środa, 21 czerwca 2017

"Słoneczna przystań" słoneczny happy end

Są książki, które idealnie trafiają w porę roku. Pierwsze dwa tomy sagi "Czary codzienności ""Siostry" i "Przyjaciele i rywale" czytałam w ciemnym, zimnym lutym... wtedy piękne lato i słońce z Zmysłowa bardzo się przydały. Ostatni tom skończyłam przed paroma dniami, gdy czerwiec w rozkwicie. I właśnie ta letnia atmosfera doskonale pasuje do zakończenia historii "sióstr z pokręconym DNA". Agnieszka Krawczyk dwa pierwsze tomy kończyła niczym scenarzyści serialu "Czarne chmury": w momencie dramatycznym. I tylko fakt, że ta książka musi się dobrze skończyć niosła pewną ulgę;) Bo że musi się skończyć dobrze (a nawet do początku wiadomo jak), to oczywiste. Pytanie tylko jakimi drogami bohaterki dojdą do szczęśliwego zakończenia i czy jeszcze jakieś kłody zostaną im rzucone na ostatniej prostej. Trzeci tom przynosi rozwiązania, ale po drodze także pewne komplikacje związane nie tylko z osobistymi wyborami sióstr, ale także walką o zachowanie spokoju w miasteczku. I choć to tylko poboczny temat, który ma pomóc mieszkańcom zjednoczyć się i pokazać siłę lokalnej społeczności, sprawa tworzenia wielkich ośrodków wczasowych w spokojnych miejscach (które w tym momencie przestają być spokojne), jest tematem ważnym i wartym uwagi. Coraz więcej turystycznych molochów, coraz więcej szumu i zgiełku, coraz mniej prostoty w miejscowościach wypoczynkowych.  Na szczęście Zmysłowo pozostanie piękne... I nie psuję tym zdaniem napięcia, bo cała seria o Zmysłowie to książki, które z natury rzeczy muszą się skończyć happy endem. I pewnie dlatego czyta się je przyjemnie i spokojnie, bo tak, jak wiadomo, że James Bond wyjdzie cało z każdej opresji, tak wiadomo, że Daniela, Agata i Tosia znajdą szczęście.

"Słoneczna przystań" musiała wyprostować kilka wątków (w tym i te, które w samej "Przystani ..."zdążyły się pokomplikować), była więc może trochę mniej zaskakująca niż poprzednie tomy. Kilka historii ma otwarte zakończenia, pozwalające czytelniczkom na samodzielne snucie ciągu dalszego.  Czasy największych przemian główne bohaterki też miały za sobą, więc można było skupić się na zmianach zachodzących dookoła. A ich też trochę było. I pozostało to, co tak bardzo spodobało mi się przy czytaniu pierwszych tomów: atmosfera słońca, wakacji, barwnego i kolorowego lata, sielskiego miasteczka i pięknej przyrody, która staje się wymarzoną scenerią romantycznych i dramatycznych wydarzeń. I współgra z delikatnością tej bajkowej historii. Choć bohaterki same czasem mówią, że pewne proste rozwiązania są możliwe tylko w książkach, to i w tej książce wszystko kończy się pięknie- księżniczki mają swoich królewiczów,  Zła Wiedźma z show biznesu zostaje wystrychnięta na dudka, zły chłopak okazuje się całkiem wrażliwym facetem, a na wernisaż prac nieznanej artystki w prowincjonalnym domu kultury przybywa wojewoda. Bo tak działają czary codzienności! Działa prawo zachowania przepływu dobra, które wraca i obejmuje swoim zasięgiem tych, którzy pierwiastki dobra mają w sobie (czasem głęboko ukryte). Bohaterki znajdują szczęście, a czytelniczki odkładają książkę spokojne o to, że prawda, miłość i dobro zwyciężają. I w tym tkwi siła tych książek.

Ciekawe, jakie niespodzianki szykuje Agnieszka Krawczyk w kolejnej serii, która (a wiem to z najlepszego, autorskiego źródła) ma się dziać w dużym mieście. Oby i tam nie zabrakło baśniowej magii, bo jej po prostu potrzeba!

Agnieszka Krawczyk, "Słoneczna przystań". Wyd. Filia. Poznań 2017.

środa, 14 czerwca 2017

"Zamknięta trumna" i kłopotliwy spadek


Znana autorka książek dla dzieci zaprasza dwóch detektywów, ponieważ obawia się, że jej dom będzie miejscem zbrodni. I nie myli się, choć ofiarą jest ktoś inny niż początkowo można przypuszczać. Oczywiście o morderstwo zostają posądzeni domownicy i służba, bo nikt inny nie miał ani motywu, ani możliwości by zabić kogoś, kto i tak był umierający... Ale jaki sens zbijać człowieka stojącego nad grobem i to nawet wtedy, gdy staje się on spadkobiercą fortuny, której pozbawi zostają krewni? Można rzec: zbrodnia w starym stylu. I trudno, aby było inaczej, skoro powieść firmuje swoim nazwiskiem Agata Christie. 

I moim zdaniem powinna zawczasu swoich spadkobierców zobowiązać do tego, żeby nie dawali innym autorom praw do stworzonych przez nią postaci. Rozumiem kwestie finansowe, ale jak to mówił Ksiądz w "Damach i huzarach": "nie uchodzi, nie uchodzi". Nie twierdzę, że Sophie Hannah źle pisze, nie! Jej książka jest przyzwoita, ma  nerw, klimat, czasem zaskakuje, a momentami się wlecze. Jest kryminałem retro. Ale nie jest powieścią Christie. I to się czuje! Hannah bierze otoczenie, zamknięty dom na odludziu, rodzinne tajemnice i pewne niejasne okoliczności. Nikt jej nie zabroni! Nikt nie zabroni jej też dodać zadufanego w sobie cudzoziemca detektywa.  Ale niech sobie wymyśli własnego! Ten Poirot jest do Agatowego niepodobny, mało sympatyczny, jakiś taki nie taki, a wtrącane przez niego francuskie słówka i "małe szare komórki" są tylko czymś w rodzaju maski i usprawiedliwienia, że bohater zwie się jak postać z książek Christie. Nie kupuję tego! Fajnie jest się przejechać na plecach królowej kryminału, tyle tylko, że dla mnie Hannah za bardzo się przejechała. "Zamknięta trumna" jest przyzwoitym kryminałem retro i kiepską imitacją stylu Christie. To, co było wadą pierwszej książki (tego komercyjnego wskrzeszania Poirota (Inicjały zbrodni)) powtarza się. Może detektyw przestaje pomiatać angielskim policjantem, ale cały czas nie ma tu więzi, która łączyła go z Hastingesm czy nawet inspektorem Jaapem.
 Gdy zapominam, że to ma być powieść o Poirocie czyta się dużo lepiej niż wtedy, gdy nastawiam się na książę alla Christie. Sophie Hannah pokazuje, że umie wymyślać postacie- charakterystyczne, złożone, czasem nawet dowcipne, więc nie rozumiem, co stoi na przeszkodzie w wymyśleniu własnego sztandarowego detektywa?! Że się nie sprzeda? Że  nazwisko nic nikomu nie powie? Że trzeba będzie przyłożyć się bardziej do pisania i do promowania książki? Cóż... przynajmniej nie będzie porównań, które raczej wyjdą na niekorzyść. Lepiej jest być pierwszą Hannah niż wtórną Christie. I to jest rada i do autorki i do spadkobierców, którzy moim zdaniem robią swojej antenatce niedźwiedzią przysługę. Nie po to Christie napisała "Kurtynę" i własnoręcznie uśmierciła Poirota, żeby teraz go przywracać do działania. I w erze wszelkich fanfików i spinoffów warto to mieć na uwadze.

Sophie Hannah, "Zamknięta trumna". Przeł. Urszula Gardner. Wyd. Dolnośląskie. Poznań 2016.

niedziela, 11 czerwca 2017

Noc Bibliotek, czyli czytelnik najlepszą reklamą



"Poloneza czas zacząć"

"Czytanie jest tak fajne, że nie potrzebuje promocji"- powiedziała moja znajoma. Ma rację. Jednak w dzisiejszym świecie nawet to, co dobre potrzebuje dodatkowego wsparcia. Bo reklamują się teatry, kina, książki, lody i czekolada- wiadomo, że dobre, a jednak obecne w reklamowej przestrzeni.  Poza tym, w przypadku wielu instytucji kultury nie zawsze chodzi o typową reklamę i marketingowe „wciskanie kitu”, ale o informację. Bo wśród wielu wydarzeń,  wieść o naszej imprezie może po prostu nie dotrzeć do czytelnika. Poza tym, cóż: instytucje kultury w szerokim odbiorze nie kojarzą się z miejscami fajnych i przyjaznych imprez. Z rozmysłem użyłam słowa impreza, bo okazuje się, że można imprezować w bibliotece.   

Gra MOJA BIBLIOTEKA
Dzieciaki szukają skarbu













Taką imprezą jest choćby Noc Bibliotek- wydarzenie, stosunkowo nowe (np. w porównaniu w Nocą Muzeów),a jednak zdobywające z roku na rok coraz większą popularność. Celem tej nocy jest pokazanie innego oblicza bibliotek- tych szacownych instytucji, tych świątyń książki, tych skupisk nauki i siedlisk ciszy. Pokazanie ludziom, że czasy stereotypowych półek z owiniętymi szarym papierem książkami się skończyły; że dzisiejsze biblioteki to centra kultury- z równym naciskiem na centra i kultury! Od trzech lat biblioteki prześcigają się w takim zagospodarowaniu nocy, aby biblioteka przyciągnęła nie tylko czytelników, ale przede wszystkim tych, którzy o byciu czytelnikiem nie myślą.  I akacja powoli wrasta w krajobraz. Biblioteka Raczyńskich włączyła się w nią w tym roku po raz drugi i o ile rok temu Noc Bibliotek była jeszcze terminem nieznanym, o tyle teraz ludzie dzwonili i przychodzili pytając, czy mamy coś specjalnego na ten wieczór. Mieliśmy! Noc Bibliotek ma zawsze swoje hasło, w tym roku brzmiało Czytanie porusza. I postanowiliśmy poruszyć ludzi. I udało się. Poruszone mapą skarbów dzieciaki biegały po całej bibliotece (i niedostępnych zwykle klatkach schodowych) poszukując skarbu;  panie (i jeden pan!) zostały poruszone opowieściami o dawnej modzie, głową poruszali uczestnicy spotkania z grami planszowymi- brydżyści, scrabbliści, szachiści, a także ci, którzy zdecydowali się rozegrać partyjkę gry wymyślonej przez kolegę z działu (gry, która toczy się w gmachu naszej biblioteki). A na koniec była impreza co się zowie- poruszaliśmy się literacko! Sześć  tańców znanych z literatury, sześć fragmentów książek  (Mickiewicz, Jasnorzewska, Reymont itp.), świetny choreograf, który prowadził warsztaty i grupa chętnych do zabawy czytelników. Doskonałe połączenie słowa z dźwięku. I radość, bo wiadomo, że tańcząc wyzwala się endorfiny… Takiej grupy uśmiechniętych, otwartych na siebie ludzi, którzy mieli biblioteczną gorączkę sobotniej nocy można nam pozazdrościć. Tańczyli zresztą nie tylko czytelnicy, ale bibliotekarze i pani dyrektor. Bo bibliotekarz też człowiek,a przypomnieniu tej prawy także służy Noc Bibliotek.

"Naucz mnie tańczyć Zorba!"
 Pomysł bardzo prosty, realizująca- nieskomplikowana, efekt- doskonały, bo zarówno uczestnicy grania, jak i tańców wychodzili zadowoleni i pytali, kiedy kolejny brydż  albo fajfy w bibliotece.  I fama pójdzie w miasto, że w bibliotece można spędzić czas z fantastycznymi ludźmi. I to jest dużo cenniejsze niż plakaty na słupach i czytane afektowanym głosem spoty. Najlepszą reklamą biblioteki jest zadowolony czytelnik. A my wobec tego musimy tylko (i aż!) zrobić coś, co sprawi, że jego zwykłe zadowolenie  z  codziennych usług, stanowiących podstawę funkcjonowania naszej instytucji, wrośnie na tyle, by się nim dzielić.  Że powie znajomym, że panie bibliotekarki już dawno zrzuciły pulowery i rozpuściły koki, że w bibliotece cisza nie jest złowroga, tylko kojąca, że na półkach roi się od nowości, że są ciekawe spotkania, wykłady i warsztaty. A od czasu do czasu wydarzenie, które jeszcze bardziej podkręca atmosferę i pozwala czytelnikom zobaczyć zupełnie inną stronę biblioteki.  I wtedy owy  czytelnik  wróci  do san wcześniej niż na kolejną Noc Bibliotek. 
 

środa, 7 czerwca 2017

"Muza" historia pewnego obrazu

Londyn lata 60. XX wieku i  lata 30. w Hiszpanii. Młoda  Odelle Bastien dostaje pracę w instytucie sztuki i poznaje tajemniczą  Marjorie Quick, a poza tym na jej drodze staje właściciel obrazu z intrygującą historią. Obraz jest naturalnym łącznikiem z wydarzeniami sprzed lat i niełatwą historią Oliwii,córki marszanda, która zakochuje się w tamtejszym malarzu. Oba świat przenikają się, tłumacząc wydarzenia i decyzje podejmowane przez bohaterów. Wydarzenia późniejsze relacjonuje Odelle, opisując przy okazji ekscentryczny Londyn; świat hiszpański opisywany jest przez trzecioosobowego narratora, który nie szczędzi opisów trudnych decyzji i wydarzeń, które wraz z coraz bardziej skomplikowaną sytuacja polityczną miały miejsce nie tylko w wielkich miastach Hiszpanii, ale także na prowincji. To, co początkowo wygląda na romansową historię sprzed lat, rozwija się w dramatyczną opowieść pełną osobistych tragedii i wyborów. 

"Miniaturzyski",która byłą pierwszą wydaną po polsku powieścią Burton nie przeczytałam- porzuciłam ją po kilkunastu stronach. Czytając "Muzę" nawet nie pomyślałam o zaniechaniu lektury. Tajemnice, konwenanse, sztuka: z jednej strony arena wolności, z drugiej wielka mistyfikacja... "Muza" to historia pewnego oszustwa, które z czasem przestaje być niewinne. Aby nie zdradzić za wiele dodam, że książkę bardzo dobrze się czyta, a wydarzenia zwłaszcza z części hiszpańskiej nie powinny zostawiać nas obojętnymi. Dobra książka, w której pojawiają się inne sztuki piękne i pulsujących Londyn. Warto.

Jessie Burton, "Muza". Przeł.  Agnieszka Kuc. Wyd. Literackie. Kraków 2016

czwartek, 1 czerwca 2017

"Nowe przygody Kubusia Puchatka" Conieco na jubileusz!

Z dopisywaniem ciągu dalszego bywa różnie. Nie ukrywam, że bywam sceptycznie nastawiona do wykorzystywania czyichś pomysłów i przejeżdżania się na plecach kultowych autorów. Ale  „Nowe przygody Kubusia Puchatka” to dowód, że czasem sięgnięcie do klasyki może się udać.

Czterech autorów, którzy w posłowiu wyjaśniają dlaczego zdecydowali się  napisać opowiadania na 90. urodziny Kubusia, zaprasza nas do Siedmiomilowego Lasu, który jest bardzo podobny do tego, znanego z powieści A.A. Milne.  Są ci sami bohaterowie,  przygody na miarę pierwszych części: ciepłe, odrobinę ironiczne, czasem zaskakujące.  Autorzy czerpią z bogactwa i czaru  lasu… A las zmienia się, bo każde z czterech opowiadań toczy się o innej porze roku.  Zima skrzypi śniegiem i zostawianymi na nim śladami (czy to czegoś nie przypomina?),  jesień pozwala poznać innego, bo uśmiechniętego Osiołka. Jest jeszcze historia o  fascynującym znalezisku  oraz wytycznych i mimarłych smokach (spytajcie Sowy co to są zwierzęta wytyczne), do mieszkańców lasu dołącza Pingwinek, który wziął się ze starej fotografii  pierwowzoru życiowego Krzysia. Opowiadania są bardzo w stylu starych historii i czyta się je z wielką przyjemnością, żałując, że jest ich zaledwie cztery.
 Trudno mówić o  indywidualnym stylu pisarzy, gdyż to, co rzuca się w uszy i oczy polskiego czytelnika to rewelacyjny przekład Michała Rusinka, który wirtuozowsko bawi się słowami i zachwyca dowcipem nie tylko dzieci. Przekład Rusinka zachowuje wszystkie słowa znane z tłumaczenia Ireny Tuwim- Tygrysek bryka, Puchatek je Conieco, pojawiają się Hohonie, a las jest Stumilowy, a nie Stuwiekowy jak było w pewnej telewizyjnej wariacji o misiu.  Jedyna rzecz, która trochę mnie męczyła to często używanie dużych liter w określeniach stanów i wydarzeń- to odebrało część zabawy czytelnikowi, który miał jednoznacznie i łopatoligicznie podane Ważne Momenty.
Ilustracje na pierwszy rzut oka wyglądają jak te Sheparda- dopiero potem, gdy się im wnikliwiej przyjrzy można dostrzec inność. Inność na tyle potrzebną, by nie być podróbką, a na tle niewielką by zachować klimat. Chęć imitowania stylu literackiego i kreski świadczy o jednym- o miejscu, jakie Kubuś zajmuje w kulturze; miejscu godnym dziewięćdziesięciolatka, który ciągle ma nowe pomysły i jest zdolny inspirować pokolenia wychowane w zupełnie innych czasach niż jego literacki ojciec.  Kubuś i spółka nieustanie bawią czytelników, którzy dopiero teraz ich poznają w wersji oryginalnej lub tej jubileuszowej. I uczą, bo to są opowiadania z przesłaniem.   

Miło wrócić do Stumilowego Lasu i znanych bohaterów-  znów przypomnieć sobie dlaczego tak bardzo lubi się Prosiaczka i co sprawia, że czuję duchowe pokrewieństwo z Kłapouchym. O ile „Powrót do Stumilowego Lasu” był pomysłem średnim, o tyle te cztery pory roku z Kubusiem są naprawdę warte poznania. W końcu  to urodzinowa niespodzianka, a niespodzianki są tym, co Tygryski lubią najbardziej!    

Paul Bright, Brian Sibley, Jeanne Willis, Kate Saunders, "Nowe przygody Kubusia Puchatka". Przeł. Michał Rusinek. Wyd. Znak. Kraków 2017

niedziela, 28 maja 2017

"Rzeka czasu" płyń z nauczycielką życia


 Co to jest historia? Fakty, daty, bitwy, władcy, rozejmy, traktaty. Nuda. Co to jest historia? Opowieść. I właśnie za to, że historia jest opowieścią, w której wydarzenia sprzed lat rzutują na współczesność, która przypomina o pewnych stałych elementach i konsekwencjach wydarzeń, ją lubię. I jestem przekonana o prawdziwości antycznego powiedzenia, że jest nauczycielką życia. Co zrobić, żeby zaszczepić historycznego  bakcyla w dziecku? Opowiadać- tak jak mój Dziadek, który na dobranoc opowiadał mi o królach Polski... A jak się nie ma takiego Dziadka można wspomóc się książkami. Np. "Rzeką czasu", która w prosty i skrótowy sposób pokazuje historię od Wielkiego Wybuchu do roku 2010.  W strumieniu historii, który przelewa się przez karty tej sporej księgi znajdzie się miejsce dla wielkich władców, artystów, bitew, hołdów i wynalazków. Biblioteka w Niniwie, wojny punickie, Attyla, Karol Wielki, Dante, Darkula, odkrycia geograficzne, Rubens, Wolter, konstytucja USA, Napoleon, pokój w Wersalu, Ghandi, Presley, lądowanie na księżycu, Praska Wiosna, Nintendo, Solidarność, Putin, Facebook,imperium Osmańskie, Aztekowie, Chiny...obok siebie. Poza jednozdaniowymi opisami postaci i wydarzeń, nieco dłuższa notka u dołu strony, w której pojawia się informacja o dziejach Polski z opisywanego okresu. Może się wydawać, że w tej rzece ważne fakty mieszają się z błahostkami, ale przecież dzięki ciekawostkowym (już w starożytnym Egipcie hodowano kury!) zapamiętujemy najwięcej. 

Ta książka to świetny pretekst do wspólnego oglądania, czytania i poszukiwania informacji w innych źródłach, do tego, aby historia stała się czymś, co wciąga i pokazuje swoją ciągłość.   Wielka książka, która pokazuje losy świata... magiczny atlas... tajemnica przeszłości i znajdujące się na ostatniej stronie wezwanie do tego, by tworzyć dobre losy, bo przecież historia świata jest teraz w naszych rękach... Na dzień dziecka i inne okazje- warto!





Peter Goes, "Rzeka czasu". Przeł. Iwona. Mączka. Wyd. Dwie Siostry. Warszawa 2016.

niedziela, 14 maja 2017

"Wielka ucieczka Dziadka" historia, starość i marzenia

Książka dla dzieci o II wojnie światowej, marzeniach, starości, Alzheimerze, rodzinie, szacunku, z intrygą kryminalną i ucieczką po dachu przy pomocy liny ze związanych barchanów. Jeśli pisze to Dawid Williams, musi być świetne! Cały czas trwam w zachwycie nad "Babcią rabusiem", ale  chyba "Wielka ucieczka  Dziadka" jest jeszcze lepsza, a to za sprawą włączenia w akcję historii bitwy o Anglię. A że dziadek autora był pilotem RAF-u, opowieść nabiera jeszcze bardziej osobistego charakteru.  Ciekawe, coby się stało, gdyby ktoś z polskich autorów napisał książkę  o heroizmie bez  pomnika, za to z wielką dawką emocji, o zachowaniu, które było bohaterstwem, ale też przejawem zwykłej chęci pomocy swojemu krajowi... A to wszystko podlał sosem kryminalno-komediowym. I dał do zrozumienia jasno, choć zupełnie nie moralizatorsko, że starszym ludziom zawsze należy się szacunek i miłość.

  Jack bardzo kocha swojego Dziadka i jako jedyny z rodziny sprzeciwia się odesłaniu go do "domu dla niechcianych staruchów Zmierzchu Życia". Jednak nawet dobre chęci chłopca, który dzięki swojej cierpliwości  i sercu znajduje sposób, żeby dogadać się ze starszym panem (któremu cały czas wydaje się, że trwa wojna), nie są w stanie zmienić decyzji dorosłych.  A że Dziadkowi w domu o okropnych zasadach się nie spodoba i będzie chciał z niego uciec, to raczej oczywiste...  I kto mu (oraz całej czeredzie staruszków, uciekającej spod kurateli siostry Wieprzyk) pomoże? Akcja toczy się tu błyskawicznie, kolejne wydarzenia następują po sobie z tempie filomwym i chyba tylko w jednym, smutnym momencie, cała opowieść zwalnia (żeby dać czas czytelnikowi na otarcie łezki). Opowieść zabawna, ale mądra, pokazująca jak ważny jest wzajemny szacunek i zrozumienie, jak fałszywe bywają autorytety i jak smutne bywa życie tych, którzy zostają uznani zostają przez większość za niepotrzebnych i kłopotliwych. 

Walliams kolejny raz czyni bohaterem swojej powieści dziecko, które nie ma zbyt dobrych relacji z rówieśnikami oraz rodzicami. Dorośli  ponownie pokazani są tu jako ludzie płytcy, pozbawieni wyobraźni lub po prostu głupi. Dwóch policjantów stanowi karykaturę stróżów prawa, panna Dociekliwska, historyczka ala której liczą się tylko "FAKTY, FAKTY, FAKTY" to świetny przykład anty-nauczyciela, który nawet weterana bitwy o Anglię umie zgiąć z dat. I jest jeszcze Raj, sklepikarz pojawiający się we wszystkich książkach Walliamsa- drobny cwaniaczek, ale jako jednen z nielicznych dorosłych stara się choć trochę zrozumieć dzieci. Bo to książka o wielkim trudzie wzajemnego zrozumienia i bezwarunkowej miłości. Mądra i wzruszająca. Ale- jak to Walliams- szalona, zabawna i przygodowa. Taka powinna być książka dla dzieci. I dorosłym dobrze zrobi jej lektura- bo zawsze jest jeszcze czas, żeby przestać być takim beznadziejnym dorosłym. I docenić świadków historii, póki mamy na to czas...

David Walliams, "Wielka ucieczka Dziadka". Przeł. Karolina Zaremba. Wyd. Mała Kurka. Piastów 2016.

niedziela, 7 maja 2017

O pocieszeniu jakie daje biblioteka

Część mojej  najpotrzebniejszej podręcznej biblioteczki
Moją pierwszą biblioteką była biblioteka domowa. Do dziś mam jeszcze wiele książek, które kartkowałam jako dziecko- zostały "Baśnie z gór" i "Baśnie" Collodiego , "Mary Poppins wraca"- wydanie, które dostała w dzieciństwie moja Mama i cały karton książeczek drukowanych w ZSRR m.in. "Bajka o carze Sałtanie" Puszkina, w przekładzie Brzechwy drukowana w Mińsku w 1987 roku... Potem była biblioteka szkolna, z której książki Mama-nauczycielka wypożyczała dla mnie długo przedtem zanim zastałam uczennicą. A gdy już sama chodziłam do szkoły, w bibliotece spędzałam długie godziny, bo po pierwszym semestrze pierwszej klasy kategorycznie odmówiłam chodzenia do świetlicy i po lekcjach siedziałam w bibliotece. Miej więcej w tym czasie razem z Agnieszką z mojej klasy zapełniałyśmy domowe książki kartami bibliotecznymi i bawiłyśmy się w bibliotekę.  To musiał być znak! Biblioteka w liceum mieściła się na ostatnim piętrze i nie byłam tam częstym gościem, bo cały czas lektury i inne potrzebne książki (w tym i podręczniki) pożyczałam na kartę Mamy w podstawówce (która była wtedy też gimnazjum i liceum, a co za tym idzie miała bardzo duży księgozbiór). Pożyczanie na kartę nauczycielską miało same plusy, bo nie trzeba było martwić się o terminy i limity wypożyczeń. 

Potem nastało 5 lat studiów polonistycznych, które w dużej mierze upłynęły w bibliotekach. Początek października kojarzy mi się nieodmiennie z rundą po bibliotekach i kolejkami do odnowienia karty. W Bibliotece Uniwersyteckiej korzystałam przede wszystkim ze zbiorów z magazynu, do czytelni zaszłam tylko kilka razy, bo jej niezmiernie naukowa, poważna atmosfera  trochę mnie przytłaczała. Za to wiele godzin przesiedziałam w czytelni Biblioteki Raczyńskich. Ta skrzypiąca podłoga i możliwość zajrzenia przez ramię innemu czytelnikowi, który czytał np. "Przegląd sportowy" dużo bardziej do mnie przemawiało. Była rzecz jasna jeszcze Biblioteka Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk i Biblioteka Pedagogiczna, która miała trzy wielkie plusy- mieściła się wtedy jeszcze niedaleko domu mojej Babci, odwiedzanej co sobotę;  poloniści zwiedzeni nazwą nie zawsze z niej korzystali, więc można było w Pedagogicznej spokojnie pożyczyć sporo aktualnych lektur; wreszcie- podszywając się pod Mamę-nauczycielkę mogłam pożyczyć nie 4, a 6 książek;) Osobną opowieścią była biblioteka instytutowa, w której bywało się 2 razy dziennie- zwykle po to, aby znaleźć w pudełku z odrzuconymi rewersami swój plik z pieczątką WYPOŻYCZONE.W trakcie mojego studiowania polonistyka przenosiła się  do Collegium Maius z Collegium Novum, w którym jednak została jeszcze biblioteka-okazało się, że kwadrans między zajęciami to akurat tyle, by pognać do biblioteki, pożyczyć co trzeba (lub odebrać odrzucone rewersy) i wrócić na do Maiusa (biorąc pod uwagę, że jakdojadę twierdzi, że droga w jedną stronę zajmuje 13 minut, to było to pewne osiągniecie sportowe). Biblioteka instytutowa przeszła na moim 5 roku rewolucyjną zamianę i zaczęła komputerowe wypożyczenia. Zamiast przedstawiania się jako W-132 (prawie jak J-23!), podawałam legitymację, na której bezlitośnie pojawiały się te dwudniowe przetrzymania... Tak czy inaczej nie było chyba milszego uczucia i większej świadomości wakacji niż chwila, gdy maszerowałam z plecakiem pod biblioteki, do biblioteki i w każdej z nich, po zostawieniu kilku kilogramów, słyszałam: "ma pani czyste konto". 

Wreszcie zaczęła się praca po drugiej stronie... Okazało się,  że za tym, iż książki są widoczne w systemie komputerowym nie stoją krasnoludki, tylko długie godziny inwentaryzowania nowości i retrokonwersji starych zbiorów. Że książki nie mają magicznych właściwości samodzielnego wracania na półki, a  praca w bibliotece, wbrew stereotypom, nie polega na czytaniu i picu kawy. I że nie jest cicha i spokojna;) Teraz, gdy pracuję w bibliotece, ale nie mam już bezpośredniego kontaktu czytelnikiem i książkami (skłamałbym, gdyby powiedziała, że mi tego nie brakuje!), sama jestem czytelnikiem. Cieszę się, widząc na półce książki, na które czekam, widok nowości ciągle wywołuje nadzieje... 
Cały czas korzystam z biblioteki, bo jest tona książek, które chcę przeczytać, a nie chcę mieć ich w domu- ze względu na  oszczędności pieniędzy i  miejsce w domu. Korzystam z biblioteki, bo mogę z niej bez wyrzutów sumienia wypożyczyć książki, które mogą mi się nie spodobać. Korzystam z biblioteki, bo wbrew temu, co niektórzy sądzą, jest tam mnóstwo nowości, a nie rozpadająca się makulatura oprawiona w szary papier. Korzystam z biblioteki, bo między regałami widzę, ludzi, z którymi łącz mnie przynajmniej jedno: zainteresowanie książką. I korzystam z biblioteki, bo to coś więcej niż wypożyczalni, to miejsce, w którym czas płynie odrobinę innym rytmem, a świat wydaje się bardziej przyjazny i lepszy. Korzystam z biblioteki, bo inaczej już nie umiem.

poniedziałek, 1 maja 2017

"Belgravia" historia wiktoriańskiej dzielnicy

W przededniu bitwy pod Waterloo w Brukseli na balu spotykają się dwie angielskie rodziny. Kupcy i arystokraci. Żadne z nich nie spodziewa się jak bardzo ta noc zmieni losy obu rodów. Po ćwierćwieczu w Londynie ponownie splatają się ich historie. Choć córka dostawcy wojskowego Trencharda zmarła przy porodzie, rodzina zaczyna coraz bardziej interesować się wnukiem, którego nie do końca prawe pochodzenie skazało na życie poza wielkim światem. Jednak młodzieniec, pełen talentów i pomysłu Charles Pope, zjednuje sobie ludzi i (sekretnie wspierany przez dziadka) odnajduje swoje miejsce w Londynie. I znów miłość, i znów konwenanse na drodze do szczęścia. Dziedziczka arystokratycznego tytułu nie zgadza się na małżeństwo z rozsądku, za to przybysz znikąd zaczyna coraz bardziej zyskiwać jej sympatię. A poza wątkiem głównym ludzkie knowania, intrygi, nadzieje na odmianę losu i gorzkie rozczarowania... I rozwijająca się nowoczesna dzielnica Londynu, Belgrvia.  

Fellowes z jednej strony opisuje wszystkie wydarzenia tak, że czytelnikowi wydaje się, że jest pół kroku przed bohaterami i to on wie, co wydarzy się za chwilę, ale na końcu i tak jest zaskakiwany. Lubię tak płynące opowieści.  Po autorze widać, że jest scenarzystą – sceny, wątki, postaci przeplatają się w idealnych proporcjach, pozwalając trwać delikatnemu czytelniczym napięciu.  To, co w filmie „załatwia” za autora scenograf i kostiumograf tu wybrzmiewa w opisie- niezbyt przesadzonym, ale jednak dającym sygnał, jak wyglądały domy i moda początków epoki wiktoriańskiej.  Fellowes, scenarzysta „Downton Abbey”, ale też oskarowego filmu Altmana „Gosford Park” (ach, ten Jeremy Northam śpiewający piosenkę filmową…) w swoich scenariuszach łączył świat wielkich państwa i rzeczywistość zza kuchennych schodów. Tu aż takiego pomieszania nie ma. Ale jest historia awansu społecznego chłopaka, który dzięki swoim wrodzonym umiejętnościami, determinacji i pogodzie ducha łamie kolejne towarzyskie bariery.  Wokulski? Gdyby Wokulski urodził się wcześniej i nie ożenił z Minclowa, może jego życie wyglądałby właśnie tak!  Polecać? Tak, bo to dobrze napisana powieść  historyczno-obyczajowa,  o której  można śmiało powiedzenie, że jest w filmowym stylu.  
Jeszcze jedna rzecz: wydawnictwo doceniło kogoś, dzięki komu czytamy tę dobrze napisaną historię, nie tylko przełożona na nasz piękny język, ale i wzbogaconą o kilka przypisów dot. rozwijającego się Londynu oraz ówczesnego świata. Tłumacze na okładki!

Jullian Fellowes, "Belgravia". Przeł. Anna Bańkowska. Wyd. Marginesy. Warszawa 2016.

niedziela, 23 kwietnia 2017

"Rozdarta zasłona" Szczupaczyńska i handel traviatami

Profesorowa Szczupaczyńska powinna zająć się przygotowaniami do Wielkiejnocy, a tu tragedia-  Karolcia, nowa służąca składa wymówienie. A szczytem tragedii jest to, że Karolcię znajdują bez życia nad Wisłą. Szczupaczyńska czuje się w obowiązku wspomóc policję, choć sprawy, do których dotrze nie będą typowe dla statecznej pani profesorowej. Szczupaczyńska bowiem będzie zmuszona rozedrzeć zasłonę, która spowija krakowski półświatek. I okaże się, że osoby, z którymi przyjdzie jej rozmawiać, a zwłaszcza panie niezbyt ciężkiego prowadzenia, się zupełnie nie przypominają bohaterów oper o upadłych pięknościach... 

Temat handlu kobietami to w kryminale rzecz częsta, jednak co innego gdy przygląda się mu taki Zyga w "Kinie Venus" Wrońskiego, a co innego gdy do podejrzanych dzielnic kieruje swe kroki profesorowa. Jakby tego było mało sytuacja zmusza ją do podsłuchiwania w policyjnym gabinecie oraz wysłuchiwania młodego lekarza Kurkiewicza, który, nie zważając na uszy damy, szerzy swoje wywody o płciowości. Trzeba przyznać, że historyczna postać Kurkiewicza staje się przede wszystkim postacią humorystyczną, a jego opowieści niosą z sobą wiele onomastycznych smaczków. W książce pojawia się też młody Tadzio Żeleński, który jeszcze nie jest Boyem. I Paderewski. I Modrzejewska. I wdowa po Matejce.  
Nieco na uboczu kryminalnej intrygi, która toczy się spokojnie i z krakowskim spleenem, pojawiają się dwa zagadnienia- wielkiej biedy i emancypacji kobiet. Historia Karolci, która zaufała miłemu mężczyźnie i była przekonana, że zacznie nowe życie w Ameryce nie jest niestety fikcją literacką- takich dziewcząt było na przełomie wieków wiele. Handlarze żywym towarem żerowali na naiwności i niewinności dziewczyn, którym bieda zaglądała w oczy, a następny dzień nie niósł żadnej poprawy.  Druga rzecz to dostęp kobiet do edukacji- profesorowa, jako konserwatywna mieszczka sprzeciwia się  uczącym się kobietom i potępia rozwijające się czytelnie dla pań i kursy, a organizującym je damom wolałaby się nie kłaniać na ulicy. Jednak  nawet ona nie wierzy w przytaczane teorie, że nauka przyczynia się do bezpłodności. Za każdym razem gdy czytam książki podejmujące tę tematykę nie mogę się nadziwić, jaka rewolucja dokonała się przez sto lat! I dobrze, że przypominają o niej także panowie.  

Szymiczkową, czy raczej Dehnela i Tarczyńskiego, bardzo dobrze się czyta- to, co tak bardzo bawiło w Tajemnicy domu Helclów czyli krakowski światek, nawiązania i cytaty oraz niezwykle dowcipy język cały czas przynosi wielką lekturową przyjemność, a intryga moim zdaniem jest nieco lepsza niż przy pierwszej przygodzie Szczupaczyńksiej. I sama profesorowa nieustannie podbija serce swoją powagą krakowskiej pani domu z biglem osóbki, która czasem musi wyrwać się z domu i pomocy przy śledztwie. I za tę dwoistość ją lubię!

 Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński (Maryla Szymiczkowa), "Rozdarta zasłona". Wyd. Znak. Kraków 2016.

niedziela, 9 kwietnia 2017

"Arystokratka w ukropie" i chordy muflonów

"Arystokratka w ukropie" zaczyna się tam, gdzie kończyła się "Ostatnia arystokratka". Na czeski zamek Kostka, w którym zamieszkała amerykańsko-czeska rodzina "uszczęśliwiona" zamkiem i szlachectwem, zaczynają zjeżdżać turyści. Tego obawiali się wszyscy, a najbardziej kasztelan Józef, który o "muflonach" jest jak najgorszego zdania. I przede wszystkim o wizytach okropnych, bezczelnych, wrednych turystów obsługiwanych przez czasami bezczelnych i wrednych mieszkańców Kostki opowiada ta książka. Jest też o weselu wielbicieli Vondraczkovej, o zjeździe arystokracji, na który Kostkowie na dotarli przez rzekome samobójstwo Marii oraz o kukle spadającej z komina. I o Pigmeju. I widzianych na okładce butlach orzechówki i papierze toaletowym... Absurdalne, zabawne? Tak! Ironiczny język i  opisywane nim nonsensowne sytuacje to miła chwilka oddechu od codzienności. A ta  w czeskim zamku nie byłaby godną pozazdroszczenia...

O ile w pierwszej książce autor zwracał uwagę na różnice kulturowe miedzy  USA a Czechami tym razem stawia na ogólnoświatowe zdziczenie obyczajów (wycieczki) i ogólnoludzkie maruderstwo (załoga Kostki). Ale wszystko  opisane tak, że można po prostu śmiać się i nie myśleć o złodziejach papieru toaletowego (Wierzcie, że papier toaletowy bywa kradziony nie tylko z zamków, a mydło w płynie to już towar znikający w zastraszającym tempie. Z Kostki ukradli lustro i czytelnik może się dziwić, że nikt tego nie zauważył, cóż zrobić- w pewnej bibliotece niepostrzeżenie zniknął kran-prawda: mniejszy niż lustro, ale by go odkręcić trzeba się natrudzić.)Tak czy inaczej jeśli ktoś chce się pośmiać, skosztować czasem czarnego humoru, a przede wszystkim ma duży dystans do ludzi- niech czyta na zdrowie! A książka, podobnie jak pierwsza część, nie ma typowego finiszu, teraz już wiem, że prowadzi do ciągu dalszego. 

Evzen Bocek, "Arystokratka w ukropie".  Przeł.  Mirosław Śmigielski. Wyd Stara szkoła. Wołów 2016.

niedziela, 2 kwietnia 2017

"Aciumpa" słowo całkiem aciumpowe

Aciumpa.  Badacz znalazł to słowo i zastanawia się, co znaczy. Ba! jaką jest częścią mowy... I mały czytelnik, zupełnie bezwiednie, nagle, szukając znaczenia aciumpy, dowiaduje się, że jest coś takiego jak rzeczownik, czasownik, przysłówek i spójnik. Ale to nie jest absolutnie książka o gramatyce! To jest książka o poszukiwaniu i znaczeniu. O języku i wyobraźni. Coś wspaniałego! Coś totalnie aciumpowego, osiągającego szczyty książkowej aicumpowatości, dla czytających dorosłych i aciump. Rewelacja rodem z Portugalii!

Doskonałe rysunki (nie mogę nie wspomnieć o bibliotecznych regałach i wózkach, bo jeśli szukać niezwykłych słów to tylko w słownikach, a jeśli szukać słowników to tyko... no właśnie!), dowcipna historia i zagadka, która kończąc poszukiwania aciumpy otwiera zupełnie nowe tajemnice. Fantastyczny motyw poszukiwania znaczenia zapomnianych słów- (Pippi szukała spunka!) i niezwykle rozwijająca wyobraźnię opowieść. Widzę tłumy czytelników, szukających nowych słów i niezwykłych znaczeń. Bo do tego może doprowadzić lektura tej książki. Tego nam potrzeba do aciumpy!


Catarina Sobral, "Aciumpa". Przeł. Tomasz Pindel. Wyd. Dwie Siostry. Warszawa 2017.

niedziela, 26 marca 2017

"Hygge. Duńska sztuka szczęścia" importowany dobrostan

"Źle się dzieje w państwie duńskim"  to już od dawna cytat nieaktualny. Duńczycy przodują w zestawieniach na najszczęśliwszy naród świata, ich system społecznej opieki nad obywatelem  zdobywa uznanie, a w Kopenhadze mają Instytut Badań nad Szczęściem. Od jakiegoś czasu recepta na duńskie szczęście przestaje być tajemnicą i HYGGE wyskakuje z prawie każdego kąta. Z grubsza wiadomo o co chodzi- o coś, co można spróbować zamknąć w polskim słowie dobrostan. Jednak Duńczycy tworząc swoją filozofię hyggę poszli dalej. Już samo słowo jest dość niezwykłe, bo nie dośś, że nieprzetłumaczalne, to może być rzeczownikiem, czasownikiem i przymiotnikiem. I ma mnóstwo pochodnych- można hyggować, można kogoś hyggować, hygge może być czynność, rzecz i miejsce. 

W książce jest cała lista słów, które łączą się z hygge. Autorka książki przybliża ideę hyge w sposób bardzo prosty- przedstawia relacje ludzi, którzy hyggują. I okazuje się, że to, co teraz zachwyca świat, w Danii jest odwiecznym sposobem zachowania spokoju, równowagi  między pracą, przyjemnością i codziennością. Starsza pani wspomina bułeczki, które piecze na wypadek niespodziewane wizyty, wnuczka i babcią opowiadają o wspólnie spędzonym czasie, który wypełniają rodzinnymi opowieściami, kierownik knajpy opowiada o tym, co robi, by jego goście dobrze się czuli. A do tego kilka porad o wystroju wnętrz, kilka przepisów i podział czynności, które w zależności od pory roku mogą sprawić nam przyjemność. Bo, choć tylko Duńczycy mają na to osobne słowo, to hygge jest czymś, co jest znane wszystkim- rozmowa ze znajomymi, spacer, dobry film, chwila z książką (z przyczyn oczywistych ten pomysł bardzo mnie ucieszył!). Po lekturze okazuje się, że hyggujemy, choć nie wiemy, że tak to się nazywa;) Bo jednym z sekretów popularności hygge jest to, aby oddać się danej przyjemności i docenić ją. Cieszenie się z małych rzeczy i próba znalezienia harmonii między tym, co trzeba, a tym co chce się robić jest chyba tym, co nawet bez używania duńskiego słowa staramy się robić. I może właśnie ten moment refleksji, że tu i teraz, z tymi ludźmi, z tą książką, na tej kanapie i z tą kawą w tym kubku jest mi dobrze,  celebrowanie chwil małych przyjemności, cieszenie się nimi i cieszenie się na nie, jest czymś, czego mogą nas uczyć Duńczycy. Celebrowania dobrostanu w sprzyjającym otoczeniu i czerpania z tego energii. Żeby poczuć się po prostu dobrze.  

Książka jest ładnie wydana, ma ciekawe reprodukcje obrazów, parę fajnych zdjęć. Do czytania nie ma dużo- pół godziny i po sprawie, ale jeśli ktoś potrzebuje inspiracji do tego, by poszukać dookoła siebie elementów poprawiających nastrój, albo wyrażonego wprost zdania, że poza obowiązkami trzeba mieć czas na przyjemności, bo one nas napędzają do życia, może sięgnąć po tę książkę. A najlepiej pohyggować w bibliotece. Otoczenie bardzo hyggowe-nawet lampy są;)

Marie Tourell Soderberg, "Hygge. Duńska sztuka szczęścia". Przeł. Olga Siara. Wyd. Insignis. Kraków 2016.


niedziela, 19 marca 2017

"Sidney Chambers:cienie śmierci" parafialne zbrodnie



Spokojne miasteczko,  Anglia, lata 50. i ksiądz proboszcz, który rozwiązuje zagadki kryminalne. Gdyby patrzeć tylko na dwa ostatnie punkty- wyszedłby Ojciec Mateusz, ale te wymienione na początku sprawiają, że (chociaż Sidney Chambers jeździ na rowerze!) mamy coś odrobinkę innego. I  ta inność tworzą całą książkę. Bo z jednej strony jest 6 opowiadań o mniej czy bardziej dramatycznych kryminalnych sprawach (kradzież pierścionka, zabójstwo podczas amatorskiego spektaklu teatralnego itp), które to sprawy rozwiązuje młody duchowny, czasem podpowiadając coś  dobremu, pogodzonemu z życiem policjantowi. Z drugiej jest  obraz świata, który próbuje się otrząsnąć z wojennej traumy, rzeczywistość wydostawania się z biedy i próby budowania sobie codziennego spokoju.  Lata 50. to zmiany w obyczajowości, która lekko puszcza sztywne konwenanse. Przekraczanie granic społecznych, które ułatwią kontakt, ale i umożliwiają zbrodnie.  To świat, w którym więcej wypada np. Sidney jest wielbicielem jazzu i absolutnie nie martwi się tym, że przesiaduje w klubie jazzowym (jedno z miejsc zbrodni), a nie słucha organów  u siebie w kościele. Sidney jest zresztą księdzem w rozjazdach, który czasem swoje obowiązku duszpasterskie zostawia wikaremu, a sam jedzie pomagać w śledztwie. Albo spotkać się ze swoją przyjaciółką Amandą (która np. uczestniczy w przedziwnym  koncercie Johna Cage’a „4’33” i zupełnie nie rozumie o co chodzi). Takie właśnie zahaczenia w latach 50. pozwalaj lepiej poczuć klimat opowieści- tu Cage, tam „Pani  Christie”. I cicha rzeczywistość plebanii, tak bardzo różna od pełnego zbrodni i gwaru świata. A o tym, jak wygląda życie młodego księdza autor pewnie wie, bo jego ojcem jest arcybiskup Cantenbury.

A same historie kryminalne? Niezbyt skomplikowane, ale z pewnym nerwem i umiejętnie budowanym nastrojem. Tym bardziej, że mamy do czynienia  m.in. z fałszerstwem obrazu (opowiadanie w których szaleniec więzi Amandę było momentami przerażające), zabójstwem córki właściciela klubu jazzowego i  lekarzem podejrzanym  o otrucie pacjentki. Zbrodnie różnego kalibru, bo trudno wymagać, aby w małej parafii działy się tylko soczyste morderstwa. Opowiadania czyta się dobrze, a dodatkowym smaczkiem są postacie gospodyni księdza i wikarego. Oraz niejednoznaczna relacja Sidneya z Amandą, przypominającą duchownemu, że  „miłość to niepodważalna przyjaźń”.  "Cienie śmierci" to pierwszy tom cyklu, będę wypatrywać następnych. A także, jeśli nadarzy się okazja, chętnie zobaczę serial, nakręcony na podstawie tej książki. I chyba nie będzie mi przeszkadzało, że wiem, kto zabił. 

James Runcie, "Sidney Chambers: cienie śmierci". Przeł. Ewa Penksyk-Kluczkowska. Wyd. Marginesy. Warszawa 2016.