wtorek, 13 lutego 2018

"Tylko mnie pogłaszcz" i napisz do mnnie

Kiedy ukazała się "Opowieść dla przyjaciela" Haliny Poświatowskiej mówiono, że tytułowy przyjaciel to tylko figura, wymyślony adresat monologu autorki. Ale przyjaciel istniał naprawdę i był nim Ireneusz Morawski, literat, muzyk, wieloletni działacz związku niewidomych. Postać tajemnicza, która ukrywała swoje relacje z poetką,  osoba, która dopiero pod koniec życie zdecydowała się na napisanie wspomnienia o nim i Halinie P. (pierwsza publikacja tekstu miała miejsce w książce Marioli Pryzwan "Haśka"  ). Teraz, po kilku latach od śmierci Morawskiego i ponad półwieku od śmierci Poświatowskiej ukazały się listy, które Morawski pisał do Haliny najpierw do Częstochowy, potem do USA, listy będące świadectwem niezwykłej więzi tych ludzi. Czy miłości? Słowo "kocham" jest zapisane czarno na białym, ale to nie tylko uczucie dwojga młodych ludzi, to też listy dwójki literatów przerzucających się nowinami ze świata artystycznego (pojawia się Miłosz, Śliwiak, Szymborska),  dwójki autorów, cytujących i nawiązujących w listach do ulubionych poetów, ale też niezwykle sprawnych językowo korespondentów, tworzących neologizmy i piękne, poetyckie zdania. 

O ile listy Haliny wyszły już wiele lat temu, o tyle ten tom listów, jest wyjątkowym rarytasem, który wiele dziesięcioleci czekał na publikację. Halina, już korespondując z Ireneuszem, proponowała mu, by listy wydać, ze względu na ich wartość literacką, a nawet informowała, że jej matka już je przepisuje i przygotowuje do druku. Wtedy Morawski się nie zgodził i przez lata odmawiał publikacji zwłaszcza ze względu na swoją żonę. Po jego śmierci, właśnie żona zdecydowała, że te teksty powinny być wydane, aby przede wszystkim pokazać talent epistolarny Morawskiego, który publikował swoje opowiadania w pismach i antologiach, ale nie ma ani jednej autorskiej książki. Poza tym, po zerwaniu z Haliną przestał udzielać się literacko, skupiają się na działalności dla niewidnych, tak więc ten tom listów jest  po prostu dowodem jego talentu.Opracowania listów,  opatrzenia ich przypisami, zaznaczenia skreśleń (Poświatowska zrobiła coś w rodzaju autorskiej korekty słanych przez Morawskiego listów) podjęła się  Mariola Pryzwan, która twórczością i życiem Poświatowskiej zajmuje się ponad 20 lat, a z samym Morawskim łączyła ją długoletnia przyjaźń.  Listy Morawskiego nie są lekturą łatwą i lekką. Nawiązania do poetów klasycznych i współczesnych, czasem dość skomplikowana składnia, wielka szczerość i sporo poezji (ale także humoru). To dokument epoki oraz dokument niejednoznacznego uczucia, które łączyło niewidomego początkującego pisarza z chorą na serce poetką, której pierwszy tomik poetycki robił trochę zamieszania w światku literackim. To opowieść ludzi zmagających z przeciwnościami, ale głodnych życia, emocji, poszukujących kogoś, kto wysłucha, pogłaszcze, pokocha..."Na świecie jest za ciasno, żebym mógł zapomnieć Ciebie- Moją Drugą Samotność, do której muszę uciekać, kiedy jestem naprawdę sam po raz nieprzeliczony."

Choć sam Morawski po latach nie nazywał tego, co łączyło go z Haliną miłością, to są listy miłosne. Listy, w których adresat i nadawca wymieniają się sobą "w papierku".  Listy, w których zamyka się ich trudna do opisania relacja, bo to co prawdziwe zwykle jest trudne do nazwania. Listy, przy których lekturze można się wzruszyć, uśmiechnąć. Można zatęsknić za czasami, gdy tak pięknie pisano do siebie na prawdziwych kartkach. Poświatowska zakochała się potem (szczęśliwie)w Janie Adamskim, Morawski się ożenił... To, co dostajemy w książce to kolejna historia o miłości z pełnokrwistymi bohaterami. Bohaterami i uczuciami zamkniętymi w kopertach.

 "Czas to jest Życie Twoje i Moje. Dlaczego nie chcesz uwierzyć w nasze? -Strach-powiadasz-co dalej? W dłoniach naprawdę przerażonych może wytrzymać tylko nieufność. Tak mało. Stanowczo za mało, żeby wytrwać.Stawki należy podnieść do maksimum. Gramy oboje o Najwięcej."

Ireneusz Morawski, "Tylko mnie pogłaszcz...". Oprac. Mariola Pryzwan. Wyd. Prószyński i S-ka.Warszawa 2017.

niedziela, 11 lutego 2018

"Mały miliarder" i prawda o kasie

Józek Burak jest najbogatszym chłopcem na świecie. I bardzo nieszczęśliwym, bo choć może się kąpać w dolarach, to nie ma się z kim bawić.  Koledzy z ekskluzywnej szkoły (uczą się m.in. historii tweedu i znieważania służby) uważają go za nowobogackiego i niewartego uwagi. Dlatego Józef wraca do zwykłej szkoły i usiłuje kryć swoje bogactwo.   Znajomość z Bobem i Laurą okażą się dla chłopca ważne i pozwolą mu jeszcze lepiej zrozumieć, po czym poznaje się prawdziwego przyjaciela. 
David Walliams porusza tym razem sprawę mało dziecięcą- sprawę pieniędzy i zmian, które kasa powoduje w relacjach między ludźmi: między rodzicami, partnerami, dziećmi.  Po raz kolejny dostaje się dorosłym. Ojciec Józefa, oszołomiony pieniędzmi zapomina o zdrowym rozsądku i angażuje się w związek bez sensu i przyszłości. Bo choć po świecie błąkają się sprzedajne istoty, to kupić  prawdziwych uczuć nie sposób.  Straszni są też nauczyciele- Walliams serwuje nam listę  typowych belferskich odzywek i każdy, kto kiedykolwiek chodził do jakiekolwiek szkoły musi ja docenić. Tak samo jak menu szkolnej stołówki i panią kucharkę.

Nie będę po raz kolejny pisać, że ten autor pisze tak, jak powinno się pisać dla dzieci (i dorosłych) traktuje swojego czytelnika poważnie, nie daje umoralniających wtrętów, choć wszystkie jego książki są bardzo, ale to bardzo mądre!  Opowieść toczy się wartko, zaskoczenie zaskakuje, a happy endy, gdy ktoś jest miliarderem wcale nie jest oczywisty.   Świetna historia i wielki humor Walliams dzięki tłumaczeniu Karoliny Zaremby  (autorki polskiego słowa "przypośladkować")  ma szanse stać się kolejnym hitem dla czytelników, którzy cenią mądre, ale nie moralizatorskie opowieści i bohaterów, których od razu się lubi.

David Walliams, "Mały miliarder". Przeł. Karolina Zaremba. Wyd. Mała Kurka. Warszawa 2017.

środa, 7 lutego 2018

"Tylko dobre wiadomości" w Krakowie i Wenecji

Najnowsza książka Agnieszki Krawczyk (choć w zapowiedziach wiosennych pojawiła się  już kolejna pozycja!) to nie tom sagi, ale pojedyncza historia. Dla mnie na plus, bo jakkolwiek sagi mają swój urok, bardzo lubię  książki będące zamkniętą całością. Akcja powieści toczy się dynamicznie nie brakuje tajemnic i, oczywiście, szczęśliwego zakończenia.   
Tym razem autorka przedstawia nam historię dwóch przyjaciółek: Izabeli (Zuli) Oster, wygadanej dziennikarki publicystycznej, która rzuca prace w telewizji  i Kamili  Rudnickiej-Clement tłumaczki powieści sensacyjnych. Panie decydują się razem wyjechać do Krakowa i prowadzić pismo, które Kamila dostała w spadku po byłej teściowej. Ostry język i bezkompromisowość dziennikarki, w zestawieniu z delikatnością i taktem Kamili dają bardzo przyjemną mieszankę  konkretu i romantyzmu. Takie duety zawsze się sprawdzają, o czym przekonuje nieustanna popularność „Rozważnej i romantycznej”.  Próba przekształcenia dość archaicznie  prowadzonego magazynu  dla pań w nowoczesne pismo jest dla obu kobiet wyzwaniem. Poszukiwania tematów, rozmowy o potrzebach współczesnych czytelników, a także tarcia na linii „nowe” i „stare”  oraz  preferencje wszystkich pracowników redakcji są opisane ciekawie i szczerze mówiąc chętnie zobaczyłbym wynik prac w jakimś kiosku, bo chyba znaleźli  złoty środek dla pisma nie tylko dla pań.  A że nie tylko pracą żyje współczesna kobieta, ważnym, choć nie najważniejszym wątkiem powieści są sercowe perturbacje Zuli i Kamili. Bo dla mnie najważniejsza jest w tej książkę przyjaźń obu  bohaterek- wytrzymująca  wygarnięte w gniewie słowa,  niedomówienia, tajemnice;  wspierająca i szczera.

 Agnieszka Krawczyk po raz kolejny udowadnia, że pisanie o emocjach jest jej mocną stroną, bez względu na to, czy są to uczucia rozgrywające się na sielskiej prowincji, czy wielkim mieście. W „Tylko dobrych wiadomościach” autorka serwuje bowiem wycieczkę do Krakowa (na artystyczny Kazimierz), do dworku w Odolanowie i do pięknej Wenecji, w której poza gondolami i domem Byrona znajduje się też niezwykła księgarnia.  I aż chce się ruszyć śladem bohaterów (oczywiście najpierw dokończywszy książkę)! Mocną stroną powieści są też postaci drugoplanowe i epizodyczne- szalona amerykańska ciotka Viola oraz panowie Rychu i Płetwa, stanowiący element miejskiego folkloru rodem z Krakowa.  „Tylko dobre wiadomości” to bardzo przyjemna powieść obyczajowa, którą warto poczytać dla oderwania się od szarej codzienności, bo tam lato, barwy Krakowa i słońce Włoch... To historia o dobrych ludziach, dobrych wiadomościach i dobrych emocjach, które wracają. Dobra książka.

 Agnieszka Krawczyk, „Tylko dobre wiadomości”. Wyd. Filia. Poznań 2018.    

niedziela, 4 lutego 2018

"Deadline na szczęście" życiowe taski

Ewa ma pracę. Jest menadżerem w korporacji, jej godziny i nadgodziny wypełniają meetingi, maile,  lunche, deadliny, taski z checklisty do zrobienia ASAP (nawet klnie po angielsku).  Choć sama jest mężatką, nie rozumie, jak ludzie mogą stawiać życie rodzinne ponad obowiązki zawodowe, bo ona ma zupełnie inną hierarchię.  Zwłaszcza, że szykuje się wielkie przejęcie ważnego klienta, co wymaga większego zaangażowania i nakładu pracy. Ale nawet z idealnie prowadzonym plannerem, nie da się stuprocentowo planować życia. Ewa, sztywniara w szpilkach i ołówkowej spódnicy, mieszkająca w dizajnersko minimalistycznym mieszkaniu, zawodowo zajmująca się analizowaniem ryzyka musi zmierzyć się z zupełnie nową i niecodzienną sytuacją- zaopiekować się córką przebywającej w szpitalu dawnej koleżanki. Przybycie do wypucowanego domu i regularnego życia radosnej dziewczynki, chomika i labradora siłą rzeczy musi rozregulować stary porządek. Ewa, która na początku zupełnie nie budzi sympatii (potem można się przyzwyczaić), mierzy się z zdaniami, które do tej pory były jej obce. I sama siebie zaskakuje tym, że bieg wydarzeń i coraz częstsze kontakty towarzyskie (których do tej pory unikała) otwierają jej oczy na życie poza korporacją. Czy Ewa będzie w stanie zatrzymać się ciągłym biegu  i docenić, to, co ma... Wiadomo, że tak! Ale  przetarcie oczu trochę potrwa. 

Fabuła książki Tabak przypomina "Chichot losu" Hanki Lemańskiej, i tam i tu zajęta pracą kobieta musi zająć się dziećmi i spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy.  Jednak Ewa ma trochę inne pole manewru niż Joanna z powieści Lemańskiej: dziecko jest jej "podrzucone" tylko na chwilę, a jej sytuacja życiowa znacznie bardziej poukładana (wystarczy docenić męża, który jest świętym człowiekiem!). Ta książka to dość trafnie zdiagnozowany (choć niezbyt odkrywczy) opis tego, co tempo życia, nadmiar obowiązków i przekonanie o tym, że trzeba przestrzegać deadlinów robi z ludźmi i więziami między nimi.  To też ledwo zaakcentowany głos w dyskusji o macierzyństwie i godzeniu różnych ról, które kobiety grają we współczesnym świecie. I kolejna, odstręczająca wizja korpy.

Powieść czyta się nieźle, życiowe wybory Ewy mogą zaangażować i to znacznie bardziej niż jej zawodowe obowiązki. Autorka jest finansistką, czemu daje wyraz w zbyt szczegółowych opisach działań związanych z działalnością firmy, gdyby jeszcze zaserwowała nam wielki przekręt do którego rozgryzienia była potrzebna wiedza ekonomiczna, opisy operacji finansowych byłby uzasadnione, a że przekrętu nie ma, tylko zapychają strony. Książka lekka, aczkolwiek nawet w swojej kategorii przeciętna. Jej  lektura może być czasoumilaczem po dniu pracy pełnym realizowaniu zadań z listy.  I być może pozwoli doceniać, że w pracy ma się zadania a nie taski, terminy a nie deadliny i  pracowników z długim stażem, z których doświadczenia można korzystać, a nie uważać, że ktoś po 40 nie poradzi sobie z wyzwaniami współczesności. I ludzi, którzy dbają o zachowanie czystości polszczyzny,a nie bezmyślnie używają nowomowy z open space.

I jeszcze jeden szczegół, o którym nie mogę nie wspomnieć. Przyjaciółka Ewy, której córką zajmuje się nasza pani menadżer, jest samotna matką, fotografką ślubów, która rzuciwszy studia i zaczynając swoją przygodę z macierzyństwem, pracowała na pół etatu w bibliotece.  Jak zostaje oceniona praca? Jako mało ambitna. (s.130). "Może nie była bardzo rozwojowa, ale stała i spokojna". (s.243). Ewa obawiała się, że koleżanka "utknie w bibliotece". Korpopiekło kontra sielska praca z książkami (bo miłość do książek wystarczy, by zatrudnić w bibliotece młodą matkę, bez kierunkowego wykształcenia...). Fajnie, gdyby popularne powieści kobiece nie powtarzały stereotypów, które mają tyle wspólnego z rzeczywistością, co chromowany blat z przytulnością. I nie negowały pracy tych, którzy często mają ważny głos w czytelniczych wyborach!

 Anna Tabak,"Deadline na szczęście" . Wyd. Zysk i S-ka. Poznań 2018

sobota, 27 stycznia 2018

"Historia pszczół" liczy się dobro roju

O tej książce trudno było nie słyszeć. Dlatego gdy ustał zgiełk, a powieść pojawiła się na półce-wypożyczyłam i przeczytałam. I nie jest to opowieść o pszczołach, choć elementy związane z tymi owadami pojawiają się w każdej z trzech historii i trzech planów czasowych. Głównym tematem książki jest relacja między rodzicami i dziećmi, ponadczasowa i wciąż trudna do zrozumienia.
 Maja Lunde zaprasza nas do  dziewiętnastowiecznego angielskiego hrabstwa, gdzie przyrodnik, który stracił chęć życia odzyskuje ją angażując się w badania i projekty nad konstrukcją ula. Ma nadzieję, że w sprawę zaangażuje się też jego syn i nawet nie widzi, że to najstarsza córka Charlotte ma do pszczelich spraw najwięcej serca. W amerykańskim współczesnym mieście hodowca pszczół wierzy, że rodzinny interes przejmie jego syn. Ale chłopak ma inny plan na życie, a zamiast owadami wolałby zajmować się pisaniem. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy zaczyna się pomór pszczół. I, na koniec, wizja świata pozbawionego pszczół. Chiny u schyłku XXI wieku. Azja, dzięki pracy ludzi jakoś radzą sobie z kryzysem po katastrofie spowodowanej wymarciem owadów. Ludzie  ciężko pracują zapylając rośliny,  a pewnego dnia syn kobiety pracującej na plantacji znika. Matka rusza do Pekinu aby dowiedzieć się co się stało i jak wypadek jej dziecka może łączyć się z globalną tragedią. A może właśnie to on odwróci los? 

Losy ojców, matek i dzieci; pokładane w kolejnych pokoleniach nadzieje, wiara w to, że dzieci nie popełnią błędów swoich przodków, że ich świat będzie lepszy. I dzieci,  chcące iść własną drogą, myślące o tym, aby nie być tym, kim stali się ich rodzice.  Marzenia o przyszłości, które dla każdego pokolenia mają trochę inny kształt. A o tego ograniczenia i możliwości niesione przez okres historyczny, w którym toczy się akcja tych prowadzonych równolegle opowieści.  Dla mnie o tym jest ta powieść.  Autorka prowadzać opowieści równolegle w idealnym miejscy zaczyna splatać losy tych trzech rodzin i wiąże je sprowadzając do pszczelego mianownika. Książka napisana jest prosto, jasno- bez nadmiernych stylizacji w części historycznej, dzięki czemu możemy łatwo zmieniać strefy czasowe i rzeczywistości. Oczywiście, aspekt ekologiczny, związany z hodowlą i wymieniem pszczół nie jest bez znaczenia, bo słysząc alarmujące informacje o zmniejszeniu liczny tych owadów nie do końca zdajemy sobie sprawę z ich roli w przyrodzie, a co za tym idzie wpływie na gospodarkę i codzienność każdego z nas. Fascynacja życiem pszczół, ich organizacją ula, rolami, które pełnią poszczególne osobniki; pracowitością i mnogością produktów wywarzanych przez rodzinę pszczół warta jest docenienia.  Książka Mai Lunde udawania, że w gruncie rzeczy chodzi o dobro roju. Ludzkiego i owadziego. 

Maja Lunde,"Historia pszczół" Przeł. Anna Marciniakówna. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2016.

niedziela, 21 stycznia 2018

Na dzień Babci i Dziadka


 Zdjęcie użytkownika Biblioteka Raczyńskich. 
Dziadkowie to jeden z najlepszych wynalazków ludzkości! Z moją Babcią uczyłam się liczyć na szpulkach nici, gotować (najpierw niezjadliwe zupy w mąki i wody, potem coś bardziej tradycyjnego) i być na bieżąco z polityką- to był czas, gdy codziennie w telewizji były obrady sejmu.  Dzięki mojemu Dziadkowi  w wieku przedszkolnym  wiedziałam, czym jest drabina hierarchii społecznej, bo Dziadek zamiast bajek wolał opowiadać historię Polski (gdy teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że u progu lat 90. był o krok od stworzenia "Korony królów!"). Dziadkowie byli ekonomistami, ale czytali bardzo dużo. Babcia była nałogową czytelniczką biografii, a Dziadek książek historycznych ( w tym Sienkiewicza, na którym uczył się czytać oraz Kraszewskiego, którego ponoć całego przeczytał podczas wojny). Dziadkowie czytali lektury (także te szkolne) swoich dzieci, aby być na bieżąco. Do dziś  przetrwała rodzinna anegdota o tym, jak Dziadek czytał "Noce i dnie" i twierdził, że on z taką Barbarą by nie wytrzymał! Zresztą pewna literackość leżała i u początku związku moich Dziadków, bo on był Zbyszek, ona Jadwiga, więc trudno się dziwić, że komentarze rozmiłowanej w Sienkiewiczu rodziny Dziadka były takie, że oto Zbyszko znalazł swoją Jagienkę.
 W tym roku pierwszy raz świętuję ich dni w trochę inny sposób, bo tylko ich wspominając...  I przypominam sobie dziadków z książek z dzieciństwa: Dziadziusia z Bullerbyn,  Bzową Babuleńkę. I tych  całkiem niedawno czytanych  książek "Babcia na jabłoni", "Wielka ucieczka dziadka", "Babcia rabuś",  Ciocia-Babcia z "Gofrowego serca". 
Czytajmy o dziadkach, z dziadkami i doceniajmy ich. Zawsze! 

niedziela, 14 stycznia 2018

"Pan Chartwell" czeka na premiera

Co łączy odchodzącego na emeryturę Churchilla i Esther, niedawno owdowiałą bibliotekarkę? Kim jest Pan Chartwell- wielki, gadający ludzkim głosem pies, który pracuje z Churchillem, a mieszka i coraz bardziej wtrąca się w życie Esther? Z historii literatury wiemy, że czarne psy, (a zwłaszcza pudle!) bywają niebezpieczne. Tym razem  tytułowy pan Charwell jest uosobieniem depresji. Nie jest straszny, brutalny, ujadający, po prostu jest. Blisko i stale. Zna go premier (Chirchill mawiał o swojej depresji "black dog"), powoli poznaje bibliotekarka i poznając dowiaduje się, że pies był w jej domu wcześniej i towarzyszył mężowi.  Bo nie każdy widzi pana Chartwella, niektórzy go wyczuwają, a niektórzy, jak żona Churchilla, potrafią z nim rozmawiać. Niektórzy z nim walczą, a inni wiedzą, że będzie z nimi na zawsze. 

Rebecca Hunt w swojej debiutanckiej książce opowiada historię pozornie lekką (bibliotekarka i gadający pies-czy można ich traktować poważnie!), ale podszytą pewną nierzeczywistością i poczuciem nieuchronności. Bo niektórzy mają tylko stany depresyjne, inni depresję. Niektórym czarny pies kładzie się na piersiach i dusi, innych tylko obserwuje. Autorka napisała książkę na poważny temat, ale nie jest to lektura z gatunku ciężkich i przytłaczających. A sam pan Chartewell nie jest bohaterem negatywnym. Tak samo jak depresja czy jakakolwiek inna choroba nie jest sama w sobie złem.  Książka pozwala z jednej strony spojrzeć na depresję jako na doświadczenie, które dotyka w różny sposób różnych ludzi, ale pozawala też zastanowić się nad tym, gdy rzucimy komuś w rozmowie, że mamy depresję. Bo jakikolwiek  pan Chartwell nie jest bohaterem, który budzi niechęci, to lepiej by trzymał się z daleka.

Rebecca Hunt, "Pan Chartwell". Przeł. Szymon Żuchowski. Wyd. W.A.B.  Warszawa 2013.