poniedziałek, 17 lipca 2017

Austen i jej wspaniali mężczyźni


 Gdyby Jane Austen nie stworzyła tylu sympatycznych bohaterek, których losy wzruszają po dziś dzień, pewnie rocznica jej śmierci przeszłaby bez echa. Jednak, chociaż bardzo zmienił się status kobiety,  problemy z majoratem są przeszłością, a małżeństwa z rozsądku nie są codziennością,  bohaterki ciągle są bliskie czytelniczkom.  Ale jeszcze bliżsi są z pewnością panowie, bo pamiętamy o bohaterkach, a często zapominamy, że dziełem Austen są również niezwykle wyraziści mężczyźni, stający się ideałami kobiet w każdym wieku.
Ot, taki pan Darcy…  Może trochę dumny, ale przecież honorowy, pomocny i szczery.  Te cechy, a także 10 tysięcy rocznie i majątek Pemberly, wystarczą, by stać się najbardziej rozpoznawalnym męskim bohaterem Austen. I on,  Colin Firth. Bo choć Pana Darcy’ego grało wielu aktorów (m.in. Laurencie Oliver), to właśnie Colin jest dla wielu (albo wszystkich?) pierwszym obrazem, który pojawia się pod powiekami, gdy ktoś rzuci hasło:Pan Darcy. Aktorowi ta rola otwarła drogę  serc publiczności, dała szanse na karierę, którą Firth świetnie wykorzystał. Bo  znalazł złoty środek między rolami w filmach poważnych i rozrywkowych,  między "Samotnym mężczyzną" a "Mamma mia".  Jest ceniony, nagradzany i kochany. I cały czas przystojny.  Poza tym pokazał, że umie się dystansować od tej roli i słynnej sceny z mokrą koszulą- raz: udzielając wywiadu w drugiej części książkowego dziennika Bridget Jones (Helen Fielding wymieniła aktora w podziękowaniach) , dwa: grając Marca w ekranizacji przygód Bridget – swoistej „Dumie i uprzedzeniu” przełomu wieków, z identycznym trójkątem uczuciowym i szaloną mamuśką.  To w dużej mierze dzięki niemu pan Darcy jest jednym idealnych popkulturowych, choć książkowych mężczyzn.  

Pan Knightley  z „Emmy”  jest równie, a może nawet bardziej wart uwagi- o ile Darcy pojawia się, robi zamieszanie i w końcu zyskuje sympatię, o tyle pana Jerzego poznajemy od samego początku jako niezawodnego przyjaciela domu.  Jest przy Emmie od zawsze, patrzy jak dziewczyna dorasta, a w czasie trwania akcji powieści obserwuje jej poczynania. Jest przyjacielem w najszerszym i najgłębszym znaczeniu tego słowa- umie docenić,  ale umie też powiedzieć, że Emma zachowuje się źle i chyba tylko jego słowa robią na dziewczynie wrażenie. Potrafi się oddalić, gdy widzi, że Emma zaczyna darzyć uczucie Franka, ale zawsze jest blisko, tak na wszelki wypadek.  Austen w „Emmie” nie pisze o miłości od pierwszego wejrzenia, o wielkim porywie serca, o pokonywaniu przeszkód- para jest sobie równa stanem i urodzeniem, za to pisze o przyjaźni, obecność i trwałej miłości, która z tego wyrasta. Gdyby Emma nie była tak pewna siebie i przekonana o luksusie bycia bogatą samotną kobietą,  gdyby szybciej zorientowała się, jakiego wspaniałego ma sąsiada- zamiast powieści mielibyśmy opowiadanie. I nie poznalibyśmy żony pastora, bez której atlas literackich wcieleń głupoty byłby znacznie uboższy. Wspominając pana Knightley’a nie sposób pominąć Jeremy’ego Northama, który dał mu w ekranizacji nie tylko ujmującą  powierzchowność, ale przede wszystkim ciepło i spokój.   
 
Zestawienie wspaniałych mężczyzn Ausenowskich  nie może się obyć bez pułkownika Brandona z "Rozważnej i romantycznej" (znacznie ciekawszej postaci niż dobry, ale ciapowaty Edmund Ferrars). Pułkownik jest kimś drugiego wyboru- Marianna dostaje go jako nagrodę pocieszenia po  złamanym przez Willoughby’ego sercu. Oj! żeby po każdym nietrafionym sercowym wyborze trafiał się taki Brandon życie byłoby cudowne.  Brandon, który od początku skłania swe serce ku trzpiotce Mariannie, jest mężczyzną po przejściach,  człowiekiem statecznym, traktowanym z wielkim szacunkiem. Sama Marianna  widzi w  nim wymagającego opieki nie żony, a pielęgniarki starca, który w trzydziestym piątym roku życia musi nosić flanelowe kamizelki (co dziwne- niewiele młodszy Knightley nie jest traktowany jak staruszek). Dopiero z czasem dziewczyna zaczyna doceniać nie tylko dobre serce, ale i umysł pułkownika, który zna się nawet na poezji. Można zakrzyknąć: czym ona sobie zasłużyła na jego uczucie? Ano właśnie niczym, bo miłość pułkownika nie jest nagrodą za zasług i cnoty, ale za fakt istnienia. Romantyzm i szczerość w czystej postaci. Czym jeszcze Brandon zaskarbił sobie mój sentyment?Działaniem. Jako jeden z nielicznych bohaterów nie zostawia spraw swojemu biegowi (gdyby dawna narzeczona Edmunda nie zakochała się w jego bracie, ten dobrze wychowany nieśmiałek ożeniłby się z nią), tylko coś ROBI. Gdy Marianna leży z gorączką, on chce działać, chce pomóc, być aktywny, a nie biernie czekać i łkać. Męskość w czystej postaci. Nie muszę dodawać, że gdy scena ta zmienia się z literackiej w filmową i Alan Rickman wskakuje na konia, męskość rozsadza ekran i przepełnia serce, wołające: tak robi prawdziwy facet, a nie fujara (Edmunda o takie zachowanie bym nie podejrzewała… ).

 Jak widać z powyższego zestawienia,  Austenowskie charaktery  przenikają się z i dopełniają z ekranizacjami.  Cóż, Austen, gdyby żyła dziś, byłaby zapewne scenarzystką w fabryce snów. A tak jest autorką, która poznała nie tylko ludzką głupotkę, kobiece emocji, ale także winna jest spaczeniu kobiecego postrzegania męskiego rodu. Bo kolejne pokolenia poszukują Darcy’ego, Knightley’a i Brandona.  Panów męskich, cudownych i… bogatych. Bo przyjemnie być panią na Pemberly; ) I pomyśleć, że Austen,panna z wyboru lub przypadku, pisała w "Dumie i uprzedzeniu": „"Świat cierpi na brak mężczyzn, szczególnie tych, którzy są cokolwiek warci." Ci z jej książek, warci są więcej niż 10 tysięcy rocznie.  I mówię o funtach!

niedziela, 9 lipca 2017

Eugeniusz Oniegin poetycko-muzyczny

Było deszczowe lato przed siódmą albo ósmą klasą. Na stoisku z tanią książką znalazłam dwujęzyczne wydanie "Eugeniusza Oniegina" i choć cyrylica była czarną magią, doszłam do wniosku, że najwyższy czas poznać rosyjską klasykę- w tłumaczeniu rzecz jasna... I losy Eugeniusza i Tatiany mnie zachwyciły. A to wszystko wierszem. I jeszcze te dygresje... Trudno się dziwić- byłam wtedy po pierwszym etapie fascynacji Mickiewiczem, więc Aleksandra P. polubić musiałam. 
A potem pojawiło się jeszcze trzech mężczyzn-Piotr, Andrzej i Petter. Czajkowski  i jego operowy "Eugeniusz Oniegin" najpierw dzięki Hiolskimu, a potem Mattei mocno wyrył mi się w sercu i muzycznej pamięci. Arie barytonowe Czajkowskiego są cudowne (tak jak cudowne są tenorowe arie Pucciniego), natomiast w "Onieginie" każdy z męskich głosów dostaje swój moment chwały.  Liryczna aria Leńskiego, który na kilka chwil przed pojedynkiem (któremu mówiąc szczerze sam jest winien!) przywołuje miłość do Olgi i ulotne szczęście. Wspaniała aria Gremina, który zapewnia, że miłość może spotkać ludzi w każdym wieku (tę arię nucą w "Trzech siostrach"  Czechowa). Perora Eugeniusza wyjaśniającego Tani w I akcie, że nie jest stworzony do małżeństwa i kocha ją miłością brata (słowa takie można znieść tylko w momencie, gdy ktoś je śpiewa rzadkiej piękności barytonem) oraz arioso z III aktu, gdy Eugeniusz stwierdza (rychło w czas!), że Tatiana jest miłością jego życia i traci swój nonszalancki styl na rzecz pełnego emocji wybuchu. Poza tym jest w operze jeszcze słynna scena pisania listu (jedna z najdłuższych solówek w historii). List Tatiany to wspaniały obraz lęków, pragnień i nadziei zakochanej dziewczyny :"piszę do pana, trzebaż więcej...".  
Tak Hiolski daje kosza...

Dzięki retransmisjom  z MET można w kinach na całym świecie zobaczyć inscenizacje i usłyszeć najlepsze głosy. Tak więc, gdy okazało się, że Oniegina będzie śpiewał Peter Mattei, MUSIAŁAM go usłyszeć. Szwedzkiego barytona usłyszałam 8 lat temu na youtubie, potem słuchałam przez komórkę (bo akurat popsuło się radio) Don Giovanniego, którym inaugurował sezon w La Scali, śledzę you tuba z jego nagraniami i zadręczam znajomych przesyłając pewne arie (większość moich "kulturalnych" bliskich znajomych była uszczęśliwiana linkami do "Wesela Figara" i "Don Giovanniego"...) Nowojorski spektakl opery Czajkowskiego nie jest nowy, ale mi się podobał, a muzyka cały czas za mną chodzi. Choć można marudzić, że mazur grany był bez polskiego ognia, a balet upchnięto  między fragmenty dekoracji, sama zaś inscenizacja jest bardzo tradycyjna, warto zobaczyć.Byłam pewna, że Mattei będzie rewelacyjnym Onieginem (trudno, wolę jego głos niż Mariusza Kwietnia z którym dzieli tę partię w MET), odpowiednio zdystansowany na początku, pięknie owładnięty uczuciem na końcu. I, gdy ogląda się operę w kinie, w HD to też ma znaczenie: bardzo dobrze wyglądający we fraku ;) Ale objawieniem wieczoru był dla mnie słowacki bas Stefan Kocan- wyszedł na swoją arię w ostatnim akcie i po prostu zachwycił. Początek był poprawny, ale dalej było już aksamitnie i czekoladowo- piękne, głębokie doły, trzymane czyściutko i prościutko niskie dźwięki... i szelmowski uśmieszek. I fajnie, że rolę teoretycznie starego męża Tani grał najmłodszy w obsadzie- bo z jakiej racji Tania ma zostać żoną starego, choć bogatego, dziada? Niech dziewczyna trochę użyje żywota ;) 
Ładysz i wzruszająca aria księcia


Jest coś wyjątkowego w tym, gdy wspaniała literatura znajduje swoje odzwierciedlenie w fantastycznej muzyce. Jest coś magicznego w tym, że chociaż doskonale wiem jak rzecz musi się skończyć, czekam w napięciu do ostatniej nuty. Jest wreszcie coś krzepiącego w fakcie, że tekst i muzyka sprzed wieku budzą w nas emocje. Tak po prostu działa sztuka. I nieważne, że Oniegin (zarówno w wersji literackiej jak i muzycznej) jest postacią dość irytującą- facetem zblazowany, który nudzi się i sam nie wie, czego chce... Gdy jego charakterek dostaje słowa i muzykę, przestaje być wkurzającym draniem. Może nawet zaczyna mi być go żal, gdy Tatiana, mówiąc, że szczęście było tak blisko, żegna go na zawsze... Poezja splata się z melodią, emocje z wyobrażeniami. A czytelnik i widz dostają swoją porcję pożywki dla wrażliwości.  I jest pięknie.  
 
Mattei/ Geniu wreszcie sobie uświadamia, co traci

Ta aria też musi być...

środa, 5 lipca 2017

"Opowiem ci pewną historię" w długie letnie popołudnie



Macedonia w Wirginii Zachodniej, koniec lat 30. XX wieku. Fabryka, kilka sklepów, parę liczących się rodzin, dom, w którym nocował jeden z bohaterów wojny secesyjnej… I właśnie tam trafia dziewczyna, którą rodzina postanowiła wysłać na prowincje, by zaznała trochę prawdziwego życia. A że w prawdziwym życiu muszą być  jakieś zadania, Layla Beck zostaje zaangażowana do pisania historii miasteczka. Z początku nudne zbieranie materiałów staje się coraz bardziej intrygujące, bo dziewczyna nie tylko odkrywa w sobie żyłkę literatki, a także  grzebiąc w historii miasteczka, trafia na niejasne sprawy, w które jest zamieszana rodzina u której mieszka. Na dodatek Layla zaczyna się interesować  mężczyzną, u którego wynajmuje pokój,  co nie podoba się trzymające dom w garści siostrze gospodarza. Losy panny Beck, która swoje poczynania opisuje w listach, śledzi z zapartym tchem druga narratorka tej książki- mała Willa Romeyn  dziewczynka pełna fantazji, wrażliwości i całkiem poważnych uczuć.
Czy potrzeba zmian narratorów? Nie są one niezbędne i mówiąc szczerze niewiele wnoszą do powieści. Ale są. Sama akcja zawiązuje się dość długo i książka zaczyna się trochę opornie, potem wszystko nabiera płynności, a wydarzenia zaczynają się ze sobą splatać. Co nie zmienia faktu, że jest to powieść 600 stronicowa i po prostu za długa. Szkoda, że autorka nie zachowała powściągliwego stylu znanego z "Stowarzyszanie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" Bohaterowie opisani są nieźle, niektórych szybo się lubi, innym cały czas towarzyszą mieszane uczucia, jednak społeczność małego miasteczka odmalowana jest  dość ciekawie, a wielka narodowa historia  splata się z codziennością, dorastaniem i z życiem zwykłych obywateli. Gdyby wszystko nieco skondensować, byłoby naprawdę dobrze.  Czas akcji powieści zachęca by po nią sięgnąć, bo akacja osadzona została w ciekawych czasach: z jednej strony narastające europejskie wrzenia, z drugiej ruchy społeczne, amerykańskie strajki i przemyty. Do tego duszna, parna atmosfera  gorącego lata. I do tej atmosfery, dość leniwej, i akcji nieśpiesznie ciągnącej się lipcowy dzień trzeba się przyzwyczaić… I warto docenić bibliotekarkę, bo bez niej Layla niewiele by zadziałała!

Annie  Barrows, "Opowiem ci pewną historię". Wyd. Świat Książki, Warszawa   2016.

środa, 28 czerwca 2017

"Randka z jeleniem" rok na bagnach

Rokrocznie fascynuje mnie to samo- ciągła zmienność pór roku… Bo gdy w marcu wydaje się, że już nigdy słońce nie wyjdzie- ono wychodzi. Tak samo czerwcowe i lipcowej wieczory wydają się nie kończyć, a przecież wiadomo, że za dwa miesiące nie będzie śladu po przesiadywaniu na ciepłym i widnym balkonie.  Dlatego lubię książki, które pokazują tę niezmienną zmienność. Książka Elżbiety Sęczykowskiej jest zbiorem wspomnień i felietonów związanych z życiem na Mazurach, na pierwszej prywatnej farmie jeleni. Autorka opisuje swoją codzienność, ale znacznie więcej miejsca poświęca zwyczajom i zabytkom tamtych rejonów- jest więc o Świętej Lipce, o pałacach dawnych możnych, o wystawnych polowaniach na św. Huberta i wielkich palmach Wielkanocnych. Jest przypomnienie cyklu życia związanego ze zmianą cyklu przyrody. 
Książka, podzielona na części, rozpoczyna się wiosną od ludowych zwyczajów Wielkiego Tygodnia, przez letnie żniwa i wakacyjne wyprawy, przez jesienne aktywności w zagrodzie, rykowisko jeleni, po czas adwentu, Bożego Narodzenia, karnawałowych kuligów i zabaw. Rozdziały krótkie, czasem urozmaicane opisem dzieła sztuki lub wierszem. Kilka obyczajowych obrazków z życia autorki jej przyjaciół, kilka anegdot z  przeszłości.  Jest o farmie jeleni, o domowych pupilach, o ludzkiej niegodziwości, która doprowadziła  do dość nieoczekiwanego zakończenia historii. Czyta się przyjemnie, bo przyjemne jest mieć na podorędziu koktajl z ciekawostek etnograficznych, ploteczek o sąsiadach i stałego elementu jakim jest poddawanie się rytmowi pór roku.  Gdy żyje się w rytmie wyznaczanym przez autobusy, godziny pracy i powroty do domu, rytmie stale tym samym- niezależnym od długości trwania dnia i pory roku, taka lektura tym bardziej sprawia przyjemność. Przypomina, że tak w życiu jak i przyrodzie jedyną stałą jest zmiana.   
  
Elżbieta Sęczykowska. "Randka z jeleniem, czyli pałac z widokiem na bagno". Wyd. Edipresse Książki. Warszawa 2016

środa, 21 czerwca 2017

"Słoneczna przystań" słoneczny happy end

Są książki, które idealnie trafiają w porę roku. Pierwsze dwa tomy sagi "Czary codzienności ""Siostry" i "Przyjaciele i rywale" czytałam w ciemnym, zimnym lutym... wtedy piękne lato i słońce z Zmysłowa bardzo się przydały. Ostatni tom skończyłam przed paroma dniami, gdy czerwiec w rozkwicie. I właśnie ta letnia atmosfera doskonale pasuje do zakończenia historii "sióstr z pokręconym DNA". Agnieszka Krawczyk dwa pierwsze tomy kończyła niczym scenarzyści serialu "Czarne chmury": w momencie dramatycznym. I tylko fakt, że ta książka musi się dobrze skończyć niosła pewną ulgę;) Bo że musi się skończyć dobrze (a nawet do początku wiadomo jak), to oczywiste. Pytanie tylko jakimi drogami bohaterki dojdą do szczęśliwego zakończenia i czy jeszcze jakieś kłody zostaną im rzucone na ostatniej prostej. Trzeci tom przynosi rozwiązania, ale po drodze także pewne komplikacje związane nie tylko z osobistymi wyborami sióstr, ale także walką o zachowanie spokoju w miasteczku. I choć to tylko poboczny temat, który ma pomóc mieszkańcom zjednoczyć się i pokazać siłę lokalnej społeczności, sprawa tworzenia wielkich ośrodków wczasowych w spokojnych miejscach (które w tym momencie przestają być spokojne), jest tematem ważnym i wartym uwagi. Coraz więcej turystycznych molochów, coraz więcej szumu i zgiełku, coraz mniej prostoty w miejscowościach wypoczynkowych.  Na szczęście Zmysłowo pozostanie piękne... I nie psuję tym zdaniem napięcia, bo cała seria o Zmysłowie to książki, które z natury rzeczy muszą się skończyć happy endem. I pewnie dlatego czyta się je przyjemnie i spokojnie, bo tak, jak wiadomo, że James Bond wyjdzie cało z każdej opresji, tak wiadomo, że Daniela, Agata i Tosia znajdą szczęście.

"Słoneczna przystań" musiała wyprostować kilka wątków (w tym i te, które w samej "Przystani ..."zdążyły się pokomplikować), była więc może trochę mniej zaskakująca niż poprzednie tomy. Kilka historii ma otwarte zakończenia, pozwalające czytelniczkom na samodzielne snucie ciągu dalszego.  Czasy największych przemian główne bohaterki też miały za sobą, więc można było skupić się na zmianach zachodzących dookoła. A ich też trochę było. I pozostało to, co tak bardzo spodobało mi się przy czytaniu pierwszych tomów: atmosfera słońca, wakacji, barwnego i kolorowego lata, sielskiego miasteczka i pięknej przyrody, która staje się wymarzoną scenerią romantycznych i dramatycznych wydarzeń. I współgra z delikatnością tej bajkowej historii. Choć bohaterki same czasem mówią, że pewne proste rozwiązania są możliwe tylko w książkach, to i w tej książce wszystko kończy się pięknie- księżniczki mają swoich królewiczów,  Zła Wiedźma z show biznesu zostaje wystrychnięta na dudka, zły chłopak okazuje się całkiem wrażliwym facetem, a na wernisaż prac nieznanej artystki w prowincjonalnym domu kultury przybywa wojewoda. Bo tak działają czary codzienności! Działa prawo zachowania przepływu dobra, które wraca i obejmuje swoim zasięgiem tych, którzy pierwiastki dobra mają w sobie (czasem głęboko ukryte). Bohaterki znajdują szczęście, a czytelniczki odkładają książkę spokojne o to, że prawda, miłość i dobro zwyciężają. I w tym tkwi siła tych książek.

Ciekawe, jakie niespodzianki szykuje Agnieszka Krawczyk w kolejnej serii, która (a wiem to z najlepszego, autorskiego źródła) ma się dziać w dużym mieście. Oby i tam nie zabrakło baśniowej magii, bo jej po prostu potrzeba!

Agnieszka Krawczyk, "Słoneczna przystań". Wyd. Filia. Poznań 2017.

środa, 14 czerwca 2017

"Zamknięta trumna" i kłopotliwy spadek


Znana autorka książek dla dzieci zaprasza dwóch detektywów, ponieważ obawia się, że jej dom będzie miejscem zbrodni. I nie myli się, choć ofiarą jest ktoś inny niż początkowo można przypuszczać. Oczywiście o morderstwo zostają posądzeni domownicy i służba, bo nikt inny nie miał ani motywu, ani możliwości by zabić kogoś, kto i tak był umierający... Ale jaki sens zbijać człowieka stojącego nad grobem i to nawet wtedy, gdy staje się on spadkobiercą fortuny, której pozbawi zostają krewni? Można rzec: zbrodnia w starym stylu. I trudno, aby było inaczej, skoro powieść firmuje swoim nazwiskiem Agata Christie. 

I moim zdaniem powinna zawczasu swoich spadkobierców zobowiązać do tego, żeby nie dawali innym autorom praw do stworzonych przez nią postaci. Rozumiem kwestie finansowe, ale jak to mówił Ksiądz w "Damach i huzarach": "nie uchodzi, nie uchodzi". Nie twierdzę, że Sophie Hannah źle pisze, nie! Jej książka jest przyzwoita, ma  nerw, klimat, czasem zaskakuje, a momentami się wlecze. Jest kryminałem retro. Ale nie jest powieścią Christie. I to się czuje! Hannah bierze otoczenie, zamknięty dom na odludziu, rodzinne tajemnice i pewne niejasne okoliczności. Nikt jej nie zabroni! Nikt nie zabroni jej też dodać zadufanego w sobie cudzoziemca detektywa.  Ale niech sobie wymyśli własnego! Ten Poirot jest do Agatowego niepodobny, mało sympatyczny, jakiś taki nie taki, a wtrącane przez niego francuskie słówka i "małe szare komórki" są tylko czymś w rodzaju maski i usprawiedliwienia, że bohater zwie się jak postać z książek Christie. Nie kupuję tego! Fajnie jest się przejechać na plecach królowej kryminału, tyle tylko, że dla mnie Hannah za bardzo się przejechała. "Zamknięta trumna" jest przyzwoitym kryminałem retro i kiepską imitacją stylu Christie. To, co było wadą pierwszej książki (tego komercyjnego wskrzeszania Poirota (Inicjały zbrodni)) powtarza się. Może detektyw przestaje pomiatać angielskim policjantem, ale cały czas nie ma tu więzi, która łączyła go z Hastingesm czy nawet inspektorem Jaapem.
 Gdy zapominam, że to ma być powieść o Poirocie czyta się dużo lepiej niż wtedy, gdy nastawiam się na książę alla Christie. Sophie Hannah pokazuje, że umie wymyślać postacie- charakterystyczne, złożone, czasem nawet dowcipne, więc nie rozumiem, co stoi na przeszkodzie w wymyśleniu własnego sztandarowego detektywa?! Że się nie sprzeda? Że  nazwisko nic nikomu nie powie? Że trzeba będzie przyłożyć się bardziej do pisania i do promowania książki? Cóż... przynajmniej nie będzie porównań, które raczej wyjdą na niekorzyść. Lepiej jest być pierwszą Hannah niż wtórną Christie. I to jest rada i do autorki i do spadkobierców, którzy moim zdaniem robią swojej antenatce niedźwiedzią przysługę. Nie po to Christie napisała "Kurtynę" i własnoręcznie uśmierciła Poirota, żeby teraz go przywracać do działania. I w erze wszelkich fanfików i spinoffów warto to mieć na uwadze.

Sophie Hannah, "Zamknięta trumna". Przeł. Urszula Gardner. Wyd. Dolnośląskie. Poznań 2016.

niedziela, 11 czerwca 2017

Noc Bibliotek, czyli czytelnik najlepszą reklamą



"Poloneza czas zacząć"

"Czytanie jest tak fajne, że nie potrzebuje promocji"- powiedziała moja znajoma. Ma rację. Jednak w dzisiejszym świecie nawet to, co dobre potrzebuje dodatkowego wsparcia. Bo reklamują się teatry, kina, książki, lody i czekolada- wiadomo, że dobre, a jednak obecne w reklamowej przestrzeni.  Poza tym, w przypadku wielu instytucji kultury nie zawsze chodzi o typową reklamę i marketingowe „wciskanie kitu”, ale o informację. Bo wśród wielu wydarzeń,  wieść o naszej imprezie może po prostu nie dotrzeć do czytelnika. Poza tym, cóż: instytucje kultury w szerokim odbiorze nie kojarzą się z miejscami fajnych i przyjaznych imprez. Z rozmysłem użyłam słowa impreza, bo okazuje się, że można imprezować w bibliotece.   

Gra MOJA BIBLIOTEKA
Dzieciaki szukają skarbu













Taką imprezą jest choćby Noc Bibliotek- wydarzenie, stosunkowo nowe (np. w porównaniu w Nocą Muzeów),a jednak zdobywające z roku na rok coraz większą popularność. Celem tej nocy jest pokazanie innego oblicza bibliotek- tych szacownych instytucji, tych świątyń książki, tych skupisk nauki i siedlisk ciszy. Pokazanie ludziom, że czasy stereotypowych półek z owiniętymi szarym papierem książkami się skończyły; że dzisiejsze biblioteki to centra kultury- z równym naciskiem na centra i kultury! Od trzech lat biblioteki prześcigają się w takim zagospodarowaniu nocy, aby biblioteka przyciągnęła nie tylko czytelników, ale przede wszystkim tych, którzy o byciu czytelnikiem nie myślą.  I akacja powoli wrasta w krajobraz. Biblioteka Raczyńskich włączyła się w nią w tym roku po raz drugi i o ile rok temu Noc Bibliotek była jeszcze terminem nieznanym, o tyle teraz ludzie dzwonili i przychodzili pytając, czy mamy coś specjalnego na ten wieczór. Mieliśmy! Noc Bibliotek ma zawsze swoje hasło, w tym roku brzmiało Czytanie porusza. I postanowiliśmy poruszyć ludzi. I udało się. Poruszone mapą skarbów dzieciaki biegały po całej bibliotece (i niedostępnych zwykle klatkach schodowych) poszukując skarbu;  panie (i jeden pan!) zostały poruszone opowieściami o dawnej modzie, głową poruszali uczestnicy spotkania z grami planszowymi- brydżyści, scrabbliści, szachiści, a także ci, którzy zdecydowali się rozegrać partyjkę gry wymyślonej przez kolegę z działu (gry, która toczy się w gmachu naszej biblioteki). A na koniec była impreza co się zowie- poruszaliśmy się literacko! Sześć  tańców znanych z literatury, sześć fragmentów książek  (Mickiewicz, Jasnorzewska, Reymont itp.), świetny choreograf, który prowadził warsztaty i grupa chętnych do zabawy czytelników. Doskonałe połączenie słowa z dźwięku. I radość, bo wiadomo, że tańcząc wyzwala się endorfiny… Takiej grupy uśmiechniętych, otwartych na siebie ludzi, którzy mieli biblioteczną gorączkę sobotniej nocy można nam pozazdrościć. Tańczyli zresztą nie tylko czytelnicy, ale bibliotekarze i pani dyrektor. Bo bibliotekarz też człowiek,a przypomnieniu tej prawy także służy Noc Bibliotek.

"Naucz mnie tańczyć Zorba!"
 Pomysł bardzo prosty, realizująca- nieskomplikowana, efekt- doskonały, bo zarówno uczestnicy grania, jak i tańców wychodzili zadowoleni i pytali, kiedy kolejny brydż  albo fajfy w bibliotece.  I fama pójdzie w miasto, że w bibliotece można spędzić czas z fantastycznymi ludźmi. I to jest dużo cenniejsze niż plakaty na słupach i czytane afektowanym głosem spoty. Najlepszą reklamą biblioteki jest zadowolony czytelnik. A my wobec tego musimy tylko (i aż!) zrobić coś, co sprawi, że jego zwykłe zadowolenie  z  codziennych usług, stanowiących podstawę funkcjonowania naszej instytucji, wrośnie na tyle, by się nim dzielić.  Że powie znajomym, że panie bibliotekarki już dawno zrzuciły pulowery i rozpuściły koki, że w bibliotece cisza nie jest złowroga, tylko kojąca, że na półkach roi się od nowości, że są ciekawe spotkania, wykłady i warsztaty. A od czasu do czasu wydarzenie, które jeszcze bardziej podkręca atmosferę i pozwala czytelnikom zobaczyć zupełnie inną stronę biblioteki.  I wtedy owy  czytelnik  wróci  do san wcześniej niż na kolejną Noc Bibliotek.