niedziela, 15 października 2017

"Dziwny człowiek..."bruderszatu ze śmiercią ciąg dalszy

Ledwo się spostrzegłam, a na bibliotecznej półce czekały na mnie kolejne opowieści z akuninowskiego cyklu "Bruderszaft ze śmiercią" (pierwszy tom tu, a drugi tu). Autor kontunuuje przygodę z gatunkami i tym razem  proponuje opowieść mistyczną i szkic frontowy. "Dziwny człowiek", którego bohaterem jest znany już kapitan Josef von Teofels to opowieść o spotkaniu niemieckiej rzeczowości ze słowiańską duszą. Niemiecki szpieg, opuszcza sztab ("Nie został stworzony do życia rodzinnego. Nie ta rasa, nie ta grupa krwi.") i udaje się do Petersburga, aby działać na chwałę swego kraju i zgubę rosyjskiego majora. Udając uczucie do rosyjskiej księżnej przenika do wyższych sfer i tam spotyka jego. Rasputina.  Z jednej strony mistycyzm, z drugiej siła szeptanego marketingu. Co z tego wyniknie?   

Druga opowieść to historia znanego doskonale Saszy Romanowa, który kontynuuje swoją pracę z rosyjskim wywiadzie i dojrzewa na oczach czytelnika. W   "Grzmijcie fanfary zwycięstwa" jest już pewnym siebie agentem, który tym razem stara się pokrzyżować szyki Austriakom, a jednocześnie angażuje się w sprawy Ukraińców. 

Przyznam, że z tego tomu przygody niemieckiego szpiega bardziej przypadły mi do gustu- większe napięcie i zaskoczenie. Ale nie zmienia to faktu, że Akunin kolejny raz dowodzi swojego świetnego warsztatu i maestrii działania w obrębie gatunku. A dodatkowo w tych opowiadaniach, zamiast cytatów z piosenek ludowych, pieśni i arii pojawiają się napisane przez niego piosenki patriotyczne i ludowe. Człowiek orkiestra;) Powtórzę, że głowni bohaterowie tej serii (Romanow i coraz bardziej rozpychający się łokciami von Teofels) nie są postaciami na miarę Fandorina. Ale Fandorin może być tylko jeden! A opowiadania Akunina mają humor, nerw i klasę. Resztę trzeba sobie dośpiewać.

Boris Akunin,”Dziwny człowiek/Grzmijcie fanfary zwycięstwa. Bruderszaft ze śmiercią”. Przeł. Piotr Fast. Wyd. Replika. Poznań 2017.

niedziela, 8 października 2017

"Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze", a Ty?

Eleanor nie jest taka, jak większość bohaterek sympatycznej babskiej obyczajówki.  Ma problemy w relacjach interpersonalnych,  zaburzenia społeczne, stanowczo za dużo pije i nie może wyzwolić się toksycznego wpływu matki.  Ale pewnego dnia zakochuje się, jak zupełnie zwykła bohaterka obyczajówki. Jednak to jej zakochanie nie jest aż tak typowe. A i kolejne zachowania odbiegają od norm. Eleanor jest po prostu bardzo samotna.  I choć wydaje się, że ma w życiu wszystko czego potrzebuje,  dopiero kolejne wydarzenia sprawiają, że jej, wydawało się, bezpieczny i poukładany świat ma bardzo wiele luk. 

Eleanor jest prawdziwa, szczera  i często zadziwiona otaczającą ją rzeczywistością (ludzie są bardziej życzliwi jeśli ktoś dobrze wygląda; pójście do salonu Bobby Brown nie oznacza, że pani Brown zrobi makijaż; na odzieżowych zakupach można wydać pieniądze na rzeczy niepraktyczne; ludzie pytający jak się czujemy nie zawsze chcą znać prawdę;  buty na rzepy nie pasują do wszystkiego).  Zakochanie bohaterki powoduje ciąg zmian w jej życiu. Bo dla wspaniałego muzyka, który na pewno jest jej pisany można się zmienić. Nieważne, że go nie zna...  Czy jest happy end? Jest, ale nie taki, jakiego możemy się spodziewać po typowej obyczajówce.  Najszczęśliwszym zakończeniem, które w sumie nie jest wcale zakończeniem jest odnalezienie przez bohaterkę równowagi.  Typowa  sympatyczna obyczajówka nie kojarzy nam się z powieściami o zaburzeniach, omawianych u psychologa lękach i fobiach. Jej bohaterki nie mają blizn po pożarach, a książęta na białych koniach nie noszą flaneli.  I w tym zderzeniu opowieści, która jest opowieścią o Kopciuszku, ale z pewnymi ciekawymi zawijasami fabularnymi, tkwi siła debiutu Gail Honeyman. Książka o depresji, uzależnieniu, toksycznych relacjach, nieprzepracowanej traumie z dzieciństwa, porażającej samotności, o tym, co może kryć się pod wyrażeniem, że "mam się całkiem dobrze". Książka o poszukiwaniu harmonii, wyjściu ze swojej skorupy i dostrzeżeniu w życiu większych atrakcji niż zakupy w Tesco. To ta sama powieść! I ta sama bohaterka, która czasem zabawnie, czasem z przerażającą szczerością opisuje mechanizmu społeczne i życie codzienne.  Warto przeczytać i warto czekać na kolejna książkę autorki, bo to może być bardzo ciekawy głos w świecie obyczajowych powieści nie tylko dla kobiet!  A gdy ktoś odruchowa zapyta jak się mamy, może odpowiemy inaczej niż zwykle :)

Gail Honeyman, "Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze". Przeł. Magdalena Słysz. Wyd. HarperCollins Polska. Warszawa 2017.

niedziela, 1 października 2017

"Wiktoria" młoda królowa

Zanim królowa Wiktoria stała się krągłą królową we wdowim welonie, zanim jej imię stało się hasłem charakteryzującym epokę, zanim stała się jedną z najsłynniejszych nosicielek hemofilii, była młodą dziewczyną. Czy jej wejście na tron wyglądało tak jak w serialu i książce Daisy Goodwin? Jak pięknie mówią Włosi, jeśli to nieprawda, to dobrze opowiedziane. 

Serial "Wiktoria" i powieść jego scenarzystki pokazują Wiktorię w przededniu wieści o tym, że zostanie królową, a także w pierwszych latach jej panowania. Książka kończy się, gdy królowa decyduje się na ślub z księciem Albertem, film pokazywała jeszcze kilka wydarzeń z ich późniejszego życia. Ponieważ oglądałam serial, trudno  nie odnosić do niego powieści, tym bardziej, że jest ona scenariuszem oprawionym w nieodzowne w powieści opisy. Odnotować też trzeba, że w serialu było nieco więcej wątków pobocznych (np. dotyczących życia służby, przez co zahaczał on o modne teraz opowieść zza kuchennych drzwi), natomiast książka koncentruje się na samej królowej. Na jej dorastaniu, na ukazaniu, że Wiktoria, późniejszy wzorzec cnót, była dziewczyną zdecydowaną, pracowitą i na swoje czasy bardzo wyemancypowaną, która opierała się szybkiemu zamążpójściu i starała się rządzić ( i myśleć) samodzielnie. Goodwin pokazuje, że świat władzy, w który weszła młodziutka królowa był nie tylko pełen intryg i układów, ale też bardzo niechętny zmianom  narzucanym przez kobietę. W zdominowanym przez mężczyzn świecie Wiktoria musiała cały czas uczyć się, udowadniać, że jej rolą nie jest tylko urodzenie następcy tronu, ale także opierać się atakom własnej rodziny.  Zmagała się też kompleksem swego niskiego wzrostu oraz niemieckim akcentem.Słowem-nie miała łatwo. 

Autorka pokazuje Wiktorię nie tylko jako uczącą się bycia monarchinią, ale także jako dorastającą kobietę- zauroczoną mądrością swego premiera, dbającą o to, by dobrze wyglądać,zauważającą w otaczającym ją świecie problemy, przed którymi ją chroniono.   Książką i film pokazują sprawę niby oczywistą, ale wartą przypomnienia- że każda postać znana z historii, zanim do niej weszła i zapisała się na jej kartach, była kimś młodym, nieopierzonym i zmagającym się nowymi wyzwaniami. Pod tym względem historia Wiktorii może być ciągle interesująca i patrząc na zmieniający się świat polityki i biznesu, pouczająca. Bo Wiktoria niczym Bob Budowniczy; "dała radę". Czy będzie kolejny sezon serialu? Kolejna książka? Czekam! 

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz- tę książkę przekładało na polski dwoje tłumaczy.  O ile w stylu nie widać różnic, o tyle pojawiają się pewne niuanse, które pozwalają przyjrzeć się pracy tłumacza i redaktora- w pierwszych dwóch częściach (książka ma ich cztery), Wiktoria otrzymuje "miniaturę" Elżbiety I, potem  ma już "figurkę"- niby mała różnica, a przyznam, że chwilkę zastanawiałam się o co chodzi. Tak samo jak w chwili gdy ród Coburgów zmienił się trzeciej części w spolszczonych Koburgów. W takich chwilach przypominamy sobie o tłumaczach. I redaktorach! :) 

Daisy Goodwin, "Wiktoria". Przeł. Sylwia Chojnacka i Robert Waliś.Wyd. Marginesy, Warszawa 2017.

niedziela, 24 września 2017

"Lektor z pociągu 6.27" książkowa (nie)zwyczajność

Kiedyś jeździłam do pracy autobusem o 6.25,  ale nie było to nic specjalnie ekscytującego... Natomiast Guylain Vignolles potrafi zmienić poranną podróż  o 6.27 w wyjątkowy, literacki początek dnia. Pracuje w miejscu, które każdy mól książkowy chciałby od razu zamknąć: w fabryce utylizującej książki. Guylain wykrada fragmenty przeznaczonych na przemiał książek i czyta je współpasażerom.   Z czasem zaczyna czytać książki w domu starców, co jest miłą odskocznią w jego bardzo uporządkowanym i  spokojnym życiu (choć świetnie dogaduje się ze złotą rybką i kolegą z pracy, wielbicielem tragedii francuskiej, który zwykle mówi aleksandrynem). 
Pewnego dnia Guylain znajduje w pociągu pendriva z pamiętnikiem. Autorka opisuje życie równie zwyczajne, ale robi to w tak ciekawy sposób, że Guylain postanawia ją odszukać. A że autorka zapisków pracuje w centrum handlowym jako babcia klozetowa (choć sama absolutnie nie jest babcią!), sprawa wcale nie jest taka łatwa... Czy będzie happy end? I jaki w ogóle będzie end...

 Książka "Lektor z pociągu 6.27" jest, oczywiście, książką o miłości do książek i sile książek. Jest też opowieścią o ryzyku, jakie podejmuje człowiek robiąc coś inaczej niż zwykle. Jest historią o wykorzystanym impulsie. I jest do szpiku kości (czy raczej do najgłębszych warstw wklejki na wewnętrznej stronie okładki) francuska. Na czym polega ta francuskość? Na niesamowitej lekkości, na opowiedzeniu historii bez nagłych zwrotów akcji, z pewnym dystansem, humorem, delikatnością cieniowania. I z klarownością przekazu- niecałe 160 stron, z których każda jest po coś. Jest w tym troszkę klimatu "Amelii", lekkość "Delikatności", jest to trudne do zdefiniowania coś, co sprawia, że chce się czytać tę w gruncie rzeczy zwyczajną historię. O ile historie o książkach mogą być zwyczajne...

Jean-Paul Didierlaurent, "Lektor z pociągu 6.27". Przeł. Beata Geppert. Wyd.W.A.B. Warszawa 2015.

niedziela, 17 września 2017

"Pelagia i czarny mnich" widmo na mokradłach

Dobrze mieć autorów pewniaków i dobrze, gdy się nie przeczytało wszystkiego, co napisali! Zabrałam przygody siostry Pelagii na wakacje i gdyby nie świadomość, że nad polskim morzem gdy jest słońce, trzeba je chwytać, bo za godzinę może lać, nie wyszłabym na plażę, póki książka nie byłaby skończona. 

Akunin znów zabiera czytelnika w przeszłość,  do lat 70. XIX wieku, gdy młodzi rosyjscy intelektualiści czytali 'Biesy" , eleganckie moskwianki nosiły suknie z falbanami, a ludzie nauki coraz bardziej głowili się nad tym, co siedzi w głowie czy raczej psychice człowieka... I właśnie wtedy, a Nowoararackim monasterze, który dzięki specyficznemu zarządzaniu stał się państwem w państwie,   pojawia się widmo Czarnego Mnicha. Biskup Mitrofaniusz postanawia pomóc w rozwikłaniu zagadki i wysyła do położonego wśród bagien miasteczka trzech posłańców. Jednak ani dandys (który bardziej niż na śledztwie skupia się na romansach i epistolografii), ani pułkownik w cywilu, ani urzędnik-mądrala nie radzą sobie z zagadką. I wtedy do akcji wkracza ona, siostra Pelagia, która dla dobra śledztwa występuje jako wdowa. Oczywiście sprytną zakonnice "w cywilu" spotka wiele przygód, a zwroty akcji i bohaterowie, o których co rusz będziemy się dowiadywać czegoś nowego sprawią, że będziemy jej kibicować i, tak jak ona, podejrzewać i gubić się w domysłach... A o to, że sprawę rozwikła jesteśmy spokojni.  

Nie umiem napisać niczego odkrywczego o Akuninie- zbyt wiele już pochwał pod jego adresem słałam:) Znów jest wyjątkowy klimat, znów skomplikowana akcja i znów wspaniała bohaterka. I może w tym wypadku ona, kobieca bohaterka jest największą przyczyną zachwytu- Pelasi nie sposób nie lubić, a sympatia łączy się podziwem dla jej odwagi, sprytu i zdolności dedukcji. Przy tym siostra Pelagia jest bardzo skromną i delikatną z kobietą, co dodaje jej uroku i szczerości, nie jest awanturnicą, nie próbuje być męskim bohaterem w sukni z krynoliną, jest po prostu mądrą kobietą... Dobrze, gdy w perspektywie ma się jeszcze dwa tomy cyklu Kryminał prowincjonalny, w razie zastoju czytelniczego wiem, w którym kierunku iść!

Borys Akunin, "Pelagia i czarny mnich". Przeł. Wiktor Dłuski. Wyd. Noir Sur Blanc. Warszawa 2004.

środa, 6 września 2017

"Zdobyć to, co tak ulotne" okładka to nie wszystko

Piękna okładka i paryskie tło sprawiły, że bardzo chciałam tę powieść przeczytać. Liczyłam na podróż w czasie i emocje... Nie do końca zdobyłam to, co tak ulotne w książce, gdyż jest ona, mimo wszystko w przyciężkawy sposób przewidywalna.  O Paryżu napisano tyyyyle, że ma się kilkanaście jeśli nie kilkadziesiąt kalek fabularnych, które można miksować, tworząc (nie) nowe historie. 

 Beatrice Colin łączy kilka elementów, które jednoznacznie wykazują na paryski charakter opowieści (budowa wieży Eiffla i postać samego konstruktora, świat malarzy, uzależniona od opium kobieta fatalna), dodaje do tego młodą szkocką wdowę, która towarzyszy bogatemu rodzeństwu podczas europejskich wojaży. Historia relacji owej wdowy i francuskiego inżynier, pomocnika Eiffla to główna oś fabuły (romansowa oczywiście, z jednym rozwiązaniem rodem z "Damy kameliowej" i finałem z "Pożegnania z Afryką"), do tego jeszcze problemy sercowe rodzeństwa (nikogo nie zaskoczy motyw lwa salonowego uwodzącego głupią turystkę). Puzzle układają się  w sposób oczywisty i czytając tę książkę można grać z samym sobą w przewidywanie kolejnych ruchów bohaterów. I wygra się na pewno, więc zabawa taka sobie... Na okładce wydawca zapowiada, że książka "stawia pytania o miejsce kobiety w świecie".  Nie do końca, bo wszystko idzie tu prostymi szlakami i postać Cait Wallace (wdowy)  nie jest żadnym przełomem w widzeniu kobiety, natomiast postać Emila, w jego rozmemłaniu i braku męskiego zdecydowania pokazuje dość nieprzyjemną postawę paryżanina, który zamiast przedsięwziąć jakieś kroki pozwala,aby w jego życiu mieszały kobiety. Różnice społeczne? Nie, zwykłe różnice ludzkie. A rzeczywistość paryska? Niestety, dość ulotna... Nie czyta się źle, ale spodziewałam się czegoś ciekawszego, głębszego, choćby lepiej zarysowanego portretu miasta i jego mieszkańców, a nie tylko ciągłego rozsznurowywania gorsetów. Kolejny dowód na to, że piękna okładka potrafi zwieść! 

Beatrice Colin, "Zdobyć to, co tak ulotne". Przeł. Dorota Konoracka-Sawa. Wyd. W.A.B. Warszawa 2017.

niedziela, 27 sierpnia 2017

IFLA 2017, bibliotekarze łączą się

Każdy z nas, zamknięty w swojej bibliotece, oczywiście wie, że bibliotekarzy jest wielu. Spora grupa zawodowa, pewnie sporo pomysłów, sporo wyzwań... Wie, że gdzieś w USA, Australii czy Skandynawii funkcjonują biblioteki, bo biblioteki są częścią cywilizacji. Wie, ale o tym nie myśli. Kongres IFLA to wydarzenie, które pozwala zmienić "wie" na "widzi", "domyśla się" na "obserwuje". 

Ponad 3 tysiące delegatów z ponad 150 krajów, ze wszystkich kontynentów, którzy na prawie 250 wykładach  opowiadali o swojej działalności i dzielili się pomysłami i doświadczeniami, pozwoliło zobaczyć jak wielka siła drzemie w ludziach książki. W środowisko na co dzień mało spostrzeganym i docenianym. Ale bibliotekarze nie pracują dlatego, że chcą być w blasku kamer (od tego są inne zawody!). Pracują, bo wierzą, że ich codzienna praca jest ważna i potrzeba dla ich społeczności. I nieważne czy jest to pełna technologii japońska biblioteka,  filia w Rosji, która stała się centrum kulturalnym niewielkiej mieściny,  biblioteka w Norwegii, która w czasie wymarcia takich miejsc codziennych spotkań jak poczty i sklepy, stała się miejscem rozmów, plotek, debat ludzi żyjących wśród technologii i tracących osobisty kontakt z żywym człowiekiem. Przypomnieliśmy sobie o tym, jak ważną rolę w społeczeństwie pełnią biblioteki, dowiedzieliśmy się do jakich poświeceń zdolni są bibliotekarze, gdy dookoła szaleje wojna i książki (nośniki pamięci i dziedzictwa narodowego) są zagrożone. Poznaliśmy się, rozmawialiśmy i z dużą radością dowiadywaliśmy się, że  pracujemy podobnie- mamy zajęcia dla dzieci, spotkania autorskie, akcje czytelnicze, przestrzenie biblioteczne są miejscami pogawędek sąsiadów i znajomych.  Wrażeń  z kongresu jest bardzo dużo, ale jednym z ważniejszych jest to, że w takich  chwilach czuje się, że bibliotekarz to naprawdę brzmi dumnie! I nie chodzi tu o chwilowa poprawę samopoczucia, ale motywację do ciągłego działania :)  

czwartek, 17 sierpnia 2017

"Londyn" rzeka ludzi i historii



Londyn- miasto porównywane przez autora do rzeki. Tamiza jest oczywista, ale rzeka Rutherfurda jest też rzeką pełną dopływów. I to właśnie dopływy tworzą całość. Dopływów ludzi, którzy osiedlają się w Londynie tworząc miasto niezwykłe i  różnorodne. Autor zabiera nas w podróż, która zaczyna się jeszcze w czasach rzymskich, a kończy latach 90. XX wieku.  Płyną lata, zmieniają się czasy, królowie, rzeczywistość polityczna, a  kolejne pokolenia  poznanych przez nas rodzin przechodzą rozmaite zawirowania. Jest rodzina, która zaczyna od straganu rybnego, a potem wchodzi w szeregi arystokracji.  Jest rodzina  z błoną między palcami... Są kolejne pokolenia  i prawe oraz nieprawe dzieci i zmiany nazwisk. Są wzajemne koligacje i niesnaski. Są wydarzenia, które dzielą i łączą: religia, podglądy na monarchię, podejście do ekonomii….

Autor sporo miejsca poświęcił  średniowieczu,  a potem znajdujemy się w czasach  Henryka VIII, z którego odcięcia się od kościoła katolickiego wynikają następne rozłamy między  bohaterami. Potem czasy Szekspira z którym współzawodniczy jeden z bohaterów, dalej lata regencji i kolejnych przemian politycznych, czasy królowej Wiktorii, emancypacji kobiet, wreszcie wiek XX. Do Londynu przybywają emigranci i wyjeżdżają kolonizatorzy Nowego Świata.  I rzeka płynie… Bogaci, biedni, bogaci, którzy tracą majątek, biedni, którzy zyskują pieniądze; historie przekrętów, rzucanych na siebie wzajemnie klątw. Mozaika ludzkich losów, zachowań , opowieść o sile dziedziczenia i chęci przeciwstawienia się genom. Jak w poprzednich książkach  ("Paryż" i "Nowy Jork" )znów losy zwykłych ludzi  zależne i zaprzężone do wielkiej polityki. Ta sama potoczystość, zwroty akcji i historie o ludziach, którzy zawsze są przedstawicielami swoich czasów. Na długie leniwe popołudnie pod gruszą- idealne, bo wciąga!

 Edward Rutherfurd, "Londyn". Przeł.  Elżbieta Smoleńska. Wyd. Czarna Owca. Warszawa 2016.

czwartek, 27 lipca 2017

"Pod słońcem Toskanii" piękno pomidora

Gdyby szukać filmu, który ma być ekranizacją, a wyjątkowo rozmija się z książką, to film "Pod słońcem Toskanii" miałby szansę na wysokie miejsce. Film bowiem, choć przyjemny, nie ma (poza scenami remontowania domu przez polskich robotników) z historią Mayes nic wspólnego. A poza tym to zupełnie inna historia. I w sumie trudno się dziwić, że scenarzyści zamiast historii codzienności amerykańskiej pisarki i jej męża, którym serce rośnie na myśl o wizycie w winnicy, postanowili opowiedzieć o rozwódce z depresją, której przystojny Włoch i szalona rzekoma muza Felliniego pomagają odnaleźć radość życia.

 Prawda jest taka, że książka "Pod słońcem Toskanii" nie jest ani trochę filmowa. Nie ma fabuły, osi wydarzeń. I to książce jako takiej w niczym nie przeszkadza. Jest to bowiem opowieść o prostych radościach zwykłego życia w otoczeniu wspaniałej przyrody, zabytków i słońca. I jedzenia.  Dwa rozdziały poświęcone tylko przepisom kuchni toskańskiej oraz mnóstwo akapitów o zakupach spożywczych, sklepach z żywnością, restauracjach i daniach:o przystawkach, makaronach i lodach. Książka odprężająca, przeczytana nieśpiesznie przez Danutę Stenkę, której głos świetnie pasuje i do opisów tynkowania i smażenia szałwii. Książka niosąca sporo spokoju w zabieganiu i zgiełku, bo przesiąknięta jest starą zasadą festina lente i duchem, który dziś nazwalibyśmy modnie hygge, a tak naprawdę jest znów starym carpe diem.  Przyjemna lektura, którą można czytać na przednówku, gdy brakuje słońca, albo teraz, żeby docenić i nasze polskie lato, bo świetnie rozumiem zachwyt nad włoskim niebem i pomidorem, ale istotą tej książki jest zachwyt sam w sobie. A jego przedmiotem może być równie dobrze polska porzeczka ;)

Frances Mayes, "Pod słońcem Toskanii". Przeł. Zofia Kierszys. Wyd. Agora. Warszawa 2012. Czyta Danuta Stenka.

poniedziałek, 24 lipca 2017

"Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender" dorastanie ze skrzydłami



Są dwie szkoły-jedna mówi, że jeśli się nie przepada za pewnymi gatunkami, należy je omijać z daleka, druga-że próbować, bo może zaskoczy... Po lekturze „Osobliwych i cudownych przypadków Avy Lavender”, skłaniam się ku szkole pierwszej. Ava rodzi się ze skrzydłami, jest kolejną w szeregu kobiet ze swojej rodziny naznaczoną czymś niezwykłym- jedna jej krewna miała wyjątkowy węch, inna wzbudzała w ludziach wielki zachwyt. Ava opowiada historię rodziny, a w końcu i swoją, w której nie brakuje strasznych momentów- bo musi być strasznie, gdy ktoś obsesyjnie będzie w nastolatce ze skrzydłami widział anioła. W liniach bocznych tych nakładających się na siebie rodzinnych opowieści jest miejsce na historię matki Avy, która dopiero po wielu latach zrozumiała, że kocha kogoś, kogo przez całe życie uważała jedynie za znajomego. Jest i opowieść o piekarni, w której każdy znajdował ulubione smakołyki, jest niebywała zdolność  autystycznego brata dziewczyny do widzenia przyszłości, jest historia prababki, która kochała tylko do ukończenia dziewiętnastu lat. Rodzinne niesnaski, zależności, sercowe wzloty i gorzkie upadki, wynikające z tego, że jak powtarza się w tej rodzinie "miłość robi z nas głupców". Robi, ale cóż poradzić...

Po lekturze (która trwała dość długo) zostałam bez zachwytów. Autorka z jednej strony proponuje nam powieść o dojrzewaniu z nurtu young adult, z drugiej realizm magiczny. Na pierwszy jestem już za stara, za drugim nie przepadam (poza tym nie wystarczy dać bohaterce skrzydła, by być kontynuatorem tradycji Marqueza!). W opiniach o tej książce pojawiają się pochwały poetyckiego języka, mnie nie powalił, nie zaintrygował, a jedynym miejscem, gdy bardziej zatrzymałam się na czytanym tekście był fragment o wyciąganiu szpilki i włosów z "koku" (korekta i redakcja machają radośnie... skrzydełkami). Owszem, nastrój powieści jest trochę z pogranicza prozy życia i poezji uczuć, ale mimo wszystko nie zawładnął moją wyobraźnią i  nie wciągnął w losy bohaterów. Nawet zakończenie, które jest niejednoznaczne, nie wzbudziło gwałtowniejszych uczuć. I to nie dlatego, że jestem niewrażliwa;)
  
Dla kogo jest ta książka?  Prawdopodobnie dla młodzieży, bo mówi o inności, czyli tym, co dotyka chyba każdego nastolatka- każdy może czuć się inna niż rówieśnicy, nawet jeśli nie ma skrzydeł. Inność jest w przypadku Avy niebezpieczna, prowadzi do wydarzeń trudnych i tragicznych, więc nie wiem, czy niepewna nastolatka będzie chciała się utożsamiać z Avą.  Choć nie wykluczam, że szczypta fantastyki sprawi, że młodzi odbiorcy sięgną po tę powieść skuszeni połączeniem popularnych nurtów (i ciekawą okładką!). Czy im się spodoba, nie mnie oceniać, bo nie jestem modelowym odbiorcą tej literatury, a lektura „Osobliwych przypadków…” tylko mnie w tym myśleniu utwierdziła. 


Leslye Walton, "Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender". Przeł. Regina Kołek. Wyd. Sine Qua Non, Kraków 2016.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Austen i jej wspaniali mężczyźni


 Gdyby Jane Austen nie stworzyła tylu sympatycznych bohaterek, których losy wzruszają po dziś dzień, pewnie rocznica jej śmierci przeszłaby bez echa. Jednak, chociaż bardzo zmienił się status kobiety,  problemy z majoratem są przeszłością, a małżeństwa z rozsądku nie są codziennością,  bohaterki ciągle są bliskie czytelniczkom.  Ale jeszcze bliżsi są z pewnością panowie, bo pamiętamy o bohaterkach, a często zapominamy, że dziełem Austen są również niezwykle wyraziści mężczyźni, stający się ideałami kobiet w każdym wieku.
Ot, taki pan Darcy…  Może trochę dumny, ale przecież honorowy, pomocny i szczery.  Te cechy, a także 10 tysięcy rocznie i majątek Pemberly, wystarczą, by stać się najbardziej rozpoznawalnym męskim bohaterem Austen. I on,  Colin Firth. Bo choć Pana Darcy’ego grało wielu aktorów (m.in. Laurencie Oliver), to właśnie Colin jest dla wielu (albo wszystkich?) pierwszym obrazem, który pojawia się pod powiekami, gdy ktoś rzuci hasło:Pan Darcy. Aktorowi ta rola otwarła drogę  serc publiczności, dała szanse na karierę, którą Firth świetnie wykorzystał. Bo  znalazł złoty środek między rolami w filmach poważnych i rozrywkowych,  między "Samotnym mężczyzną" a "Mamma mia".  Jest ceniony, nagradzany i kochany. I cały czas przystojny.  Poza tym pokazał, że umie się dystansować od tej roli i słynnej sceny z mokrą koszulą- raz: udzielając wywiadu w drugiej części książkowego dziennika Bridget Jones (Helen Fielding wymieniła aktora w podziękowaniach) , dwa: grając Marca w ekranizacji przygód Bridget – swoistej „Dumie i uprzedzeniu” przełomu wieków, z identycznym trójkątem uczuciowym i szaloną mamuśką.  To w dużej mierze dzięki niemu pan Darcy jest jednym idealnych popkulturowych, choć książkowych mężczyzn.  

Pan Knightley  z „Emmy”  jest równie, a może nawet bardziej wart uwagi- o ile Darcy pojawia się, robi zamieszanie i w końcu zyskuje sympatię, o tyle pana Jerzego poznajemy od samego początku jako niezawodnego przyjaciela domu.  Jest przy Emmie od zawsze, patrzy jak dziewczyna dorasta, a w czasie trwania akcji powieści obserwuje jej poczynania. Jest przyjacielem w najszerszym i najgłębszym znaczeniu tego słowa- umie docenić,  ale umie też powiedzieć, że Emma zachowuje się źle i chyba tylko jego słowa robią na dziewczynie wrażenie. Potrafi się oddalić, gdy widzi, że Emma zaczyna darzyć uczucie Franka, ale zawsze jest blisko, tak na wszelki wypadek.  Austen w „Emmie” nie pisze o miłości od pierwszego wejrzenia, o wielkim porywie serca, o pokonywaniu przeszkód- para jest sobie równa stanem i urodzeniem, za to pisze o przyjaźni, obecność i trwałej miłości, która z tego wyrasta. Gdyby Emma nie była tak pewna siebie i przekonana o luksusie bycia bogatą samotną kobietą,  gdyby szybciej zorientowała się, jakiego wspaniałego ma sąsiada- zamiast powieści mielibyśmy opowiadanie. I nie poznalibyśmy żony pastora, bez której atlas literackich wcieleń głupoty byłby znacznie uboższy. Wspominając pana Knightley’a nie sposób pominąć Jeremy’ego Northama, który dał mu w ekranizacji nie tylko ujmującą  powierzchowność, ale przede wszystkim ciepło i spokój.   
 
Zestawienie wspaniałych mężczyzn Ausenowskich  nie może się obyć bez pułkownika Brandona z "Rozważnej i romantycznej" (znacznie ciekawszej postaci niż dobry, ale ciapowaty Edmund Ferrars). Pułkownik jest kimś drugiego wyboru- Marianna dostaje go jako nagrodę pocieszenia po  złamanym przez Willoughby’ego sercu. Oj! żeby po każdym nietrafionym sercowym wyborze trafiał się taki Brandon życie byłoby cudowne.  Brandon, który od początku skłania swe serce ku trzpiotce Mariannie, jest mężczyzną po przejściach,  człowiekiem statecznym, traktowanym z wielkim szacunkiem. Sama Marianna  widzi w  nim wymagającego opieki nie żony, a pielęgniarki starca, który w trzydziestym piątym roku życia musi nosić flanelowe kamizelki (co dziwne- niewiele młodszy Knightley nie jest traktowany jak staruszek). Dopiero z czasem dziewczyna zaczyna doceniać nie tylko dobre serce, ale i umysł pułkownika, który zna się nawet na poezji. Można zakrzyknąć: czym ona sobie zasłużyła na jego uczucie? Ano właśnie niczym, bo miłość pułkownika nie jest nagrodą za zasług i cnoty, ale za fakt istnienia. Romantyzm i szczerość w czystej postaci. Czym jeszcze Brandon zaskarbił sobie mój sentyment?Działaniem. Jako jeden z nielicznych bohaterów nie zostawia spraw swojemu biegowi (gdyby dawna narzeczona Edmunda nie zakochała się w jego bracie, ten dobrze wychowany nieśmiałek ożeniłby się z nią), tylko coś ROBI. Gdy Marianna leży z gorączką, on chce działać, chce pomóc, być aktywny, a nie biernie czekać i łkać. Męskość w czystej postaci. Nie muszę dodawać, że gdy scena ta zmienia się z literackiej w filmową i Alan Rickman wskakuje na konia, męskość rozsadza ekran i przepełnia serce, wołające: tak robi prawdziwy facet, a nie fujara (Edmunda o takie zachowanie bym nie podejrzewała… ).

 Jak widać z powyższego zestawienia,  Austenowskie charaktery  przenikają się z i dopełniają z ekranizacjami.  Cóż, Austen, gdyby żyła dziś, byłaby zapewne scenarzystką w fabryce snów. A tak jest autorką, która poznała nie tylko ludzką głupotkę, kobiece emocji, ale także winna jest spaczeniu kobiecego postrzegania męskiego rodu. Bo kolejne pokolenia poszukują Darcy’ego, Knightley’a i Brandona.  Panów męskich, cudownych i… bogatych. Bo przyjemnie być panią na Pemberly; ) I pomyśleć, że Austen,panna z wyboru lub przypadku, pisała w "Dumie i uprzedzeniu": „"Świat cierpi na brak mężczyzn, szczególnie tych, którzy są cokolwiek warci." Ci z jej książek, warci są więcej niż 10 tysięcy rocznie.  I mówię o funtach!