po prostu kobietą (bez dystansu bogini w kontrze do śmiertelniczki). A kobiety przyzwyczajone są do grania wielu ról i tak jest i w jej przypadku. Madeline Miller napisała powieść, która ciekawie łączy wątki mitologiczne* (pojawia się inna czarownica: Medea, budowniczy Dedal, opowieść o zatargu ze Scyllą) z wyobraźnią  wypełniającą białe plamy. Pisarka, mając tylko kilka mitologicznych punktów zaczepienia, tworzy spójną opowieść i daje ją snuć tej, której nie zachwyciło bohaterstwo Odysa, ale właśnie jego opowieści.

 I jeszcze jedna rzecz, której nie sposób pominąć- okładka. Bardzo piękna, bogata obwoluta okrywa twardą,  okładkę z równie zachwycającym ornamentem. Książki się po okładce nie ocenia, ale w zalewie nowości i okładem,wykorzystujących ten sam obrazem w innych projektach, ta bardzo się wyróżnia. 
* Dla tych, którzy boją się mitologicznych zawiłości jest na końcu słownik postaci, więc można sobie wszystko przypomnieć i usystematyzować.
 
Madeline Miller, "Kirke". Przeł. Paweł Korombel . Wyd. Albatros. Warszawa 2018.

piątek, 14 grudnia 2018

"Tajemnica pod jemiołą" samotność z happy endem


Samotność jest chorobą cywilizacyjną.  Fatk, że może być powodem depresji jest znany, ale podobno sprawia też, że spada temperatura ciała. O samotności pisze w internecie blogerka  przedstawiająca się jako LBH.  Na jej posty trafia Alex, rozwodnik, któremu koledzy polecili szukać dziewczyny w sieci.  Rozczarowany tym, co znalazł na portalach randkowych, zaczyna śledzić blogową twórczość dziewczyny i  wierzyć, że właśnie ta kobieta jest jego jedyną.  Ponieważ zbliżają się święta, a dziewczyna planuje zakończyć bloga, Alex stwierdza, że to jedyna szansa, by ją odnaleźć i spotkać.   Zaczyna poszukiwania i wkrótce trafia do  miasteczka, w którym  wg wszelkiego prawdopodobieństwa może mieszkać jego blogerka.  Zdeterminowany facet planuje odwiedzić wszystkie mieszkanki, których inicjały odpowiadają internetowemu pseudonimowi.     
Szukając, poznaje różne osoby, także te o innych inicjałach.   Schody zaczynają się wtedy, gdy  poza sympatyczną i coraz mu bliższą  kelnerką (o zupełnie innym imieniu), trafia na  dziewczynę, która nie tylko z liter, ale  i  pewnego wrażenia wyjątkowo pasuje do internetowego profilu.  Co okaże się silniejsze- prawdziwa więź, czy bieg za wrażeniem? I jak zakończy się ta historia, w której niezwykle istotna rolę odegra pęk zasuszonych szarotek i pudełeczko od Tiffany’ego… 

 Richard Paul Evans jest specjalistą od dobrych zakończeń i szczęśliwych zbiegów okoliczności. Ma też duży sentyment do Bożego Narodzenia i wiele jego książek toczyło się właśnie w grudniu, a kilka łączył „jemiołowy” tytuł*.  Książki o tematyce świątecznej  w oczywisty sposób dążą ku happy endowi i jesteśmy w stanie wybaczyć nawet lekką dozę nieprawdopodobieństwa, gdy polubimy klimat i bohaterów. W powieści Evansa klimat świąt nie jest aż tak widoczny, jak w poprzednich (trudno się temu dziwić, bo żona opuściła Alexa w święta, więc nie kojarzą mu się szczęśliwie). Jednak  mój problem z tą książką polega na tym, że nie polubiłam Alexa i wcale mu nie kibicowałam.  Alex denerwował mnie swoim egoizmem  i tym, że jedynie jego emocje i uczucia się liczyły. Ale  mimo wszystko trafił na swojej bardzo szczęśliwe zakończenie, bo innego wyjścia w książce Evansa nie ma.
Evans zaczyna pisać książkę o samotności, o wielkim bólu, który w swoich mailach do wszechświatowa wysyła LBH.  Temat prawdziwej i pozornej samotności,  tego, że jest się samemu lub samotnym, jest bardzo ciekawy i zwłaszcza dziś, w czasie pozornych znajomości i letnich relacji, wart wykorzystania.  Tu, choć ciekawie się zaczyna, kończy się baaardzo przewidywalny sposób, w którym nie występuje psychologiczne prawdopodobieństwo. Tak czy inaczej, wierni czytelnicy będą  usatysfakcjonowani, bo znajdziemy w powieści kilka ładnych zdań  i być może nawet jakiś powód do przemyśleń.  A na pewno znajdziemy szczęśliwie zakończenie. I nadzieję, na to, że dostaniemy od losu  pęk szarotek. 

*Z "jemiołowych" powieści, ze wzgledu na opisanie środowiska autorów romansów, polecam najbardziej  "Hotel pod jemiołą"



Richard Paul Evans, "Tajemnica pod Jemiołą". Przeł. Hanna de Broekere. Wyd. Znak. Kraków 2018.


środa, 5 grudnia 2018

"Silva rerum II" wojna, dżuma i one

Po pierwszej części "Silva rerum" wiedziałam, czego się spodziewać. Pozbawionej dialogów, pełnej rozbudowanych, kwiecistych zdań gawędy o rodzinie, w której to, co wzniosłe splata się z tym, co bardzo przyziemne. I to dostałam. Choć informacja o długich zdaniach i braku dialogów nie jest może najszczęśliwszym sposobem rekomendowania książki, to "Silva rerum II" jest po wielokroć godna polecenia. To taki typ książki, podczas której czytania ma się nieodparte wrażenie obcowania z literaturą przez duże "L". Zdania są kunsztowne, pełne, sposób opowiadania niezwykle barwny i obrazowy. Sabaliauskaitė, niczym barokowy malarz, operuje doskonale półcieniem, który okrywa to, co słowo sugeruje i wznieca w wyobraźni. Gawęda o historii rodziny Narwojszów pełna jest  brutalności- gwałtów, morderstw, naturalistycznych scena rąbania ciała,  ale i pięknych wspomnień, uczuć wyniosłych i wiernych. Autorka, balansując na granicy światłocienia potrafi stworzyć niezwykły klimat, który choć czasami, sprawia, że czytelnikowi robi się słabo od wielu opisywanych okropieństw,  ciekawi go co dalej i zachłannie chce więcej. Bo w tym pisarstwie nie widać szwów. Jest, tak jak martwe natury, piękne formą, mimo  często mało mało wzniosłych tematów. Wielka to zasługa pisarki, ale także tłumaczki, dzięki której te rozkwitające, bujne zdania tak świetnie się czyta.

A tym razem czytamy o losach kolejnych pokoleń szlacheckiej rodziny. Na początku XVIII wieku Urszula, która w pierwszej części była młodą dziewczyną, teraz stoi już nad grobem i ma nadzieję, że jakoś uda się przedłużyć ród. Szansą na zapewnienie dziedzica jest żona bratanka Urszuli, Anna Katarzyna , która zostaje wysłana przez swojego męża do rodzinnego majątku. Dla kobiety będzie to  bardzo poważna próba. Próba uczuć, walki o zachowanie godności, ale też panowania nad sercem i rozumiem. Na pełnej niedobitków szwedzkiej armii prowincji, dwór prowadzony przez kobietę nie ma dużych szans, by przetrwać. Czy Anna Katarzyna wykorzysta swoją szansę i jaką cenę za to zapłaci? Poza  teraźniejszością wracamy do przeszłości, poznajemy burzliwe dzieje związku Urszuli  z  Birontem i jej bogatej, pełnej przygód i podroży, młodości. Poza losami tych kobiet i kilku związanych z nimi mężczyzn (m.in. żydowskiego lekarza), jest w tej powieści jeszcze jedna  bohaterka. Dżuma. Zaraza morowa  dziesiątkuje Wilno, a brak higieny i wiedzy o przenoszeniu się choroby powoduje śmiertelne żniwo.
Ta książka, to poza historią bohaterów też opowieść o świecie, w którym  bardzo trudno jest być kobietą. Bo choć wielka historia, historia wojen, rozejmów, układów, wstępowania  na tron Sasów, elekcji Korybuta Wiśniowieckiego jest historią mężczyzn, to zwykłe życie codzienne jest opowieścią kobiet- walczących do dom, rodzących dzieci, podejmujących decyzje, starających się zachować godność i normalność nawet  jeśli wyrazem tego ma być jedzenie z rodowych sreber marnej polewki. Kobiet  ratujących życia, o które nikt inny się nie zatroszczy.

Na obwolucie poprzedniego tomu czekały na nas dwa urocze putta, bo też o wszelkich przejawach miłości wiele tam było. Z obwoluty II tomu spogląda na nas kostucha w koronie  (także rzeźba z kościoła św. Piotra i Pawła, którą oglądają bohaterowie), bo o śmierci w tej opowieści bardzo wiele. Na krążącej w necie okładce III tomu znów pojawią się putta... A ja znów będę czekała.

   Kristina Sabaliauskaitė,  „Silva rerum II”. Przeł.  Izabela Korybut-Daszkiewicz. Wyd Literackie. Kraków 2018.