czwartek, 29 grudnia 2016

Cynamony 2016

Fanfary! Kolejne CYNAMONY w rozdaniu, za rok obfitujący w niebanalne lektury:)

W kategorii popularnie a naukowo  Cynamon dla "Dobrze się myśli literaturą" prof. Ryszarda Koziołka-za budowanie czytelniczej wspólnoty przez wyjaśnianie literackich problemów znanych wszystkim molom książkowym. I za pozytywizm w roku Sienkiewicza!

W kategorii polskie Cynamon dla bardzo polskiej i polonistycznej pracy trzech profesorów "Trzy po 33", dzięki której może zwrócimy większą uwagę na to jak i co mówimy...

W kategorii bo bywam dzieckiem Cynamon dla książki prof. Grzegorza Leszczyńskiego, za powroty do lektur dziecinnych, wspomnienia i literaturoznawcze przypomnienia świata wielkiej małej literaty, czyli za "Wielkie małe książki"

W kategorii obyczajowe Cynamon za litewską powieść z barokowym stylem i wyjątkowym językiem, "Silva rerum"

W kategorii lekkie łatwe (i jednocześnie z książkami w tle) Cynamon dla "Wyjątkowego roku" za przemyślaną i urokliwą powieść, która prowadzi ku innym książkom.  

W kategorii kryminal tango Cynamon dla ""O mój ukochany" kolejnego tomu przygód Molly, za to, że cały czas trzyma poziom i nieustannie daje doskonałą rozrywkę w stylu retro.

Warto jeszcze wspomnieć o książce "Haśka" oraz "Tajemnicy domu Helclów" czyli kryminalnym wcieleniu Jacka Dehnela, autora, którego czytałam w tym roku ze sporą przyjemnością.   

Mielonego Cynamonu, czyli rozczarowania udało się uniknąć, a to z tej proste przyczyny, że książki, które nie zapowiadały się ani rewelacyjnie, ani nawet fajnie porzucałam bez żalu.  A spośród przesłuchanych audiobuków żaden nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia, by go nagradzać Cynamonem.

Tak wygląda książkowe podsumowanie mijającego roku ... Na ten nowy życzę Wam i sobie wspaniałych lektur!

środa, 21 grudnia 2016

"Noc zimowego przesilenia", Kraków 1941 roku i okultyści

Pogoda pasuje do mrocznych historii, więc opowieść, w której niebanalną rolę odrywa najdłuższa noc w roku warto przeczytać... Kraków pod niemiecką okupacją nie sprzyja oszustwom bankowym, którymi zajmował się wcześniej detektyw Artur Załuski... chcąc jakoś przeżyć w coraz bardziej niebezpiecznym mieście, mężczyzna decyduje się otworzyć biuro pisania podań. Jednak fama detektywa sprawia, że w biurze pojawia się kobieta, która absolutnie nie chce pomocy w pisaniu podań, za to prosi Załuskiego by ten zajął się tajemniczym znikniecie jej brata. Z czasem okazuje się, że nie tylko znany jasnowidz znika, w miarę drążenia sprawy Artur dowiaduje się kolejnych zniknięciach młodych Polek, a cała sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy detektyw spotyka swego dawnego znajomego, który obecnie służy w Wermachcie. Dzięki niemu poznaje tajemniczą pupilkę Hitlera, szukającą do niego cennych dzieł sztuki, Agnes Petzold. Artur, człowiek, który do tej pory starał się nie angażować w sprawy państwa nagle staje przed wyborem- czy wstąpić do podziemia, czy próbować działaś na własną rękę; czy toczyć niebezpieczną grę z niemieckimi oficerami, czy zaufać polskim złodziejaszkom... A noc zimowego przesilenie, tak ważna grupy wysoko postawionych i wielbiących okultystyczne tradycje Niemców coraz bliżej.   

Agnieszka Krawczyk doskonale buduje nastrój tajemnicy i osaczenia, nie szczędzi opisów Krakowa i tego, co działo się w nim podczas okupacji- niemieckie kawiarnie, wyłączone z powszechnego dostępu Planty, budynki zamienione na siedziby okupacyjnych służb, dzielnica niemiecka z kasynem, w którym nikt nie myśli o wojnie. Z drugiej strony życie Polaków, którzy muszą sobie jakoś radzić, tych, którzy dla Niemców robią małe robótki i tych, którzy planują akcje dywersyjne, wreszcie tych, którzy chcą po prostu przeżyć. Rzeczywistość opisywana przez autorkę jest opresyjna, niebezpieczna i mroczna. A jednak (i może też dlatego) książkę czyta się doskonale. Akcja coraz bardziej się zagęszcza, niektóre tajemnice objawiają kolejne dna, a Załuski nie może być już neutralny. Doskonała lektura kryminalna na zimowe popołudnie i o ile do obyczajowej powieści Agnieszki Krawczyk miałam pewne zastrzeżenia ("Dolina mgieł i róż" ), o  tyle tę polecam z czystym bibliotekarskim sumieniem!

Agnieszka Krawczyk, "Noc zimowego przesilenia". Wyd. Szara Godzina. Katowice 2014.

wtorek, 13 grudnia 2016

"Trzy po 33" pochylając się nad hybrydowym projektem



Język Mickiewicza nie sprawia nam problemów (i z Kochanowskim sobie poradzimy), ale polszczyzna  jest w ciągłym rozwoju. Słowa zmieniają swoje znaczenie, stają się znakami czasów lub przekształcają na naszych uszach. Lektura felietonów trzech profesorów uświadamiał mi, jak bardzo zmienił się język polski podczas mojego życia-nawet nie całego mojego życia, ale życia jako świadomego użytkownika polszczyzny.  Pamiętam czasy, gdy projekt był równoznaczny z zamierzeniem, a nie oznaczał prawie wszystkiego (projekty nas zasypują: spektakl jest projektem, książka jest projektem, menu jest projektem, ślub jest projektem…). Pamiętam, gdy koleżanka rozłożyła ręce i krzyknęła „nie ogarniam”… Skoro takie zmiany zaszły w trakcie mego (nie aż tak długiego życia!), to  zmianom języka warto się przyjrzeć. Książka pozwala zwrócić uwagę na zjawiska powszechne, zwyczajne i wchodzące cichaczem do naszego słownika. I dopiero czytając felietony dostrzegamy, że coś jest na rzeczy i na języku. Że coraz mniej ludzi używa słowa chandra, a o pasji jako o cierpieniu czy złości  prawie nikt nie pamięta. Za to otaczają nas dedlajny, profile (które nie mają nic wspólnego ze staniem bokiem), nieustannie się na czymś pochylamy i podejrzewamy albo przyznajemy. I bywa  ciężko! Rozdziały poświęcone są słowom, które już wyszły z użycia (ach! dlaczegóż nikt mnie nie chce zbałamucić!), tym modnym, które (jak większość mód) znikają, słowom przechodzącym z języka elektroniki, lub- za sprawą internetu - zmieniają swe znaczenia).  Czytamy o jakimś słowie i otwieramy szeroko oczy, bo profesorowie trafiają w punkt, widząc w języku zmiany czasu (korpo-rzeczywistość, profile i lajki), przekształceń społecznych i wydarzeń historycznych. Piszą też o tym, że język zawsze był związany z emocjami, a co za tym idzie rozwiązują np. bliski mi problem słowa "lubię" w kontekście fb. Czy to, że czasem słucham jakiejś wokalistki i podoba mi się kilka jej piosenek, to już znaczy że ja lubię?! Czy łatwiej lajkować i hejtować niż  lubić i nienawidzić? Społeczne i psychologiczne podłoże języka jest fascynującym polem badań!

Markowski, Miodek i Bralczyk to  niezaprzeczalna elita językoznawców i klasa sama w sobie: erudycja, inteligencja, ogromna wiedza (źródłosłowy łacińskie, angielskie itp.) i wielkie poczucie  humoru (tylko Bralczyk pisząc o nowym (dot. internetu) znaczeniu słowa status  może przyznać, że to nie jego domena;) . I to niezwykle ludzkie, a nie tylko profesorskie, podejście do języka-  niektóre słowa przypadaj im do gustu, inne nie; z powszechnością kolejnych muszą się godzić, bo przecież żadne naukowe veto nie zmniejszy częstotliwości używania słitfoci. Krótko, mądrze, dowcipnie i z furtką dla każdego użytkownika języka, by prowadził własne rozmyślania… Np. dlaczego przy opisaniu słowa „raczej” i uznania go za przejaw brak zdecydowania, nie wzięto pod uwagę wykrzyknienia „no raczej” znaczącego jasno wyrażoną pewność.  Językoznawstwo jest ciekawą dziedziną nauki.  A książka jest kolejnym powodem by zakrzyknąć za Andrzejem Waligórskim: „Kochajmy polonistów (…) bo jest za co”!  

Jerzy Bralczyk, Jan Miodek, Andrzej Markowski. "Trzy po 33. Wyd Agora. Warszawa 2016.

środa, 7 grudnia 2016

"O mój ukochany!" Molly na Coney Island

Po ostatniej przygodzie, Molly zdążyła już wrócić do upalnego Nowego Jorku roku 1902, jednak tym razem irlandzka panna detektyw nie może liczyć na pomoc kapitan policji Daniela Sullivana. A to dlatego, że Daniela zamknięto za współpracę z gangiem, łapówkarstwo i organizację nielegalnych walk bokserskich. Molly jest jedyną osobą, która może pomóc oczyścić Daniela z zarzutów. I choć to już sprawa niełatwa, do poszukiwania dowód niewinności dochodzi jeszcze tajemnica naśladowcy Kuby Rozpruwacza, który grasuje na Coney Island oraz prośba od (na szczęście już byłej narzeczonej Daniela) Arabelli Norton, której przyjaciółka zniknęła w tajemniczych okolicznościach.  Sprawa jest więc bardzo skomplikowana i wielowątkową. Taka, jaką najbardziej lubią czytelnicy! 

To już piąta część przygód Molly, a jednak cały czas Rhys Bowen umie nie tylko utrzymać uwagę czytelnika, ale i jego sympatię dla nietuzinkowej i dzielnej dziewczyny oraz grona jej oryginalnych znajomych.  Tym razem autorka przypomina też historyczną postać Sabelli Godwin, jednej z pierwszych kobiet policjantek, która początkowo zajmowała się aresztantkami, a po śmierci męża (również policjanta) pomagała w śledztwach i w 1910 roku otrzymała tytuł detektywa. Zderzenie impulsywnej Molly ze znającą kulisy policyjnej roboty Sabellą pokazuje różne drogi emancypacji i zdobywania własnego miejsca w męskim świecie. Co jeszcze z początku XX wieku wspomina Bowen? Legendę Rozpruwacza i powstającą na Coney Island rozrywkową dzielnicę, pełną najróżniejszych, często wynaturzonych atrakcji. Jest więc i trzymająca w napięciu akcja (w żadną z dotychczasowych spaw Molly nie była zaangażowana aż tak osobiście) oraz sporo smaczków rozrastającego się i budującego swoją legendę Nowego Jorku. A co będzie dalej? Choć po kilku zawirowaniach prywatnych Molly zdaje się zbliżać do szczęścia, podejrzewam, że aż tak różowo nie będzie. Czekam więc z niecierpliwością! 

Rhys Bowen, "O mój ukochany!".Przeł. Joanna Orłoś-Supeł. Wyd. Noir sur blanc. Warszawa 2016r.  

niedziela, 4 grudnia 2016

"Judyta" kończy niepokorne historie

Od wydarzeń opisanych w poprzednich tomach trylogii minęła dekada. Kraków jest jeszcze dość spokojny, choć w Kongresówce dochodzi do antyrosyjskich wystąpień... Eliza założyła sklep drogeryjny i gdyby nie nieustająca niechęć rodziny do jej męża, Austriaka, byłaby by bardzo szczęśliwa. Klara odnalazła w Andrzeju oparcie i zrozumiała, że przyjaźń jest podwaliną największych uczuć, które nie zawsze muszą być szalone i nieokiełznane; choć mocno zaangażowana w działalność rewolucyjną, powoli myśli o stabilizacji. Tytułowa bohaterka tego tomu (choć patrząc na całą serię- główna postać trylogii) Judyta cały czas nie zaznała spokoju. Zyskała sławę jako projektantka batików, jest matką zdrowiej i rezolutnej Hani, a wiernie (i na przekór własnej familii) trwa przy niej wiedeński architekt, Max. Ona jednak pragnie czegoś bardziej emocjonującego I z książki jednoznacznie wynika, że lepsze jest wrogiem dobrego. Gdyby od razu krzyknąć do Judyty:ocknij się kobieto i doceń, co masz; nie było by tej powieści... Bo ocknięcie się zabiera jej całą książkę-odżywa dawna namiętność, która prowadzi do ciągu ryzykownych decyzji. Żeby nie psuć napięcia, powiem tylko, że Max to święty człowiek. 

Bohaterki trochę dorosły i za to autorce należą się podziękowania. Niepokorność kobiet cały czas wyraża się niechęcią wobec konwenansów i ról społecznych: wszystkie pracują, starają się zmienić na lepsze swoje otoczenie np. pomagając dzieciom ulicy. I tylko trudno mi uwierzyć, że Klara przez dekadę odrzuca myśl o ślubie z mężczyzną, którego szczerze kocha, w imię przyzwyczajenia do swej niezależności (pozornej niezależności, dodajmy, bo jest na jego utrzymaniu i wszyscy mówią do niej "pani doktorowo"). Opowieść o losach  przyjaciółek czyta się dobrze, z przyjemnością wyławiając smaczki historyczne. Bo tych elementów, które budują nastrój przełomu wieków nie brakuje: jest wizyta u Witkiewiczów w Zakopanem, doktor Żeleński na szpitalnym korytarzu i młody działacz niepodległościowy Piłsudski. Wojdowicz pokazuje również cichą walkę dromaderek, które z narażeniem życia i zdrowia szmuglowały do Warszawy bibułę i amunicję; zestawia w miarę swobodne życie w Galicji z opresyjnym zaborem rosyjskim. Czytając o niebezpieczeństwach, na które narażały się ówczesne kurierki trudno nie podziwiać odwagi i determinacji tych prawdziwie niepokornych kobiet, bo o tym, na ile "niepokorne" są trzy przyjaciółki już kiedyś pisałam. I choć nie zmieniałam zdania o pewnej bezdogmatowości pań, trochę żałuję, że to już koniec historii. Świat młodopolskiego Krakowa był bardzo kuszący, a bohaterki budziły emocje. Mimo wszystko cieszę się, że Judyta zyskała spokój, dojrzały spokój, którego przejawem jest docenienie tego, co na wyciągniecie ręki. Spokój ponadczasowy i mimo wszystko pełen pokory. 

Agnieszka Wojdowicz, "Judyta. Niepokorne". Wyd. Nasza Księgarnia. Warszawa 2016.

niedziela, 27 listopada 2016

"Bruderszaft ze śmiercią" po raz drugi


Drugą część "Bruderszaftu ze śmiercią" znalazłam na bibliotecznej półce kilka dni po tym, gdy w internecie dowiedziałam się o jej polskim wydaniu (przyznaję, nie śledziłam sprawy z należytym zainteresowaniem). I trudno znaleźć równie miłe uczucie jak to, gdy wraca się w piątek do domu ze świadomością, że czeka mnie weekend i nowa książka. Szkoda, że lektura wystarczyła  zaledwie do soboty… 

 „Latający słoń” to opowieść o tym, dlaczego carska Rosja nie wygrała powietrznej I wojny światowej już w 1915 roku. Wojna wywiadów dotyczy  nowego samolotu Ilja Muromiec, nazwanego latającym słoniem. I właśnie kompromitacji tego wynalazku służy przedarcie do rosyjskich lotników niemieckiego szpiega von Teofelesa. Przyznam, że jako osoba całkowicie zielona w historii lotnictwa oraz mechanice, na początku, zamiast skupić się na akcji, dumałam gdzie się podział dotychczasowy bohater "Bruderszaftu..." Sasza Iwanow… Iwanow się nie pojawił, za to zaczęły się dziać rzeczy bardziej związane z intrygą szpiegowską niż z budową samolotu, więc uwaga wróciła na swoje miejsce. I znów nie sposób było nie docenić  umiejętności Akunina do tworzenia świetnych bohaterów- niemiecki szpieg to klasa sama w sobie. A i historycznego sztafażu w postaci korespondencji cesarzy wielkich mocarstw nie brakuje. I pierwszy  raz Rosja nie wygrywa walki wywiadów.

W drugiej opowieści pojawia się wyczekiwany Romanow i zostaje wysłany do dekadenckiego klubu „Dzieci księżyca”, aby wybadać sprawę oskarżonej o szpiegostwo córki ważnego rosyjskiego generała. Zanim sprawa niemożebnie się pokomplikuje, Sasza będzie musiał przeniknąć do klubu, poznać jego bywalców oraz poznać bliżej podejrzaną. Akunin już w „Kochanku śmierci” i „Kochance śmierci” dreptał po dekadenckich lokalach i przedstawiał jego sławy, tu siłą rzeczy historia jest  mniej rozbudowana, ale nie mniej stylowa.  A rozwiązanie zagadki- zaskakuje!

Akunin  znów bawi się w akompaniatora czarno-białych filmów, jako tło do swoich gatunkowych opowieści proponuje  piosenki żołnierskie, arie z oper Czajkowskiego i pieśni, a lustracje (tym razem do obu historii) narysował Igor Sakurow.  "Bruderszaft ze śmiercią" ma swój urok – urok czasów zagrożenia, walki wywiadów,  fantazji mającej za nic życie. Słowem: czekam na dalszy ciąg!

Boris Akunin,”Latający słoń/ Dzieci księżyca. Bruderszaft ze śmiercią”. Przeł. Piotr Fast. Wyd. Replika. Poznań 2016

środa, 23 listopada 2016

"Dublineska" szukanie literackich pokemonów

Literacki puzzel, którego nie czyta się łapczywie, tylko powoli dopasowuje jedną książkę do drugiej, artystę do dzieła, słowa i cytaty do emocji. Pomysł niby prosty- emerytowany (i zbankrutowany) wydawca, Samuel Riba, postanawia wyprawić pogrzeb erze Gutenberga, bo po co komu książka drukowana (zwłaszcza dobra książka drukowana). I choć początkowo sprawa wyjazdu i organizacji całego przedsięwzięcia przywodzi na myśl ostatnią scenę "Czekając na Godota" ("idziemy"... stoją) Ribie i jego przyjaciołom wyjazd do Dublina się uda. I właśnie w Irlandii, 16 czerwca, więc w dzień opisany w "Ulissesie" ma miejsce to wyjątkowe requiem. A przy okazji Joyce łączy się z Beckettem (co wyjaśnia atmosferę oczekiwania na Godota), Szekspirem, Proustem i całą masą innych autorów. Jak zaznacza w posłowiu tłumaczka, opatrywania przypisem cytatów i odniesień zmniejszyłoby radość z własnych poszukiwań intertekstualnych nawiązań, więc każdy szuka na własną rękę. I jest to szukanie zupełnie inne niż popularne poszukiwanie pokemonów.

W życiu Riby (wydawcy poza nawiasem współczesnej elity, alkoholika, niezbyt szczęśliwego męża i syna), jego żony Celii (poszukującej spokoju i harmonii w buddyzmie)i przyjaciół pisarzy, smugą radości, smutku, żalu kładą się wielkie dzieła, pojedyncze wiersze, postaci... Wspomnienia o literaturze, która ma twarz Catherine Deneuve, zachwyty wynikające z osobistego kontaktu z pisarzami, wymagania stawiane czytelnikowi. Enrique Vila-Matas pisze o  trójkącie książki- autorze, wydawcy i czytelniku, każdemu dając zadania "(...)jeśli oczekuje się talentu od wydawcy i autora, powinno się wymagać, aby miał go również czytelnik. (...) Czytanie i pisanie wymagają w gruncie rzeczy podobnych umiejętności. Pisarze sprawiają czasem zawód swoim czytelnikom, ale i czytelnicy potrafią sprawić zawód pisarzom, kiedy szukają w ich twórczości jedynie potwierdzenia własnego oglądu świata..." W "Dublinesce" czytelnik nie tylko może zobaczyć inny świat, ale też bawić się z autorem w jego grę szukania wspólnych miejsc literatury. Warto podjąć wyzwanie, choć nie wróżę mu popularności łapania pokemonów.

Enrique Vila-Matas, "Dublineska". Przeł Katarzyna Okrasko. Wyd. W.A.B. Warszawa 2015.

czwartek, 17 listopada 2016

"Siła wyższa" w retro kryminalnej Krynicy

Kiedy w tajemniczych okolicznościach znika proboszcz poznańskiej parafii, do akcji wkracza ojciec Aleksander Herbst oraz ojciec Florian Myszkowski, wielbiciel sztuk pięknych i sztuk kulinarnych, mniej lubujących się w sztuce przebywania z ludźmi. Trop wiedzie aż do Krynicy, w której u ciotek swego tragicznie zmarłego wikariusza ukrywa się proboszcz.A że w kryminale trup jest niezbędny, sprawa prowadzona przez dwóch benedyktynów dotyczyć będzie  nie tylko tajemniczego zniknięcia, ale i morderstwa.  Pensjonat, w którym zatrzymują się księża jest pełen gości i dzięki temu krąg podejrzanych się rozszerza. Tym bardziej, że każdy z przyjezdnych i domowników coś ukrywa...A to dość dziwne małżeństwo, o którego rozwodzie już wszyscy słyszeli, a to dziewczyna zbyt młoda i zbyt ładna, by nie była w nic zamieszana, a to matka z synkiem, która zbyt wnikliwie przygląda się gościom, wreszcie same właścicielki pensjonatu...

Szwechłowicz znów zaprasza do miejsca pełnego potencjalnych morderców, tajemnic i maskowanych wzajemnych powiązań. Historia, która zyskała dzięki ojcu Florianowi (którego wbrew wszystkiemu nie da się nie lubić), toczy się lekko i wartko, bez niepotrzebnych przestojów, za to z elementami niezbędnymi do odmalowania wiosennego kurortu u schyłku niepodległości. I choć i tu sprawdza się stara zasada, że najmniej podejrzany okazuje się winny, nie odbiera to przyjemności łapczywego czytania powieści. Autorka zapowiada, że ojciec Herbst nie będzie rozwiązywał zagadek podczas wojny, więc zostało mu mało czasu na działanie. A ponieważ ojciec Florian chyba poczuł w sobie detektywistyczną żyłkę liczę, że i on pojawi się w kolejnej książce. Jest jakiś trudny do przecenienia smaczek w parach detektywów, a tradycja ta, tym bardziej w kryminale retro, doskonale się sprawdza.Chociaż z dotychczasowych trzech książek autorki najbardziej podobała mi się Ostatnia wola "Siłę wyższą" polecam z czystym sumieniem i mam nadzieję, że Szwechłowicz, żegnając się z czytelnikami "do przeczytania" nie będzie kazała nam długo czekać. 

Joanna Szwechłowicz, "Siła wyższa". Wyd. Prószyński i S-ka. Warszawa 2016.


niedziela, 13 listopada 2016

"Dary życia" nie tylko książki

Tom Putnam- lekko wycofany profesor anglistyki, specjalista od Szekspira, jego chora psychicznie żona i teściowa Agnes,
która bierze się z życiem za bary ("Musiało to mieć coś wspólnego z matematyką. Tak odważnego realizmu z całą pewnością nie nabywa się po studiach literatury angielskiej"). Narwana koleżanka z uczelni, która za dużo pije i zawsze robiący jej wbrew inny wykładowca, skrywający jakiś problem. Znany i oswojony świat małego amerykańskiego kampusu. I w tym świecie pojawia się rezolutna animatorka kulturalna Rose Callahan, która przejmuje akademicką kawiarnię oraz chłopiec, co do którego pochodzenia są pewne nieścisłości, ale ma plecak wyładowany dolarami. Życie tych postaci zaczyna się kręcić, nawiązuje się mniej i bardziej zdrowie relacje, a bohaterowie muszą konfrontować się ze swoimi lękami, słabościami i oczekiwaniami. I choć można się spodziewać, że profesora z animatorką połączy wyjątkowa więź (spoiler: żona szybko znika z horyzontu), to nie jest to kolejna kiczowata romansowa historia uniwersytecka.

Główni bohaterowie mają za sobą bardzo różne doświadczenia: on ożenił się młodo i stale czuł, że musi się żoną opiekować i być za nią odpowiedzialny. Ona, wychowywana przez matkę barmankę, stale zmieniała miejsce zamieszkania i nie chciała się wiązać ani z miejscem, ani z człowiekiem. Oboje uczą się od siebie nowego podejścia do życia.  Pojawienie się chłopca w domu profesora też zupełnie zmienia proporcje i priorytety, natomiast zawsze twardo stojąca na ziemi teściowa, widząc zięcia w dobrych rękach, zaczyna myśleć o swoim szczęściu. Opowieść, może poza jednym prawie sensacyjnym wątkiem, toczy się spokojnie i bez fajerwerków.  Pewnie dlatego jest taka prawdziwa- z wątpliwościami, niezadowoleniami i lękami bohaterów. Ponieważ on jest literaturoznawcą, a ona księgarką, książki są ważnym elementem tej powieści. W nich bohaterowie szukają ładu, pomocy, punktu odniesienia, ale zauważają, że powieściowe schematy rzadko odpowiadają bardzo pogmatwanej rzeczywistości. "Bez względu na to jak chaotyczny i udziwniony opisywały świat, ten chaos miał zawsze swój koniec. Można się było bezpiecznie w nim pogrążyć i wyjść w dowolnym momencie. Świat z książkę był zupełnie inny niż prymitywny, przerażający,niekończący się chaos realnego życia."
 Kiedyś jedna z czytelniczek nazwała Serię z miotłą "babska literaturą plus" i rzeczywiście, ta książka ma ode mnie plus.

 Martha Woodroof, "Dary życia". Przeł. Małgorzata Fabianowska. Wyd. W.A.B. Warszawa 2016.

niedziela, 23 października 2016

"Krivoklat" imponująca siła...szaleńca

Krivoklat. Pacjent zakładów psychiatrycznych. Facet, którego zdjęcia powinni oglądać codziennie strażnicy muzealni. Wielbiciel sztuki.  Kwasowy wandal. Bohater Dehnela, inspirowany prawdziwą postacią.Krivoklat jest człowiekiem, który butelką kwasu, (którym oblewa dzieła sztuki), walczy z ludzką głupotą. Z bezmyślnym uwielbieniem dla tych samych dzieł i autorów, z powtarzanymi do znudzenia frazesami o wielkich mistrzach ("Tycjan, potężne pociągnięcia pędzla, Leonardo, imponująca siła geniuszu, Botticelli, nieziemska słodycz"). Z naukowcami, którzy odbierają dziełom piękno, taplając się w przeintelektualizowanych interpretacjach. Z psychiatrami leczącymi sztuką bez sztuki. Walczy o zobaczenie w dziele jego pierwotnego sensu, które niknie oblewane kwasem, bo w gruncie rzeczy  unicestwia nie miliony dolarów, a milowe kamienie ludzkiego czucia i intelektu. Szaleństwo? Jest w nim metoda. 

Monolog wieloletniego pacjenta zakładów psychiatrycznych, pełen ironicznych, czasem przepełnionych czarnych humorem, wyzwisk społeczeństwa mieszczańskiego, które żyje sobie spokojnie i czasem idzie pogapić się na wielkie dzieła, i nie po to, by  doznać oczyszczenia, ale zabić czas. Monolog długaśnych zdań i jednego akapitu. Monolog, który czyta się doskonale i nadspodziewanie płynnie. 

 Czasem uśmiechnęłam się, gdy Krivoklat dumał nad tym, że jego droga żona nie miała wielkiej wartości monetarnej, czasem zamyśliłam, gdy wyjaśniał w czym tkwi istota arcydzieła : "(...) arcydzieła wnikają w nas poza słowami, pod słowami, ponad słowami, a to co po sobie zostawiają, bierze się z innego wymiaru, zupełnie jakby jakiś sześciowymiarowy wszechświat upuścił w nas sześciowymiarową bryłę, a my próbowalibyśmy opisać ją naszym trójwymiarowym systemem, nie czując, że ciosamy ją przy tym siekierą, że z trzech odrąbanych wymiarów buchają strumienie krwi". Dość często powtarzałam w myślach, że Dehnel doskonale radzi sobie z językiem (dając mu pozorną swobodę trzyma go w ryzach  i granicach czytelności), a ten pastisz Bernharda, choć lżejszy, udał mu się. Może za parę lat, o ile nikt nie obleje kwasem zbiorów bibliotecznych, będziemy powtarzać: Dehnel, mistrzostwo językowej trafności... Czyżby autor, rozsiadając się w uszatym fotelu i wyżywają na albumach z reprodukcjami Renoira (bo temu malarzowi obrywa się najwięcej;)przestrzegał nas przed kalkami w myśleniu o sztuce, mając na uwadze nie tylko uznanych mistrzów pędzla?  Kto wie!

Jacek Dehnel, "Krivoklat". Wyd. Znak. Kraków 2016.

niedziela, 16 października 2016

"Króliczki!!!" i przyjazny potwór



Declan, niezwykle miły i dobrze wychowany potwór przemierza las i wita się z każdym napotkanym drzewem, chmurą...O ile przyroda nieożywiona przyjmuje te powitania spokojnie, o tyle króliczki na jego widok uciekają. Bo przecież jest potworem! Ale Declan się nie poddaje i próbuje dalej...

Książka, którą napisał i zilustrował Kevan Attenberry to obrazkowa opowieść dla najmłodszych (wydawca sugeruje wiek 2+), w której pojawiają się te elementy, które maluchy lubią najbardziej: kolory i pewna powtarzalność fabuły. Znikoma ilość tekstu pozwala na samodzielne próby opisywania akcji, nazywania elementów ilustracji oraz mówienie o emocjach potwora i królików. Właśnie te obrazki, na których coraz bardziej zasmucony i odrzucony Declan poszukuje zwierząt są świetnym pretekstem do rozmowy o uczuciach. A dla starszych dzieci mogą być pomysłem na zabawę aktorską interpretacja tekstu, bo przecież jedno słowo "króliczki" można powiedzieć na dziesiątki sposobów i z całym wachlarzem emocji.  A jak już się bardzo rozhulamy interpretacyjnie warto z dzieckiem porozmawiać o tym, jak powinno się zawierać znajomości i jak zachowywać, aby nie budzić u potencjalnych przyjaciół niepokoju... Sporo do przegadania jak na tak króciutką opowieść! I jeszcze to zaskakujące zakończenie...

Kevan Atteberry, "Króliczki!!!". Przeł. Tomasz Panas. Wyd. CzyTam. Warszawa 2016

środa, 12 października 2016

"Haśka". O tej, co z tęsknoty pisała wiersze

Intrygująca uroda, talent poetycki, wrażliwość, śmiertelna choroba. Ona to wszystko miała. I nie była postacią literacką, choć jej życie to materiał na powieść albo świetny film. Halina Poświatowska. Haśka. Napisano o niej bardzo dużo i pisać pewnie będzie się nadal, bo o ciekawych ludziach chce się czytać. Książa Marioli Pryzwan to opowieść rodząca się ze wspomnień, listów, prywatnych zapisków ludzi, którzy byli bliskimi, przyjaciółmi poetki, ale także tych, którzy mieli z nią tylko przelotny kontakt. Autorka książki ułożyła te relacje w sposób, który pozwala w najlepszy sposób prześledzić krótkie życie Poświatowskiej i poznać ludzi, których spotykała na poszczególnych jego etapach. Są wspomnienia matki, siostry, profesora Aleksandrowicza, u którego Halina leczyła serce, listy przyjaciółek z czasów amerykańskiego stypendium, wspomnienia tych, którzy pracowali na jej wierszach, choć nie znali jej osobiście (Tadeusz Baird opisuje prace nad "Pięcioma pieśniami" do jej wierszy), listy Magdaleny Samozwaniec, w którym odnosi się do porównań poezji Haśki i Lilki. Jest wspomnienie tytułowego Przyjaciela z powieści Poświatowskiej- Ireneusza Morawskiego. Jego wspomnienia o Haśce i trudnej, niedookreślonej relacji, która była kontaktem literatów i potrzebą "potrzebności" po raz pierwszy możemy przeczytać właśnie w tej książce. Czy coś rozjaśnia się w tej zawiłej relacji, zakończonej bez "kotwicy Przyjaźni" i "jutra Miłości"? Nie. I tak po kobiecemu i współodczuwającemu trochę się dziwię, że mężczyzna, do którego pisano (więc i pewnie czuto) tak pięknie ("chciałabym uciec od siebie w wiatr albo Twoje ręce"; "Masz rację, kochać nie umiem, a jeśli -to życie. (...)Umiem za całkiem ładnie czekać. Na razie muszę doczekać jutra") twierdzi, że ta znajomość niczego w jego życiu nie zmieniła...choć cały czas pozostaje nienazwana do końca. 

Trudno pisząc o Poświatowskiej uciec od jej poezji. Sama sporo o niej wspomina, choćby twierdząc, że nie umie nie myśleć o pisaniu. Fragmenty wierszy pojawiają się w listach, wspomnieniach, są składową jej korespondencji. Moim zdaniem  należy pisać o autorze w kontekście i obecności od jego utworów, a Poświatowska jest tak autobiograficzna w swoich wierszach, że odcięcie jej życia od poezji jest trudne, choć nie niemożliwe co udowodniła swoją książką Karina Błażejowska. W prywatnych zapiskach Halina Poświatowska pisze poezje.W listach do Jana Adamskiego (ostatniej miłości) jest kobietą kochaną i szczęśliwą, ośmielającą się myśleć o przyszłości, która jednak cały czas pozostaje ze swoimi niepokojami ( "Nie mogłam spać dziś w nocy, myślałam o tobie i nagle bałam się znowu, tak strasznie, że mogłoby cię nie być. Zapaliłam światło i otworzyłam szeroko okna, ale to nie pomogło, bałam się tak"), szczęściami  ("odkąd jesteś, kochany, mogę siedzieć godzinami w pustym pokoju i nigdy nie wydaje mi się pusty") i zaklęciami ("zdrowy bądź i mój bądź, bo cię bardzo kocham"), w których opisywała to, co kobiety nie-poetki czują, a nie potrafią nazwać słowami. Ona znajdywała w poezji, prozie i prywatnych zapiskach nazwy i frazy dla uczuć i emocji, i za to chce się ją i o niej czytać. A książkę, która jet przygotowana tak rzetelnie, wzbogacona fotogaleriami, zdjęciami okładek i tekstów zamieszczanych  w czasopismach oraz autografami listów i wierszy chce się czytać jeszcze bardziej.  

"Haśka.Poświatowska we wspomnieniach i listach". Oprac. Mariola Pryzwan. Wyd. Marginesy. Warszawa 2015.

niedziela, 2 października 2016

"Kiedy odszedłeś"... nie warto dopowiadać

Druga część bestsellera powinna być być lepsza, bardziej zaskakująca i ciekawsze niż pierwsza. "Kiedy odszedłeś" nie jest. Od wydarzeń opisanych w Zanim się pojawiłeś minął ponad rok. Lou cały czas nie może sobie poradzić z brakiem Willa oraz tym, czego świadkiem się stała. Jednak to nie myśl o uczestnictwie w eutanazji sprawia, że Lou spada z dachu. A potem w jej drzwiach staje córka Willa. Na początek trzęsienie ziemi, a potem... już znacznie nudniej.

Tak, jak można przewidzieć, Lou czuje się odpowiedzialna za dziewczynę i chce jej pomóc, stara się też sama odzyskać równowagę uczestnicząc w grupie wsparcia osób przeżywających żałobę oraz otwiera się na nowy związek. Jak widać: zero zaskoczeń i niedopowiedzeń. Moyes nie brak sprawności w opisywaniu rodzinnych sytuacji (matka zyskuje feministyczną świadomość) i autoironicznych komentarzach samej Lou, ale książka nie ma już tej świeżości i oryginalność, która miało "Zanim się pojawiałeś".  Co więcej, dla mnie opowieść o Lou i Willu była historią zamkniętą- on, niczym Pigmalion, kształtował dziewczynę, która była dzięki temu  gotowa podbić świat. I, mimo wydarzeń, które zostawiają ślad w psychice, spełnić daną mu obietnicę i żyć. Zakończenie krzepiące. A i forma intrygująca, bo zastosowano narrację z różnych punktów widzenia. Druga cześć nie tylko oddaje całą opowieść w usta Lou, ale przede wszystkim pokazuje, że dziewczyna niewiele się z poprzednich wydarzeń nauczyła.  Co prawda kupiła mieszkanie i stara się żyć samodzielnie, ale nie rozwija się. Relacja z Willem jest dla niej wytłumaczeniem, a nie stymulatorem. O ile w pierwszej części mocno jej kibicowała, o tyle teraz  jej losy nie wzbudziły już większych emocji. Jeśli książka jest dobra, popularna i ekranizowana, autora kusi ciągniecie historii (robi to dla czytelników, ale przede wszystkim dla siebie). Dla dobrego wrażenia lepiej byłoby pewnych opowieści nie dopowiadać. I odejść we właściwym momencie. 

Jojo Moyes, "Kiedy odszedłeś". Przeł. Nina Dzierżawska. Wyd. Między słowami. Kraków 2016.

środa, 28 września 2016

"Ciasta, ciastka i takie tam" smaki lat dziecinnych

 
Książka niczym stary zbiór, starych przepisywanych maszynowo przepisów. Do tego odręczne, urocze (choć średnio apetyczne) ilustracje i czynione dziecięcą ręką podpisy („brałni” bije wszystko na głowę ).  Przepisy, które nie są sztywnymi wytycznymi, za to przekazują treści znane (choć w erze termo obiegów i tego typu wymysłów, zapominanie) „jeśli się przypali, to znaczy, że za długo się piekło”. 

To nie jest książka dla zwolenników aptecznych receptur, bo to często gotuje się na oko i dodaje do smaku. A wielbiciele zdrowego i nowoczesnego gotowania mogą czuć się zawiedzeni np. wykorzystania margaryny… Ale celem tej książki jest odnalezienie smaku dzieciństwa. Odtworzenie ciast, cioteczek i deserów, którymi morusając sobie buzie zajadaliśmy się lata temu, gdy nikt nie bał się margaryny, surowych jajek  i wyrobów czekoladopodobnych. To taka słodka podróż do przeszłości, do  lat, gdy wśród morza zmiennych, podwieczorek był tym, co stałe i oczywiste.  
Druk przypominający maszynę do pisania, stare zdjęcia, osoby, z którymi kojarzą się dane przepisy… to wszystko próbuje odtworzyć świat dziecięcej arkadii, w której zamiast nektaru i ambrozji jadło się herbatniki z kremem, kokosanki i  specjano-okolicznościowe torty. Ech... gdzie te czasy... gdzie te smaki...

Agata Królak, "Ciasta, ciastka i takie tam". Wyd. Dwie siostry. Warszawa 2011.

środa, 21 września 2016

"Samulka" depresja (i biblioterpia) na prowincji

Bohaterka wyjeżdża z miasta na prowincję, aby odnaleźć siebie. I odnajduje... ile już było takich książek! Samulki to miejsce akcji książki, którą od innych tego typowych powieści odróżnia przede wszystkim bohaterka. Ewka jest polonistką pracującą jako księgowa w przedszkolu (dziwne, ale to nie jest w najważniejsze), jest odludkiem, który swoje smutki (ma ich bardzo dużo) usiłuje zwalczyć przez dogoterpię, kawoterapie, cistkoterpię. I przede wszystkim biblioterapię. Co prawda ta nazwa nie pada ani razu, ale Ewka namiętnie czyta, a biblioteka jest jednym z niewielu miejsc, do którego wchodzi bez lęku. I to właśnie odróżnia Ewę od innych postaci- cierpi na depresję i zespoły lękowe. I chwała autorce (z wykształcenia lekarce), za opisanie choroby w książce z gatunku lekkich i przyjemnych. Być może ktoś, czytając o problemach bohaterki po pierwsze pojmie czym jest depresja, po drugie nie będzie nazwy tej choroby używał na nazwanie swoich słabszych nastrojów.

Opisy ciemności, w które wchodzi Ewa, dni gdy nie chce jej się wstać z łóżka lub wyjść z domu, dają obraz zaburzeń lękowych. Temat niełatwy jest pokazany na tyle lekko, by czytelnika nie zniechęcić, a jednocześnie pokazać z jakimi problemami zmagają się chorzy i jak bardzo choroba wpływa na ich codzienność.I choć zakończenie jest oczywiście pozytywne, Ewka nie jest typową bohaterką babskiej obyczajówki. I to nie tylko dlatego, że rozmawia w bohaterami książek, radząc się ich w życiowych spawach. Ewa na skutek różnych  wydarzeń boi się ludzi i boi się przyszłości.  Ale... będzie happy end. Może odrobinę zbyt cukierkowy, może trochę za naiwny i bajkowy, ale z drugiej strony, czy komuś, kto tyle przeżył nie należy się zakończanie jak z bajki? I książę z bajki, bo Marcin na pewno nie jest typowy i realny. Zwłaszcza, że rzeczywistość Samulek jest bajkowa- wszyscy są dobrzy, pomocni, brakuje jedynie krasnoludków (bo hobbity się pojawiają).
Poza lekami w terapii bohaterki pomagają spotkani ludzie (w tym uwaga: bibliotekarki!) oraz wiara. Ewka ma z Panem Bogiem na pieńku, ale i tu będzie szczęśliwe rozwinięcie. Polski czytelnik nie jest chyba przyzwyczajony do takiego zaznaczania religii w fabule- niszowe są powieści z nurtu obyczajówki chrześcijańskiej, które gdy już się pojawiają, są tłumaczeniami literatury anglojęzycznej. Być może zapełnia się polska luka tego gatunku.

 Ewę od bohaterek książek "wyjeżdżam i zmieniam swoje życie" odróżnią to, że nie jest pewna siebie i gotowa na wyzwania. Ale ma sobie sporo autoironii i przede wszystkim dlatego książkę nieźle się czyta. Humor, czasami czarny, równoważy codzienne problemy, a choroba i stany lękowe zostają lekko oswojone przez komentarze, które nie powodują ckliwego współczucia.  I czego by nie mówić, biblioteka jest w tej książce pokazana tak, jak wszyscy chcielibyśmy ją widzieć- jako miejsce spotkań, rozmów, aktywnego działania (mimo niskich nakładów na kulturę)... Sielskiego obrazu nie zakłóca ani jedna wredna czytelniczka, ani facet dopytujący się o codzienną gazetę sprzed trzech miesięcy. Bajka! Choć z pewnymi elementami, które będą ją wyróżniać.

Kinga Facon, "Samulka". Wyd. Otwarte. Kraków 2016.

środa, 14 września 2016

"Dziewczyna jak ocet" zakończenie jak landrynka

"Katarzyną trudno jest być, że tak powiem,
Szekspir imię to obciążył bowiem
Jak ołowiem.
Że nieznośna,
Że złośliwa,
Że pyskata-
I co gorsze, przełożono to na wszystkie mowy świata." 
Napisał Ludwik Jerzy Kern. Katarzyna z "Poskromienia złośnicy" to (nie tylko ze względu na imię) bohaterka bardzo przeze mnie lubiana. Projekt Szekspir, czyli pomysł, by znani pisarze zmierzyli się z fabułami mistrza ze Stradfordu jest ciekawa, więc po "Dziewczynę jak ocet" sięgnęłam ze sporymi nadziejami.  Książkę czyta się błyskawicznie, bo szczęśliwie nie jest tak modnym teraz grubasem, związki z komedią Szekspira są łatwe do wychwycenia, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że powieść Tylor jest znacznie bardziej uładzona niż dzieło sprzed wieków. Szekspir szokował, a reżyserzy do dziś bawią się stereotypami płci w jego dziele, natomiast Anne Tyler serwuje nam raczej banalną historię i boleśnie słodkim zakończeniem. 

Kate Battista zrezygnowała ze studiów i pracuje jako pomoc przedszkolna- choć nie uważa, że ma talent pedagogiczny, dzieci ją lubią. Ojciec, szalony naukowiec, nie wyobraża sobie bez niej życia (kto nosiłby mu do laboratorium zapominanie notorycznie kanapki?), młodsza siostra Bunny nie zawraca sobie nią głowy, bo w głowie ma chłopaków. Kate pieli ogródek, karnie nosi kanapki, stara się jakoś ograniczyć głupie zachowania siostry, której brak matczynej ręki.Czy jest złośnicą? Nie! Co więcej, gdy ojciec proponuje, by dla zmylenia urzędu imigracyjnego wyszła za mąż za emigranta z Europy wschodniej, bez którego nauka pogrążyłaby się w upadku, Kate nie rzuca talerzami, nie wbija obcasa w stopę narzeczonego... Nie zniechęca jej nawet afera z myszami, których łapanie staje się istotniejsze niż ślub. Na finał Kate wygłasza monolog (musi być monolog na finał!) o tym jak wrażliwymi istotami są mężczyźni, a potem wszyscy żyją długo i szczęśliwie, o czym zapewnienia nas krótki i przewidywalny epilog... Oczywiście, po drodze pojawiają się rozmowy między Kate a jej ojcem, w których doktor Battista przypomina córce o jej szczęśliwym dzieciństwie i kochającej matce, jednak mimo tego historia Kate jest zaledwie  siódmą wodą po kisielu szekspirowskiej Katarzyny. Brakuje mi w tej bohaterce charakteru, chęci samostanowienia, ikry... Z drugiej strony, tak jak Kate jest ubogą krewną Kaśki, tak Piotr (zwany przez rodzinę "Pioderem") jest cieniem Petruchia. Zamiast faceta, który sztuczkami i wdziękiem obłaskawia sekutnicę, jest misiowaty naukowiec, który spokojnie i bez sprzeciwu zgadza się ożenić z córką pracodawcy dla zyskania amerykańskiego obywatelstwa. I jemu brakuje szekspirowskiego temperamentu, ale jaka złośnica, taki poskramiacz: nie tyle treser lwów, co trener cyrkowych pcheł.Tam, gdzie wielki dramaturg plótł cienką nic intrygi, mamy wyłożone wprost działanie przyczyny i skutku.  

Książkę czyta się bez emocji i większego zaangażowania i szkoda, że opowiedziana na nowo historia złośnicy nie jest wcale nowatorska. Poza tym daje boleśnie jednoznaczne zakończenie. A ja, jakem Katarzyna, jestem pewna, że Kasieńka w swoim wielkim monologu o wyższości mężczyzn nad kobietami, mruga do widza!Choć poskromiona, nie jest złośnicą zagłaskaną na śmierć (a i Petruchio nie z tych, co im zależy na słodkiej i nudnej żonce) i podejrzewam, że tego Szekspir był świadomy. Tu tego mrugnięcia do czytelnika zabrakło. 

Anne Tyler, "Poskromienie złośnicy. Dziewczyna jak ocet." Przeł. Łukasz Małecki. Wyd. Dolnośląskie.Wrocław 2016.


Była kiedyś (również amerykańska) młodzieżowa wersja "Poskromienia złośnicy"... Tańczenie na ławkach zawsze dobrze wygląda;) i wymaga pewnego zaangażowania.

niedziela, 11 września 2016

"Matylda", teatr i handlarze marzeniami

Matylda, córka Wiktorii, zamiast  zgodnie z rodzinna tradycją prowadzić aptekę, marzy o aktorstwie. Teatr jest jej idealną rzeczywistością, a film-marzeniem. I choć tragiczne wydarzenia rodzinne sprawią, że świat wokół niej bardzo się zmieni, dziewczyna zdecyduje się zrealizować swoje sny. Sny złudne i naiwne... Zgodnie z zasadą, iż strzelba z pierwszego aktu musi wypalić w trzecim, jeśli Matylda ostrzega głupiutką przyjaciółkę o tym, że handlarze żywym towarem często podają się za filmowców i żerują na naiwności dziewcząt, wiadomo, że proceder handlu kobietami dotknie bohaterki. Nie, nie uprzedzam faktów i nie spojleruję: sprawa śmierdzi na kilometr i właściwie cały czas czekałam kiedy sytuacja się tajemniczym Michałem i jego wujem się wyjaśni.

Przewidywalność jest, niestety, sporym mankamentem tej powieści. Konstrukcyjnie książka dziwi proporcjami poszczególnych części. Wstęp jest raczej krótki, a przecież do wyjaśnienia pozostaje kilka dość zawikłanych rodzinnych spraw (losy Wiktorii po pojawieniu się jej pierwszej miłości, małżeństwo z Antonim), natomiast zakończenie rodzi się dosłownie na dwóch ostatnich stronach. Dochodząc do (moim zdaniem kulminacyjnej!) sprawy pewnego oszustwa, ze zdziwieniem sprawdzałam, że do końca zostały mi 2-3 strony. I rzeczywiście budowane napięcie rozpierzcha się nagle, a losy Matyldy zostają po prostu urwane i zawieszone, więc finał  bardzo mocno traci. Szkoda.  Za plus można uznać ładne historyczne tło Krakowa lat trzydziestych, z którego czasem uśmiecha się Osterwa, czasem Pola Negri i czasem, niestety, niemiecka propaganda rodzących się nazistowskich Niemiec. Matylda, przedstawiona w powieści o losach Wiktorii jako dziecko krnąbrne i rozpieszczone, niewiele się zmienia. Jako dorosła kobieta nadal jest nastawiona na swoje potrzeby i nie słucha rozsądnych rad, chociaż może pod wpływem rad przyszywanego brata oraz wypadków jeszcze się zmieni... Jestem istotą konsekwentną, więc jak już zaczęłam serię, to pewnie sięgnę i po koleją część- autorka nie zdradza kim będzie kolejna tytułowa bohaterka- Weronika. To jest książka typu czasoumilacz i takie pozycje są potrzebne, choć przewidywalność fabuły może okazać się męcząca. I jeszcze słowo na temat okładki- modelka na niej ma nawet jak na standardy wyemancypowanych krakowianek roku 1931 za krótką spódnicę ;)

 Lucyna Olejniczak, "Matylda". Wyd. Prószyński i Ska. Warszawa 2016.

środa, 7 września 2016

Bibliotekarz celebryta

Czasem można stanąć w blasku fleszy (i  towarzystwie anten telewizyjnych)
W związku z Narodowym Czytaniem odwiedziłam w zeszłym tygodniu dwa radia i trzy telewizje. Make-upy, wywiady, kamera poszła...;) Czekając na synchronizację kamer w telewizji, z którą współpracuję od paru lat wspominałam z realizatorami różne wydarzenia podczas nagrywania programu i reakcje widzów na nasze działania. "Bo ty jesteś taką naszą gwiazdą" powiedziała redaktorka, a ja z szerokim uśmiechem potwierdziłam, że wchodząc do ich studia czuję się jak bibliotekarz celebryta. Wtedy zaśmiali się już wszyscy, a po chwili śmiech całej ekipie lekko zamarł na ustach... Bo bibliotekarz celebryta to absurd, oksymoron, zbiór pusty. I tu narodziło się pytanie: DLACZEGO?

 Dlaczego znane są panie znane z tego, że są znane, bo są czyjąś żoną/dziewczyną, bo pojawiły się w odpowiednim czasie na odpowiednim stadionie, bo wystąpiły w konkursie talentów, bo piszą blogi o niebywale istotnej różnicy między amarantowym a burgundem, bo gotują zupy z ciecierzycy czy też motywują do rewolucji w życiu tekstami guru Coelho... Dlaczego bycie bibliotekarzem celebrytą tak bawi, podczas gdy całe tabuny celebrytów innych profesji są dość oczywiste? Racz jasna decydując się na pracę w bibliotece raczej nie marzymy o czerwonych dywanach, co nie znaczy, że pozostajemy anonimowi i zamknięci w ogrodzeniu z lady i regałów!Moja pierwsza filia biblioteczna była biblioteką osiedlową i jej kierowniczka jest osobą bardzo popularną. Pani Hania idąc przez osiedle odpowiada na kilkanaście pozdrowień, jest zaczepiana w sklepie, a czytelnicy przychodzą porozmawiać i zasięgnąć opinii w różnych sprawach. To właśnie jej postawie polonistka z pobliskiej szkoły zawdzięczała, że w wypracowaniach na oklepany temat "kim chcę zostać w przyszłości" pojawiła się (obok aktora, piłkarza i biznesmena) bibliotekarka. Plus za rozległą wiedzę, oczytanie, intelekt:)  Czyli  już nie nie celebryta, ale autorytet. Celebryta jest sztucznym wymysłem, autorytet-autentyczną potrzebą. Bibliotekarze nie są medialnymi, znanymi gwiazdami,  ale w naszych małych bibliotecznych królestwach czujemy się potrzebni i nie mając parcia na szkło, mamy wpływ na ludzi. Odnajdujemy radość i spełnienie w uprawianiu własnego ogródka (i to bez obaw o to, że paparozzo siedzi na drzewie by przyłapać nas na owijaniu książek w niepełnym makijażu;) A czasem wchodzimy w światła reflektorów i pokazujemy, że wyglądamy równie dobrze jak celebryci, a wygadane (i wygadani) jesteśmy jeszcze bardziej. I gdyby tylko naszła nas potrzeba robienia medialnej kariery, czerwony dywan słałby się miękko u naszych stóp. Lansować się? Nie, uwierzyć w siebie!

PS Gdy kultura stanie się must have  i top of the top sezonu, nie opędzicie się od nas;)

niedziela, 4 września 2016

"Zapomniany ogród" kiedyś, teraz i w baśni

Historia, która dotyczy trzech pokoleń. Sierota trafiająca  na przełomie wieków z londyńskiego rynsztoka do dworu swoich bogatych krewnych. Odnalezione dziecko, które w dniu 21.urodzin dowiaduje się, że nie jest tym, za kogo się uważała. Współczesna Australijka jadąca do Anglii aby rozwikłać historię tajemniczego spadku. Historie toczą się równocześnie i przenikają, ale ponieważ każdy rozdział rozpoczyna się miejscem i datą, łatwo poznać którą cześć opowieści czytamy.Poznając symultanicznie oba wątki historyczne jesteśmy w podobnej sytuacja co najmłodsza bohaterka, która szuka odpowiedzi na pytania z przeszłość. I czasem te odpowiedzi zaskakują...  

Najciekawiej czytało się najstarszą opowieść o dziewczynce, która w domu swoich krewnych dorasta, a jej przyjaźń z wychowywaną wg zupełnie innych zasad kuzynką ciągle się zmienia, stawiając dziewczynki, a potem kobiety przed kolejnymi wyborami. O ile wybór bogatej kuzynki są dla niej oczywiste, o tyle droga życia znajdy zaczyna dotyczyć światów, do którego kobiety początku XX wieku nie miały tak wolnego wstępu- świata literatury.  I baśnie pisane przez Autorkę stają się istotnym tropem w całej historii, dodając opowieści nie tylko napięcia, ale smaczku. Śledzenie przeszłości przez współczesną bohaterkę też było ciekawe, a najmniej zainteresowaną mnie historia spinająca te dwa światy, czyli losy babci współczesnej bohaterki i córki (nie powiem czyjej, bo to wszystko wyjaśni).  

Kate Morton (podobnie jak Katherine Webb) w swoich książkach łączy tajemnice przeszłości z losami współczesnych ich tropicieli.  Lubię to połączenie, choć na pewno w najbliższym czasie nie zdecyduje się kolejną taką książkę.  

Kate Morton, "Zapomniany ogród". Przeł.Elżbieta Dobrzańska-Jurewicz. Wyd. Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2015.