niedziela, 18 stycznia 2015

"Tajemnice Rutherford Park" na rozwidleniu czasów

Lady Octavia Cavendish-kobieta, która wolałaby czasem nie być damą, za to żyć zgodnie z własnymi przekonaniami. Lord William Cavendish- przedstawiciel kolejnego pokolenia wiernych koronie i tradycji. Harry-syn, czując nadchodzące zmiany, marzy o lataniu, a w charakterystycznym dla jego wieku i pozycji wyszumieniu się nie zważa na różnice społeczne. Luisa-starsza córka powoli przygotowująca się do wejścia na giełdę matrymonialną, Charlotte- młodsza córka z postępowym marzeniem by kiedyś samodzielnie na siebie zarabiać. Jest jeszcze kilkoro osób z służby. Za chwilę rozpocznie się przełomowy 1914 rok. Wiadomo, że nie data świadczy o końcu wieku i epoki, bez względu na kalendarza XIX wiek zakończył wybuch I wojny światowej i także ze względu na sposób pokazania zmian mentalności, rodzących się ruchów społecznych i reakcji na bałkański kocioł warto sięgnąć po "Tajemnice Rutherford Park".

Wydawca reklamuje książkę hasłem, w którym przywołuje serial BBC "Downton Abbey" i ma w tym wiele racji- jest rodzina (nie ma niestety Statecznej Nestorki w typie Maggie Smith), są stare i nowe sekrety, jest wreszcie wiatr zmian, który głośnym echem odbije się w zabytkowych murach. Jest też służba, choć w powieści ich losy są znacznie mniej eksponowane niż działo się w to serialu, a opowieści o działaniach i życiu służących ograniczają się do kilku elementów, potrzebnym by urozmaicić historie rodu. Jest jednak to, co urzekło widzów angielskiej produkcji- precyzyjnie rekonstruowany świat sprzed wojny.  Elizabeth Cooke prezentuje czytelnikom świat, który choć  czasowo wydaje się nie aż tak odległy, w rozumieniu zasad, konwenansów i stylu jest bardzo różny od dzisiejszego.To nie tylko ta rzeczywistość, w której żonie nie mówi się o problemach świata, by jej nie denerwować, a dziewczyna siedząca sama w kawiarni jest widokiem podejrzanym, to także bardzo stały system, w którym lokaj nie rozmawia z pokojówką, a podawanie do stołu odbywa się ściśle określonej hierarchii. Europa w przededniu zamachu w Sarajewie nie wydaje się gotowa na zmiany, istniejący porządek dla większości bohaterów jest niezmienny, oczywisty i nie zburzy go nawet Amerykanin, który przybywa do majątku i trochę miesza w życiu domowników.

Losy bohaterów czyta się bardzo dobrze, z przyjemnością poznając realia tamtego  świata, który zaczyna drżeć w posadach. Właśnie tę prób przywrócenia świata sprzed wieku wysoko cenię i to ona wyróżnia powieść na tle obyczajówek. Autorka zadbała o realia, autentyczność i poprowadziła swoich bohaterów zgodnie z wytycznymi tamtych zasad i systemów, bo mimo wyczuwalnych zmian rodzina Cavendishów była zakorzeniona w XIX wieku  i nie mogła się z go pozbyć zbyt szybko. Gdyby autorka chciała od swoich postaci większego buntu, więcej burzy i naporu, utraciłaby prawdopodobieństwo, a siłą tej książki jest właśnie jej realizm. Dobrze napisana historia z postaciami, które stoją u rozwidlenia czasów, osadzona w zręcznie zrekontrowanej rzeczywistości- do łyknięcia w jedno popołudnie i zastanawiania się nad tym ile zmian  w obyczajowości i codzienności przynosi sto lat. 

Elizabeth Cooke, "Tajemnice Ruteherfor Park". Przeł. Katarzyna Rosłan. Wyd. Marginesy. Warszawa 2014

środa, 14 stycznia 2015

"Paryskie pasaże" spacerkiem przez mity

Dawno nie było o Paryżu, to teraz będzie, bo jakaś paryska tęsknica mnie ostatnimi czasy naszła...Poza tym jest to miasto na tyle ciekawe, że warto o nim czytać, zwłaszcza gdy dobrze piszą. A Krzysztof Rutkowski pisze bardzo dobrze. Esej, ten jakże francuski gatunek, nie należy do łatwych, autor musi nie tylko wiedzieć co chce napisać, ale musi też wiedzieć jak to zrobić, by nadać tekstowi własny rys. O to chodzi w eseju- by autor zaznaczył swoją obecność. I w "Paryskich pasażach" Rutkowski jest bardzo mocno obecny i słyszalny. W każdej z czterech części książki, które przedstawiają dzieje Paryża od najbardziej paryskiej epoki bohemy do współczesności, bez względu na to, czy bohaterem jest płynący na statyku pijanym poeta, krawiec, który unosi modę na wyżyny czy Eco, otwierający katedrę literatury europejskiej, najważniejszy jest eseista! Autor własnego widzenia miasta świateł, miasta grzechu, miasta sztuki i miasta mitów, który swoim dowcipnym i starannym językiem,pełnym erudycyjnych  wtrętów i intertekstualnych nawiązań, opowiada o własnym mieście. Paryż widziany jest tu z dystansu, a jednak trochę po swojsku, bo Polacy o Paryżu wiedzą bardzo dużo, a nawet bez Polaków Paryż nie byłby tym, czym jest (wiadomo: Mickiewicz, Chopin i cała reszta dumających na paryskim bruku...). 

Spotkanie z Rutkowskim jest bardzo przyjemne, bo przyjemnie czyta się i o odbrązowionych bohaterach wyobraźni, i o zwyczajach, i o pomysłach paryżan. Przyjemniej czyta się to, co jest napisane lekkim, niewymuszonym stylem, w którym autor bywa uszczypliwy, ale nie przekracza granic dobrego tonu. Ot tak, po parysku. Przyjemnie ogląda się fotografie na czarno-białych wklejkach. I przyjemnie krąży się po tych pasażach, zaglądając to do przeszłości zamierzchłej, to do nieco czytelnikowi bliższej, myśląc o Camusie, Hugo, Sue, Satie i paru innych sławach oraz zupełnie bezimiennych subretkach rodem z "Cyganerii". I nawet jeśli z tego spaceru pasażami niewiele zostanie faktów, to wrażenie odświeżającej przechadzki w inteligentnym towarzystwie pozostanie na pewno.

Krzysztof Rutkowski, "Paryskie pasaże". Wyd. Słowo/Obraz Terytoria. Gdańsk 2008.

A czym byłby Paryż bez muzyki?
 I bez piosenki?

niedziela, 11 stycznia 2015

"Czarne miasto" Fandorin po raz 14.

Rok 1914, bałkański kocioł wrze, a Erast Pietrowicz Fandorin wyrusza do Baku z misją odnalezienia groźnego terrorysty. Przestępca zastawiana na emerytowanego radcę wiele zasadzek, kilkakrotnie usiłuje go zabić, a rosyjskim dyplomatą zaczyna się jeszcze interesować austriacka delegatura...Wśród szybów naftowych, na styku wschodu i zachodu Fandorin, poza problemami zawodowymi, musi też wyplatać się z niefortunnych decyzji osobistych. Momenty gdy Erast używa swego wyjątkowego intelektu tylko po to, by ograniczyć kontakt z żoną (boi się zniszczyć fryzurę, więc nie wsiądzie do samochodu z okrytym dachem, czyli jadę kabrioletem) bywają zabawne i uczłowieczają Erasta, który w niebezpieczeństwie czuje skórą, widzi w ciemności i porusza się  bezszelestnie, ale w towarzystwie własnej żony traci rezon. Ale że natura i serce nie znosi próżni pojawia się pewna tajemnicza wdowa... 

Akunin w książce wieńczącej cały cykl powieści o przygodach swojego, moim zdaniem, najbardziej udanego bohatera, zaprasza czytelnika w podróż trochę sentymentalną, trochę rozliczeniową. Są wspominane stare dzieje, wielkie emocje z "Azazela", pobyt na Dzikim Zachodzie (w USA toczyła się akcja jednego opowiadań z tomu "Nefrytowy Różaniec") i Japonii. Sieńka Skorikow- ulicznik z "Kochanki Śmierci"", początkujący filmowiec ze "Świat jest teatrem" teraz jest znanym producentem filmowym i też łączy przeszłość i teraźniejszość detektywa. Masy jest tym razem niewiele, bo szybko zostaje postrzelony, ale jako wierny sługa swego pana istnieje i spełnia swoją rolę.Jakie jeszcze zaskoczenia szykuje Akunin? Fandorin, znany dandys i elegant musi  zgolić swe bujne włosy i zmienić frak na łachmany, ale mimo takiego stanu rzeczy nadal ćwiczy umysł i ducha.  Poza tym, jak przystało na mężczyznę z prawie 6 krzyżakami na karku, zaczyna snuć refleksje o życiu i swoim narodzie. Fragment rozważań o Rosji i Rosjanach jest przerażająco aktualny* i mądry, a rada by częściej patrzeć na siebie oczami Czechowa niż Dostojewskiego przyda się wszystkim Słowianom. Sama książka bardziej niż klasycznym kryminałem  jest powieścią sensacyjną, ze scenami ratowania z szybów naftowych, efektownych pościgów na zatoce wśród płonących plam nafty (Jams Bond jak nic!), zakradania się do pomieszczeń możnych o podwójnej moralności. Można mówić, że "Czarne miasto" aż tak nie trzyma w napięciu jak wcześniejsze tomy, ale końcówka i tak mnie zaskoczyła i, co tu kryć, zasmuciła. 

Pojawiają się głosy, że Fandorin jeszcze wróci- do wielu działań jest zdolny autor pod naciskiem fanów i przy brakach w kieszeni...Ale nawet jeśli Akunin coś jeszcze o Fandorinie napisze to,  moim zdaniem, będzie jakaś historia z przeszłość, kolejna biała plama biografii, doprecyzowana tak, jak opowiadania z "Nefrytowego różańca". Dlaczego? Ano dlatego, że wybuch I wojny,której detektyw nie zdoła zapobiec, pogrzebie jego świat. Erast Pietrowicz Fandorin, wielbiciel techniki, erudyta, europejski dandys z zapasem orientalnej duchowości jest postacią z XIX wieku i w rzeczywistości po 1918 roku nie ma już czego szukać-tym bardziej, że historia Rosji tego okresu mało pasuje do barwnych kryminalnych opowieści. "Czarne miasto" zakończyło moją ulubioną serię, którą z wielką przyjemnością czytałam przez 7 lat. Teraz będę pewnie wracać do niektórych tomów, zwłaszcza jeśli wydadzą je na audiobuku, bo to są (powtarzam po raz kolejny) świetnie skonstruowane, znakomicie napisane i niepozbawione smaczków kulturowo-literackich rozrywkowe powieści przywracające wiarę w czytanie dla przyjemności, która nie jest bezmyślnym przewracaniem stron.
A Fandorin...cóż, uczucie do bohatera literackiego bywa bardzo trwałe, więc niech się schowa Pan Darcy i cała zgraja. Och,Eraście Pietrowiczu!

 Boris Akunin, "Czarne miasto". Przeł.  Aleksandra Okuniewska-Stronka.Wyd. Świat Książki. Warszawa 2014
*Jedne z baronów naftowych nazywa Pułtin...przypadek?

środa, 7 stycznia 2015

"Duma i uprzedzenie"... męża łap!najlepiej z 10 tysiącami rocznie!

"Jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony."To jedno z najbardziej znanych pierwszych zadań w historii literatury światowej. Jest prawdą tak samo znaną, że najbardziej lubi się te historie,które (tak jak piosenki) już się kiedyś słyszało. "Dumę i uprzedzenie" czytałam,serial BBC, dzięki któremu pan Darcy zawsze będzie wyglądał jak Colin Firth oglądałam kilka razy (i uważam, że choć wszyscy aktorzy są w nim świetnie dobrani, to nikt nie przebije mamuśki, czyli Pani Bennet i pastora Collinsa, którzy są  absolutnie fantastyczni!) Teraz postanowiłam wrócić do świata, w którym oczekuje się wizyt, chodzi na bale, zachwyca stacjonującą policją i w każdym młodym mężczyźnie, który jest dostatecznie bogaty i wystarczająco urodziwy szuka się męża. Podróż w czasie okazał się przemiłym doświadczeniem, zupełnie nie przeszkadzało mi, że wiedziałam, co się stanie, bo historia jest na tyle urokliwa i czarowna, że można ją sobie powtarzać. Czarowna, bo ma w sobie coś z baśni-dobro zostaje nagrodzone, złe uczynki- wyjawione, a początkowe uprzedzania zmieniają się wielkie uczucia.

Historia należy do klasyki i tego nie da się kwestionować! Jednak słuchając kolejny raz tej samej opowieści o łapaniu męża, zaczęłam zauważać pewien społeczny dramatyzm. Dlaczego panny wciąż mówią  właśnie o łapaniu męża- ano dlatego, że małżeństwo jest jedynym sposobem na zapewnienie sobie życia na jako takim poziomie. Austen jest wbrew pozorom mało romantyczna w swojej opowieści o miłości i małżeństwie- co prawda i Lizzy i Jane wyjdą za mąż z miłości (przy okazji zdobywając pozycję i fortunę), ale małżeństwo Charlotty i pana Collinsa to nic innego jak umowa dla dostatniego życia,.Lidia ma marne szanse by z Wickhamem żyć długo i szczęśliwie, a pan Bennet, korzystając z własnego doświadczenia, mówi córce o nieszczęściu jakim jest małżeństwo z kimś, kogo się nie szanuje, nie poważa i nie kocha. Austen pisze o czasach, w których dobra partia stanowiła dla dziewczyny jej "być albo nie być", a młodość, uroda, maniery wychodziły na matrymonialną giełdę oczekując tego, kto da najwięcej. Romantyzmu nie ma tu za grosz, jest za to wszechwładna matematyka! Pani Bennet dowiadując się o zaręczynach Lizzy nie przypomina o swoich uprzedzeniach i krytycznych uwagach względem pana Darcy'ego, tylko z miejsca rachuje- ile będzie majątku, jaki dom, klejnoty, powozy, suknie. Ale nie można jej za to winić, wcale nie jest przyziemna i mało romantyczna, jest po porostu kobietą swoich czasów. I o ile Lizzy kochają kolejne pokolenia czytelniczek za to, że jest dziewczyną poza okresem historycznym- świadomą, mądrą i dobrą,kolekcjonerką ludzkiej głupoty, pustoty i małości, o tyle Austen cieszy się nieustającą sympatią ze względu na  niezwykle dowcipnie i pogodnie podaną prawdę o swoich czasach, która choć na drugim planie, ciągle bardzo mocno przemawia do wyobraźni.

Joanna Szczepkowska przeczytała audibuka dobrze, z wielką lekkością i pewnym rodzajem słodyczy, właściwym romansom i obyczajówkom klasycznym, spodziewałam się  jednak trochę więcej aktorstwa, zróżnicowania głosów bohaterów, które pewnie sprawiłby mi jako słuchaczce sporo dodatkowej przyjemności, więc sposób interpretacji  wymagał ode mnie chwili przyzwyczajenia. I w kolejce już czeka kolejna Austen. Bo choć pan Darcy jest oczywiście mężczyzną idealnym(z Bridget Jones się nie dyskutuje), skrycie uwielbiam pułkownika Brandona (ale o tym przy okazji).

PS Warto sobie tę książkę przypomnieć także dlatego, że mamy na rynku dwa nowe nawiązania- kryminał P.D. James "Śmierć przybywa do Pemberley" oraz swoisty spin-off J. Baker "Dworek Longbourn". Austen wiecznie żywa i inspirująca!

Jane Austen, "Duma i uprzedzenie". Przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska.Wyd. Agora, Warszawa 2008. Czyta Joanna Szczepkowska.

sobota, 3 stycznia 2015

52 warte przeczytania książki

Wraz z początkiem roku nastąpiła lawina postanowień i wyzwań, także dotyczących podniesienia czytelnictwa. Już od kilku lat sporą popularnością cieszy się wyzwanie, polegające na przeczytaniu w ciągu roku 52 książek, czyli średnio jednej książki tygodniowo. Moim zdaniem jest to zadanie ze sporą szansą na realizację, tym bardziej, że w 2014 roku przeczytałam ponad dwa razy tyle, więc na pewno się da. I nie ma co powtarzać, że "nie mam czasu i kasy", bo na brak kasy: biblioteka, na brak czasu:  audiobuki na przystanki i korki oraz zwiększenie częstotliwości przebywania w realu, a nie w sieci, która, jak to zwykle z siecią bywa, przykleja do siebie i wplątuje na zbyt długo. I jeszcze coś bardzo istnego, na co zwróciła uwagę ceniona przez mnie Czytaczka I Tłumaczka: czytajmy 52 książki, po lekturze których coś w nas zostaje! I w związku z tym wyzwanie zostaje zmodyfikowane na przeczytanie 52 wartych przeczytania książek:) Przy czym od razu zastrzegam, że warte przeczytania są nie tylko te Bardzo Mądre Książki, o których uznani krytycy piszą elaboraty. To oczywiście te pozycje, które:
  • poszerzą horyzonty,
  • ugruntują wiedzę,
  • zachwycą stylem i językiem,
  • pobudzą intelektualnie.
 Ale także te książki, które pozwolą:
  • w niezbyt głupi sposób odreagować rzeczywistość,
  • spojrzeć na coś w trochę inny sposób,
  • wciągnąć się w świat wielkiej radości czytania,
  • wzruszyć się, rozśmieszyć, przestraszyć.    
Jeśli znajdę 52 książki, które w 2015 roku spełnią te wytyczne, to będzie bardzo dobry rok!

poniedziałek, 29 grudnia 2014

CYNAMONY 2014

Laski cynamonu, fot. Shutterstock

Niedługo koniec roku... W rocznym podsumowaniu (jeśli ktoś takowe robi) po stronie pozytywów warto uwzględnić liczbę przeczytanych książek. Ale nie chodzi o przerzucanie się wielocyfrowymi liczbami*, tym bardziej, że jak twierdził jeden z czytelników, widząc nas nad sprawozdaniami, rachujące liczbę wypożyczeń: "niektóre książki powinny się liczyć podwójnie,a niektóre wcale-w najlepszym razie: jako pół!" Dlatego nie będzie cyferek, będzie CYNAMON:) Cynamony przyznaje wysoka na 161 cm+ obcasy, jednoosobowa komisja, biorąca pod uwagę książki przeczytane w 2014 roku. I oczywiście wybór jest baaardzo subiektywny:)


Cynamon w kategorii książka ilustrowana (za metaforyczność obrazu, która przemawia do dzieci i dorosłych)
"Dwoje ludzi"

Cynamon w kategorii  kryminał (za świetną zabawę, intrygującą akcję i świetną pannę Molly)
"Do grobowej deski"

Cynamon w kategorii książka lekka, łatwa (za niegłupie mówienie o żłobie, samotności i wsparciu)
"Spacer po szczęście"
za  paryski romantyzm i cytat: "Na koniec wszystko będzie dobrze. A jeżeli nie będzie dobrze, to znaczy, że jeszcze nie koniec." "Wieczorem w Paryżu"

Cynamon w kategorii radość czytania(za przywrócenie dziecięcej zachłanności na literackie i pirackie przygody)
"Sokół i jaskółka"

Cynamon w kategorii audiobuk(za niebanalnego bohatera, wciągającą intrygę, świetny język i lektora)
"Projekt Rosie"

Cynamony w kategorii audiobuk dla dzieci( za mądrą treść i fantastyczną formę lektorów)
"Rico, Oskar i głębocienie" 
"Dlaczego kąpiesz się w spodniach, wujku?"

Cynamon w kategorii styl (za piękne opisy przyrody i jedności dziecka z naturą)
"Mondo i inne historie"

Cynamon w kategorii długotrwałe wrażenie (za atmosferę, duchotę i gęstość dorastania)
"Przekleństwa niewinności"

Zmielony Cynamon w kategorii  rozczarowanie (za kalendarium życia, a nie spodziewany portret  Poświatowskiej):
 "Uparte serce"

Cynamonu w kategorii najlepsza książka nie ma, bo nie umiem porównać różnych rejestrów literatury i wybrać jednego tytułu, który spełniłby wymagania stawiane poszczególnym kategoriom.I może dobrze, bo napisana pięknym językiem, z niezwykłą atmosferą, dającą pewność obcowania z Literaturą,trzymająca w napięciu jak kryminał, poprawiająca nastrój jak obyczajówka, do tego pięknie zilustrowana książka czytana z dziecięcą zachłannością, którą potem na audiobuku przeczyta rewelacyjny lektor...może jednak okazać koszmarem.

Na ten nowy rok wiele dobrze przyprawionych tytułów!


*Chyba że ktoś ma ochotę się pochwalić!

wtorek, 23 grudnia 2014

"Wigila Mamy Mu i Pana Wrony" świąteczne dary

Mama Mu i Pan Wrona. Cudowna dopełniająca się para: spokój, pogoda, dobroć oraz szaleństwo, rozgadanie i dowcip. Teraz w świątecznej odsłonie, opowieści o tym, że warto przejmować się sobą nawzajem. Choć Pan Wrona skrzeczy : "Nikt się nie przejmuje wronami. Zawsze to powtarzałem! Ja sam się tylko przejmuję!" nie ma racji. I poza prezentami, które sam sobie sprawi (jest pewien, że w przeciwnym razie nic by nie dostał;) czeka na niego wielki dar, coś więcej niż choinka. Jest nadzieją, że Pan Wrona zrozumie prawdziwy cel obdarowywania i otrzymywania prezentów.

Mądra, dowcipna  i bajecznie zilustrowana przez Svena Nordqvista książka dla najmłodszych, w której rozedrganie Pana Wrony zostaje zrównoważone spokojem Mamy Mu, a świąteczna atmosfera rodzi się z bliskości i przyjaźni.



Jujja Wieslander, "Wigilia Mamy Mu i Pana Wrony". Przeł.  Michał Wronek-Piotrowski. Wydawnictwo Zakamarki.   Poznań 2014.

Z okazji nadchodzący Świąt Bożego Narodzenia życzę wielu darów:miłości, czasu dla siebie, odwzajemnionych uśmiechów i wielu mądrych, dobrych i ciepłych SŁÓW, bo to przecież dni, gdy SŁOWO ciałem się staje i pozwala nam jeszcze raz uwierzyć w Jego moc!