czwartek, 18 kwietnia 2019

"Przeznaczenie, traf, przypadek" i pointa

Co liczy się w piosence? Pointa, atmosfera, zawarcie emocji w kilku zwrotkach, kondensacja treści. Co liczy się w opowiadaniu? Właściwie to samo (ok, bez zwrotek). I pewnie dlatego zupełnie nie dziwi, że Jacek Cygan, autor wielu przebojów, jako prozaik sprawdza się moim zdaniem fantastycznie. Opowiadania, niektóre podzielone jeszcze na części (czyżby jednak zwrotki?), łączy tytułowy traf, przypadek.

Są tu historie smutne i wesołe, takie, które mówią o pewnym ostatecznym zamknięciu i dają nadzieję, są opowieści o losie pojawiającym się w cygańskiej wróżbie i losie wspomaganym drucikiem na czubku drzewa, są historie o młodych i starych, z Warszawy, Rzymu i Wiednia. O pierwszym spojrzeniu i ostatnim tchnieniu. O tym, co się rodzi, o tym, co powszednieje, o tym, co ostatni raz rozbłyska. O miłości, o śmierci. O życiu. Niektóre opowiadania to przebłyski i  migotliwe scenki rozgrywające się w jednej chwili, inne to bardziej rozbudowane opowieści z budowanym napięciem. Wszystkie napisane z wdziękiem i darem obserwacji, zawartej w świadomie i precyzyjnie prowadzonej formie.  Jest historia  mężczyzny, który postanowił sprawdzić jak to jest, że kobiety żyją dłużej i zakończył życie w zaskakujący sposób. Jest opowieść o młodym chłopaku, który dziwi się, że prosząc luksusową Guliettę o chwilę rozmowy prosi o zbyt wiele.  Historia lekarza i pacjenta, który swoją wole życia uzależnia od ostatniego liścia na drzewie. Opowieść o mężu, dla którego jego żona stała się przezroczysta i o matce, która niespodziewania w kawiarni spotkała swoją dawno straconą córkę. Traf, przypadek? Opowiadania, która z jednej strony wymagają chwili przemyślenia po często bardzo zaskakującej poincie, a jednocześnie czuje się wielkie zainteresowanie tym, co autor jeszcze wymyśli i jaką opowieścią nas zaskoczy lub zauroczy. Świetna książka do powracania, dla humoru, dla błyskotliwości i dla uchwycenia ulotności tych momentów, w których pytamy siebie i innych, czy to plan czy raczej przeznaczenie, traf, przypadek.

Jacek Cygan, "Przeznaczenie, traf, przypadek.". Wyd. Znak. Kraków 2016.

piątek, 12 kwietnia 2019

"Zagadka trzech czwartych" w trzech czwartych dobry kryminał

Nie  byłam zachwycona pierwszą przygodą Poirota autorstwa Hannah ("Inicjały zbrodni") , nie byłam  fanką drugiej (lepszej "Zamknięta trumna"), ale mimo wszystko sięgnęłam po trzecią. Dlaczego? Pewnie dlatego, że chciałam wrócić do świata Agaty, nawet ze świadomością, że to jest świat Sophie…  I co? Podtrzymuję swoje zdanie napisane w tekście o poprzedniej części- to jest niezły kryminał, ale nie jest to Christie. Bo za długie o jakieś 70 stron. Bo Catchpool jest najmarniejszą imitacją Hastinga jaką sobie można wyobrazić- ani dowcipny, ani sympatyczny,  ogólnie taki nijaki.  Sama intryga całkiem, całkiem-  4 osoby otrzymują list oskarżający je o morderstwo. List, podpisany przez Poirota.  Dlaczego ktoś podszywa się pod małego Belga i co łączy tę czwórkę, a przede wszystkim, czy rzekoma ofiara naprawdę została zamordowana? I co do rozwiązania tejemnicy ma kawałek ciasta? Pytania się mnożą, po to, by Poirot miał swój wielki monolog na końcu. Bo tak musi być. Czyta się tę książkę całkiem nieźle,  bo historia wciąga, mimo pewnych dłużyzn. I gdy traktuje się tę powieść jak kryminał z jakimś detektywem, to naprawdę jest całkiem przyjemnie.  Tylko to wielkie nazwisko Christie na okładce…    
 
Hannah stara się naśladować styl  Królowej Kryminału i te starania widać- wielkie majątki, rodzinne tajemnice, mokra sukienka przyklejona pod łóżkami w bursie ponurej szkoły dla chłopców,  na pozór niewiele znaczące słowa sprzed lat i strzępy wspomnień, kamerdyner Georgem... Ale brak tu pewnej lekkości, a przede wszystkim Poirot, choć przestał się znęca nad Catchpoolem, jest cały czas dość mało sympatyczny.  Powraca pytane- dlaczego to czytam? Bo mimo wszystko jest tu jakiś styl, jakaś klasa. Powiew świata i stylu, który za czasów Agaty nie był wcale retro. Christie też miała lepsze i gorsze powieści, a  Hannah mierzy się nie tylko z samą  twórczością Christie, ale z całą jej legendą i wyobraźnią czytelników podsycaną wielokrotnie czytanymi książkami, adaptacjami itp.  Jeśli już bawić się we wskrzeszanie  pisarstwa Christie (co w założeniu jest dla mnie niezbyt trafnym, choć marketingowo skutecznym, działaniem), to książki Hannah  są lepszym pomysłem niż "Inny rodzaj zła" .  I wiecie co? Jak wyjdzie kolejna część, to choć będę się prawdopodobnie zżymać na to samo, też przeczytam. 

Sophie Hannah, "Zagadka trzech czwartych". Przeł. Maria Antonina Jaszurowska. Wyd. Dolnośląskie. Poznań, Wrocław 2018

czwartek, 4 kwietnia 2019

"W Jeżynowym Grodzie" sielsko wśród myszy


Jeśli wierzyć Jill Barklem, to Jeżynowy Gród istniał od zawsze, a dzięki wyobraźni autorki stał się widoczny. I rzeczywiście: za takim światem, w którym przygody kończą się szczęśliwie, życie płynie zgodnie z porami roku, a wszyscy są dla siebie dobrzy i życzliwi, tęsknimy. Wyrazem tej tęsknoty, połączonej z wiarą w świat baśni jest książka Barklem, autorki tekstu i ilustracji. Bo to właśnie słowo i obraz budują tu wspaniały świat mieszkańców domków przy żywopłocie. Widać tu spory wpływ pisarstwa Beatrix Potter, która nie tylko sama opisywała i ilustrowała  książki, ale także stworzyła  świat zamieszkały przez  przeróżne  zwierzaki.  Myślę, że Pani Tycia Myszka błyskawicznie znalazłaby wspólny język z  krewniakami z Jeżynowego Grodu.     

 Myszki  zamieszkujące Jeżynowy Gród to wielopokoleniowe rodziny, nowe pary,  przyjaciele, którzy zawsze służą sobie radą i pomocą.  Świat Barklem jest idylliczny, ciepły, pełen pogody i  znanego rytmu- jesienią myszki pracowicie gromadzą zapasy, zimą urządzają bal, wiosną i latem odbywają wycieczki.  Są momenty wielkiego szczęścia, ale  i strachu, gdy mała mysz odłącza się od grupy i gubi się w lesie. Bo choć Jeżynowy Gród jest sielski, to świat dookoła bywa niebezpieczny.
Historie o myszkach są bardzo sympatyczne, a ilustracje wspaniałe!  Autorka z wielką starannością rysuje domy w krzewach, przytulne norki, kolejne kondygnacje zamieszkałe przez  wyjątkowo elegancko ubrane gryzonie.  Zwracają uwagę pięknie rysunki roślin i wspaniałe ilustracje wnętrz. Gród  jest zamkniętym uniwersum- myszy mają swoje przysmaki (wino z płatków róży, kandyzowane fiołki,  ciasteczka pierwiosnkowe), swoje  tradycje, a nawet własne słowa przysięgi małżeńskiej. Dzięki temu  świat jest bezpieczny i bardzo rzeczywisty. Autorka stworzyła tak sympatyczny i ciepły świat, że jestem pewna, że dzieciaki, które złapią jeżynową rzeczywistość będę tworzyły swoje opowieści  o  losach bohaterów, bo przecież przygody czekają. A może gdzieś pod żywopłotem toczy się takie właśnie uporządkowane życie i można spotkać panią Jabłuszko w pięknym kapelusiku i  urwipołcia Fredzia w ogrodniczkach?  





Jill Barklem, "W Jeżynowym Grodzie".  Przeł.  Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk.  Wyd. Znak. Kraków 2017.

niedziela, 31 marca 2019

"Anioły do wynajęcia" przygoda do przeżycia

Czasem  ma się ochotę na historię przyjemną i  krzepiąca. Na taką, której lektura pozwoli miło spędzić czas i oderwać się od pędu codzienności. Która przeniesie w  świat teoretycznie nasz, współczesny i znany, ale z wyczuwalnym podskórnie optymizmem i dobrym zakończeniem.  Takie książki pisze Malwina Ferenz.  I pisze w zaskakującym tempie, bo ledwo skończyłam drugą książkę, już zobaczyłam informację o wydaniu na dniach kolejnej.  I choć  przeczytałam tylko  dwie powieści, już widzę to, co stanowi o charakterystyce stylu autorki- koncentracja na postaciach, dowcipny styl i wielka sympatia dla Wrocławia, który jest miejscem akcji powieści.  
O ile poprzednia powieść "Pora na miłość"była osobnymi historiami czterech różnych bohaterek, tak tu mamy do czynienia ze splotem losów postaci, które łączy praca w nowej agencji eventowej Anioły do wynajęcia. Agencja, dzieło  rzutkiej Ukrainki Eleny i jej polskiego  faceta o zobowiązującym nazwisku Słowacki,  zatrudnia bardzo różne osoby- porzuconą kobietę w ciąży,  niedoszłą studentkę szkoły teatralnej,  seniorkę, która właśnie owdowiała. Anioły, z których każdy niesie na skrzydłach swój bagaż doświadczeń,  niepowodzeń, rozczarowań i nadziei,  organizują m.in.  urodziny w domu spokojnej starości, a także imprezę  „różowej” jubilatki i hordy jej brokatowo-tiulowych  koleżanek z podstawówki.  Poza  galerią zleceniodawców, mamy tu  całkiem sympatyczne Anioły, reprezentujące różny wiek i różne etapy życia. Najgłębiej  opisana  jest Basia, która  dopiero po śmierci męża alkoholika może odetchnąć i spróbować  czegoś nowego.  Mimo  wielu niełatwych doświadczeń seniorka zachowuje mnóstwo wigoru i wiary w to, że na emeryturze może jeszcze przeżyć przygodę.  Najmniej  dopracowana jest Marta, niedoszła aktorka, która  przemyka po kartach książki, średnio zaznaczając swoja obecność. Każdy z członków zespołu traktuje pracę w agencji jako przygodę i nawet nie spodziewa się, ile ta przygoda może zmienić. Sympatię wzbudza  też szefowa-charakterna Elena i jej  ukochany autor, zaczynający pisać książkę, którą zamarza nawet skończyć (bo to jego w przypadku wcale nie jest oczywiste).  A jak skończy się historia aniołów i czy agencja przetrwa na rynku?
W powieści Ferenz  jest to, czego się spodziewamy- szczęśliwe zakończenie, lekki, momentami bardzo dowcipny styl, kilka humorystycznych scena,  dużo optymizmu i  dający się lubić bohaterowie niekoniecznie tylko z  pierwszego planu (jako bibliotekara  muszę docenić noszenie pulowerów przez pana doktora i zakrzyknąć, by nawet w imię miłości ich nie porzucał, bo bez pulowera nie jest się tym samym człowiekiem! ;) Jest jeszcze Wrocław i  motyw matactw finansowych, (który pojawił się też we wcześniejszej powieści),  a winowajcę spotyka podwójna kara (dlaczego podwójna, przeczytajcie).  Sympatyczna powieść na leniwy wieczór (bo czyta się błyskawicznie!), czasami bardzo takich książek potrzeba! 

Malwina Ferenz, "Anioły do wynajęcia". Wyd. Filia. Poznań 2019. 

sobota, 23 marca 2019

"Wojna i miłośc. Katarzyna i Igor" wielka wojna i oni

W zapowiedziach książki Jolanty  Marii  Kalety czytaliśmy, że „Wojna i miłość” to romans historyczny. Ale określenie gatunkowe tej powieści wcale nie jest takie  jednoznaczne, bo ci, którzy nastawią się na opowieść o miłości dwojga ludzi na jakimś tle historycznym mogą się zdziwić. Dostają bowiem nie tyle tło, co równorzędny  plan historyczny i to rozciągnięty tak w czasie ( od zimy 1913 do  jesieni 1918)jak i przestrzeni- od Łodzi, przez Kresy,po  Moskwę).  Tematem powieści są oczywiście losy wystawionej na wiele przeciwności miłości  polskiej szlachcianki Katarzyny i porucznika dragonów Igora, ale też  historie rodzinne, które w trudnym czasie wielkiej wojny pokazują tragizm losów Polaków. Mamy bowiem braci walczących we wrogich sobie armiach, lekarza, który walczy o życie wszystkich żołnierzy, nie patrząc na rodzaj ich munduru.  Są tu historie kobiet walczących z bronią, ale też sanitariuszek, znoszących w lazaretach  nie tylko śmierć i choroby, ale też braki środków  higienicznych,  miejsca dla chorych  i sił.   
 Jolanta Maria Kaleta, inspirując się wydarzeniami rodzinnymi,  nie pisze romansu, w takim znaczeniu, do jakiego dziś przywykliśmy i który czasem traktujemy  z lekką  pogarda („ach, takie tam romansidło”).  To  powieść historyczna, której klimatem opisywanych wydarzeń bliżej do  Trylogii i „Wojny i Pokoju” niż  romansów z czasów regencji pewnych bursztynowych wydawnictw.  Bo choć  można się doczepić do usterek językowych („wrócił z powrotem”,  „robią wielkie halo” – ni jak niepasujące do archaizującego języka powieści), to autorka daje czytelnikowi książkę z wieloma informacjami, które w bardzo ciekawy sposób prezentuje dzieje I wojny światowej.  Widać wykształcenie i pasję autorki do zgłębiania  historii  oraz dbałość o to, by  prowadzona przez nią opowieść niosła  też sporo faktów i mogła pomóc w zrozumieniu przyczyn i skutków opisywanych wydarzeń.  
Wydarzenia opisane są barwnie i  pozwalają poczuć niepokoje i nadzieje związane z tym wielkim konfliktem, który Polsce przyniósł niepodległość, ale nie bez przyczyny nazwany był wielką wojną. Opisy  szarży, okopowej rzeczywistości, ale też politycznych sporów w rodzinach, w których  nadzieje na odrodzenie państwa były niesione ideami innych polityków przedstawione są ciekawie. Decyzje członków rodziny Jaxa-Roweckich nie są łatwe, a każda z nich (czy to wyjazd do innego miasta, czy zaciągniecie się do armii, czy też  poparcie dla koncepcji Piłsudskiego) ma swoje konsekwencje. Wrażenie robi też  rewolucja bolszewicka- opisana zarówno z punktu widzenia przerażonych bogatych mieszkańców  Piotrogrodu,  jak i ludności  wiejskiej, która przejmuje władzę i  nie wie, co z nią dalej robić.   Autorka epizodycznym bohaterem czyni np. Rasputina i włącza dragona Kaledina w jego tajemniczą  śmierć. Ale poza wojną jest jeszcze tytułowa miłość.  Miłość od pierwszego wejrzenia łączy Katarzynę i Igora, potem rozdziela ich wojna, on jedzie na front, ona musi radzić sobie nie tylko ze złamanym sercem…  Potem kolejne wydarzenia  powodują, że zakochani  znów się spotkają, ale  zanim nastąpi szczęśliwe zakończenie (bo tak powinno być w romansie) czeka ich jeszcze sporo historycznych i osobistych przeszkód.   To, co zwraca uwagę to przede wszystkim sposób prowadzenia postaci Katarzyny, która z naiwnej i rozpieszczonej  dziewczyny zmienia się w świadomą kobietę, dostrzegającą nie tylko czarne i białe kolory otaczającej jej rzeczywistości. To dojrzewanie i zmiana  zachodząca w charakterze Katarzyny, którą  los naprawdę ciężko doświadcza, przedstawione są  w sposób przemyślany i  konsekwentny,  tak, że bohaterka z czasem zaczyna budzić sympatię (bo przyznam, że na początku nie polubiłam tej  bujającej w obłokach i  egoistycznej bohaterki). Poza historią miłosną tytułowej pary mamy tu jeszcze kilka innych związków, w tym również  takie, które łączą narodowości. Było bowiem rzeczą naturalną, że żyjąc tak długo pod obcym panowaniem narodowości zaczynały się mieszać. Zwłaszcza, że część akcji książki dzieje się w miejscach o niejednolitej strukturze narodowej. Mimo wszystko widać  kilka postaw wrogich związkom Polaków i Rosjan,  a także opisy codzienne trudności, na które takie rodziny były narażone.  Ciekawy to portret ludzi z tamtych czasów, a historia  spleciona z losami fikcyjnych bohaterów jest jeszcze ciekawsza i bardziej działająca na wyobraźnię. 
Jolanta Maria Kaleta. "Wojna i miłość. Katarzyna i Igor." Wyd. Otwarte. Kraków 2019. 

środa, 13 marca 2019

„Wszystkie życia Hedy Lamarr” bardziej niż filmowy życiorys gwiazdy

Urodzona w zasymilowanej rodzinie austriackich Żydów panna Hedwig Kiesler łamała stereotypy. Została aktorką, zagrała w bulwersującej  filmowej „Ekstazie”, a potem  w teatrze. Jeśli wierzyć autorce książki, na scenie, w roli cesarzowej Sisi zobaczył ją Fritza Mandl, jeden z najbogatszych Austriaków, który majątek zbudował m.in. na handlu bronią z nazistami. Coś, co wyglądało na wielką miłość okazało się dla dziewczyny pułapką. Zyskała ochronę przed rodzącymi się ruchami antysemickimi, ale musiała zrezygnować z aktorstwa, a jej maż pokazywał kolejne, znacznie mniej przyjemne, oblicza. Jednak dzięki jego kontaktom Hedwig poznała nazistowskich przywódców, podsłuchała ich rozmowy, dotyczące m.in. tajemnic wojskowych. Potem, gdy udało jej się uciec ze złotej klatki i rozpocząć karierę w Hollywood, już jako Hedy Lamarr,  postanowiła wykorzystać tę wiedzę, aby pomóc zakończyć wojnę. Brzmi to bajkowo i niewiarygodnie-  jaki wpływ na międzynarodowy konflikt może mieć aktorka, nazywana najpiękniejszą kobietą świata? Jej praca związana ze sterowaniem torpedami za pomocą fal radiowych nie była oficjalnie uznana przez marynarkę, jednak  wynalazek opatentowano, a  system szerokopasmowy nad którym pracowała wykorzystywany jest do dziś w GPSach i Wi fi.    
Choć dziś gwiazda- tak filmowa jak i naukowa- Lamarr przygasła, to warto poznać jej historię.  Bo kobieta to była niebanalna, odważna i  interesująca się światem.  Udowodniała swoją pracą, że aktorka, która gra z Clarkiem Gablem może być zaangażowana w losy sierot (sama adaptowała chłopca), wspierać żołnierzy podczas gali charytatywnych, a w zaciszu  domowym pracować nad wynalazkiem, którego nikt się w tamtych czasach nie spodziewał  ani po aktorce, ani  po kobiecie. Autorka książki  zaczyna swoja opowieść gdy  młoda Hedwig stoi na teatralnej scenie,a kończy, gdy uznana gwiazda  fabryki snów  jest już autorką wynalazku.  Ten okres życia jest  niezwykle bogaty, aż rzec można: filmowy.  Marie Benedict opisuje losy Lamarr oddając jej głos, czytamy więc o emocjach młodej dziewczyny, która wychodzi za mąż i porzuca teatr, o niepokojach żony i Żydówki, o kobiecie doprowadzonej o rozpaczy i próbującej wyzwolić się i uciec od męża, potem o emigrantce, która  w Ameryce walczy o należne sobie miejsce, wreszcie o kimś, komu bardzo zależy na pokoju i zmniejszeniu cierpień niewinnych ludzi. O wielu życiach i wcieleniach jednej kobiety.  Lamarr żyła jeszcze długo, wycofała się z kariery filmowej, za to długo walczyła o uznaje jej praw do wynalazku, który dziś wspiera technologię używane przez każdego z nas.   
Historia opowiedziana przez Marie Benedict, pełna wielu emocji i zwrotów akcji wciąga i pozwala nie tylko bardzo szybko wejść w świat  bohaterki, ale też poczuć grozę zmian rodzącego nazizmu, niepokój niemieckojęzycznej aktorki w Hollywood, a potem poczuć pojawiające się nowe możliwości.   Pomyśleć na tym, czy mimo wielu zmian, kobieta  nadal nie jest oceniana  przede wszystkim w kategoriach wyglądu, a nie intelektu. Docenić pracę pokoleń kobiet, które miały odwagę żyć inaczej niż nakazywały konwenanse, nie bały się  zawalczyć o lepsze życie, niż codzienność u boku  niezrównoważonego,  handlującego z  nazistami męża.  Wykorzystać swoją urodę i sławę do niesienia pomocy i wsparcia. Ciekawa bohaterka, dynamiczna akcja, czyli materiał na naprawdę dobrą powieść (i film, aż dziwne, że nikt tego nie nakręcił!).  Warto! 

Marie Benedict „Wszystkie życia Hedy Lamarr”. Wyd. Znak. Kraków 2019.

wtorek, 5 marca 2019

"Na pokuszenie" osiem głosów i on

Sięgnęłam po tę powieść skuszona hasłem:powieść gotycka. I  od razu zastrzegam, że z gotycką powieścią książka nie ma nic wspólnego. Jest za to powieścią psychologiczną, z momentami rosnącym napięciem,  wynikającym z naturalnych tarć między postaciami.  Jeśli ktoś lubi powieści, których bohaterkami są kobiety, tu ma ich aż osiem- są to siostry prowadzące pensję, ich wychowanki oraz pomoc  kuchenna.  Do tego kobiecego przybytku trafia znaleziony przez najmłodszą uczennice ranny żołnierz, John Mc Burne.  Wraz z przybyciem nieznajomego rodzą się nowe, do tej pory nieznane emocje.  Ranny jest Jankesem, dezerterem, jest  też (a właściwie: przede wszystkim!) mężczyzną.  Gdy młody mężczyzna trafi do domu zamieszkałego przez same kobiety, a dookoła trwa wojna secesyjna, nie będzie to prosta historia.  Autor w interesujący i niespieszny sposób opisuje najpierw  ciekawość, wchodzenie w bliższe relacje oraz  grę kobiet i mężczyzny. Tytułowe pokuszenie to  relacje emocjonalne, ale też chęć zemsty i próby zapomnienia. Kulminacyjnych momentów jest kilka, bo  Thomas Cullinan stopniuje napięcie. Momentami atmosfera  oczywistego fatum przypomina tę z "Pikniku pod Wisząca Skałą" (powieści napisanej rok po "Na pokuszenie") i  ""Przekleństw niewinności" (w tym kontekście nie dziwi, że za ekranizację wzięła się Sophia Coppola, która dokonała już adaptacji powieści Eugenidesa). Jednak chwilami  napięcie wyraźnie siada i  opowieść się rozwleka. Ponieważ historia opowiedziana jest z perspektywy wszystkich pań i o kolejnych wydarzeniach informują różne bohaterki, poza  fabułą mamy tu do czynienia z kreślonymi emocjami i językiem portretami mieszkanek pensji.   Są dziewczęta świadome swojej urody,  są te naiwne, są dziewczynki, które wolą zwierzęta do ludzi (Amelia to zdecydowanie moja ulubiona postać z tej książki), są  dojrzałe siostry,   żyjące na granicy tego, co jest i wspomnień tego, co było.   

Polskie wydanie (w tłumaczeniu autorstwa czterech tłumaczy, przekładających  rozdziały konkretnych bohaterek),  wyszło przy okazji filmu.  W ten sposób  czytelnik ma szansę poznać książkę z lat ’60 ubiegłego wieku. Czy warto? Tak, bo to dobra powieść psychologiczna o dorastaniu, manipulacji i wielkiej samotności. To też portret kobiet i jednego mężczyzny, widzianego oczami kilku różnych bohaterek. Bo  John Mc Burne nie ma w tej książce własnego głosu.  Bywa łajdakiem, pochlebcą, romantykiem, kłamcą i szczerym zakochanym. Jego postać jest przetwarzana i definiowana przez  kobiety. A to, dość rzadko zdarza się w literaturze. Nawet tej bardziej współczesnej.

Thomas Cullinan, "Na pokuszenie". Przeł. Anna Owsiak, Jerzy Wołk-Łaniewski, Jan Wąsiński, Aga Zano. Wyd. Marginesy. Warszawa 2017.