wtorek, 17 lipca 2018

"Wakacje nad morzem. Historia miłosna Jane Austen" rozważna Jane i uprzedzenie

Sympatia do autora może przybierać różne formy, a tą najciekawszą jest uczynienie go bohaterem własnej powieści. Jeśli robi się to z sercem i sensem, ma szansę wyjść coś naprawdę przyjemnego. Tak stało się w przypadku książki Carolyn V. Murray.  Do życia i twórczości Austen nawiązywano wielokrotnie i w różnoraki sposób,  tym razem autorka sięgnęła do dwóch momentów z życia pisarki: jeden czyniąc punktem wyjścia, a drugi główną osią fabuły. A opisując sercowe (bo jakież inne!) perturbacje Jane czerpała żywo z powieści i korespondencji Angielki. Historia zaczyna się od zauroczenia Tomem Lefroy'em, których -jak wiemy z biografii i filmów ("Zakochana Jane"), był jej bardzo bliski, ale ostatecznie poślubił zamożniejszą pannę. Z powodów finansowych rodzina Austenów  opuszcza rodzinną plebanię i rusza dalej...Po drodze zatrzymują się na wypoczynek nad morzem i będą to dni pamiętne. Jane poznaje (w okolicznościach zaskakująco podobnych do poznania Marianny i Willoughby'ego) Fredericka Barnesa, porucznika Marynarki Królewskiej. Początkowo młodzieniec wzbudza w niej niechęć (tak, tak, tak jak Darcy...), ale z czasem okazuje się doskonałym rozmówcą i przemiłym towarzyszem. Jane, mimo ostrego języka, swobody umysłu i ciągot do zgłębiania ludzkiej głupoty, jest jednak racjonalistką i obawia się, że związek z nią może zrujnować przyszłość Barnesa, tym bardziej, że spadek obiecała mu bogata ciotka... 

To krótkie streszczenie już daje obraz historii, jaka stworzyła Murray. Nawiązań do postaci z książek Austen jest mnóstwo (są stare panny, ukrywane narzeczone, a nawet  głupi pastor oraz opowieści o ilości okien w pałacu). Autorka doskonale bawi się konwencją romansu, jaki tworzyła sama Austen, a przy okazji opisuje też prace Jane nad jej powieściami.  A ponieważ Austen pracuje w trakcie trwania akcji książki nad "Rozważną i romantyczną" oraz "Pierwszym wrażeniem", czyli "Dumą i uprzedzaniem", czytelnik "Wakacji..."może przeczytać jak, zdaniem amerykańskiej pisarki, mogły brzmieć pierwsze wersje utworów dziewiętnastowiecznej Angielki (ale: Darcy nie kazałby zabić psa!). 

Ta książka to sympatyczny smaczek dla wielbicielek Austen, dla nich zrozumiała i zabawna, bo jak każda propozycja intertekstualna, jest czytelna dla kogoś, kto zna świat tworzony przez Austen.  Autorka, chwytając się pewnego faktu z biografii i czyniąc go najważniejszym wydarzeniem życia sercowego Austen wyjaśnia też dlaczego niezamężna Jane pisała tak pogodne opowieści o szczęśliwych miłościach.  Bo była kochana, a choć Tom złamał jej serce, potem spotkała mężczyznę, który stał się dla niej spełnieniem marzeń o miłości szczęśliwej i wzajemnej oraz najpiękniejszym wspomnieniem. Dla wielbicielek Austenowskiego uniwersum- polecam! 

Carolyn V. Murray, "Wakacje nad morzem. Historia miłosna Jane Austen".Przeł. Anna Nowak. Wyd. Nasza księgarnia.  Warszawa 2016.

niedziela, 15 lipca 2018

"Rozmaryn i róże. Podróż do samej siebie" ja wysiadam


Czasem, nie wiedzieć czemu, sięga się po pewne  książki. Tak było w wypadku tej książki, która  zwraca uwagę szatą graficzną i przypomina czasy, gdy popularne były wszystkie historie ze słonecznej  Toskanii i Prowansji.  Jednak  tu nie ma aż takiego ciepła, bo wszystko rozpływa się  złotych myślach o samodoskonaleniu,  istocie odpoczynku i uważności.  To nie jest książka do czytania, raczej do przebiegnięcia wzrokiem (niektóre zdjęcia są naprawdę bardzo ładne!), tak też jest konstruowana- krótkie rozdziały, „złote myśli” wyróżnione w tekście (na zielono) lub rozciągnięte na całą stronę.  Do tego zdjęcia. I trzy kolorowe zakładki. Edytorsko bardzo ładnie. W pierwszym odruchu pomyślałam o tej książkę jako o tzw. książkę na prezent. W drugim, zaczęłam się zastanawiać komu mogłabym ją podarować i… nie wpadłam na żaden trop.  

 Ale do rzeczy- Agnieszka Maciąg opowiada o wakacjach swojej rodziny na południu- Francja, Włochy, Monaco…  Piękne miejsca, wspaniały klimat, fantastyczne zabytki, pyszne jedzenie.  Ale jest to, zgodnie z podtytułem nie podróż po Europie, tylko :"podróż do samej siebie”. I  mnie ta podróż zmęczyła.  Może po prostu nie powinnam podróżować do innych osób, zwłaszcza, jeśli nie są mi w żaden sposób bliskie, a tylko spotykam je na zasadzie  literackiego autostopu? Choć wrażenia z odwiedzania miejsc, zwiedzania budynków i przypomnienia postaci związanych z konkretnymi rejonami są przyjemne, to stanowią tylko historyczno-sztuczno-impresyjną  doczepkę do  wyznań i dumań autorki. Maciąg łączy swoje wspomnienia, które, jak to wspomnienia z wakacji, rzadko bywają interesujące dla kogoś, kogo nie dotyczą osobiście (stanie w korku, niemożność wejścia do muzeum…) z przemyśleniami o rozwoju osobistym, jodze i wierze.  Przeglądając książkę nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że czytam infantylne spojrzenie na sprawy dość poważne.  Że w rozumieniu pewnych podstawowych spraw rozmijam się autorką.  Dotyczy to m.in. podejścia do wiary i pewnych jej aspektów ( rozważania na temat tego, czy medalik „działa” cuda i traktowanie go jako amuletu  trochę mnie zaskoczyło, bo działa modlitwa, a wiara katolicka amuletom  się sprzeciwia… takich miksów poziomów i znaczeń jest w tej książce sporo).  Poza tym czytamy o obłaskawianiu przestrzeni przywiezionymi z domu kapami i kadzidełkami , o witaniu się z ogrodem, oddychaniu  i  praktykowaniu  jogi.  Do mnie to po prostu nie przemawia- jestem  zbyt prozaiczna (albo praktyczna?) , by spakować na wakacje  łapacze znów, bele materiałów i poduszki. Mogę oswoić przestrzeń (choć robię to chyba bezwiednie) rzucając torbę na krzesło i kładąc przy łóżko  swoją książkę, tyle wystarczy.  O ile rozumiem przytulanie się do drzew dla zyskania spokoju i  ich energii, o tyle nie końca widzę sensowność pisania o tym.   Opisywanie codziennych spraw: robienia (koniecznie pożywnego!) śniadania i kupowania pomidorów  może być interesujące pod warunkiem, że jest  literacko dobrze  zrobione. Jeśli jest to zwykła relacja z dnia, traci książkowy potencjał. Ta książka to hybryda- pamiętnik, złote myśli ze szczyptą Coelho, motywacja, poradnikowa psychologia i kartka z wakacji...  Absolutnie nie jestem jej adresatem. 

Byłam nastawiona na opis piękna przyrody i tego, jak podróż może zmienić i rozwijać ducha i myśl- tak jak pisali dawni podróżnicy w oświeceniu i romantyzmie.  Tu, zamiast świeżego spojrzenia, dostaję  infantylne i pseudo odkrywcze  zadnia, że trzeba być dla siebie dobrym. W pełni zgadzam się z tym, że należy doceniać to, co się ma i cieszyć się małymi przyjemnościami, jednak  styl, w którym  Maciąg  mówi o tym- konfesyjny z elementami motywacyjnymi, zupełnie do mnie nie trafia. Nie twierdzę, że takie książki są niepotrzebne. Po opiniach w sieci widać, że dla części czytelniczek lektura była przyjemnością i ważną chwilą dla siebie.  Dla mnie zupełnie nie. 

 Agnieszka Maciąg. "Rozmaryn i róże. Podróż do samej siebie. " Wyd. Otwarte Kraków. 2018.

piątek, 6 lipca 2018

Jestem lepszy, bo czytam?


Moja rodzina czyta. Moi znajomi też. To wszystko zebrało się na wrażenie, że czytelnicy są fajną, otwartą na dyskusję i kulturalną grupą.    Czasem tylko dochodziły do mnie głosy, że czytelnicy to gbury i bufony. Nie wiedziałam skąd się biorą takie opinie… Teraz, po zgłębieniu się w przestrzenie internetu,  już wiem.  Przyznam, że choć wiedziałam o istnieniu wielu stron i grup czytelniczych na FB, nie wiedziałam, że jest też przeciwwaga w postaci strony statystycznych Polaków, którzy nie czytają książek. Mają do tego prawo, tym bardziej, że diagnozują coś, co w moim idealistycznym świecie, opartym na własnych doświadczeniach z czytelnikami, nie istniało. Mianowicie fakt, że czytanie (a raczej mówienie o swoim czytaniu)  jest jakimś elementem budującym fałszywie wysoką samoocenę, po prostu: czytam, więc jestem lepszy.   Grupa starająca się zwalczać czytelnicze snobizmy reaguj na teksty o tym, że „czytanie powinno być znów  elitarne”. I niech reaguje! Bo można zrobić wiele dobrego w sieci, mówiąc o czytelnictwie, ale wiele złego można zrobić snobując się na czytelnika. Zwłaszcza jeśli więcej się mówi, że się czyta, niż się czyta.  

A mówić można o wszystkim. I narzekać.  Opublikowany niedawno  raport o  stanie czytelnictwa to znów woda na młyn „piewców wysokiej kultury” (piszę to w cudzysłowie, bo z wysoką kultura powinna iść w parze podstawowa kultura wypowiedzi, a tej czasem brak).   Czytelnicy oburzają się, że w raporcie pojawia się Mróz, obwieszczają, że pora umierać, bo wśród  wymienionych pisarzy są  autorzy popularnych kryminałów i obyczajówek.  (Po raz pierwszy King wygrał z Sienkiewiczem! I to chyba znak, że ludzie zaczynają mówić, co naprawdę czytają, a nie rzucają nazwiskami ze szkoły, żeby się nie zbłaźnić i nie dać się pożreć tym, którzy na hasło Mróz, Bonda, Michalak szczerzą kły. Doceniam odwagę!). Nasi  piewcy ambitnych lektur rzucają w przestrzeń dramatyczne pytania: dlaczego???  Piszą, że "sieczka intelektualna, miazga i żenada".  „Dlaczego ludzie nie odczuwają potrzeb prawdziwej literatury?”- pytają,  jakby nie rozumiejąc, że  można czytać w ramach płodozmianu intelektualnego  i kryminał i  klasykę.   Dalej czytelnicy utyskują na młodzieży,  która nie czyta (albo czyta chłam), a gdy oni chodzili do liceum to czytali Marqueza i Cortazara.  I co z tego? Też w liceum czytałam Marqueza, mam prawo czuć się lepsza? Nie! W  zakamarkach sieci, gdy ktoś zapyta o to, jaką książkę polecają inni członkowi grupy, np. z tych pisanych przez celebrytów, od razu  ów ktoś przestaje być po prostu Marysią, Zosią czy Ludwiką, a staje się „Panią”. I jeśli  „Pani” szuka książki o celebrytach to nie u nas, nie na tej stronie! Ciekawe jest też święte oburzenie niektórych grup, które w zdjęciu w tle reklamują nowy kryminał, ale w postach hejtują czytelników literatury popularnej. Tego nie rozumiem.  Ok, kryminał jeszcze przejdzie, ale obyczajówki, a nie daj Boże romans? Spalić, zniszczyć i zakopać!  A przecież kryminał również jest "złym gatunkiem", popularnym, gazetowym i rozrywkowym. Dość powiedzieć, że gdy kiedyś na urodziny dałam mojemu Dziadkowi książkę Christie, to po przeczytaniu Dziadek powiedział, że mu się podobała, ale jego tata wyzwałby go za czytanie takich bzdur. Pradziadek, przedwojenny nauczyciel i dyrektor szkoły, był zagorzałym fanem Sienkiewicza, na którym zresztą uczył czytać mojego Dziadka, który końca był wiernym czytelnikiem książek historycznych.

W części grup i stron widać  bardzo jasny podział- kto nie z nami, ten przeciw nam. Czytasz Mroza i Michalak? Nie odzywaj się w towarzystwie!  Nie przeczytałeś  Noblisty w oryginale? Wstydź się! Nie gadam z tobą!  Twoje zdanie się dla mnie nie liczy!  Ale przy okazji roi się od tekstów „A co sądzicie o nowej książce Tego Uznanego Pisarza, bo ja przeczytałam i sama nie wiem”… To kto ma wiedzieć? Kto, jeśli nie czytelnik, ma wiedzieć, co myśli o tym, co sam przeczytał?  Czy  nawet w sferze odczuć lekturowych ktoś musi nam mówić, co mamy myśleć? Czy nawet w sprawach tak indywidualnych jak wrażenia czytelnicze istnieją układy, w które musimy się wpasować?  I potem pojawia się opinie o drętwych bucach, zapatrzonych w czubek swego czytelniczego nosa (ewentualnie posiadającego grono wirtualnych znajomych, z którymi łączy ich podziw dla części autorów i niechęć do innych) . O nadętych czytelnikach,  którzy na literaturę popularną mogą tylko prychnąć, a o  nowościach z literatury „ambitnej” wypowiedzą się wtedy, gdy ktoś im powie, co należy o tym myśleć… O tych, którzy czują się lepsi, bo przeczytali książkę. 

 Gusta są różne  i niejednorodne. To, że ktoś czasem czyta romans, komiks, czy fantastykę nie zabiera mu kompetencji do przeczytania tzw. literatury ambitnej.  Wszystko jest kwestią potrzeb. I przyzwyczajenia do czytania, a także korzystania z rożnych literackich rejestrów. Można się relaksować z fajnym babskim czytadłem, a wrażeń literackich szukać u Tołstoja. Tak jak z muzyką: słucham klasyki, ale nie będę na imprezie tańczyć do Wagnera. Proste! Na ostatnim koncercie w Akademii Muzycznej jasno powiedziano, że ten koncert ma  dostarczyć słuchaczom przyjemności. Czy ktoś wyszedł, bo pragnął przeżyć duchowych? Nie. Bo  przeżywanie i przyjemność mogą iść w parze,a czytanie nie musi być męczącym przedzieraniem się przez gąszcze.  Literatura, tak jak wszystkie inne sztuki, ma swoje różne rejestry, które można łączyć i mieszać.   Czy w świecie postmodernizmu, łączącego gatunki, inkrustującego dzieła sztuki cytatami różnych szczebli to tak trudno zrozumieć?   Kiedyś broniłam czytelników. Teraz, gdy przekonałam się, że niestety jest to grupa niejednorodna i czasami pozbawiona kultury i zwykłej grzeczności, nie zamierzam. Bo  samo czytanie nie czyni człowiekiem kulturalnym, a wyższe wykształcenie nie zda się na wiele, gdy podstawowego brak.  Czytajmy i dajmy czytać. Oczywiście możecie się ze mną nie zgadzać, tym bardziej, że-choć zaczynałam trzy razy,  nie skończyłam „Ulissesa”…  Ale za to przeczytałam „Germinal" ;)     

niedziela, 1 lipca 2018

"Cudowny chłopak" dorasta

Nic tak dobrze nie robi literaturze jak kino.  To właśnie dzięki ekranizacji z gwiazdami w obsadzie, o książce stało się głośno. Filmu nie widziałam, ale ponieważ był moment, że recenzje kinowe i książkowe wyskakiwały z każdego kąta sieci,wysłuchałam audiobooka. Na początku byłam zaskoczona, że książkę, której narratorem jest chłopiec czyta Anna Dereszowska, ale potem wyjaśniło się dlaczego. I od razu dodam, że Dereszowska przeczytała powieść bardzo dobrze, z wyczuciem, humorem i pomysłem. I choć moje uwielbienie dla Krzysztofa Gosztyły jest znane, Dereszowska, która lektoruje często, zajmuje  na razie pierwsze miejsce w kategorii czytających kobiet. 

Książka Palacio kierowana jest do młodzieży, ale dorosłym nie zaszkodzi. Jej temat to przede wszystkim inność, tolerancja i dorastanie. Ale nie jest to nudna moralistyczna historia o tym, żeby nie oceniać ludzi powierzchownie. To całkiem ciekawa opowieść z interesującymi bohaterami.  Tytułowy cudowny chłopak to August, chorujący  na  dyzostozę twarzowo-żuchwową, rzadką chorobę genetyczną objawiającą się zmianami układu twarzy, do tego dochodzą jeszcze wady wzroku i słuchu.  W domu, wśród bliskich August ma pełną akceptację i wydaje się, że żyje tak jak inne dzieci. Ale gdy rodzice postanawiają wysłać go do szkoły, wszystko się zmienia. Mimo pomocy dyrekcji i nauczycieli, wyznaczeniu chłopcu opiekunów spośród uczniów, początki w szkole są gorsze niż przewidywano. Bo dzieciaki nie kryją swojej niechęci, a August (do tej pory chroniony),  musi zmierzyć się z trudami bycia innym. Historia opowiedziana w książce obejmuje czas od początku roku szkolnego do wakacji,  to rok szkolny, który wszystkich bohaterów wiele nauczy. August będzie musiał dojrzeć, jego rodzice przestać drżeć o syna, siostra wybije się na niepodległość.  Bo tym, co bardzo podnosi ocenę tej książki, jest ukazanie historii Augusta z perspektyw kilku osób- chłopca,  jego znajomych i siostry. I to właśnie starsza siostra Augusta jest w tej historii najciekawszą bohaterką. To dojrzewająca dziewczyna, która większość swego życia spędzała na drugim planie, w cieniu choroby brata; dziewczyna, która zaczyna mieć swoje spraw, tajemnice, która kocha brata, a jednocześnie w nowej szkole chce się uwolnić od sławy "siostry kosmity". Prawdziwa, bardzo mądra i życiowa postać!

Sama książka i jej zakończenie  ma w sobie coś z typowej amerykańskiej powieści z happy endem. Opowieści, w której wszystko i wszyscy  wychodzą na prostą i maszerują w stronę słońca. Oby tak bardzo optymistycznie było i w życiu.  Powieść warto poznać (może nawet polecać w szkole?), bo dla młodego czytelnika będzie ciekawą, momentami zabawną, a czasem wzruszającą opowieścią o tolerancji, inności, przyjaźni, przezwyciężaniu słabości i pozorach. Dla dorosłych dodatkowo historią o  wychowaniu dzieci. A happy end nikomu nie zaszkodził! 

R.J. Palacio, "Cudowny chłopak". Przeł.Maria Olejniczak-Skarsgard. Wyd. Albatros. Warszawa 2017. Czyta Anna Dereszowska. 

niedziela, 24 czerwca 2018

"Opowiadania bizarne", opowiadania Tokarczuk

Międzynarodowe nagrody dla polskich twórców zawsze cieszą. I zawsze zwiększają zainteresowanie pozycjami autora, nie tylko tymi nagrodzonymi, ale całokształtem. Dałam się ponieść i  na fali radości z Bookera dla Tokarczuk, pożyczyłam najnowszy tom jej opowiadań. Od razu dodam, że nie jestem fanką jej twórczości.  Doceniam sprawność językową, umiejętność lawirowania między rzeczywistością, a tworzonymi światami, jednak to nie jest moja bajka. Moją bajką nie jest ani realizm magiczny, ani proza stawiająca na równi treść i formę. Doceniam, ale nie przepadam. Nagrodzony Bookerem przekład "Biegunów" nie jest aż tak Tokarczukowy, jak jej wczesne powieści jak "Dom dzienny, dom nocny" czy "E.E.", nie jest tak zanurzony w historii jak "Księgi Jakubowe". Jest przykładem potwierdzającym tezę, że pisarz  także w obrębie swoje twórczości i stylu, nie jest jednorodny.
Jak  wygląda sprawa z "Opowiadaniami bizarnymi"? Wszyscy zdążyli już sprawdzić, że bizarne oznacza dziwne, niezwykłe. Czyli w gruncie rzeczy całą twórczość Tokarczuk można charakteryzować tym słowem. Opowiadania z takim przymiotnikiem winny być podwójnie, a nawet wielokrotnie niesamowite, dziwne i tajemnicze. Czy takie są? Moim zdaniem nie. Tokarczuk zostaje w swojej poetyce. Opowiada o pozornie zwykłym mieszkańcu blokowiska, który wyjada coraz dziwniejsze, robione przez jego matkę, zaprawy. Opowiada o podróżującym małżeństwie i facecie rozwiązującym zagadki szwów na skarpetkach. Wybiega w przyszłość, gdy świat wypełnią humanoidy, nowe święta i nowi bohaterowie. Jeśli szukać czegoś, co łączy te historie to moim zdaniem jest to samotność- która nie podlega ani zmianom czasu, ani rozwojowi technologii. Samotność w pojedynkę, w grupie; samotność oswojona, albo ta, której się lękamy i przed którą chcemy się bronić. Najciekawsze z opowiadań jest to, w którym autorka sięga do przeszłości i opowiada historię królewskiego medyka, który nie dość, że bada tajemnicę kołtuna (nie tego od kołtuństwa, tylko zwykłego), to jeszcze poznaje zielone dzieci. Ta opowieść, tak przez  lekko archaizowany język, pomysł,  jak i pewne echa historii o dzikich dzieciach (które pojawiają się co prawda w oświeceniu, ale przecież można wybiec w przyszłość, która z dzisiejszej perspektywy i tak jest przeszłością) jest moim zdaniem najciekawsza.  Pisanie opowiadań nie jest łatwe. Na każda historię trzeba mieć pomysł, każdej nadać jakiś rys indywidualny. Z tych 10 historii najbardziej wyróżnia się opowieść o Zielonych dzieciach. I jest chyba najbardziej bizarna. Jeśli ktoś lubi krótkie formy i jeśli chce sprawdzić, czym jest indywidualny styl Tokarczuk,  niech przeczyta. Jeśli ktoś jest jej fanem, zapewne już to zrobił.  

Olga Tokarczuk, "Opowiadania bizarne". Wydawnictwo Literackie. Kraków 2018.

sobota, 16 czerwca 2018

"Całe miasto o tym mówi" i wrony też

A gdyby tak na 450 stronach spróbować zamknąć 130 lat z życia mieszkańców amerykańskich Elmwood Springs? Zacząć od chwili, gdy emigranci zakładają osadę, a pewien Szwed decyduje się zmieścić w gazecie anons matrymonialny. Potem opowiedzieć o kolejnych  pokoleniach, o tym, jak osada zmienia się z miasteczko, jak rozrasta się mleczarnia. Jak zmienia się świat: pojawiają się samochody, samoloty, komputery, komórki, jak zmieniają się idole.  Wreszcie, jak ludzie buntują się i dziwią zmianom.  Ten pomysł, w połączeniu z ciekawie zakreślonymi bohaterami (jedynie zakreślonymi, bo na pełne charakterystyki brak miejsc i bardzo dobrze, że autorka nie przegaduje króciutkich rozdziałów, będących kolejnymi skrawkami opowieści) jest bardzo sympatyczny. Dobrze się czyta o kolejnych pokoleniach, śledzi dorastanie dzieci, ich dobre i złe drogi. Ciekawym urozmaicaniem i dopowiedzeniem są artykuły z lokalnej prasy, z rubryki Całe miasto o tym mówi. To jednak nie jest niczym odkrywczym. 
Tym, co wyróżnia najnowszą powieść Fannie Flagg to część opowieści, która toczy się w zaświatach. W jakimś przedpolu nieba, chwili przed reinkarnacją- można to sobie nazwać po swojemu. W każdym razie losy mieszkańców miasteczka śledzą jego dawni obywatele, pochowani na Spokojnych Łąkach.  Ich reakcja na zmiany, zachowania kolejnych pokoleń jest bardzo ciekawa. Prawie tak jak spotkania, do których w tym niezwykłym miejscu dochodzi- gdy prawnuczęta spotykają pradziadków,  głusi zaczynają słyszeć, a rozłączeni kochankowie znajdują wreszcie dla siebie miejsce w wieczności.  Nawet  facet, pewien, że został zamordowany i niecierpliwie oczekujący konfrontacji z czterema podejrzanymi, odzyskuje spokój.  Flagg napisała książkę bardzo przyjemną, ciekawą, niebanalną. Napawającą nadzieją i dająca sporo dystansu do ciągle zmieniającego się, zabieganego świata. Bo ostatecznie liczy się to, co nie przemija. A zakończenie książki zaskakuje!  Choć czy podświadomie nie takiego końca oczekujemy... Świetna, nie tylko letnia, lektura!

 I jeszcze jedno- uwaga na wrony, bo one nie tylko tylko mądrze kraczą, ale i na technologiach się znają! Kto przeczyta-ten zrozumie :)

Fannie Flagg, "Całe miasto o tym mówi". Przeł. Dorota Dziewońska. Wyd. Literackie. Kraków 2018.

niedziela, 10 czerwca 2018

'Zgiełk czasu' Szostakowicz osamotniony

Sztuka i władza nie powinny być od siebie zależne. To oczywiste, ale powieść Barnes'a jest historią o kompozytorze, którzy był w sprawy władzy uwikłany i od władzy zależny (w pewnym momencie autor pisze, że w tamtych czasach byli tylko kompozytorzy martwi i zależni od władzy...). Jak coś tak abstrakcyjnego jak muzyka może być na usługach reżimu? Czy jedna opera może mieć moc burzenia ładu społecznego? Czy sztuka dla mas może być nieśmiertelna i prawdziwa?  Jaką drogę można wybrać, gdy nie chce się czytać napisanych przez kogoś innego przemówień... Na marginesie historii Szostakowicza są opowieści o dwóch innych wybitnych kompozytorach tamtych czasów - Prokofiewie i uciekinierze z Rosji Strawińskim.  

Tytułowy zgiełk czasu  miał przekrzyczeć piękno i szczerość muzyki, ale miał też zagłuszyć poczucie winy człowieka, który staje do nierównej walki. A nawet nie aż tyle, nawet nie staje. Bo wie, jak to się skończy. Barnes opisuje człowieka, który bardziej niż z systemem wadzi się z samym sobą. To przecież nie system występuje na zjazdach i reprezentuje ludzką twarz socjalizmu za oceanem. To nie system przytakuje tym, którzy plują na "Lady Makbet mceńskiego powiatu" i to nie system wreszcie czuje do siebie obrzydzenie. Szostakowicz, postać bez wątpienia tragiczna, nie otrzymuje w postaci Barnes'a ani adwokata, ani oskarżyciela. Dostaje za to opowiadacza jego czasów. Sprawozdawcę wydarzeń. Język książki  jest prosty,  bohater nie jest zagadany, a materiału do przemyśleń na tematy sztuki i władzy, sporo. Szostakowicz, bardziej niż kompozytorem, jest tu zwykłym człowiekiem, który idzie na pewien układ i gra narzuconą mu, bardzo trudną rolę. I gra ją w pojedynkę, bo to, co bardzo mocno przebija z kart książki to samotność człowieka, który żyje bez przekonania. A narzucone przekonania odbębnia jak aktor po raz pierwszy czytany tekst- na biało, bez emocji. Warto przeczytać, bo choć książek o człowieku i terrorze jest sporo, to ta pokazuje jeszcze jedno- że władza też się boi.  Kilku nut i kilkudziesięciu liter.

Julian Barnes, "Zgiełk czasu". Przeł.Dominika Lewandowska-Rodak. Świat Książki. Warszawa 2017.