piątek, 8 grudnia 2017

"Magiczny wieczór"- świąteczne postscriptum


Akcja trylogii Agnieszki Krawczyk „Czary codzienności” toczyła się  latem i była pełna słońca i ciepała. Autorka mówiła, że żegna Zmysłowo i swoje bohaterki, ale na szczęście kobieta zmienną jest i dlatego w prezencie świątecznym pojawił się „Magiczny wieczór”. Myliłby się ktoś, kto uważa, że to tylko okolicznościowe  wrabianie wierszówki. Nie, to kolejne książka, dopowiadająca kilka wątków i wprowadzająca nowe postaci, dzięki czemu znów można  przyjemnie rozgościć się w miasteczku, w którym czas płynie nieco inaczej. A zimą jeszcze bardziej zwalnia, bo co tu robić…  I choć „siostry z pokręconym DNA” dostrzegają, że zimą ich herbaciarnia ma znacznie miej klientów i wszystko robi się bardziej senne, to wcale nie znaczy, że w Zamysłowie powieją nudą.
Z jednej strony przygotowania do ślubu Danieli, z drugiej poszukiwanie kota, z trzeciej pomysł nowych inwestycji, z czwartej przybycie nowej nauczycielki, która sprawi, że  dziewczyny zyskają nowa bratnią (czy raczej siostrzaną duszę), a pewien twardy facet nauczy się kochać. I choć mogło się wydawać, że pewne sprawy, a zwłaszcza kwestie sercowe starszych sióstr zostały już przyklepane, to w tym tomie relacje najstarszej  Agaty robią się mniej baśniowe, a bardziej życiowe. Bo o ile trzy poprzednie książki pokazywały rodzące się uczucie i przezwyciężanie przeszkód, teraz mamy do czynienia z codziennymi sprawami ludzi, którzy mimo prawie tysiąca stron wcześniejszych perypetii jeszcze nie powiedzieli sobie wszystkiego. A  szczerość jest podstawą wszystkich związków, o czym przekonują się bohaterowie. Ten wątek- wahań, niewypowiedzianych obaw- dodaje książęce autentyczności. Wiele wnosi też nowa postać nauczycielki, która  ciekawie kontrastuje z przebojowymi i rozsądnymi siostrami, otwierając im oczy na inne sposoby oglądu rzeczywistości.

 Agnieszka Krawczyk znów opowiada o emocjach: o trudności kochania,  zagubieniu, zdominowaniu, wychodzeniu ze skorupy  i stawianiu się samo stanowiącą  o sobie kobietą. Opowiada też o  tym, co się dzieję, gdy ktoś wypada z kołowrotka, w którym niczym chomik biegał i budował karierę- do Zmysłowa wraca bowiem gwiazda filmowa Lora Hagen. Mamy starych i nowych znajomych, trochę humoru i  dużo optymizmu, bo nawet przy poważnych rozmowach i decyzjach bohaterów towarzyszy nam nadzieja na szczęśliwe zakończenie.    
 A jeśli dodamy do tego przygotowania do Bożego Narodzenia  i śnieg (w nieliterackim świecie częściej obecny na Wielkanoc niż Boże Narodzenie)  mamy idealną książkę na przedświąteczny czas.  Przytulną, sympatyczną, taką, która pozwoli na moment zwolnić w codziennej bieganinie.    

„Magiczny wieczór” jest  ostatecznym zamknięciem serii o Zamysłowie i znacznie lepiej jest go czytać po wcześniejszej lekturze „Czarów codzienności”. Autorka co prawda w podziwu godnym skrócie streszcza perypetie bohaterów, ale mimo wszystko dopiero czytanie całości pozwala na docenienie rozwoju postacią Halickiego albo humorystycznych wtrętów dr Wilka o Agacie Christie. Czyli jeśli  dawać „Magiczny wieczór” w prezencie, to w pakiecie z poprzednimi częściami. I wtedy obdarowana ma gwarancję all inclusive w  Zmysłowie!


Agnieszka Krawczyk, "Magiczny  wieczór". Wyd. Filia. Poznań 2017
 I, ponieważ w tym roku polubiłam się z siostrami, mam jedną radę- wigilijny kompot z suszu, aby przeszedł smakiem owoców, przypraw i miodu, powinien postać przynajmniej tydzień.  Gotowanie go w rano wigilię może sprawdzić się tylko wtedy, gdy przy stole siądą ludzie tak zakochani w kucharkach, że nie zwrócą uwagi na kompot ;)

Poprzednie tomy:
"Siostry", "Przyjaciele i rywale" "Słoneczna przystań"

niedziela, 3 grudnia 2017

"Hotel Pod Jemiołą" jak zwykle u Evansa


Evans jest jednym z najchętniej czytanych amerykańskich autorów i każdy czytelnik wie, czego się może spodziewać  po jego książkach. Są to krzepiące opowieści z nieodłącznym dobrym zakończeniem, które czyta się błyskawicznie,  przyjmując na wejściu, że są to zwykle opowieści dość nieprawdopodobne.  Evans szczególnym sentymentem darzy Boże Narodzenie i bardzo wiele  jego książek dzieje się właśnie w tym czasie. Tak samo jest w przypadku „Hotelu Pod Kemiołą”. Ale jest coś, co odróżnia tę książkę od innych.  Otóż historia częściowo toczy się w podczas konferencji dla autorów romansów i to właśnie wgląd do  świata pisarzy  jest tym, co najbardziej zachęciło mnie do sięgnięcia po tę książkę.  Autor opisuje pisarzy z różnym dorobkiem, tych, którzy są wydawania i znani oraz tych, którzy od lat dobrze się zapowiadają. Odrobinę humoru do opowieści wnosi sekcja romansów paranormalnych, gdy uczestnicy zastanawiają się nad tym kto lepiej całuje- wampir czy wilkołak.  

Evans słowami bohaterów opowiada  też jak powinna być pisana  powieść. I trzeba przyznać, że stosuje się do tych rad, a nawet momentami trochę przesadza.  Bohaterką książki jest Kim, dziewczyna, która marzy o zastaniu pisarką i dzięki ojcu trafia na seminarium dla autorów romansów. Jedzie tam z rękopisem swojej  powieści (pod wiele mówiącym czytelnikom Evansa tytułem „Obietnica pod jemiołą”) i daje ją do przeczytania swojemu pisarskiemu koledze. Ten udziela jej wielu rad, które dziewczyna odbiera  jako krytykę i postanawia przerwać znajomość…  Sprawa romansowa oczywiście skończy się szczęśliwe (bo na to liczą czytelnicy).  A sama Kim? Jej pisarski mentor tłumaczy, że bohater powinien mieć tajemnicę,  że  „trup w szafie” sprawi, że postać stanie się bardziej autentyczna.  Kim ma całe stado trupów w szafie- jest córką samobójczyni z depresją,  dwukrotnie porzuconą przez narzeczonych rozwódką, a na dodatek dowiaduje się, że jej ukochany ojciec choruje na raka jelita grubego…  Czy to nagromadzenie tragedii czyni  Kim bardziej autentyczną?  W moich oczach nie.  Jej naiwność w zderzeniu z tyloma doświadczeniami mocno kuje w oczy, które momentami bolą od nadmiernego nimi przewracania.  (Nie kupuję tego, że  dziewczyna po dość smutnych  doświadczeniach z facetami, wsiada z pierwszym lepszym pisarzem do samolotu i urywa się z konferencji, na którą ostatnie pieniądze wydał jej umierający  ojciec. I że nie domyśla się, że  owy pierwszy lepszy pisarz nie jest wcale taki pierwszy lepszy, skoro ma kasę na prywatne samoloty, noclegi w najlepszych hotelach i zakupy u Tiffany’ego…)   Wśród rad dotyczących pisania powieści zabrakło tej o zachowaniu proporcji.  Bohaterowie mogą być albo trzpiotowatymi panienkami, których jedynym problemem jest nie dość dobry narzeczony, albo pokiereszowanymi Hiobami ze zmarłymi małżonkami, rozwodami, chorobami i pracoholizmem.  Zero stanów pośrednich, które mimo wszystko w przyrodzie występują najczęściej.  Pisarski kolega udziela też Kim rady by krwawiła  pisząc powieść… Z jednej strony krew, z drugiej lukier.  Bo  Evans nie byłby sobą, gdyby nie włączył w powieść elementów  świątecznej otoczki w postaci pełnego iluminacji Nowego Jorku i radosnego, świątecznego miasteczka Betlejem w USA.   I jest jeszcze pewien tajemniczy pisarz, który dość szybko przestaje być tajemniczy. 

  To jest książka, którą, jak wszystkie powieści Evansa, czyta się błyskawicznie- język jest prosty, bohaterowie  dość  typowi (i to mimo  swoich skrajności), a wydarzenia przewidywalne. Czytamy szybko, aby się przekonać, czy na pewno mamy rację, bo może  Evans nas zaskoczy…  Nie zaskakuje.   Jednak ta książka nie ma być czymś, co zadziwia i zmienia bieg historii literatury. To  czasoumilacz świąteczny, a przy tym też porcja krzepiących rad o sile wiary w marzenia, nadziei na lepsze jutro oraz mocy, jaką daje  pogodzenie się z przeszłością.   Bo u Evansa, pokiereszowana przez życie dziewczyna  spełnia marzenia o szczęściu, miłości i sukcesie. I  ma szansę stać się „tak wielką pisarką jak  Nora Roberts”.  Bo u Evansa liczy się nastrój i to granicząca z pewnością wiara w szczęśliwe zakończenie. Tak potrzebna nie tylko w okresie świąt.  

Richard Paul Evans, "Hotel Pod Jemiołą". Przeł. Hanna de Broekere. Wyd. Znak. Kraków 2017.

niedziela, 26 listopada 2017

"Iłła" opowieść i osobowość



Powiedzieć, że Iłłakowiczówna była niezwykłą osobowością to banał. Ale jak inaczej nazwać kogoś, kogo długie życie przypadło na zmiany nie tylko histeryczne,  polityczne i obyczajowe, ale także kolejne epoki artystyczne. Jak inaczej  nazwać osobę, która choć była ceniona przez wielu krytyków i pisarzy oraz odznaczana wieloma nagrodami literackimi, uważała się przede wszystkim za urzędniczkę? I jak inaczej mówić o kimś, kto w swoim życiu był bywalczynią międzynawowych rautów i  emigrantką skazana na łaskę obcokrajowców.  Jak wreszcie mówić o kobiecie, która uznała, że małżeństwo i macierzyństwo nie jest jej drogą i świadomie wybrała życie w pojedynkę w czasach, gdy rola kobiet w dużej mierze sprowadzana była do żony i matki.

  Książka Joanny Kuciel-Frydryszak  to historia pokazująca długie życie i złożona osobowość Iłły. Spotkamy tu i siostrę miłosierdzia z frontu wielkiej wojny  i  damę, która odbywała podróż po Europie, wygłaszając odczyty o marszałku Piłsudskim, mającą w torebce kwiat, gdyby kreacja wymagała szybkiej transformacji. Spotkamy też autorkę prowadzącą spory z redaktorami, albo  autorkę będącą  adresatką  polemiki młodego poznańskiego polonisty (Barańczak się nazywał…). Jest młoda poetka debiutująca "Jabłoniami", jest autorka uznana, czytana przez Żeromskiego i Tuwima, jest tłumaczka złoszcząca się na Annę Karenin (nie Kareninę!), jest wreszcie staruszka, która w swoim mieszkaniu przy ul. Gajowej przyjmuje doktorat honoris causa uniwersytetu w Poznaniu.   W tle opowieści pojawia się Wilno, Petersburg, Warszaw, Gruzja, Poznań… Przemykają  Piłsudski, Pawlikowska-Jasnorzewska, Wierzyński,  Kulmowa.  

  Kuciel-Frydryszak odmalowuje zmieniające się realia i świat, który ciągle się przekształca, a Iłła musi się przystosować. Autorka książki mówiła na spotkaniu autorskim w Bibliotece Raczyńskich, że bardzo ceni pokorę pisarki- rzeczywiście, w opowieści poznajemy dziewczynę, pannę, kobietę, która potrafi się dostosować do tego, co ją otacza i znosić wszelkie niedogodności  losu bez „packania się” ze sobą.   I choć to podejście do życia mogło być powodem odbierania Iłły jako kobiety zbyt pryncypalnej, szorstkiej i  zdystansowanej, na pewno pomogło jej w przetrwania tylu historycznych i politycznych zawirowań. A Iłła jest bez wątpienia osobowością wartą poznania. Książka Joanny Kuciel-Frydryszak może być ciekawą lekturą i dla tych, którzy Iłłę chcą poznać i dla tych, którzy znają jej życie i twórczość. Autorka nadaje książce podtytuł "Opowieść o Kazimirze Iłłakowiczównie" i rzeczywiście narracja snuje się wartko, a biografię czyta się momentami jak powieść. Kuciel-Frydruszak ma niewątpliwy talent narracyjny i umiejętność łączenia swojej opowieści z materiałami źródłowym  (listy, rozmowy, cytat) i utworami samej Iłłakowiczówny. I to połączanie mnie najbardziej urzekło- choć dziś próbuje się tworzyć biografie artystów w oderwaniu od ich dzieła, jest to dla mnie sztuczne i pozbawione sensu. Tu Iłłakowiczówna funkcjonuje jako osoba, postać historyczna, ale także pisarka i  te momenty, gdy mówi za nią jej poezja, doskonale wybrzmiewają w całej historii.  Dzięki temu opowieść jest pełna.  Kuciel-Frydryszak zasługuje na pochwałę także za rzetelność swojej książki- bibliografia może stanowić punkt wyjścia do kolejnych etapów lekturowych przygód z Iłłą. Poza tym, choć w życiu Iłłakowiczówny jest kilka wątków nie tyle skandalicznych, co tajemniczych, autorka książki nie bawi się w dziennikarza tropiącego sensację i nie wysnuwa zbyt daleko idących wniosków, na które nie ma dowodów.  "Iłła" to opowieść biograficzna, jakie chce się czytać- dobrze napisana, pełna faktów, cytatów i wątków historycznych. Taka, na jaką Iłłakowiczówna zasługuje.


Joanny Kuciel-Frydryszak, "Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie."  Wyd. Marginesy. Warszawa 2017.





niedziela, 19 listopada 2017

"Sekeretne życie drzew" , las był i będzie

Książki przyrodnicze wyrastają jak grzyby po deszczu. Pojawiają się historie o ptakach, drzewach, puszczach, zwierzętach... I bardzo dobrze! Ta moda na przyrodę i popularnonaukowe odkrywanie jej tajemnic przemawia do mnie dużo bardziej niż moda na powieści o wampirach albo różnego typu Szarakach. "Sekretne życie drzew" było jedną z pierwszych książek, które wdarły się na listy bestsellerów i udowodniły, że  świat przyrody to tajemnice, które każdy z nas powinien poznać.  Autorem tej oraz kolejnych książek (m.in. "Duchowego życia zwierząt", które mam w wersji książkowej) jest niemiecki leśnik z długim stażem. A przede wszystkim prawdziwy przyrodnik! Jego gawędy o drzewach są na tyle krótkie by nie zmęczyć czytelnika namiarem przekazywanych informacji, a jednocześnie są opowiedziane  prosto i ciekawie. Świat drzew- dość wydawałby się statyczny, okrywa tajemnice języka drzew, współzawodnictwa między różnymi gatunkami oraz roli innych zwierząt-w tym człowieka, w odwiecznej historii lasu.  

Wohlleben nie koncentruje się tylko na pradawnych lasach, których już w Europie niewiele zostało, pisze o "dzieciach ulicy", czyli drzewach w parkach albo na osiedlach. O gatunkach, które pojawiają się w pewnych szerokościach geograficznych przypadkiem i zostają tam, robiąc  zamieszanie w odwiecznym ekosystemie. Jest więc o pradawnych środkowoeuropejskich dębach i bukach oraz napływowych daglezjach. I o barszczy kaukaskim (czyli roślince, która  zawsze latem pojawia się w wiadomościach jako  zło wcielone). Opowieści niemieckiego leśnika są o tyle ciekawe, że lasy niemieckie są bliskie polskim. I to,co on nazywa "moim" jest też spotykane u nas.  I ta lektura rzeczywiście trochę zmienia spojrzenie na przyrodę- zaczęłam np.  wnikliwiej przyglądać się rozczepionym pniom i patrzeć, czy to rozszczepienie ma kształt litery U czy V... W codziennym zabieganiu i cywilizacyjnym pędzie takie zwrócenie uwagi na świat przyrody jest bardzo cenne. Bo nie było nas, a był las! 

Książki wysłuchałam i w tym wypadku audiobuka średnio polecam.Lektor, choć z  przyjemnym  głosem, ma dość wyraźny seplen, co w zbitkach typu "korzenie drzew"  mnie  drażniło. I nie wiem, czy winą lektora, czy tłumacza jest biotyp występujący zamiast biotopu.Jedna głoska, a od razu inny sens. A humanista (z rodziny pełnej przyrodników) to,niestety, usłyszy... Idę do lasu cieszyć się życiem!  A kto jest ciekaw książki może skorzystać z dostępu do niej w ramach akcji CZYTAJ.PL
Peter Wohlleben, "Sekretne życie drzew".  Przeł. Ewa Kochanowska. Biblioteka Akustyczna/ Wyd. Otwarte. 2016. Lektor: Stanisław Biczysko

niedziela, 12 listopada 2017

"Zbrodnia nie przystoi damie". Śledztwo tak!

Lata 30.XX wieku, angielska pensja dla panien i morderstwo. Prawie jak  u Christie w jej "Kocie wśród gołębi", ale jednak z innej perspektywy i dla innego odbiorcy. Pierwszy tom cyklu "Zbrodnia niezbyt elegancka" jest kryminałem dla młodszej młodzieży, prezentującym czytelnikowi czym jest kryminał retro. Próżno szuka tu maili, telefonów, pościgów szybkimi samochodami, ale to absolutnie nie jest zarzut- to konwencja, którą młody czytelnik może kupić. Ja kupiłam.

 Narratorka Hazel i jej przyjaciółka, założycielka i prezes Towarzystwa Detektywistycznego muszą opierać się tylko na swoich domysłach, obserwacjach i  zebranych dowodach. Nie tylko zbrodnia, ale i śledztwo w starym stylu. A śledztwo tym trudniejsze, że prowadzące je dziewczyny poza śledzeniem nauczycieli i rozmyślaniem nad motywem, muszą uczestniczyć w zwykłym życiu szkoły. A nie tak łatwo jest szukać mordercy panny Bell, gdy czekają zadania z łaciny... Poza tym ta zbrodnia,jak każda ważna i godna udokumentowania, nie jest jednoznaczna i w momencie, gdy coś wydaje się oczywiste, okazuje się, że to tylko początek nowego ciągu zdarzeń... Czyli mamy to do czynienia z typową konstrukcją kryminału i to konstrukcją, która pozwala czytelnikowi szukać rozwiązania razem z bohaterkami. Czy młody czytelnik rozwinie swoje szare komórki, czytając sprawozdania Towarzystwa? Liczę na to! Poza zbrodnią mamy tu do czynienia też z opowieścią o grupie dziewcząt i opisami pewnych typów zachowań. Narratorka, Hazel jest Chinką i w związku z tym musi mierzyć się problemem bycia obcą wśród dość jednorodnej grupy. Ale zaprzyjaźnia się z najpopularniejszą dziewczyną, Daisy- osóbką , która techniki manipulacji ma w małym palcu i, może nawet nieświdomie, odkrywa pewne społeczne mechanizmy...Hazel i Daisy starają się nawiązywać do słynnego duetu Holmes/ Watson, Daisy czyta popularne w latach 30. powieści i usiłuje wzorować się na słynnych detektywach, węsząc dookoła spiski i zbrodnie. A gdy detektywistyczne techniki nie skutkują, umie zaprzyjaźnić się z policjantem. Jednak to inteligencja Hazel i jej lekko humorystyczny sposób opowiadania o wydarzeniach na pensji są tu najważniejsze.  Bardzo sympatyczną książka, z fajnie tworzonym klimatem i dystansem. Nie tylko dla młodzieży!  

Robin Stenens, "Zbrodnia nie przystoi damie". Przeł. Magdalena Korobkiewicz. Wyd. Dwukropek. Warszawa 2017.

niedziela, 29 października 2017

"Noc ognia" noc przypływu

Znamy Schmitta i wiemy, czego można się po nim spodziewać- ładnych zdań, odrobiny filozofii, zazwyczaj niezbyt długich historii. Tym razem jest podobnie, bo "Noc ognia" to niecałe 200 stron o wyprawie międzynarodowej wycieczki na pustynię i objawieniu, jakiego doświadczył bohater. I tu coś, co odróżnia tę książkę od pozostałych, bo bohater ma na imię Eric-Emmanuel i jest młodym absolwentem filozofii. Powieść autobiograficzna? Powieść autentyczna. 
Schmitt opisuje noc na pustyni, gdy odłączony od grupy doświadczył łaski wiary.  Odosobnienie na pustyni (scena prawie biblijna!) pozwoliła mu na przemyślenia, zmiany i  głębokie spojrzenie w głąb samego siebie.  Dzięki tej nocy, jak sam pisze: "moje ciało, moje serce i mój umysł wibrowały jednomyślnie, zamiast ciągnąc każde w swoją stronę".  To opowieść o poznaniu wiary, siebie i mocy modlitwy. Książka przez to inna niż dotychczasowe i najbardziej osobista.  Z jednej strony-przez miejsce akcji i sposób narracji, jest rozbudowaną przypowieścią, z drugiej, jest cały czas charakterystyczną dla Schmitta ciekawie rozpisaną  fabułą.  

"Na pograniczu gorącej wiary
I nieuniknionych zwątpień
Rodzi się poznanie Boga
Który jest jak przypływ o odpływ
Wielkich wód..." Pisał Brandstaetter.   I pisze Schmitt.

Eric-Emmanuel Schmitt, "Noc ognia". Przeł. Łukasz Muller. Wyd. Znak. Kraków 2016.

niedziela, 22 października 2017

"Chórzystki" wiele głosów, jeden chór

Wiele jest książek o kobiecej przyjaźni. "Chórzystki" to powieść o sile kobiet, które razem śpiewają w chórze i próbują przetrwać wojnę. Akcja książki toczy się w roku 1940, w małym miasteczku w hrabstwie Kent. Gdy mężczyźni jadą na wojnę, pastor decyduje się zawiesić próby chóru. Ale wtedy zjawia się ona- panna Trent, pełna zapału i entuzjazmu dyrygentka, która mobilizuje kobiety do założenia chóru żeńskiego. Mimo początkowych obaw okazuje się że próby chóry stają sposobem na to, aby przez chwilę zająć się czymś innym niż wojna i zażyć odrobiny normalności. Kobiety należące do chóru reprezentują różne środowiska- są dwie siostry Kitty i Venetia, córki brygadiera, który trzęsie całym miasteczkiem- młodsza marzy o zostaniu artystką, starsza jest miejscową pięknością, w głowie ma tylko romanse. Do chóry należy też pielęgniarka, której syn zaciągnął się do armii, akuszerka, robiąca szemrane interesy. Próbom przysłuchuje się mała uciekinierka z Czechosłowacji, Silvia. Losy tych kobiet połączą się tajemnicami, intrygami, nieszczęściami i momentami chwały. A każda opowie o nich sama, gdyż "Chórzystki" to powieść rozpisana na listy i pamiętniki głównych bohaterek. 

Autorkę zakonspirowała akcja, którą na początku wojny zainicjowała organizacja Mass Observation- zachęcała ona do prowadzenia dzienników i pamiętników. Część z tych zapisków trafiała potem do gazet, część pozostawała jako świadectwo tamtych dni w domach autorek. Jennifer  Ryan pisząc powieść korzystała z zapisków swojej babci i jej koleżanek. Dzięki pierwszoosobowej narracji lepiej poznajemy motywacje pań, prawdziwe wydarzenia, o których pozostałe tylko plotkują. Możemy lepiej przyjrzeć się rozwojowi Venetii, która z pustej choć pięknej dziewczyny zmienia się w świadomą trudów życia kobietę, poznajemy tajemnicę zamiany noworodków. Widzimy też jak pielęgniarka zaczyna wreszcie żyć i pokazuje swoją siłę i wielkie życiowe doświadczenie. 

"Chórzystki" to powieść momentami zabawna, czasem wzruszająca, czasem przerażająca, powieść, którą świetnie się czyta, a po jej zamknięciu w głowie sporo zostaje do przemyślenia. Powieść o wojnie, zmieniającym się świecie, wystawionych na próbę relacjach rodzinnych i przyjacielskich. To też kolejny głos mówiący, że sztuka i obecność ludzi, których łączą wspólne pasje i doświadczenia daje siłę do walki. Książka, która powinny przeczytać dyrygentki i nauczycielki sztuki, aby po raz kolejny udowodnić sobie jak wielką moc ma nie tylko wspólne muzykowanie, ale także rozwijanie talentów i doświadczenie wspólnoty przy okazji prób i tworzenia.
Jennifer Ryan, "Chórzystki". Przeł. Nina Dzierżawska. Wyd. Czarna Owca. Warszawa 2017. 

niedziela, 15 października 2017

"Dziwny człowiek..."bruderszatu ze śmiercią ciąg dalszy

Ledwo się spostrzegłam, a na bibliotecznej półce czekały na mnie kolejne opowieści z akuninowskiego cyklu "Bruderszaft ze śmiercią" (pierwszy tom tu, a drugi tu). Autor kontunuuje przygodę z gatunkami i tym razem  proponuje opowieść mistyczną i szkic frontowy. "Dziwny człowiek", którego bohaterem jest znany już kapitan Josef von Teofels to opowieść o spotkaniu niemieckiej rzeczowości ze słowiańską duszą. Niemiecki szpieg, opuszcza sztab ("Nie został stworzony do życia rodzinnego. Nie ta rasa, nie ta grupa krwi.") i udaje się do Petersburga, aby działać na chwałę swego kraju i zgubę rosyjskiego majora. Udając uczucie do rosyjskiej księżnej przenika do wyższych sfer i tam spotyka jego. Rasputina.  Z jednej strony mistycyzm, z drugiej siła szeptanego marketingu. Co z tego wyniknie?   

Druga opowieść to historia znanego doskonale Saszy Romanowa, który kontynuuje swoją pracę z rosyjskim wywiadzie i dojrzewa na oczach czytelnika. W   "Grzmijcie fanfary zwycięstwa" jest już pewnym siebie agentem, który tym razem stara się pokrzyżować szyki Austriakom, a jednocześnie angażuje się w sprawy Ukraińców. 

Przyznam, że z tego tomu przygody niemieckiego szpiega bardziej przypadły mi do gustu- większe napięcie i zaskoczenie. Ale nie zmienia to faktu, że Akunin kolejny raz dowodzi swojego świetnego warsztatu i maestrii działania w obrębie gatunku. A dodatkowo w tych opowiadaniach, zamiast cytatów z piosenek ludowych, pieśni i arii pojawiają się napisane przez niego piosenki patriotyczne i ludowe. Człowiek orkiestra;) Powtórzę, że głowni bohaterowie tej serii (Romanow i coraz bardziej rozpychający się łokciami von Teofels) nie są postaciami na miarę Fandorina. Ale Fandorin może być tylko jeden! A opowiadania Akunina mają humor, nerw i klasę. Resztę trzeba sobie dośpiewać.

Boris Akunin,”Dziwny człowiek/Grzmijcie fanfary zwycięstwa. Bruderszaft ze śmiercią”. Przeł. Piotr Fast. Wyd. Replika. Poznań 2017.

niedziela, 8 października 2017

"Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze", a Ty?

Eleanor nie jest taka, jak większość bohaterek sympatycznej babskiej obyczajówki.  Ma problemy w relacjach interpersonalnych,  zaburzenia społeczne, stanowczo za dużo pije i nie może wyzwolić się toksycznego wpływu matki.  Ale pewnego dnia zakochuje się, jak zupełnie zwykła bohaterka obyczajówki. Jednak to jej zakochanie nie jest aż tak typowe. A i kolejne zachowania odbiegają od norm. Eleanor jest po prostu bardzo samotna.  I choć wydaje się, że ma w życiu wszystko czego potrzebuje,  dopiero kolejne wydarzenia sprawiają, że jej, wydawało się, bezpieczny i poukładany świat ma bardzo wiele luk. 

Eleanor jest prawdziwa, szczera  i często zadziwiona otaczającą ją rzeczywistością (ludzie są bardziej życzliwi jeśli ktoś dobrze wygląda; pójście do salonu Bobby Brown nie oznacza, że pani Brown zrobi makijaż; na odzieżowych zakupach można wydać pieniądze na rzeczy niepraktyczne; ludzie pytający jak się czujemy nie zawsze chcą znać prawdę;  buty na rzepy nie pasują do wszystkiego).  Zakochanie bohaterki powoduje ciąg zmian w jej życiu. Bo dla wspaniałego muzyka, który na pewno jest jej pisany można się zmienić. Nieważne, że go nie zna...  Czy jest happy end? Jest, ale nie taki, jakiego możemy się spodziewać po typowej obyczajówce.  Najszczęśliwszym zakończeniem, które w sumie nie jest wcale zakończeniem jest odnalezienie przez bohaterkę równowagi.  Typowa  sympatyczna obyczajówka nie kojarzy nam się z powieściami o zaburzeniach, omawianych u psychologa lękach i fobiach. Jej bohaterki nie mają blizn po pożarach, a książęta na białych koniach nie noszą flaneli.  I w tym zderzeniu opowieści, która jest opowieścią o Kopciuszku, ale z pewnymi ciekawymi zawijasami fabularnymi, tkwi siła debiutu Gail Honeyman. Książka o depresji, uzależnieniu, toksycznych relacjach, nieprzepracowanej traumie z dzieciństwa, porażającej samotności, o tym, co może kryć się pod wyrażeniem, że "mam się całkiem dobrze". Książka o poszukiwaniu harmonii, wyjściu ze swojej skorupy i dostrzeżeniu w życiu większych atrakcji niż zakupy w Tesco. To ta sama powieść! I ta sama bohaterka, która czasem zabawnie, czasem z przerażającą szczerością opisuje mechanizmu społeczne i życie codzienne.  Warto przeczytać i warto czekać na kolejna książkę autorki, bo to może być bardzo ciekawy głos w świecie obyczajowych powieści nie tylko dla kobiet!  A gdy ktoś odruchowa zapyta jak się mamy, może odpowiemy inaczej niż zwykle :)

Gail Honeyman, "Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze". Przeł. Magdalena Słysz. Wyd. HarperCollins Polska. Warszawa 2017.

niedziela, 1 października 2017

"Wiktoria" młoda królowa

Zanim królowa Wiktoria stała się krągłą królową we wdowim welonie, zanim jej imię stało się hasłem charakteryzującym epokę, zanim stała się jedną z najsłynniejszych nosicielek hemofilii, była młodą dziewczyną. Czy jej wejście na tron wyglądało tak jak w serialu i książce Daisy Goodwin? Jak pięknie mówią Włosi, jeśli to nieprawda, to dobrze opowiedziane. 

Serial "Wiktoria" i powieść jego scenarzystki pokazują Wiktorię w przededniu wieści o tym, że zostanie królową, a także w pierwszych latach jej panowania. Książka kończy się, gdy królowa decyduje się na ślub z księciem Albertem, film pokazywała jeszcze kilka wydarzeń z ich późniejszego życia. Ponieważ oglądałam serial, trudno  nie odnosić do niego powieści, tym bardziej, że jest ona scenariuszem oprawionym w nieodzowne w powieści opisy. Odnotować też trzeba, że w serialu było nieco więcej wątków pobocznych (np. dotyczących życia służby, przez co zahaczał on o modne teraz opowieść zza kuchennych drzwi), natomiast książka koncentruje się na samej królowej. Na jej dorastaniu, na ukazaniu, że Wiktoria, późniejszy wzorzec cnót, była dziewczyną zdecydowaną, pracowitą i na swoje czasy bardzo wyemancypowaną, która opierała się szybkiemu zamążpójściu i starała się rządzić ( i myśleć) samodzielnie. Goodwin pokazuje, że świat władzy, w który weszła młodziutka królowa był nie tylko pełen intryg i układów, ale też bardzo niechętny zmianom  narzucanym przez kobietę. W zdominowanym przez mężczyzn świecie Wiktoria musiała cały czas uczyć się, udowadniać, że jej rolą nie jest tylko urodzenie następcy tronu, ale także opierać się atakom własnej rodziny.  Zmagała się też kompleksem swego niskiego wzrostu oraz niemieckim akcentem.Słowem-nie miała łatwo. 

Autorka pokazuje Wiktorię nie tylko jako uczącą się bycia monarchinią, ale także jako dorastającą kobietę- zauroczoną mądrością swego premiera, dbającą o to, by dobrze wyglądać,zauważającą w otaczającym ją świecie problemy, przed którymi ją chroniono.   Książką i film pokazują sprawę niby oczywistą, ale wartą przypomnienia- że każda postać znana z historii, zanim do niej weszła i zapisała się na jej kartach, była kimś młodym, nieopierzonym i zmagającym się nowymi wyzwaniami. Pod tym względem historia Wiktorii może być ciągle interesująca i patrząc na zmieniający się świat polityki i biznesu, pouczająca. Bo Wiktoria niczym Bob Budowniczy; "dała radę". Czy będzie kolejny sezon serialu? Kolejna książka? Czekam! 

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz- tę książkę przekładało na polski dwoje tłumaczy.  O ile w stylu nie widać różnic, o tyle pojawiają się pewne niuanse, które pozwalają przyjrzeć się pracy tłumacza i redaktora- w pierwszych dwóch częściach (książka ma ich cztery), Wiktoria otrzymuje "miniaturę" Elżbiety I, potem  ma już "figurkę"- niby mała różnica, a przyznam, że chwilkę zastanawiałam się o co chodzi. Tak samo jak w chwili gdy ród Coburgów zmienił się trzeciej części w spolszczonych Koburgów. W takich chwilach przypominamy sobie o tłumaczach. I redaktorach! :) 

Daisy Goodwin, "Wiktoria". Przeł. Sylwia Chojnacka i Robert Waliś.Wyd. Marginesy, Warszawa 2017.

niedziela, 24 września 2017

"Lektor z pociągu 6.27" książkowa (nie)zwyczajność

Kiedyś jeździłam do pracy autobusem o 6.25,  ale nie było to nic specjalnie ekscytującego... Natomiast Guylain Vignolles potrafi zmienić poranną podróż  o 6.27 w wyjątkowy, literacki początek dnia. Pracuje w miejscu, które każdy mól książkowy chciałby od razu zamknąć: w fabryce utylizującej książki. Guylain wykrada fragmenty przeznaczonych na przemiał książek i czyta je współpasażerom.   Z czasem zaczyna czytać książki w domu starców, co jest miłą odskocznią w jego bardzo uporządkowanym i  spokojnym życiu (choć świetnie dogaduje się ze złotą rybką i kolegą z pracy, wielbicielem tragedii francuskiej, który zwykle mówi aleksandrynem). 
Pewnego dnia Guylain znajduje w pociągu pendriva z pamiętnikiem. Autorka opisuje życie równie zwyczajne, ale robi to w tak ciekawy sposób, że Guylain postanawia ją odszukać. A że autorka zapisków pracuje w centrum handlowym jako babcia klozetowa (choć sama absolutnie nie jest babcią!), sprawa wcale nie jest taka łatwa... Czy będzie happy end? I jaki w ogóle będzie end...

 Książka "Lektor z pociągu 6.27" jest, oczywiście, książką o miłości do książek i sile książek. Jest też opowieścią o ryzyku, jakie podejmuje człowiek robiąc coś inaczej niż zwykle. Jest historią o wykorzystanym impulsie. I jest do szpiku kości (czy raczej do najgłębszych warstw wklejki na wewnętrznej stronie okładki) francuska. Na czym polega ta francuskość? Na niesamowitej lekkości, na opowiedzeniu historii bez nagłych zwrotów akcji, z pewnym dystansem, humorem, delikatnością cieniowania. I z klarownością przekazu- niecałe 160 stron, z których każda jest po coś. Jest w tym troszkę klimatu "Amelii", lekkość "Delikatności", jest to trudne do zdefiniowania coś, co sprawia, że chce się czytać tę w gruncie rzeczy zwyczajną historię. O ile historie o książkach mogą być zwyczajne...

Jean-Paul Didierlaurent, "Lektor z pociągu 6.27". Przeł. Beata Geppert. Wyd.W.A.B. Warszawa 2015.

niedziela, 17 września 2017

"Pelagia i czarny mnich" widmo na mokradłach

Dobrze mieć autorów pewniaków i dobrze, gdy się nie przeczytało wszystkiego, co napisali! Zabrałam przygody siostry Pelagii na wakacje i gdyby nie świadomość, że nad polskim morzem gdy jest słońce, trzeba je chwytać, bo za godzinę może lać, nie wyszłabym na plażę, póki książka nie byłaby skończona. 

Akunin znów zabiera czytelnika w przeszłość,  do lat 70. XIX wieku, gdy młodzi rosyjscy intelektualiści czytali 'Biesy" , eleganckie moskwianki nosiły suknie z falbanami, a ludzie nauki coraz bardziej głowili się nad tym, co siedzi w głowie czy raczej psychice człowieka... I właśnie wtedy, a Nowoararackim monasterze, który dzięki specyficznemu zarządzaniu stał się państwem w państwie,   pojawia się widmo Czarnego Mnicha. Biskup Mitrofaniusz postanawia pomóc w rozwikłaniu zagadki i wysyła do położonego wśród bagien miasteczka trzech posłańców. Jednak ani dandys (który bardziej niż na śledztwie skupia się na romansach i epistolografii), ani pułkownik w cywilu, ani urzędnik-mądrala nie radzą sobie z zagadką. I wtedy do akcji wkracza ona, siostra Pelagia, która dla dobra śledztwa występuje jako wdowa. Oczywiście sprytną zakonnice "w cywilu" spotka wiele przygód, a zwroty akcji i bohaterowie, o których co rusz będziemy się dowiadywać czegoś nowego sprawią, że będziemy jej kibicować i, tak jak ona, podejrzewać i gubić się w domysłach... A o to, że sprawę rozwikła jesteśmy spokojni.  

Nie umiem napisać niczego odkrywczego o Akuninie- zbyt wiele już pochwał pod jego adresem słałam:) Znów jest wyjątkowy klimat, znów skomplikowana akcja i znów wspaniała bohaterka. I może w tym wypadku ona, kobieca bohaterka jest największą przyczyną zachwytu- Pelasi nie sposób nie lubić, a sympatia łączy się podziwem dla jej odwagi, sprytu i zdolności dedukcji. Przy tym siostra Pelagia jest bardzo skromną i delikatną z kobietą, co dodaje jej uroku i szczerości, nie jest awanturnicą, nie próbuje być męskim bohaterem w sukni z krynoliną, jest po prostu mądrą kobietą... Dobrze, gdy w perspektywie ma się jeszcze dwa tomy cyklu Kryminał prowincjonalny, w razie zastoju czytelniczego wiem, w którym kierunku iść!

Borys Akunin, "Pelagia i czarny mnich". Przeł. Wiktor Dłuski. Wyd. Noir Sur Blanc. Warszawa 2004.