czwartek, 30 stycznia 2020

"Małe kobietki" klasyka w historii


Do sięgnięcia po „Małe kobietki” skłoniła mnie informacja o ekranizacji.  I po przeczytaniu (a konkretnie wysłuchaniu) powieści jestem bardzo ciekawa, co z tej książki  zostanie pokazane w filmie i jak będę przedstawione bohaterki.   Nie widziałam (wiem, wstyd!) poprzednich ekranizacji, więc  słuchając o roku z życia panien March miałam  z jednej strony zagadkę, co będzie dalej, z drugiej towarzyszyło mi poczucie, że to w sumie mało filmowa książka, bo  sporo rozdziałów to historie, które nie mają wielkiego znaczenia dla  pchania do przodu akcji powieści. Ale też  chyba nie o akcję tu chodzi… 

I tu kolejna zagadka- czy dziś  taka książka ma szansę trafić do współczesnych dziewcząt w wieku bohaterek? Na pierwszy rzut oka-nie! Bo kogo dziś przekona  dewiza Marmisi: „miej nadzieję i bądź zajęta” – zajęta nie  tym, co kradnie czas, ale codziennymi obowiązkami, pracą nad sobą i kształtowaniem charakteru. 

Spotkałam się z opiniami, że to książka moralizatorska i moralistyczna. Niewspółczesna. Jasne, że niewspółczesna skoro powstała ponad 150 lat temu.  W USA trwa wojna secesyjna, (na ziemiach polskich upadło  powstanie styczniowe- to tak dla  lepszego osadzenia), Amerykanka pisze powieść na ówczesnych Amerykanek, a my w 2020 roku chcemy, żeby była współczesna i nie była moralizatorska.  Taka była wtedy rola literatury dla dzieci i dorastających panienek: miała uczyć, wychowywać i zachęcać do pracy nad sobą. Czytając tę powieść dziś (przekraczając też dwukrotnie wiek najstarszej bohaterki)  i znając kontekst, mogę jednak zauważyć, że autorka  nie tylko pisze o swoich bohaterkach z wielką sympatia, ale także daje im bardzo wiele wolności.   Zaś pani March jest  matką absolutnie wymykającą się moralizatorskiemu widzeniu matrony z XIXwiecznej powieści. Jej pomysł z tygodniem samych przyjemności i  pokazanie córkom w dość jasny sposób tego, co się dzieje, gdy w domu nie wykonuje się bieżących obowiązków mogłaby dziś zalecić każda  superniania.  Co więcej, autorka sama zwraca uwagę na różnice w wychowaniu, gdy Amy trafia na czas kwarantanny do ciotki March i tam obowiązują inne zasady niż w jej rodzinnym domu. Poza tym  talenty i zainteresowania dziewcząt są pozytywnie wzmacnianie- Beth gra na pianinie i nikt nie marudzi na placówki i wprawki, tylko zachwyca się jej grą, nikt nie gani  Amy za jej rozrzuconą po stolę  glinę i kredki, Jo ma czas by czytać,  pisać i tworzyć swoje sztuki, a Meg  może rozmyślać o luksusie, byle nie była zbyt próżna.  Patrząc na wsparcie, które zapewnia córkom matka, jest ona na wskroś współczesna, a już na pewno nie po naszemu pozytywistyczna!  Poza tym twierdzenie, że szczęściem kobiety może być znalezienie kochającego mężczyzny, nawet jeśli nie jest bogaty to dość rzadkie w świecie targowiska próżności i budujących się rodzinnych fortun Ameryki.  

Gdy spojrzy się na tę powieść w tym szerszym kontekście, a nie usiłuje dopasowywać ją do dzisiejszych realiów, to naprawdę widać, że autorka była postępowa.  I jeszcze jedna uwaga-  Marchówny nie były bogate, ale były pannami z dobrego domu, miały więc wyglądać i zachowywać się jak damy, czym świadczyły też o swojej pozycji.  Choć Jo obrusza się, że dziewczęta to  „rączki w małdrzyk, buzia w ciup” i że chłopcy mają więcej swobody, to nie jest bardziej zbuntowana niż Mała Mi lub Pippi.  Bo Louisa May Alcott  nie pisała antypedagogicznej książki.  Pisała o swoich czasach i tak należy ją odczytywać.  Gdyby dziś chcieć na nowo przeczytać te książkę, to jest to bezwzględnie rzecz o sile kobiecego wsparcia,  ale też różnorodności damskich charakterów.   I pracy nad sobą, rozumianej nieco inaczej niż mówią dziś popularne poradniki i lajfstajlowe portale, ale jednak bardzo ważnej dla rozwijającej się dziewczyny.   Słuchałam tej historii z przyjemnością, bo  jest w niej oddany urok tamtego świata- czasów, gdy siadywano razem przy robótkach, opowiadano sobie historie, gdy znało się sąsiadów, a  znajomością z chłopcem z sąsiedztwa stawała się prawdziwą, wierną i spolegliwą przyjaźnią. 
   
 Charaktery dziewcząt oddane są świetnie głosem Marty Wągrockiej (której ton i sposób czytania odrobinę przypominał lektorowanie Anny Dereszowskiej) i na pewno warto po tę powieść sięgnąć- także po to, by zobaczyć, co się zmieniło, a co trwa w damskim świecie. Warto też pomyśleć o różnych twarzach kobiecości. Biorąc oczywiście poprawkę na  to, że jest to historia z 1868 roku.

Louisa May Alcott, „Małe kobietki.”  Przeł. Ludmiła Melchior-Yahil.  Warszawa 2018. Czyta Marta Wągrocka

środa, 15 stycznia 2020

"Moja rodzina i inne zwierzęta" w słonecznej sepii


Słońce, zapach morza i poczucie   beztroski.   Do tego dużo czasu na samodzielne eksplorowanie wyspy i  poznawanie przyrody. Idealne wakacje? Albo idealne dzieciństwo Geralda Durella, którego konsekwencja była jego praca przyrodnika i działanie na rzecz zagrożonych gatunków.   
 Pierwsza część opowieści o  rodzinnym pobycie na Korfu jest książką pełną  letniego klimatu i tego niezwykłego sentymentu i bajkowości, którą zwykle mają książki pisane po latach.
Co tu mamy?  Wspaniałą, dowcipną i  dorosłą narrację byłego dziecka (tak bywa, gdy spisuje się wspomnienia). Mamy spełnienie marzeń każdego, to marzył o dziecięcej swobodzie. Samodzielne, całodzienne wyprawy łodzią (nie do pojęcia dla wielu współczesnych rodziców), obserwowanie owadów, rozmowy z nauczycielami, którzy nie zawsze  przekazywali te wiadomości, które chcieli to filtrowana przez kolejne lata i doświadczenia treść  dzieciństwa. A do tego pełna indywidualności rodzinka, brat literat,  elegancka siostra,  wyrozumiała i dająca wszystkim swobodę matka. I soroki. Tak, domowe sroki zwane sorokami, które  tylko początkowo były udomowione.
Ta książka skrzy się słońcem, pokazuje piękno wyspy, dobroć ludzi i  niezwykłą jedność ich życia i  czasu wyznaczanego wschodami i zachodami słońca. Opowieści przede wszystkim dla tych, którzy potrafią otworzyć oczy i w skupieniu przyglądać się motylom. Albo czytać i wyobrażać sobie piękno świata w sepii wspomnień.

Gerald Durrell, "Moja rodzina i inne zwierzęta." Przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska.  Wyd. Noir sur Blanc. Warszawa 2019.  

czwartek, 9 stycznia 2020

"Wyspa Camino", literackie smaczki i niewiele więcej

Czy kradzież książek może  dochodowym przestępstwem? Oczywiście! Kilka powieści  na ten temat już powstało, choćby "Klub Dumas".    Gdyby ktoś miał do wyboru czytać tylko Grishama lub tylko  Pereza-Reverte, niech czyta tego drugiego. Bo o ile "Wyspę Camino"czyta się lekko i szybko, o tyle po lekturze zostaje niewiele, a sama intryga kryminalna jest szyta grubymi nićmi. 

Oto bowiem z uniwersyteckiej biblioteki zuchwali złodzieje (bo by kraść książki trzeba być zuchwałym!)  kradną rękopisy  Fitzgeralda. Firma poszukująca książek nie musi przestrzegać procedur i wytycznych, dlatego gdy trafia na ślad podejrzanego antykwariusza postanawia wpuścić mu kreta z literackiego środowiska. Na bycie szpiegiem zgadza się młoda pisarka w kryzysie twórczym i dziurami na koncie, a że na tytułowej wyspie Camino wiele razy spędzała  wakacje w domu swojej babci, jej przybycie na wyspę i wejście w literacki światek wydaje się bardzo naturalne. I tak się staje. Mercer Mann zaczyna spotykać się z pisarzami, którzy (nie wiedzieć czemu!)  rezydują  w dość dużym stężeniu na metr kwadratowy wyspy. Podejrzany księgarz konsoliduje środowisko literackie i (tego naprawdę nikt się nie spodziewa! ;) ) zaczyna fascynować młodą pisarkę. Wiem, sarkazm zbyteczny, bo przecież każdy kto zajmuje się książkami jest interesujący, a jeśli z zyskiem prowadzi księgarnię (!) i ma kasę na kupno białych kruków (!!) to jest fascynujący po wielokroć, ale fabularnie to proste jak z romansu jednej z bohaterek-pisarek. 

Bo o ile cała intryga, mimo nagromadzenia pomysłów technicznych jest przewidywalna, to elementem, który działa na korzyść tej książki jest jej książkowa otoczka. Rozmowy pisarzy o tym, czy pisać wielką literaturę, czy powieści użytkowe, które gatunki są dochodowe, jak pogodzić się z porażką nieczytanego lub niedostrzeganego autora, są dość interesujące. Czy fakt, że księgarz może sobie pozwolić na zapraszanie pisarzy na spotkania autorskie, na które przychodzą tylko inni pisarze to już pytanie o amerykański system promocji książek i status autora za oceanem. Jeśli szukamy wątków, które prowadzą do innych książek, to jest tu przede wszystkim  twórczość Fitzgeralda i Heminway'a (w tym nawiązanie do wydanej także po polsku "Paryskiej żony".  Elementy ukazujące świat pisarzy i księgarzy są całkiem przyjemne, ale to za mało by stworzyć dobrą książkę. Nie przykrywają one  przewidywalnej fabuły, płaskich postaci i wrażenia, że Grisham, idąc za radą swoich bohaterów, postanowił napisać kolejną gatunkową książkę i zarobić na swoim nazwisku.   

John Grisham, "Wyspa Camino". Przeł. Jan Kraśko.Wyd. Albatros. Warszawa  2019.

poniedziałek, 30 grudnia 2019

CYNAMONY 2019

                                                                   źródło: pixabay
Powtarzanie, że nie wiem, gdzie się podział mijający rok nie ma sensu... Minął błyskawicznie, ale po drodze przyniósł sporo dobrego, w tym także dużo dobrych książek. W ubiegłym roku (Cynamony 2018) nie miałam problemu z wyborem jednej, najlepszej książki, teraz aż tak oczywistych wskazań nie ma.  Czas na podsumowanie tych najlepszych, które przeczytałam w 2019 roku i które cały czas zostały w pamięci.

OBYCZAJOWE
"Całe życie"   Powieść, a raczej przypowieść o życiu prostego, dobrego człowieka. O jego radościach, smutkach i życiu zgodnie z rytmem przyrody. Precyzyjna, oszczędna, zapadająca w pamięć dzięki prostocie i emocjom, które wywołuje.

"Sprawa Hoffmanowej"  Niepokojąca i świetnie napisana powieść psychologiczna, której inspiracją były prawdziwe wydarzenia z lat 30. i proces prawie tak znany, jak sprawa Gorgonowej. Trzymająca w czytelniczym w szachu powieść, która intryguje historią i świetnym językiem.


KRYMINAL TANGO
"Morderstwo ma motyw" Klasyczny brytyjski kryminał z uroczym detektywem amatorem, a przede wszystkim prawdziwym, a nie rekonstruowanym światem. Dziś kryminał retro, za czasów  swego powstania- po prostu kryminał z zagadką, psychologią i elegancją. I w tym sęk! Kolejna książka "Morderstwo na święta" równie dobra, mam nadzieję, że będzie więcej!


POPULARNIE A NAUKOWO
"Ale musicale!"Książka, której brakowało, z której korzystam wiele razy w tym roku i choć mam małe zastrzeżenia, to jest to niezbędnik widza i słuchacza musicalu/ teatru muzycznego i zapełnienie dziury w popularnym, a bardzo rzeczowym i ciekawym pisaniu o gatunku.

MUZYCZNE INSPIRACJE
"Hanka"  Świetna powieść biograficzna napisana z wyczuciem epoki i stylu czasów Ordonki (a miała ona różne kalendarzowo, życiowo i artystycznie czasy!). Książka, która przeniosła mnie do świata kabaretów, piosenek, żartu i pauzy między lekcjami historii.


"Nikt nie słucha" Muszę wspomnieć o tej książce. Reportaże o disco polo pokazują świat wielkich pieniędzy, karier, budowania relacji z fanami. Jest o przekrętach i niebezpieczeństwach, jest i autentycznej radości z grania, którą ma wielu przedstawicieli gatunku. Disco polo to absolutnie nie moja bajka (co widać, bo ciut wyżej dwudziestolecie,  jeszcze wyżej musicale, a na moim cynamonowym fb co rusz jakaś opera...), ale nie można ignorować zjawiska, które od 30 lat tworzy polską rozrywkę.  Bez oceniania, bez uśmieszków, rzeczowo i ciekawie. Sierakowska otworzyła mi oczy na kilka aspektów tego biznesu/działalności estradowej. 


BO BYWAM DZIECKIEM
"Hotel Winterhouse"  Wciągająca historia z dreszczykiem, ale przede wszystkim powieść czerpiąca pełnymi garściami z klasyki literatury dziecięcej, dzięki czemu jest tu i  przyjaźń, i zagadka, i piękna biblioteka. I dziecięca ciekawość,co będzie dalej. Od razu dodam, że druga część jest równie dobra!

SŁUCHANE
Nie napisałam o tym na blogu... Mogę się usprawiedliwić tylko tym, że słuchałam tej powieści bardzo długo z rosnącym zachwytem dla autora, tłumaczki i interpretatorki. Tylu przede mną o niej pisało, że trudno napisać coś nowego. Wspaniała historia o ludziach i ich wyborach, o różnych drogach  do szczęścia, o blichtrze i prostocie życia. I wbrew tytułowi dla mnie to jednak przede wszystkim historia o Lewinie. "Anna Karenina" czytana mistrzowsko przez Annę Polony.

POKRUSZONY CYNAMON
"Siedmiu mężów Evelyn Hugo" Moje rozczarowanie roku. I od razu dodam: to nie jest zła książka. To ja oczekiwałam czegoś innego. Czekałam na historię o artystce, dostałam losy produktu przemysłu fabryki snów.  Czekałam na klimat starego Hollywood,  dostałam prawie współczesne serwisy plotkarskie i pospieszną narrację. Czekałam na bohaterkę i jej nie dostałam. Do mnie nie trafiło!


WYDARZENIE

Bezsprzecznie: Nobel dla Tokarczuk. I choć jak wielokrotnie pisałam jej książki to nie jest moja bajka, to nie ma wpływu na fakt radości z doceniania jej, jej stylu, języka i tłumaczy. (Mówiąc szczerze jestem z tych, którzy co roku w październiku marudzą, że Nobla to Herbert powinien był dostać!). 

Ale sytuacja wokółnoblowska miała dwa końce. Media społecznościowe, pokazały pazury i zaczęła się jazda po tych, co nie czytają i nie lubią (żeby było śmieszniej jeździli też ci, którzy przyznawali, że też nie czytali, ale lubią...). Na forach, fb itp zaroiło się od wpisów o "plebsie, którzy się teraz rzuci i nic nie zrozumie" , od oceniania, kto może, a kto nie powinien czytać... Czytałam, a także z obowiązku odpisywałam na te komentarze na fb mojej biblioteki z dziwnym pomieszaniem smutku, zawiedzenia i wkurzenia, prosząc, by jednak nie nazywać czytelników biblioteki plebsem i zachować minimum szacunku i kultury na stronie nomen omen instytucji kultury. Każdy ma prawo czytać. Ciekawość i chęć poznania noblisty jest rzeczą naturalną i godną pochwały. Bez nagrody nie sięgnęłabym pewnie po Modiano i byłoby szkoda...Ale fakt nagrodzenia nie zmienia dzieła,  jest ono takie samo, jak było.I każdy ma prawo do swojej oceny i wrażeń. Do czytania w zachwycie, albo do odrzucenia książki, filmu, płyty... Do własnych wyborów. Gdy czytanie tak bardzo dzieli, jest źle. Gdy fakt, że się czyta noblistów pozwala obrażać innych, jest źle.  Czy to, że się czyta Tokarczuk daje komukolwiek prawo do czucia się lepszym?  Fakt zawiedzenia się na snobistycznych, wymądrzających się i skłonnych do prostych ocen czytelnikach to coś, co pojawia się w Cynamonach kolejny raz. Niestety! 

Z wydarzeń mniej globalnych, moich: tym co najbardziej zapamiętam i z którego jestem bardzo zadowolona była wystawa Kanon lektur nieczytanych. Rozmowa na portalu Lubimyczytac.pl
W styczniu 2020 roku wystawa ma być prezentowana w Bibliotece w Krośnie Odrzańskim.  

A najchętniej czytanym  na moim blogu wpisem  był ten o karach za przetrzymywanie książek! 
Czyżby tak wielu Czytelników miało coś na sumieniu ;) 

Wspaniałego i pełnego dobrych lektur 2020 roku! 



piątek, 27 grudnia 2019

"PS Kocham cię na zawsze" po drugiej stronie listu


„PS Kocham Cię” było książka, która zapewniła Cecelii Ahern miejsce w literaturze popularnej. Bo ta młoda Irlandka napisała powieść, która opowiadała o śmierci, żałobie, a jednocześnie odniosła wielki sukces, zyskała czytelniczki na całym świecie, a jej pozycję ugruntowała ekranizacja.   

Po kilku latach autorka postanowiła wrócić do historii, od której zaczęła się je złota passa. I napisała  ponownie książkę o odchodzeniu, śmierci i żałobie, ale będąca rewersem tej pierwszej… Bo o ile w "PS Kocham cię" najistotniejsze były  emocje rodziny zmarłego i to, co napisane przez bliska osobę listy dają tym, którzy przezywają żałobę, o tyle w "PS Kocham cię na zawsze"  punkt ciężkości leży po stronie tych, którzy odchodzą, a pisane przez nich listą do bliskich są ich sposobem   na oswojenie  sytuacji. Sytuacji granicznej, trudniej, zupełnie nie kojarzącej się z lekką, łatwą i przyjemną kobiecą obyczajówka. A jednak Ahern  znów sięga po ten temat i ponownie pisze książkę, która nie jest banalna, jest wzruszająca, ale nie ckliwa i nie ma w sobie przygnębiającego bólu. A za to ma pewien rodzaj zadania dla czytelnika, by ten doceniał to, co ma i tworzył ciągle nowe dobre historie i wspomnienia.  

Akcja książki zaczyna się 8 lat po śmierci Gerry’ego i 7 lat po zakończeniu historii z listami. Wydaje się, że  Holly ułożyła sobie życie i świat, ale wzięcie udziału w podcaście o historii listów oraz powstanie klubu PS Kocham cię komplikuje sytuację. Holly poproszona przez kilka umierających osób o pomoc i wsparcie w przygotowaniu listów do bliskich znów spotyka się z sytuacją odchodzenia, chorobą i wspomnieniami.  Znów staje na skaju swojego życia i nadchodzących śmierci swoich nowych znajomych.  Są wśród nich  nastoletnia matka, mężczyzna chorujący na to samo, co Gerry, starszy pan…. Praca z nimi i pomoc w przygotowaniu listów będzie wiązała się nie tylko z lepszym poznaniem każdego z klubowiczów i nietypowymi działaniami, ale także z zaakceptowaniem, że dla każdego z nich listy mogą mieć inny wymiar niż miały dla niej listy Gerry’ego. I tu następuje właśnie  zmiana punku ciężkości. 

 To książka o odchodzeniu, ale też o życiu dalej. O zachowaniu wspomnień i pamięci, ale  nie byciu więźniem przeszłości. O kolejnym etapie, o akceptacji losu i dopełnieniu  się wszystkich stanów żałoby.   Książka, która  nie jest lekka i łatwa, ale nie przytłacza i nie przygnębia. Książka, która zaprzecza temu, że obyczajówki są błahe, bo to na pewno nie jest ani chic lit ani feel good lit ;) . Ahern dopełnia plamy biografii Gerry’ego i Holly, pozwala swojej bohaterce dorosnąć i zmienić się, ale też udowadnia, że sama  przez lata pracy autorskiej dojrzała i umie zmierzyć się nie tylko z trudnymi tematami, ale i oczekiwaniami czytelników.  Dla fanów pierwszej części obowiązkowa, dla tych, którzy  szukają książek o śmierci, odchodzeniu i żałobie, także tekstów będących podstawą do działań biblioterapeutycznych to może być warta uwagi lektura!
  
Cecelia Ahern, "PS Kocham cie na zawsze". Przeł. Anna Krochmal, Robert Kędzierski. Wyd. Akurat. Warszawa  2019.

czwartek, 19 grudnia 2019

"Uwierz w Mikołaja" i śwąteczny happy end



Książki świąteczne pojawiają się na regałach od października i choć to gatunek z dość ograniczonym czasem czytania, to wykształcił swój charakterystyczny zbiór elementów. Musi  być śnieg. Para zakochanych. Reprezentanci różnych pokoleń, w tym obowiązkowo jakieś urocze dziecko.  Losy wszystkich postaci powinny się mieszać i doprowadzić do finału, po którym zrobi nam się ciepło na sercu (wbrew śniegom, lodom itp.) 

 Nowa książka Magdaleny Witkiewicz to realizacja tych wytycznych, napisana sympatycznie i wzbogacona o elementy, które  pomagają tworzyć nastrój, ale dają też trochę do myślenia.  Po kolei. Jest  zupełnie stereotypowa para- ona: sierota wychowywana przez babcie, studentka (przez całą książkę nie dowiedziałam się czego, a jednak chciałabym wiedzieć)  kochająca święta. Dziewczyna kiedyś zraniona. On,  rzutki biznesmen, któremu do tej pory oparła się tylko jedna.  Traf chce, że spotykają się w zasypanym domku na zaśnieżonej prowincji i okazuje się… to, co  wiadome od początku. Ten wątek był moim zdaniem najsłabszy, bo iluż już było zimnych drani, którzy okazują się ludźmi o gołębim sercu i  księżniczek, które wychodzą z lodowej skorupy. Na szczęście  w powieści było więcej historii, które potrafiły zainteresować. Pisane z biglem perypetie  mieszkańców domu seniora Happy End i Eleonora, która nieustanie się wybiera (na tamten świat).  Losy małżeństwa, które co prawda rozwiodło się z powodów podatkowych, ale chyba cały czas (choć czasu im brak) czuje coś do siebie- lekko i łagodnie zarysowana miłość, przywiązanie i wspomnienia, które łączą mimo wszystko.  Jest jeszcze kobieta w potrzebie z nad wyraz rozwiniętym komunikacyjnie i emocjonalnie dzieckiem. I o ile wątek kobiet w potrzebie i super bohaterów też już wielokrotnie był, to autorka pokazuje, że  pożegnanie z życiem w strachu, wcale nie jest łatwe, szczególnie gdy brak wsparcia ze strony rodziny. Wątek przemocy domowej w książce świątecznej może zaskakiwać, ale jest bardzo  potrzebny, bo czasem nie widzimy,  albo nie chcemy widzieć, jakie codzienne dramaty przeżywają nasi sąsiedzi, a sytuacje młodych, pozbawionych zawodowych perspektyw i rodzinnego wsparcia kobiet bywają naprawdę tragiczne.  Tu mamy szczęśliwe zakończenie,  ale w życiu…   

 Zgodnie z regułami gatunku losy tych wszystkich postaci łączą się w wigilię i pokazują sieć powiązań rodzinnych i towarzyskich. A jak wiadomo takie powiązania to święta rzecz najważniejsza!  Książkę czyta się błyskawicznie, lekko i łatwo. Zabrałam się za nią chwilę po tym, jak autorka ogłosiła, że powieść zostanie ekranizowana,  a potencjał na świąteczny hit (wsparty dobrą obsadą i scenografią: dużo sztucznego śniegu!)  jest.  Sympatyczne czytadło na przedświąteczny czas, które pokazuje  świat lepszym, prostszym i bardziej optymistycznym niż jest. Bo czy nie tego oczekujemy!? Nie po to wierzymy w Mikołaja?

Magdalena Witkiewicz, "Uwierz w Mikołaja". Wyd. Filia. Poznań 2019.