Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowe. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 października 2026

"Pociąg o północy" podróż życia


"Cały problem polega na tym, że życie postępuje wciąż naprzód."
Wilbur, osiemdziesięcioletni właściciel sieci księgarni, umiera. Na granicy światów wsiada w pociąg, którym przemierzy swoje życie. Stacjami są wydarzenia niełatwe, te, które miały na niego wpływ. Oczywiście jest niemym świadkiem, który nie może mieszać w przeszłości.

Dorastanie bez ojca, wojennego bohatera, bieda angielskiej prowincji, brat, który szuka swojej drogi. Ona, dziewczyna, która od pierwszego wejrzenia stała się mu bliska. I jeszcze książki, dzięki którym najpierw poznał inny świat, a potem zaczął karierę. Losy Wilbura mogły stać się udziałem wielu, ale tylko on śledzi je z okien pociągu. I gdy nam, czytelnikom, wydaje się, że już wiele wiemy, bohater decyduje się na krok, który może zmienić trasę. Bo, chociaż to oczywiste i banalne, tylko my możemy zmienić swoje życie: wybierając codziennie to, co ważne I ważniejsze.

Matt Haig proponuje powieść o powojennym dzieciństwie, dorastaniu w latach 70. i kapitalistycznych przełomach lat 90, o człowieku, który miał cel, ale stracił coś i kogoś, co wydawało mu się oczywiste. O miłości, odpowiedzialności, wybaczaniu sobie i odpuszczaniu. To powieść  przypominająca, że codziennie wybieramy i czasem dopiero z perspektywy lat widzimy konsekwencje.

Pomysł ze stacjami pozwala na dynamiczną i wciągającą akcję, a krótkie rozdziały zachęcają by poznawać historię tej niezwykłej podróży.
O ile w "Bibliotece o północy" autor pokazywał różne warianty życia, tu daje pełen obraz i nadzieję na to, że coś można zmienić, mając świadomość zysków i strat. Dość komfortowa sytuacja, prawda? Ale takie rzeczy tylko w książkach. A o książkach też tu trochę jest. Jest o zachwyconym literaturą chłopaku, który z czasem i nadmiarem obowiązków związanych z pracą w książkach przestaje czytać. Jest też o momentach, gdy odpowiedzi na życiowe pytania znajdujemy w fikcji.
"A fakt, że spośród wszystkich książek w sklepie zabrał
ze sobą do domu właśnie tę, sprawił, że w końcu uwierzył w jakąś siłę wyższą lub kosmiczny porządek. Żadna inna książka nie byłaby w stanie do niego wówczas dotrzeć, lecz tej się udało. Sprawiła, że niemal wybaczył samemu sobie."

Wilbur, osiemdziesięcioletni właściciel sieci księgarni, umiera. Na granicy światów wsiada w pociąg, którym przemierzy swoje życie. Stacjami są wydarzenia niełatwe, te, które miały na niego wpływ. Oczywiście jest niemym świadkiem, który nie może mieszać w przeszłości.

Dorastanie bez ojca, wojennego bohatera, bieda angielskiej prowincji, brat, który szuka swojej drogi. Ona, dziewczyna, która od pierwszego wejrzenia stała się mu bliska. I jeszcze książki, dzięki którym najpierw poznał inny świat, a potem zaczął karierę. Losy Wilbura mogły stać się udziałem wielu, ale tylko on śledzi je z okien pociągu. I gdy nam, czytelnikom, wydaje się, że już wiele wiemy, bohater decyduje się na krok, który może zmienić trasę. Bo, chociaż to oczywiste i banalne, tylko my możemy zmienić swoje życie: wybierając codziennie to, co ważne I ważniejsze.

Matt Haig proponuje powieść o powojennym dzieciństwie, dorastaniu w latach 70. i kapitalistycznych przełomach lat 90, o człowieku, który miał cel, ale stracił coś i kogoś, co wydawało mu się oczywiste. O miłości, odpowiedzialności, wybaczaniu sobie i odpuszczaniu. To powieść  przypominająca, że codziennie wybieramy i czasem dopiero z perspektywy lat widzimy konsekwencje.

Pomysł ze stacjami pozwala na dynamiczną i wciągającą akcję, a krótkie rozdziały zachęcają by poznawać historię tej niezwykłej podróży. "To wszystko dzieje się tak szybko (...)Tak właśnie bywa z życiem, gdy nie jesteśmy bardzo uważni". Może właśnie dla tego zdania, które pobrzmiewa w różnych wariantach w powieści, warto ruszyć w tę podróż. Kto wie, co zobaczymy za swoimi oknami.
 
Za książkę dziękuje wydawnictwu. Współpraca barterowa.  
 
Matt Haig, Pociąg o północy. Przeł.Tomasz Tesznar. Wyd. Zysk i s-ka. Poznań 2026.  


piątek, 9 października 2026

"O objętości czasu 1". Obecność. Obojętność. Obcość

 


Czym można zmierzyć czas? Skoro płynie, upływa, a czasem przecieka, to miarą objętości. 

To słowo z tytułu przyciągnęło mnie do książki. A przy lekturze pojawiły się kolejne słowa: obecność, obojętność, obcość.

Mann w "Czarodziejskiej górze" próbował opisać czas pisząc o kolejnych dniach, Balle oddaje głos bohaterce uwięzionej w jednym dniu. Współczesna Francja. Antykwariuszka Tara zaczyna codziennie od nowa 18 listopada.  Jej mąż budzi się z czystą kartką, ona pamięta wszystko.

Obecność. Część zapętlonych dni małżonkowie spędzają razem, ona wyjaśnia Thomasowi codziennie co się stało, on kolejnego poranka znów potrzebuje wyjaśnień. Potem Tara zaczyna żyć obok. Znając plan dnia Thomasa potrafi schować się w ich domu bez zaznaczania obecności. Potem szuka innego miejsca.  Zostaje zaskoczona spotkaniem. Znów wyjaśnia. Czym jest obecność? Ruchami w kuchni, trzaskiem drzwi, znikającą z lodówki żywnością. Zaskoczeniem było, że Tara zdołała się aż tak zakamuflować. Unikać obecności męża, nie pokazywać swojej. Ale jednocześnie bywa bardzo obecna w swoich dniach. Zachwyca się pięknem nieba, ogląda gwiazdy. Chce pobyć w zapętlonym dniu.

Obcość. Autorka pokazuje, że w naszym życiu też można czuć się obco i nawet wielokrotnie powtarzany dzień tego nie zmieni. Miejsca, przedmioty bywają dla bohaterki elementem obcości, ale i obecności, tak samo jak ludzie, którzy mogą pozwolić poczuć się wyalienowanym albo rozgłoszonym w codzienności. I jeszcze obojętność. Bo w pewnym momencie zagubiona w dniu Tara traci zainteresowanie tym, co się dzieje. W jej sytuacji to chyba naturalne. Ale nasza codzienność pokazuje, że dni bywają różne tylko z pozoru, a my, nawet przy zmianę dat, możemy obojętnieć.  

To, co pozwala Tarze na trwanie to zapiski. Jej notatnik nie wymazuje się, a słowa zostają jako świadectwo. Jest wielka nadzieja, że nie tylko "rękopisy nie płoną", jak to było u Bułhakowa, ale że "papier pamięta, w zdaniach jest coś uzdrawiającego".

W tej książce pozornie nic się nie dzieje. Nie ma dialogów, autorka często wraca i powtarza sekwencje (co jest naturalne przy tej pętli, a jednocześnie daje czytelnikowi namiastkę bycia w tym powtarzanym dniu, co może irytować albo interesować). Emocje są tu pod powierzchnią, bez wybuchów i ekspresji.  To książka do zapętlonego czytania- w pewnym momencie bardziej trafi opowieść o relacji, samotności, alienacji, kiedy indziej o życiu przedmiotów w szczelinie czasu, albo tym, jak zmienia się bohaterka wirująca w pętli i jak zachce wyskoczyć z dnia, w który się wprowadziła. Czytałam z zainteresowaniem, które było też wynikiem ciekawości tego eksperymentu. I ciekawość została. A tomów jeszcze 6.  

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu.

Solvej Balle. "O objętości czasu 1". Przeł. Sylwia Izabela Schab. Wyd. Poznańskie. Poznań 2026. 

środa, 9 września 2026

"Doggerland" i kierunki sukcesji

 

                                                           Iść za tradycją czy nagiąć się do zmiany czasów? 


W którą stronę powinny iść wydawnictwa?

Wybór strategii na przyszłość, którego musi dokonać seniorka rodu i szefowa wydawnictwa z 150 latami tradycji to także wybór dziecka, które przejmie stery, bo za tradycją i jakością stoi syn, a za technologiami i otwarciem na kasowe gatunki: córka. Ale sprawy przyszłości wydawnictwa to nie jedyne tematy, które pojawią się podczas warsztatów, na które zostaną zaproszeni członkowie rodziny. I tak w hotelu na norweskiej wysepce stajemy się świadkami zamkniętego dramatu na 8 osób i wygenerowaną przez AI towarzyszkę syna narratorki. 

I choć początek mógłby zwiastować dreszczowiec, mamy rodzinny dramat z niedopowiedzeniami, tajemnicami z przeszłości i manuskryptem, który przeraża Eddę, synową szefowej, redaktorkę wydawnictwa i narratorkę powieści.

Może to kwestia Norwegii, może pewnej surowej dynamiki akcji i kameralności historii (bo zostawiając na boku terapeutę, syna i narzeczonego siostry, główny konflikt toczy się między 5 osobami), ale jest tu coś z ibsenowskiego dramatu: mieszająca w teraźniejszości przeszłość, obyczajowość kryjąca kolejne pytania. Jest w tej l powieści coś teatralnego, a kolejne strony łatwo wyobrazić sobie jako sceny w teatrze, także przez narrację, momentami kojarzącą mi się z didaskaliami albo audiodeskrypcją.

Poza rodzinnym sporem o sukcesję i wydawniczą wizję jest tu jeszcze bardzo ciekawy wątek świata książki, jako świata (nawet w przodującej w czytelniczych statystykach Norwegii) zagrożonego. Rzucane przez siostrę ekonomistkę hasła o wielkiej konkurencji dla książki, sile gatunkowości, rozwoju non fiction, e-bookach i audiobookach nie są fabularnym wymysłem. Jednocześnie mocno (i optymistycznie) brzmią słowa Eddy, że ludzie od zawsze pragnęli opowieści i że to się nie zmieni, bo(mimo rozwoju technologii) pragniemy słuchać historii. 

Na 200 stronach Agnes Ravat stworzyła przemyślane postaci, zawiązała kilka ciekawych wątków. Nie można zapomnieć o sztucznej inteligencji, która pojawia się i jako element świata pisarzy, i jest blisko bohaterów przez byt mający towarzyszyć synowi Eddy i wspierać go w rozwoju społecznym. I to wszystko autorka osadziła w świecie przeszłości, przyszłości, marzeń, pieniędzy i złudzeń. W świecie książki. A do tego jest jeszcze historia tytułowego, zatopionego Doggerlandu. Krótka powieść, zostawiająca sporo do przemyślenia. Dla fanów historii rodzinnych, literatury skandynawskiej i książek w książkach do przeczytania w jeden wieczór.
 
"Prawda jest taka, że ludzie są głodni historii zupełnie tak samo jak wcześniej. W ostatnich dekadach najbardziej dramatycznie zmni9ejszyła się zdolność koncentracji, ale nie głód narracji". Do przemyślenia!  

Agnes Ravatn "Doggerland". Przeł. Karolina Drozdowska. Wyd. Pauza. Warszawa 2026. 

wtorek, 1 września 2026

"Co mozemy wiedzieć" o literaturze podwójnej książki


Książka z dwóch książek. O wartości tekstu i podejściu do niego. Próba spojrzenia na nas przez ludzi z przyszłości. Książka o badaczu, który czytając prywatne zapiski i tak nie dochodzi prawdy. Spojrzenie na Ziemię po katastrofie klimatycznej. Powieść o tym, że mimo zmian świata, w człowieku niewiele się zmienia.  

To wszystko jest w tej książce. Ale, chociaż jest tu też pomysł i przez moment myślałam, że może to jedna z książek roku, ostatecznie nie oceniam jej tak wysoko. Oj, będą spojlery!

Pierwsza część to narracja z początku lat 20. XXII wieku. Thomas Metcalfe zastanawia się nad losami poematu, który czytany w 2014 r. i ślad po nim zaginął.  W świecie po Zalewach naukowiec przeszukuje archiwa, czyta listy, maile i wpisy w mediach społecznościowych usiłując odtworzyć plan słynnej kolacji oraz losy podmiotu swoich badań, czyli poety Blundy'ego. W końcu trafia na ślad, gdzie może był ukryty rękopis.

Ta część książki to  miks opowieści o świecie po apokalipsie, w którym upadły kraje, wyginęło wiele gatunków, a winę temu pokolenie z XXII w. przypisuje nam, ludziom, którzy nie zapobiegli katastrofie. Metcalfe jest literaturoznawcą, więc są tu prztyczki w kierunku humanistów i ścisłowców, a także opowieści o studentach, którzy nie są w stanie przeczytać książki mającej więcej niż 90 stron. l ci studenci wzniecają bunt. Nie chcą brać udziału w zajęciach o naszych czasach twierdząc, że nie obchodzi ich przeszłość tylko przyszłość. I ten moment był w książce najciekawszy. Zamknięcie na przeszłość i niechęć do uczenia się na błędach przeszłych pokoleń to coś, co od wieków się powtarza!  Badacz, mając przy okazji różne perypetie sercowe, wyrusza na wyprawę, by odkryć rękopis.  Ale w zabezpieczonej skrzyni znajduje coś, czego się nie spodziewał.  

Tę część, gdy weszłam w rytm przenikania się współczesności i rekonstrukcji wydarzeń, czytało mi się bardzo dobrze. Jest tu sporo refleksji nad literaturą, pamięcią, historią i tym, co nas utrzymuje w ciągłości. Jest też ciekawość badacza, który chce lepiej poznać przeszłość.  Jest w tym jakaś ogólna humanistyczna myśl, pragnienie zrozumienia świata i skrupulatność łączenia faktów. 


Ale druga część książki pokazuje, że po pierwsze (jak mawiała witkacowska Anastazja) "kłamie się pisząc dziennik", po drugie literatura i życie nie zawsze idą w parze. Rękopis powieści biograficznej żony Blundy'ego: Vivian to historia, która mnie mniej ciekawiła. Ot, obyczajowa opowieść o kobiecie i jej chorym na alzheimera mężu, o romansach, układzie z Blundy'm.  Znacznie więcej tu życia (w różnych czasem brutalnych, przykrych, toksycznych odsłonach) niż literackiej refleksji. I to mnie trochę rozczarowało. Nie to, jakimi ludźmi okazali się badani (bo zderzenie z prawdą zazwyczaj bywa bolesne), ale to, że rękopis był po prostu historią romansów, zdrad, opisanych dobrze, ale niczym się nie wyróżniającą.  

Czy nasze czasy za sto lat będą dla kogoś złotą erą czy momentem przed upadkiem? O co oskarżą nas kolejne pokolenia? Czy zostanie po latach 1990-2040 literatura, która stanie się klasykiem? Co naprawdę wiemy o autorach z przeszłości?  O tym, możemy podumać przy okazji tej historii. Ale nie ocaliłabym tej książki przed Zalewami, także dlatego, że życie literackie przyśpieszyło na tyle, że w czytaniu dziś o latach 20.XX w (a wtedy powstaje rękopis Vivian) widać np. brak refleksji nad AI w procesie pisania ( może nie powinnam jej wymagać po pokoleniu lat 50?). Bo to sztuczna inteligencja może zalać literaturę wcześniej niż występujące z brzegów oceany.

Ian McEvan. "Co możemy wiedzieć". Przeł. Andrzej Szulc. Wyd.Albatros. Warszawa 2026. 

środa, 19 sierpnia 2026

"Iris" wciąga w historię

 

Czasami trzeba książki, która wciąga. Tak bardzo, że wyczekuje się  chwili, by wrócić do świata z powieści, a statystyki godzin spędzanych przed ekranem wyraźnie spadły (na dzień lub dwa, ale zawsze).

Urlopowo wciągnęła mnie "Iris", pierwsza część nowej serii i nie ukrywam, że jestem bardzo ciekawa, jakie losy siostrom zaserwuje Eleanor Buchanan w kolejnych częściach.

W latach 30. na skutek klątwy 4 siostry opuściły posiadłość w Szkocji i ruszyły w świat. Poznajemy jednak nie tylko ich losy, ale także dzieje ich późniejszych krewnych, bo druga linia czasowa to współczesność.

I choć klątwa i pierścienie, który otrzymała każda z sióstr mają w sobie coś magicznego to mamy przede wszystkim wartką opowieść z elementami historii i przygody, a nie fantastykę.

W części historycznej poznajemy Iris najstarszą siostrę, która by ratować rodzinę rusza statkiem na Cejlon na poszukiwanie wuja. Ponieważ podróżuje jako dama do towarzystwa bogatej damy będą tu eleganckie przyjęcia, tajemnice, ale też podróże po Australii, przygody i oczywiście miłość. 
W części współczesnej Roz jedzie z Antypodów do Europy, znajduje w londyńskim antykwariacie obraz szkockich skał, a potem chce poznać ich historię. 

Dwa przenikające się plany czasowe, tajemnice, drżenia serc, stare listy i fotografie. Czyli to, co ciągnie do takich opowieści. Autorka bardzo sprawnie łączy wątki i pisze tak, że na "jeszcze tylko jednym rozdziale" się nie kończy. Czy trójkąty miłosne są przewidywalne? Tak. Czy losy Roz byłyby równie wciągające bez obarczania dziewczyny tragiczną przeszłością i ojczymem zbrodniarzem? Tak. Czy czekam na kolejny tom? Tak! Bo to jest taki rodzaj powieści, przy którym wciąga historia, bohaterom się kibicuje, a Australia czy szkockie wybrzeże dodają sporo do klimatu opowieści, który jest w takich historiach bardzo ważny. I teraz trzeba czekać na ciąg dalszy, bo już zarysowane wstępnie losy sióstr Iris zapowiadają po prostu wciągające powieści. 

Czy nadużywam słowa: wciągające? Świadomie. Bo to jest właśnie tak konstruowana powieść:by zająć myśli czytelnika i dać mu różne emocje, widoki i wątki (nie zawsze rozbudowane, bo są tu dwie osie czasu i łączniki zatem niektóre sytuacje mogą wydarzać się zbyt szybko, ale to też buduje ten wciągający świat, do którego będzie się chciało wrócić). 
Dawno już nie czytałam powieści z dwoma planami czasowymi i łączącymi je wątkami, a "Iris" przypomniała mi, że to jest bardzo wdzięczny schemat. I oczywiście: wciągający! 
 
Eleanor Buchanana. "Iris". Przeł. Marta Czub. Wyd. Książnica. Warszawa 2026.  

czwartek, 23 lipca 2026

"Trzy zagadki dla organizacji" i dużo więcej groteski


 Przyznawać się! Kto chciał być tajnym agentem?

Ja chciałam (naoglądałam się Bonda we wczesnych latach nastoletniości...). Czy członkowie Organizacji z książki Mendozy chcieli być agentami, nie wiadomo, ale tak jakoś wyszło, że nimi zostali. Czy Organizacja jest podobna do MI6? Nie. Czy szef jest jak M? Nie. Czy to źle? Nie! 

Mendoza ponownie zaprasza do Barcelony z jej przedziwnymi zakamarkami, biurami, fabrykami, hotelami (nie ma zakładu fryzjera damskiego) i do świata, w którym króluje groteska. To nie jest świat dla wszystkich. Poszukujący typowego kryminału mogą czuć się rozczarowani, bo choć jest tu zagadka (a nawet trzy), śledztwo, a także mowa wyjaśniająca (kto ją przedstawia to już inna sprawa) to w nastroju powieści dominuje humor, przygoda i momentami farsowy mechanizm śnieżnej kuli, która porywa bohaterów w coraz bardziej szalone przygody. Są więc pościgi (ale takie nie za szybkie), zamykanie w starych budynkach (tylko, kto kogo zamyka), zmienianie tożsamości (utrudnione, gdy jest się garbatym, albo ma się charakterystycznego psa), a przede wszystkim przeświadczenie, że trzy pozornie bardzo różne sprawy ( śmierć turysty zaginięcie milionera i kłopoty fabryki konserw) są ze sobą powiązane.
Mendoza zabiera w szaloną podróż, mruga okiem do mitu agenta i kpi (także z politycznej poprawności). Barwni bohaterowie, język z dowcipem na wielu poziomach (brawa dla tłumacza Tomasz Pindla!) i zestaw szalonych przygód (czy wszystkie są niezbędne dla rozwoju akcji? A kto powiedział, że mają  być!?)

Ale jest jeszcze coś, co (jako niedoszłej agentce) rzuciło mi się w oczy. Opowieść o samotności i potrzebie drugiego człowieka, bo i Szef, i Nowy (wyszedł z paki, nikt nie wie za co siedział), i Boni (agentki i zarazem sekretarka niszcząca od razu każdy dokument, by nie zostawiać śladu), i taksówkarz (" Jestem po prostu prostym Barcelończykiem, z zawodu taksówkarzem, z powołania humanistą, a aspiracje mam na tajnego agenta")i inni są w organizacji, w grupie, razem. I gdzieś poza tą szaloną zagadką (z podrabianymi listami papieża, w których pojawiają się cytaty z arii operowych), a także światem pełnym absurdów nie mniejszych niż zasady Organizacji, Mendoza pokazuje, że chcemy być razem.Także po to, by się śmiać.  Dla dobra świata i Organizacji. 
 
Za książkę dziękuję wydawnictwu.   
 
Eduardo Mendoza "Trzy zagadki dla organizacji" Przeł. Tomasz Pindel.  Wyd. Znak Literanova. Kraków 2026. 

środa, 22 lipca 2026

"Król serce" po latach


 "Czyż miłość nie jest formą nadziei?"

Ta książka jest o miłości i o nadziei. O nadziei na miłość i o miłości nadzieję tracącą.  Dwa plany czasowe: przeszłość i teraźniejszość. W przeszłości studenckie zauroczenie dziewczyny i dwóch chłopaków, miotanie się serca, wchodzenie w kolejny etap życia po licencjacie, decyzje i konsekwencje. 


Przyznam, że nie wpadłam w tę historie od razu, studenckie po(d)rywy i dyskusje o literaturze, pewnie przez jakiś rodzaj powierzchowności i bycia dopiero wstępem do całości nie wciągnęły. Ale im bardziej historia zaczęła się skupiać na samej bohaterce, im bliżej jej wyborów stałam, pojawiło się pytanie oczywiste dla takiej opowieści: co będzie dalej. A dalej był już plan współczesny.


Mija ponad 20 lat. Dziewczyna jest już kobietą, studentka anglistyk i jest pisarką, jest też matką, żoną. W teraz losy jej i jej dawnej miłości ponownie się połączą.    
Część współczesna odpowiada też na pytania o brakujące elementy z przeszłości. Puzzle trafią w swoje miejsca i tworzącą całą, niełatwą historię, która zaczyna się od studenckiego romansu, a zmienia w opowieść o porzuceniu, budowaniu życia: rodziny i kariery,  opowieść o chorobie i o końcach świata.

 Wydawca pyta, czy pierwsza miłość może być ostatnią? Dla mnie to zupełnie nie o tym. Dla mnie to historia kolejnych początków.  Stawianych na nowo słów i relacji. I nadziei, o której podczas jednego ze spotkań autorskich mówi bohaterka. 
Im bliżej było końca tej historii, tym bardziej byłam ciekawa, co się wydarzy, gdzie zaprowadzi mnie autorka i jakie rozwiązania zaserwuje swoim bohaterom. Książka dość krótka, a jednak na tyle bogata w wypadki, że nie można mówić za wiele, by nie odebrać autorce budowanych przez nią zaskoczeń! Miało być wzruszająco i z nadzieją. Wzruszyć się aż tak nie dałam, ale kibicuję pewnemu małemu chłopcu, który jest dla mnie największym elementem nadziei niesionym przez tę opowieść. Nie karcianym, nie listownym, a prawdziwym królem serce. 

Znów przypomniała mi się pani z osiedlowej wypożyczalni video, która wręczała DVD ze słowami: "taki obyczaj". Taki obyczaj, ale chcę przeczytać poprzednią powieść, by jeszcze bardziej poskładać puzzle.  


Za książkę dziękuję wydawnictwu.  

 Lily King. "Król serce". Przeł. Dominika Chylińska. Wyd. Znak. Kraków 2026.  

czwartek, 9 lipca 2026

"Francesca i Nunziata". Kobiety. Włochy i makaron

 


Chociaż mogłabym codziennie jeść makaron, ale nie miałam pojęcia o sztuce jego wytwarzania. I m.in. o tym jest "Francesca i Nunziata", włoska saga, która zaczyna się w połowie XIX wieku, a kończy w latach 40 XX w.

To historia kobiet z południa Włoch. Tych tytułowych, ale także ich córek, sióstr, teściowych, kobiet w swoich rolach włoskich strażniczek domu i przedsiębiorczyń, które, gdy mężczyźni zajmują się polityką i biznesem (nie zawsze intratnym), kierują manufakturą tego, co dla Neapolitańczyka tak ważne: makaronu.  W książce mamy zatem opisy ugniatania ciasta (tak, tak, deptali ciasto jak my kapustę), formowania i suszenia makaronu, mamy rozwój przemysłu, który powoli wkracza ze swoim postępem i mechanizacją. Mamy pakowanie makaronu w specjalne kufry, które mają go dostarczyć do Ameryki.  A obok toczy się historia kraju i kobiet.

 To nie jest podręcznik historii, ale widać, jak rzeczywistość wpływa na bohaterów. Z wydarzeń historycznych autorka najwięcej uwagi poświęca Garibaldiemu i zjednoczeniu Włoch, które nie było w smak  mieszkańcom południa, którzy długo jeszcze z rezerwą odnosili się do Piemontczyków. 
 Saga Marii Orsini Natale jest sagą w pełni tego słowa- historią, której kolejną wartością jest sama opowieść. Stosunkowo niewiele tu dialogów, a siłę tworzącą klimat, wydarzenia i postaci przejmuje narracja, to snująca się opowieść, w której niektóre wypadki zostają wyprzedzone, do niektórych wraca się po latach. To właśnie saga, którą tworzą różne nitki, a losy dwóch głównych bohaterek są jej osią.
Francesca jest kobietą zdecydowana, elegancką, solidną- trzyma twardą ręką swoją manufakturę i zna arkana wiedzy makaroniarskiej, których nauczyła się od dziadka. Tą, która przejmie wiedzę i zakład jest Nunziata, sierota przygarnięta w ramach dziękczynienia. Nunziata ma wyjątkową smykałkę do interesów, ma też marzenia i nadzieje, A życie? Jak to życie, pójdzie swoim torem.

To lektura niespieszna, bez fabularnych fajerwerków, ale ze względu na mnogość postaci i czas, wymagająca zaangażowania. Autorka opisała ludzi i miejsce, które z jednej strony ciągle się zmieniają, bo inna historia i obyczaje, ale z drugiej strony trwają wierni ziemi, rodzinie i danemu słowu.  I ta ziemi, słowa i rodzinne więzi (wraz z opowieściami o makaronie) zostają po lekturze. 
 
PS Włosi nakręcili film na podstawie tej ksiazki, obsadzając w roli Franceski  Sophię Loren. Jako kobieta piękna, świadoma siebie, momentami nieszczęśliwa, ale twarda, musiała być świetna!  
 
"Makaroniarz musiał jednocześnie mieć w sobie coś-i miał-z astronoma i meteorologa, musiał przewidywać pogodę piękną i tę burzliwą, znać się na gwiazdach i fazach księżyca, wyczuwać ciśnienie atmosferyczne bez barometru i wilgotność w powietrzu bez pomocy higrometru."
 
Z książkę dziękuję Wydawnictwu. Współpraca barterowa.   
 
Marii Orsini Natale  "Francesca i Nunziata". Przeł. Agata Pryciak Wyd. Znak Koncept.  Kraków 2026 

środa, 24 czerwca 2026

"Książę Lampedusy" pisze o przeszłości

 


"Księcia Lampedusy" znalazłam na bibliotecznej półce nowości. Wcześniej nie widziałam tej książki, ale opis i nawiązanie od autora "Geparda" (którego od lat mam na liście do przeczytania) przekonały. I było warto. 

"Literatura może jedynie wciąż na nowo zadawać stare, odwieczne pytania" tu autor pyta o przeszłość, człowieka w chorobie i pamięć, która tworzy i ustawia. 

Price opowiada o ostatnim z rodu, Giuseppem Tomasim, który w latach 50 XX w., czując, że nie zastawi po sobie ani fortuny, ani dziedzica, zaczyna pisać książkę o swoim przodku i jego zderzeniu ze zmieniającym się światem. A i jego świat się zamieniał: wchodził w dorosłość na froncie I wojny, dojrzałość i stateczność osiągał, gdy Europa płonęła w latach 30. Teraz, chory i świadomy końca szuka pocieszenia w tym, co zawsze niosło mu radość: literaturze. Steven Price w historię pisania "Geparda" wplata różne etapy życia Tomasiego, przenosi w okopy, do obozów, ale i do estońskiego pałacu jego późniejszej żony. W części teraźniejszej są jeszcze młodzi przyjaciele pisarza, ludzie nowej epoki, z którymi łączy go miłość do dawnych mistrzów pióra. 

 "Nabierał dziwnej pewności, że nie napisał nic nowego, raczej odsłonił stare: nie stworzył powieści, jedynie jej pomógł, by zaistniała." Powieść Tomasiego została wydana po jego śmierci, on poznał smak odrzucenia i nasłuchał o zbyt staroświeckim stylu. "Książę Lamepdusy" jest w stylu staroświeckim, ale to żaden zarzut. Bo autor (opierając się na dokumentach i rozmowach z przysposobionym synem) tworzy świat bardzo prawdziwy, świat, który wielokrotnie się rozpada, a jednak czuje się, że zdania tworzonej powieści chcą go zatrzymać i zachować. 

Klimat, styl zdyscyplinowany, a momentami bardzo piękny, szacunek dla przeszłości i człowieczeństwo. Kilka pięknych scen w lekkiej sepii upalnego Palermo. Portret człowieka, który chce zachować przeszłość. To będę kojarzyć z tą powieścią. 

Czy trzeba znać "Geparda"? Pewnie tak byłoby najlepiej. Ja nie czytałam, ale widziałam film, zatem wiem coś o fabule, postaciach i to pomogło w docenieniu i zrozumieniu całości (np. Tancredi nie był tylko nazwiskiem, a miał twarz i utracujuszowski urok Delona, a w pamięci była też szlachetność Lancastera i żywiołowość Cardinale).  A "Gepard" znów wraca na listę do czytania. 
 
Steven Price, "Książę Lampedusy". Przeł. Maciej Stroiński.  Wyd. Czarne. Wołowiec 2026.  

wtorek, 26 maja 2026

"Ogród w chmurach" i słowach


"Nie czytałeś Małego Księcia? Poważnie? Co za szczęście, to niesamowite!"

Czytając "Ogród w chmurach" czułam wielką przyjemność poznawania historii. To była historia dość prosta, ale w typowo francuski sposób klarowna. Jest współczesna, chociaż bez daty. I jest opowieścią o literaturze. Bo o ile Cyceron mówił, że człowiek potrzebuje do szczęścia ogrodów i bibliotek, o tyle Robert, bohater, potrzebuje ogrodu i księgarni.

Nastolatek z francuskiej dzielnicy, do której niewielu się zapuszcza, zaczyna uprawiać kwiaty i inne zioło. Będąc "pod opieką" mafijnego bosa stara się nie rzucać w oczy.  Ale pewnego dnia na trasie między ogrodem na dachu, a szpitalem, gdzie leży jego matka, pojawia się jeszcze jeden punkt: księgarnia. I to nie jest elegancka księgarnia dla francuskich intelektualistów. To miejsce spotkań ludzi, także tych żyjących na ulicy i niespełnionych poetów. Prawdziwych entuzjastów literatury. Niesamowitych trubadurów. Sophie, prowadzącą księgarnię, daje chłopakowi pracę, szansę i pierwsze książki. I Robert wpada!  Bo to powieść o tym, co może dać literatura- o wchodzeniu w inny świat, poszukiwaniu Moby Dicka, rozpoznawaniu w innych Małego Księcia, o tym, że czasami zaczyna się od jednej książki, a ta otwiera drzwi. I o tym, że nie wiemy ile siły w nas drzemie i że czasem czyjeś słowa brzmią jak nasze i porywają tłum.

 Ale nie jest tu tylko literacko i bajkowo. Twarde życie dzielnicy ma swoje kolory i swój język, emigrant z blokowiska nie wyrzeka się rozterek, pamięci i słów, które potrafią bardzo ostro określać rzeczywistość. I to połączenie: chłopaka z ogrodem i nielegalnym interesem z jego wejściem w świat słów i emocji, wychodzi w powieści bardzo spójnie i prawdziwie. 

Robert kojarzy mi się Momo z "Życia przede mną" Gary'ego- arabskie korzenie, "zła dzielnica", dorastanie i ludzie, którzy pokazują nowy świat. Jest też w narracji coś, co rymowała mi obu bohaterów. Jakiś rodzaj wrażliwości i niewypowiedzianej potrzeby czegoś jeszcze, poza tym, co do życia niezbędne. 

Romain Potocki wciągnął mnie w świat, który miał wiele kolorów i rejestrów, w którym piękno i brutalność miały swoje miejsce, w którym był czas na szaleńcze biegi z kwiatami nakazane przez szefa gangu, godziny przy szpitalnym łóżku matki i bezczas lektury na dach w upale wieczoru. Są sceny, które pachną kwiatami, papierem, są takie, które pachną krwią i łzami. Ale jest w tej książce, jak w wielu ważnych powieściach, wielka nadzieja na przyszłości. I na nowy los. Bo ważny jest kolejny rozdział, gdy spotka się Hrabiego po tym, jak poczuje się jedność z trubadurami.

Jedna z ciekawszych książek tego roku. Taka, przy której znów nabiera się wiary w moc opowieści, a bohaterowie są jednocześnie z życia i z kart innych historii. 
 
Za książkę dziękuję wydawnictwu.
 
 Romain Potocki. Ogród w chmurach. Przeł. Joanna Kluza. WYD. Znak Koncept. Kraków 2026. 

czwartek, 14 maja 2026

"Long Island" , czyli "Brooklyn" 20 lat później


Czy prawdopodobieństwo jest ważne w opowieści?


Pytanie nurtowało mnie podczas lektury "Long Island", dalszej części "Brooklynu". Minęło 20 lat od czasu gdy Eilis Lacey stała się panią Fiorello i zaczęła w Ameryce życie żony, matki i księgowej. Jedna informacja sprawiła, że kobieta postanowiła wyjechać do rodzinnej Irlandii, pokazać dzieciom stary kraj i dać sobie czas na decyzję. I tak, jak było w "Brooklynie", tu też znaczna część myśli czytelnika zaprzątają pytania: co zrobili Eilis. Tym bardziej, że w rodzinnym miasteczku czeka Jim, ten sam, który 20 lat wcześniej sprawił, że Eilise zastanawiała się, czy wracać do Ameryki. I jest jeszcze Nancy, przyjaciółka ze starej paczki, wdowa, marząca o stabilizacji. I Jimie. Historia stara jak świat. Opowiedziana lekko, dyskretnie. Może nawet zbyt naiwnie.
 
I na moje oko, mocno z męskiej perspektywy. Dawno nie miałam wrażenia, że tylko facet mógł coś takiego wymyślić. Uwaga, spojlery!
Eilise, dowiadując się, że jej mąż będzie miał dziecko z inną, prawie nie reaguje. Nie sugeruję, że jako żona Włocha ma rzucać talerzami. Mówi, że dzieckiem się nie zajmie (na co naciska teściowa). Pakuje się i jedzie do Irlandii. Czy to życiowe? Możliwe. Czy historia przez ten cichy moment traci jakąś dynamikę? Tak. Jim przez 20 lat nosi w sobie wspomnienie pewnych wakacji i trwa w kawalerskim stanie, choć Nancy jest blisko (romantyczne, bardzo! Życiowe - zwłaszcza w latach 50-niezbyt). I gdy dawna miłość wraca, plany snute z wdową po przyjacielu zaczynają się oddalać... Co zrobi Eilise, Jim i Nancy?
 
To, czego się jednak po nich spodziewamy, bo to nie jest powieść o szalonej odwadze życia, tylko o wielokrotnych powrotach. Ale gdzieś z tyłu głowy miałam myśl, że ta historia jest odbiciem "Brooklynu", jednak pozbawionym ryzyka, do którego przyzwyczaiła nas bohaterka. Tu coś się dzieje, kiełkuje, ale (chociaż bohaterowie nie są starzy), nie ma nerwu.
 Ktoś powie, że w latach 50 go być nie powinno. Ktoś, że taka jest poetyka tych historii lustrzanych. Zgodzę się. Ale będę mieć drapiące poczucie, że nie do końca wierzę bohaterom. 
Czekałam na dopowiedzenie "Brooklynu". Czytało się miło, ta trochę wyprana z emocji Eilise nie przemówiła mi do wyobraźni.


Colm Tóibín "Long Island". Przeł Jerzy Kozłowski. Dom Wydawniczy Rebis. Poznań 2025. 


 

środa, 8 kwietnia 2026

"Uroczy kwiecień" urocza opowieść

 

Gdy pracowałam w mojej pierwszej bibliotece nie było tygodnia, by ktoś nie mówił o "Zaczarowanym kwietniu". Jako nieliczni mieliśmy tytuł w księgozbiorze, więc przyjeżdżali po niego ludzie z całego miasta. Nie zliczę ile osób mi go polecało, ale przez to, że błyskawicznie przechodził z rąk do rąk i był wypożyczony, nigdy po niego nie sięgnęłam.


Informację o nowym wydaniu "Uroczego kwietnia" przyjęłam z ekscytacją i obawą (bo co będzie, jeśli wyczekana książka będzie tylko ramotką sprzed 100 lat?).
Książka jest urocza. Dowcipna, spokojna i po prostu życiowo mądra. Ktoś powie: tak już się dziś nie pisze. Odpowiem: i szkoda!

Dwie Angielki chcą uciec od swojego przewidywalnego życia małżeńskiego. By wynajem willi był tańszy, na miesiąc we Włoszech poszukują współlokatorek, zostają nimi młoda arystokratka, czująca się znudzoną famme fatale oraz starsza dama, wspominająca swoich sławnych, dawnych, nieżyjących już znajomych. Początkowo pobyt nie zapowiada żadnych zmian, poza zmianą pogody. Ale spędzane razem dni, przyjazd mężów (i nie tylko) dokona przemiany w każdej z pań.

Autorka kilkakrotnie powtarza znane (choćby z "Pigmaliona"), acz warte przypomnienia twierdzenie, że stajemy się takimi, jak traktują nas inni. Wejście w nowe towarzystwo i miejsce daje szansę do odnalezienia w sobie nowych sił i powrotu do tego, co kobiety kiedyś w sobie ceniły, a co zniknęło od natłokiem obowiązków i zmartwień. We Włoszech czują "jak gdyby lada chwila miały puścić pędy". To zazielenienie się u każdej przebiega ciut inaczej, arystokratka zrzuca maskę zblazowanej kobiety, o której wszyscy marzą, żony odnajdują w sobie panieńskie marzenia, a starsza dama luzuje wiktoriański gorset. Dzieje się to, czego wszyscy (łączenie z czytelnikami) chcą. Jednocześnie zostajemy w świecie międzywojnia, bez nadmiernych szaleństw, a romans możliwy jest tylko z własnym mężem. Bo to też trochę opowieść o własnych wyborach i ludziach obok.

 Podobała mi się lekkość opisu, dowcip, wyzierająca z narracji znajomość życia i charakterów. Czuje się, że książkę pisała kobieta niemłoda i z bagażem doświadczeń, które pozwalają na spojrzenie bystre, uważne i przewidujące przyszłość. Można pewnie tej książce zarzucić naiwność, to, że do takich zmian potrzeba czegoś więcej niż miesiąca włoskiego nieba. Ale ja tę historię kupuję, także rozumiejąc wyjazd pań jako kolejny krok w ich pragnieniu oderwania się od powtarzalnego życia, w którym nic ich, ani one nikogo nie zaskoczą.
Myśl o tym, że ludzie, których traktujemy jako nudnych, nieciekawych, zgorzkniałych, tacy się stają, ma w sobie, niestety, wiele prawdy. Ta książka to, poza wiosenną opowiastką o wakacjach od życia, przypomnienie, że to, co my zobaczymy w sobie, dostrzegą też inni. A takie rzeczy warto powtarzać. Czytelnicy mieli rację:takiego kwietnia potrzeba bez względu na porę roku.

Nie zachwyca mnie okładka- Włochy, lata 20, tu naprawdę można graficznie poszaleć, a okładka jest nijaka i nie łapie retro uroku, bijącego z tekstu. Ilustracje z AI widocznie go nie czują...
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.
 
Elizabeth von Arnim. "Uroczy kwiecień". Przeł. Adriana Sokołowska-Ostapko. Wyd. Znak Koncept.  Kraków 2026 

środa, 1 kwietnia 2026

"Wymieranie Ireny Rey" Nasza Pisarka znika w puszczy

 

Kto baczy na tłumaczy?


Ewa Lipska w ubiegłym tygodniu na spotkaniu w Bibliotece Raczyńskich powiedziała, że jej wiersz, przetłumaczony na inny język, jest już nie tylko jej tekstem, ale także tłumacza. Mam wrażenie, że nasza, czytelników, świadomość związana z wagą pracy tłumaczy rośnie, czego widocznym znakiem są ich nazwiska na okładkach oraz dyskusje np. na temat nowych przekładów klasyki.

Jennifer Croft, tłumaczka m.in. Olgi Tokarczuk zaprasza nas do Białowieży, gdzie spotykają się tłumacze polskiej Naszej Pisarki Ireny Rey, by pracować nad przekładem nowej powieści. I pewnie praca szłaby sprawnie i zgodnie z ustalonymi zasadami (które mają w sobie sporo z sekciarstwa) gdyby nie fakt, że pisarka znika.

Kryminał ekologiczny, zestaw nawiązań do pisarzy w tym do (oczywiście!) Tokarczuk, powieść o przekładzie (i o tym, czy da się przełożyć Leśmiana?), tekst dialogujący z samym sobą przez przypisy od (a jakże!) tłumacza. I gra z czytelnikiem, która zaczyna się od przedmowy tłumaczki na polski, którą wcale nie jest Kaja Gucio (rzecz na nasz język tłumacząca)... Do tego jesteśmy w powieści pisanej o niedalekiej przyszłości, (która w momencie czytania będzie teraźniejszością lub przeszłością), w zagubionym i odnalezionym tekście, którego tłumaczka jest jednocześnie bohaterką. W tym szaleństwie jest sporo metody i pomysłów. Np. to, że tłumacze zyskują osobowość i imiona dopiero po jakimś czasie. Ale bywa też nierówno, bo jest też trochę dłużyzn i miejsc, które brną w ślepe uliczki lub pozostawiają uczucie niedosytu (mitologia słowiańska i wątek grzybów, które moim zdaniem można było jeszcze poszerzyć).

To, co czytało mi się najlepiej i najciekawiej to fragmenty o tłumaczeniu, (nie)przekładalności słów i znaczeń. To, co unaocznia czytelnikowi procesu powstawania nowego tekstu na podstawie dzieła już skończonego. Intrygujący był też kult Naszej Pisarki i pokazanie mechanizmu wpływania na grupę. 

 "Wymieranie Ireny Rey" było dla mnie ciekawym eksperymentem formy i treści. Jednak ze względu na nierówność nie powiem: biegnijcie do bibliotek! Chociaż, gdy (bardzo dobra!) okłada rzuci Wam się w oczy na półce, można zrobić ten eksperyment na sobie.
 
Jennifer Croft, "Wymieranie Ireny Rey". Przeł. Kaja Gucio. Wyd. Pauza. Warszawa 2025.  
 
 

piątek, 6 marca 2026

"Brooklyn" taki obyczaj

 

Najpierw książka czy film?
Staram się najpierw czytać, ale nie zawsze wiem o literackim pierwowzorze. Tak było z "Brooklynem". Film obejrzałam kilka lat temu I, stosując nomenklaturę pani z dawnej osiedlowej wypożyczalni DVD/VHS (ktoś to jeszcze pamięta?) powiedziałabym " to taki obyczaj".
Fala zachwytów towarzysząca wznowieniu powieści Tóibína przekonała mnie do wyczekania na książkę w bibliotece i lektury.
I to też był "taki obyczaj". Przy czym nie jest to wcale określenie deprecjonujące, bo patrząc szerzej, większość wielkiej klasyki "to takie obyczaje" (Karenina, Austen, Bovary, W stronę Swanna).
W kontekście tej powieści obyczaje są o tyle istotne, że bohaterka staje na styku kultur. Irlandia lat powojennych.  Eilis decyduje się wyjechać z rodzinnego miasteczka do Brooklynu (właśnie: do, a nie: na), by tam szukać pracy i szczęścia. Początkowe dni spędzane w pracy, parafii i niezbyt okazałym pensjonacie zmieniają się w zwykłe i coraz barwniejsze życie, zwłaszcza gdy Eilis  zaczyna uczyć się sztuki rachunkowości i poznaje syna włoskich emigrantów. Ale, jak to w obyczaju, gdy wszystko idzie za dobrze musi się coś stać. I znów Eilis rusza w drogę, a potem musi zdecydować który kierunek ostatecznie wybierze. I te ostatnie części, gdy lepiej znamy bohaterów i przyglądamy się wyborom dziewczyny podobała mi się najbardziej. Było tu zderzenie światów, jakieś rozdarcie w bohaterce, napięcie dotyczące tego, jaką decyzję podejmie. Nie czekałam na ten wybór z zapartym tchem, bo z filmu pamiętałam zakończenie, zatem bardziej mogłam skupić się na pokazaniu tych rozterek i tworzeniu Eilis już nie tyle dorastającej, co dorosłej, biorącej odpowiedzialność za siebie i własne wybory. I jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej, w tomie drugim, bo ta opowieść domaga się dopowiedzenia.

Jest w tej historii dużo powietrza. Miejsca na dowyobrażenie siebie ludzi, miejsc i sytuacji. Nie jest to narracja gęsta i przytłaczających, jest to płynąca opowieść o dorastaniu, siostrach i matce, o koleżankach z pensjonatu, o emigranckiej społeczności i wchodzeniu w nowe miejsce. O kontrastach ludzi, uczuć i miejsc. 
Czekam na ciąg dalszy, bo powieść mnie może nie zachwyciła aż tak, ale dała dużo dobrej lektury i zostawiła w miłym oczekiwaniu na ciąg dalszy. Czy nie o to chodzi w takim obyczaju? Zwłaszcza, gdy osadza się w bardzo konkretnym miejscu i czasie jak  powojenny Brooklyn.
 
 Colm Tóibín "Brooklyn". Przeł Jerzy Kozłowski. Dom Wydawniczy Rebis. Poznań 2009. 


środa, 18 lutego 2026

"Intermezzo" ruchy Rooney

 

Książka potrafi budzić bardzo skraje emocje. Jednych zachwyca, innych nudzi, oburza. 
Staram się sprawdzać te tytuły, bo tak skrajne opinie wywołują rzeczy "jakieś". I co wyszło z mojego sprawdzania Rooney? Że nie będę kochać, ale rozumiem swoisty fenomen.  

Dwóch braci w żałobie po ojcu. Starszy, prawnik, uwikłany w romans z młodą dziewczyną i relację ze swoja pierwszą miłością. Młodszy, szachista, lekko wycofany, zakochuje się w kobiecie starszej o ponad 10 lat, czyli robi tytułowe intermezzo- ruch, którego nikt się po nim nie spodziewa (bo czy będzie szokować trzydziestolatek romansujący z dwudziestką? Nie, za student zakochany w rozwódce lat 36? No właśnie...). 

 Akcja toczy się powili i zagęszcza dopiero w trzeciej, ostatnie części powieści, gdy pewne sytuacji z przeszłości zyskują dopowiedzenie, a bohaterowie (wreszcie) podejmują decyzje. Bo to trochę powieść o życiu i świecie w zawieszeniu- niepewności własnych uczuć, wadze osądów innych, wracaniu do wspomnień sprzed lat, życiu w cieniu i blasku, o odległości (czasowej i fizycznej) i bliskości. To bardzo trafna ocena współczesności. Zawieszenie burzy (a może przestawia na nowe tory?) finałowa scena, która jest trochę jak z filmu familijnego (spoiler: wszyscy spotykają się na turnieju szachowym). Zakończenie dobre, z nadzieją. Tylko nie wiem, czy do takiego prowadziło 500 stron... Czy to, co miało być niewygodne i drażniące, można tak zamknąć?Czy coś, co miało być życiowe, kanciaste, ludzkie (takie nam, rozedrganym niezdecydowanym ludziom lat dwudziestych, bliskie), ma się kończyć jak komedia świąteczna. 

500 stron. O jakieś 200 za dużo. Powtórzenia, które na moje ucho nie są celowym zabiegiem, przeciągane opisy łóżkowe, pisanie ciągiem, które ma dawać iluzję strumienia świadomości i bliskości myśli bohaterów, a i tak w głowie dodajecie sobie myślniki, bo dialog wyodrębnia się szybko i wcale nie jest tak zjednoczony z opisem jak można się było spodziewać. Taki styl może mieć fanów, autorka daje jasne, wręcz reżyserskie wskazówki, co mamy sobie wyświetlać w głowie. Mnie ta narracja przez 2/3 książki męczyła. 

Nie będę fanką Rooney, ale wiem, dlaczego. I wiem też, komu tę książkę mogę polecić (a komu nie). Dlatego warto było przeczytać. I słuchać i fanów, i przeciwników.
 
Sally, Rooney, Intermezzo. Przeł. Jerzy Kozłowski. Wyd. WAB Warszawa 2025 

środa, 28 stycznia 2026

"Pamięć drzewa" o blaknięciu czasu

 

Są książki głośne. Są takie, które szepczą.   

"Pamięć drzewa" to właśnie ta druga. Kameralna opowieść Jana, chłopca z Barcelony, do którego domu wprowadzają się dziadkowie. I choć chłopca bardzo cieszą nowa domowa rutyna i powroty z dziadkiem ze szkoły, po pewnym czasie zrozumie, że nie wszystko jest tak jak do tej pory.  Bo choć on, chłopiec, ma jeszcze dużo czasu, to czas jego dziadka, zegarmistrza, robi się coraz bardziej przezroczysty, jak przezroczysta staje się pamięć starszego pana.

To książka bez dramatycznej walki o zachowanie zdrowia i pamięci, to opowieść o teraźniejszości, którą niektórzy zapamiętają z wyraźnym konturem, ale w innych spłowieje szybciej niż powinna. Opowieść rodzinna, zamykająca się w spojrzeniach, dotyku ręki i rozmowach mamy i babci za przymkniętymi drzwiami kuchni.  Bez tragizmu. Z przyjęciem pewnego porządku przemijania. Z codziennością i uważnością.

Dla mnie siłą tej historii jest narracja Jana. Prosta. Ale jednocześnie jest tu metaforyka dziecka z doświadczeniem dorosłego. I to w tych krótkich obrazkach, pozamykanych w rozdziały, się sprawdza. Nie mamy przemądrzałego, pełnego patosu narratora, który udaje dziecko, infantylizując pewne zachowania i słowa. Mamy narratora, w którego dziecięctwo  wierzymy, a jednocześnie jego spostrzeżenia mogą zaskoczyć trafnością i umiejętnością doboru słów. To taki wygadany chłopiec z wyobraźnią, który widzi czasami więcej i opisuje to, co widzi, sam może nie zdając sobie sprawy z wagi swoich spostrzeżeń. A może to jego wspomnienie? Może jego rzut oka w przeszłość? 

Rodzina, pamięć i jej zanik, postawienie wszystkich domowników w nowej sytuacji. Czas, którego wydawało się, że dziadek jako zegarmistrz jest panem, a nagle ten sam czas występuje przeciwko niemu. I są jeszcze drzewa, symbole z przeszłości, wciąż powtarzające swoją zmienność. Drzewa z korzeniami i wycinane pieńki z przeszłości. 

Książka wzruszająca w ten najprostszy sposób. Bez efekciarstwa i sztucznego dramatyzmu trafiająca do serca. Poruszająca jeszcze bardziej, gdy ktoś wracał z dziadkiem ze szkoły.  

Za książkę dziękuje wydawnictwu  


Tina Valles. "Pamięć drzewa".Przeł Andrzej Flisek. Wyd. Kraków 2026.  

 

wtorek, 16 grudnia 2025

"Gwiazdka". Dziewczynka z nadziejami

 


"Ale ja nie mogę nie mieć nadziei. Taki już mam mózg".

 Ronja nie jest córką zbójnika, a przynajmniej nie tego. Jej tata nie potrafi utrzymać pracy i pieniędzy, zbyt często odwiedza "Przyjaciół" (którzy powinni nazywać się Wrogowie). Gdy nie pije jest kochający, dobry, ale nie ma go, gdy pije. Ale życie toczy się dalej i Ronja razem ze starszą siostrą Melissą muszą sobie radzić. I robią to po swojemu. A nadchodzą święta.

"Gwiazdka" to opowieść krótka, ale wielowątkowa (w tle przemykają kwestie starości, migracji, dorastania). Poruszająca i dająca do myślenia. Nie ma tam lukrowanej świątecznej historii, jest ból, jest sprzeciw, ale i nadzieja. I zakończenie, które można interpretować na kilka sposobów.  
Autorka, pisząc o dwóch córkach samotnego ojca z problemem alkożyciowym, pisze o nadziei młodszej i o szybkim dorastaniu tej starszej, która zawsze ratuje sytuację. Pisze o wsparciu starszego sąsiada, marzeniach, do których się ucieka, o pułapkach kapitalizmu i szkolnym woźnym, którzy sporo widzi.

Nie ma tu świątecznej magii? zapytacie. Jest! Najbardziej prawdziwa, bo bez świątecznego filtra. Tą magią i prawdą jest nią nadzieja. Nadzieja na przyszłość, normalność, na wyprawę do domu na wyspie, a na razie chociaż na choinkę. To jest bez wątpienia powieść świąteczna, która ma nas obudzić. 

Jest w tej książce skandynawska zwięzłość myśli połączona z baśnią. Przecież Andersen, ten smutny baśniopisarz, był Skandynawem. I właśnie jego "Dziewczynkę z zapałkami" czyta Ronja i do baśni nawiązuje cała historia. Smutna. Ale przecież jej zakończenie ma przynajmniej dwie możliwości interpretacji! I tak jest i w "Gwiazdce".

W święta dobrze jest się poczuć dzieckiem, który ma mózg pełen nadziei. Ale dobrze i docenić to, co się ma. A może i szerzej otworzyć oczy na to, co dookoła. I na innych. Nie tylko raz w roku.
 
 Za książkę dziękuję Wydawnictwu. 
 
Ingvild H. Rishøi, "Gwiazdka". Przeł. Katarzyna Tunkiel. Znak Koncept.    Kraków 2025.