wtorek, 8 października 2013

"Abc zbrodni Agty Christie", ABC kryminału:)

Imię i nazwisko: Agata Christie. I więcej mówić nie trzeba; Królowa kryminału, autorka książek, które sprzedają się równie dobrze co Biblia i dzieła Szekspira, dla wielu absolutna mistrzyni. Przychylam się do zachwytów nad jej książkami, bo kryminały Christie są dla mnie nieodłączną częścią wszelkich urlopów, wakacji i leniwych popołudni, doskonale wypoczywam przy jej opowieściach i choć właściwie przeczytałam wszystkie książki kilkakrotnie, zawsze z chęcią wracam do tych historii. Historii w których jest morderstwo, jest zbrodnia, ale jest też dowcip, lekkość i pewna (w porównaniu ze skandynawską: sielska) wizja świata. Ale te pozornie błahe (bo kryminał jest przecież "złym gatunkiem") utwory stały się pretekstem do bardzo poważnego dzieła. "Abc zbrodni  Agaty Christie" to kolejna już książka Johna Currana (poprzednia  to"Sekretne zapiski Agaty Christie"), w której stara się odsłonić przecz czytelnikami tajemnicę fachu Christie,  a tym razem bierze na warsztat powieści trochę mniej znane i dzieli na dekady twórczość Agaty. Z analiz wychodzą bardzo interesujące wnioski, choćby o cezurze wojennej, która zburzyła stary porządek, o wpływie terminowania w aptece na ilość trucizn w powieściach czy o wyjazdach Christie na Wschód, podczas których towarzyszyła w wykopaliskach swojemu mężowi-archeologowi. 

Curran bardzo skrupulatnie opisuje pomysły i kolejne trawestacje zbrodniczych układów, sięga nie tylko po powieści, ale także opowiadania i sztuki teatralne, które bardzo często rozgrywają się wg tego samego schematu. "ABC zbrodni" nie jest książką, którą czyta się jednym tchem, wymaga skupienia i przede wszystkim niezłej orientacji w twórczości Christie. Najlepiej byłoby czytać fragment rozważań Currana i opisywalne przez niego kryminały, bo wtedy wszystkie teksty dopełniałyby się wzajemnie. Gratką dla czytelników są dwa odnalezione wśród zapisków, a niepublikowane do tej pory opowiadania. Może nie powalają na kolana, ale i tak co Christie, to Christie!  Mnie bardzo spodobała się też przytoczony list, w którym autorka "Zbrodni na festynie" zabiera głos w jednej z ulubionych literaturoznawczych spraw Anglików, czyli tego kim była Czarna Dama z sonetów Szekspira. Ciekawa jest też lista  ulubionych i cenionych lektur samej Christie oraz zbiór wytyczne Crime Clubu i rożnych jego ojców-założycieli. Czytając o wszelkich zasadach dobrego kryminału, jakie zakładali sobie członkowie klubu, trzeba pamiętać, że fenomen Christie wynika również z tego, że ona zasady łamała i tworzyła swój kodeks, któremu była wierna. Warto przeczytać i warto zakrzyknąć: Niech żyją małe szare komórki!


John Curran, "Abc zbrodni Agaty Christie". Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2013.

sobota, 5 października 2013

"Gofrowe serce", smak dzieciństwa

Po historii Tonji nie mogłam się powstrzymać przed sięgnięciem po "Gofrowe serce", powieść, którą Maria Parr zyskała serca czytelników (także tych z mojej biblioteki). Szkoda, że czekałam tak długo,bo "Gofrowe serce" jest fantastyczne, a zachwyt nad umiejętnościami, wyobraźnią i mądrością autorki wzrasta. Bohaterami tej opowieści są Kręciołek,  jego przyjaciółka Lena, Dziadek, Ciocia-Bacia, rodzina Kręciołka oraz ich codzienność. Nie taka zwyczajna, dziecięca codzienność, bo nie wszyscy zakopują radia, zakładają schronisko dla krów, a smutkom sprzeciwiają się jedząc gofry i rozmawiając ze sobą.

 "Gofrowe serce" porównywane jest do "Dzieci z Bullerbyn", ale książka Parr jest pozycją poruszającą, poza jasną stroną życia, także te smutne strony- Lena nie ma taty i stale poszukuje nowego, cudowna Ciocia-Babcia umiera, a Kręciołek nie do końca rozumie co czuje... więc życie ludzi z Pękatej Matyldy nie jest usłane różami. Ale dzieci potrafią sobie radzić z przeciwnościami dlatego, że mają siebie, wspaniałe rodziny i niezachwianą wiarę nie tylko w moc opiekuńcza Jezusa z obrazka Cioci-Babci, ale także lepsze jutro. Mają też dorosłych, którzy traktują ich jak partnerów do rozmowy i ludzi myślących, a przy tym sami dorośli nie są przerażająco poważni (ach ten Dziadek!). Olbrzymia mądrość przemawiająca z każdej strony sprawia, że nie tylko współodczuwamy z bohaterami, ale zaczynamy ich bardzo lubić i może nawet trochę zazdrościć tych szalonych przygód. Autorka idealnie łączy  momenty zabawy, celebrowania codzienności, a przy tym nie szczędzi chwil refleksji, ot, jak w życiu! A przy tym nie ma tu żadnego moralizatorstwa i łopatologicznego wyjaśniania zawiłości życia. Świat widziany z perspektywy Kręciołka jest w gruncie rzeczy przyjazny i zapraszający by zostać w nim na dłużnej. "Gofrowe serce" to jedna z tych książek, które żal odkładać. Ci, którzy cenią napisane z humorem, mądre opowieści, łączące momenty zabawne z wzruszającymi oraz lekko strasznymi powinni przeczytać  powieść Parr jak najprędzej. Także po to, by dowiedzieć się, czy Lena znajdzie sobie nowego tatę, a Kręciołek dowie się wreszcie czy jest jej najlepszym przyjacielem:)

 Maria Parr, "Gofrowe serce". Przeł. Aneta W. Haldorsen. Nasza Księgarnia, Warszawa 2007.

środa, 2 października 2013

"Piąta Aleja, piata rano" dekady legendy "Śniadania u Tiffany'ego"

 
Dokładnie sześćdziesiąt trzy lata temu 2 października 1960 roku o piątej rano na Piątej Alei rozpoczęły się zdjęcia do "Śniadania u Tiffany'ego", filmu który stał się czymś więcej niż filmem... a o tym dlaczego tak było opowiada Sam Wasson w swej książce. 

W dzisiejszych czasach, gdy żyje się szybko, pisze i kręci się szybo cały proces powstawania tego filmu wydaje się niemożliwie długi i najeżony trudnościami. Ale gdyby nie było tych wszystkich wątpliwości i zakrętów, "Śniadanie..." pewnie nie byłoby by tym, czy się stało. Autor zaczyna od wczesnego dzieciństwa Trumana Copote'a i jego trudnych relacji z matką  (kto wie, czy nie pierwszą Holy), potem prowadzi czytelnika przez kolejne etapy życia i prezentuje inne inspiracje, bo w końcu to panna Holy była ulubioną i być może najważniejszą postacią pisarza. Jednak od powieści do filmu droga bardzo daleka, zwłaszcza że trudno nazwać film ekranizacją powieści. O powodach rozmaitych zmian dyktowanych wymogami ówczesnej moralności warto poczytać, aby zrozumieć jak bardzo wywrotowy mógł okazać się film, który dla wielu współczesnych widzów jest sentymentalną historyjką o rozrywkowej dziewczynie. Proces tworzenia scenariusza, szukania kompozytora, kostiumów, castingu na odtwórców ról (nie tylko głównych),  to wszystko składa się na opowieść o filmie, którego nakręcanie było rzeczą niesłychanie trudną jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. A gdy te już się zaczęły, czytelnik może przeczytać o dwóch wariantach zakończenia, kotach lub poznać kulisy kręcenia przyjęcia u Holy (gdy niedawno oglądałam "Śniadanie..." patrząc na tę scenę myślałam- jak to jest świetnie zarobione! Jak wiele pracy trzeba było włożyć w nakręcenie czegoś, co ma wyglądać na pozorną beztroskę i totalny bezład...) Sporo miejsca Wasson poświęca strojom, muzyce, najsłynniejszej bodaj piosence filmowej, a nawet opisuje dlaczego Holy na plakacie (który zdobył nie mniejsza sławę niż film i ozdabia tysiące ścian, moją też) trzyma kota właśnie w taki sposób i czy proporcje jej sylwetki są odbiciem figury Hepburn. Historia nie kończy się wraz z ostatnim dniem czy nawet premierą, jest pociągnięta dalej, by przedstawić recenzje i opinie (także różne zdania Capote'a)  i pokazać, jak ten film zmienił patrzenie na komedie romantyczne i ich bohaterki (grane przede wszystkim przez Dorris Day, ale także samą Audrey).

Autor  zaprasza czytelnika do świata filmu lat 50 i 60, prezentuje zmiany w mentalności i świecie, które wyrażały się, lub próbowały się wyrażać w sztuce filmowej. Sposób pokazania głównej bohaterki, tego dlaczego Hepburn na początku nie miała ochoty jej zagrać, a jej mąż absolutnie odrzucał ten pomysł, potem stopniowe przekształcanie postaci daje współczesnemu czytelnikowi możliwość zobaczenia jak bardzo przełomowym utworem było "Śniadanie...", jaką wizję społeczeństwa, kobiety i szeroko rozumianej wolności pokazywał film, który dziś nikogo nie zszokuje. Ale poza pewna diagnozą kina tamtych lat, "Piąta Aleja, piata rano" jest rzetelną (szczegółowe przypisy!), a przy tym napisaną z wielką lekkością i dowcipem gawęda o Hollywood, aktorach, symbolach, jazzie, feminizmie, płaszczu, sukienkach i skali głosu Hepburn. Wasson  pisze  tak barwnie, jakby sam był świadkiem opisywanych wydarzeń, a jednocześnie wciąż ma potrzebny filmoznawcy dystans i to połączanie spojrzeń bardzo mi się podobało! Wasson proponuje by zanurzyć się w świecie, którego już nie ma, bo nie ma już takich gwiazd, tylu ograniczeń i barier do łamania.  Wart poświecić tej książce kilka chwil, bo czyta się bardzo dobrze i pokazuje drugą, wcale nie tak kolorową stronę przemysłu filmowego połowy ubiegłego wieku.  I zachęca do kolejnego, być może bardziej świadomego obejrzenia filmu i wysłuchania piosenki.


Sam Wasson, "Piąta Aleja, piąta rano". Świat Książki, Warszawa 2013.

sobota, 28 września 2013

"Stulatek wyskoczył przez okno i zniknął" czyli sensacje XX wieku

Allan Karlsson w dniu swych setnych urodzin pod wpływem impulsu wyskoczył przez okno i zamiast świętować swój jubileusz poszedł w świat. Po drodze (także pod wpływem impulsu) gwizdnął walizkę na dworcu i ruszył dalej. Ponieważ w walizce było bardzo dużo pieniędzy (jakieś 50 milionów koron)za dziarskim stulatkiem rozpoczął się mafii, którego Allan unikał dzięki pomocy napotkanych dość oryginalnych osób. Wkrótce także policja i prokuratura wszczęła dochodzenie uważając Allana najpierw za ofiarę, a potem szefa szajki To pierwsza część  książki- ucieczki, poznawania nowych osób (a także słonia) i i ich losów, kryminalne poszukiwania policji, mylone tropy i nieprawdopodobne zwroty akcji i przygody. Druga cześć to wplatane zręcznie w kryminalną narrację losy Karlssona, który mając lat sto przeżył prawie cały XX wiek, stając się obserwatorem, a nawet uczestnikiem wielu doniosłych wydarzeń. Allan, który edukację  zakończył bardzo szybko, a pierwsze spotkanie z praktyczną chemią skończyło się wysadzeniem jego domu  staje się z czasem specjalistą od pirotechniki, a nawet rozszczepienia atomu, a potem (zachowując całkowitą apolityczność) szpieguje np.dla CIA. Dzięki  podróżom, łatwości dostosowania się do warunków  i umiejętnościom (do których należy dorzucić też kilka języków obcych poznawanych przy okazji) Allan trafia w najróżniejsze miejsca ziemi i spotyka postaci z kart historii- Trumana, Stalina, Mao, Cartera.  

Jego przygody są opowieścią  o człowieku znikąd, który za sprawą psikusa losu staje się świadkiem i kronikarzem XX wieku. Ale daleko jest  "Stulatkowi, który wyskoczył przez okno i zniknął" do poważnej, doniosłej kroniki- powieść napisana jest z wielkim poczuciem humoru, sytuacje niekiedy są absurdalne (tak absurdalne, że aż prawdopodobne!), a spokój i pogoda ducha stulatka pozwalają z przyjemnością czytać o awanturniczych przygodach niezwykłego bohatera. Z tym że Allan na pewno by się obraził za nazwanie bohaterem, bo jest on raczej anty-bohaterem, który najbardziej ceni wygodne łóżko i kieliszek wódki.  Allan porównywalny był do Forresta Gumpa, ale jego przygody obejmują znacznie dłuższy czas i więcej szerokości geograficznych, poza tym rożni się trochę od Forresta (na układanie swojego życia czas znajduje  dopiero po setce), a poza tym wydaje się bardziej świadomy tego, co się dzieje wokoło. Dzięki Allanowi XX wiek nabiera trochę innego kolorytu- spiżowe i granitowe postaci staje się po ludzku nieporadne i śmieszne, przewroty okazują się nierzadko dziełem przypadku(bo to Allan obalił komunizm, jakby jeszcze ktoś miał wątpliwości), a z balonu historii XX wieku powolutku uchodzi powietrze.  

"Stulatek..." to powieść mówiąca o stulatku, historii, ale przede wszystkim o roli dystansu do siebie i do świata, do tego, co wydaje się niepodważalne i oczywiste ("przecież nigdy nie będzie komunizmu na Kubie!"). Losy Allana poznaje się przyjemnością i uśmiechem  także ze względu na bardzo dobrą pracę lektorską, która wykonał Artur Barciś- czyta dowcipnie i z dystansem, stając się wymarzonym kronikarzem losów stulatka, który wyskoczył przez okno.

Jonas Jonasson, "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął". Wyd. Świat Książki, Warszawa 2012. czyta Artur Barciś

poniedziałek, 23 września 2013

"Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek"słowa pisane i czytane

Powojenny Londyn, dziennikarka Juliet przypadkiem rozpoczyna korespondencję z hodowcą świn z normandzkiej wyspy Guernsey i dowiaduje się o działającym tam Stowarzyszeniu Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Ponieważ Juliet szuka tematu na powieść, prosi o więcej informacji i wkrótce zaczyna otrzymywać listy od członków stowarzyszenia.Ludzie opisują swoja codzienność, wspominają życie pod okupacją i piszą o roli, jaką wtedy i teraz pełniła dla nich literatura i spotkania stowarzyszenia, wspominają też innych członków, w tym wyjątkową Elisabeth. Juliet przyzwyczaja się od korespondencyjnych znajomych i zaczyna ją ciągnąć na wyspę- aby spotkać ludzi, których zna tylko z listów, aby drążyć temat Elisabeth i wyrwać się z Londynu, w którym nie do końca jest szczęśliwa, choć zabiega o nią potentat prasowy i milioner zarazem. Druga cześć tej epistolarnej powieści to listy pisane przez Juliet do londyńskich przyjaciół oraz listy członków klubu do przyjaciół Juliet, których poznali przy okazji ich  odwiedzin na Guernsey. Wątki przeszłych i obecnych historii zaczynają się łączyć, a życie na wyspie, jej mieszkańcy i córeczka Elizabeth, Kit, stają się coraz bliżsi sercu pisarki. Historia skończy się więc happy endem:) 

"Stowarzyszanie Miłośników..." jest rzadką dziś formą powieści w listach, dzięki której autorki miały okazję prezentowania rożnych punktów widzenia swoich bohaterów i zróżnicowania ich języka- pewne postaci są bardzo charakterystyczne, ale niektóre nikną i mylą się. Przedstawione tu wydarzenia nie są wcale lekkie łatwe, akcja toczy się w 1946 roku, gdy wszystkie wspomnienia wojenne i rany są bardzo świeże. Opowieść o losach Elisabeth jest kolejnym literackim świadectwem prób zachowania człowieczeństwa w nieludzkich okolicznościach. Jednak mimo tematyki książka jest przyjemną lekturą, nie ma w jej epatowania  tanim okrucieństwem, a odsłaniające się kolejne karty życia Elisabeth tworzą portret kobiety dzielnej, choć bardzo przy tym skromnej i zwyczajnej. Natomiast Juliet jest osobą pełną życia i pozytywnych emocji, więc jej dowcipne komentarze dostarczają czytelnikowi sporo uśmiechu  i są świetną przeciwwagą dla wszystkich niedostatków, trudów i nieszczęść powojennego życia.  Śmiechu  (oraz  z lekka kryminalnych emocji) będzie sporo, gdy wyjdzie na jaw sprawa listów, które do protoplastki jednej z klubowiczek pisał sam Lord Pardoks:)

 "Stowarzyszenie..." jest  książką o książkach i ich czytelnikach. Opowieścią,w której  Jane Austen, Oscar Wilde i siostry Bronte staja się tematami rozmów, dociekań i kłótni jak zwykli znajomi. Autorka, Mary Ann Shaffer,  pracowała  mi.in. w księgarni i bibliotece, więc w całej powieści przebija jej umiłowanie książek i zrozumienie specyficznych więzi, jakie tworzą się między odbiorcami literatury i osobami, dla których czytanie jest czymś więcej niż tylko składaniem liter. Czytelnicy tej książki wreszcie mogą poczytać o ludziach, którzy maja podobny do nich stosunek do lektury. I jeszcze te listy...Jak dobrze, że mam do kogo je pisać!

Tą powieścią zainaugurowałam jesienny sezon czytelniczy, tak zaczęty zapowiada się bardzo dobrze!

Mary Ann Shaffer, Annie  Barrows, "Stowarzyszanie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek". Wyd. Świat Książki, Warszawa   2012.

czwartek, 19 września 2013

"Tonja z Glimmerdalen" ruda łobuziara z norweskich dolin


Tonja jest jedynym dzieckiem w dolinie, więc musi szaleć i działać dobro po dziecięcemu za całą zgraję:) Dziewczynka wierzy, że "szybkość i wiara siebie"  to podstawa i wszystko wskazuje na to, że ma rację. Co prawda właściciel ośrodka wypoczynkowego, Klaus Hagen, ma nadzieję, że Tonja wyrośnie z bycia dzieckiem, przestanie łobuzować i wypróbowywać wciąż nowe sanki, ale są to nadzieje są płonne. Zresztą Hagen jest jedynym dorosłym, który opiera się urokowi łobuziary z Glimmerdalen.Tonja mieszka tam z tatą, czeka na mamę, która bada poziom wód przy biegunie, przyjaźni się ze starym Gunnvaldem, a właściwie przyjaźni się ze wszystkimi dorosłymi, poza Hagenem rzecz jasna, bo innych dzieci w dolinie nie ma...do czasu.  Książka Marii Paar to nie zbiór  pojedynczych przygód, a normalna, gruba,  rzec można dorosła powieść, w której wydarzenia są ze sobą związane, kolejne działania Tonji  mają swoje konsekwencje, a nerw dramatyczny ciągle pulsuje. Punktów kulminacyjnych jest kilka- raz jest to początkowa niechęć, a potem wielka przyjaźń z chłopcami, którzy przyjechali do ośrodka wypoczynkowego, potem zaś tajemnica Gunnvalda i jego nieobecnej od wielu lat córki Heidi. Autorka pokazuje jak szczera i niezmiernie prawdziwa we wszystkich swoich emocjach dziewczynka próbuje  dojść prawdy o wydarzeniach sprzed lat i odbudować to, co zniszczyli dorośli, jak po kolei odsłania tajemnice ich serc i sprawia, że zaczynają patrzeć nie tylko na własne krzywdy i wspomnienia. Autorka prezentuje świat pełen autentycznych wzruszeń, które nie są ckliwe i łzawe, ale swoją prostotą i siłą potrafią poruszać wyobraźnie i serca tak młodszych, jak i starszych czytelników. Jak oprzeć się takiemu dialogowi, prowadzonemu przez Tonję z sympatyczniejszą z każdą stroną Heidi: "- Za co się złościsz na Gunnvalda?(...) - A za co ty tak bardzo kochasz swojego tatę?". Motyw taty pojawia się tu dość często, więc książkę można traktować też jako opowieść o ojcostwie, bo Tonja bardzo kocha swojego tatę, a on robi wszystko, by tej miłości nie nadszarpnąć, ojcostwo Gunnvalda jest dużo trudniejsze, bo wydarzania na które według niego nie miał wpływu uniemożliwiły mu bycie prawdziwym ojcem Heidi. Są jeszcze przyjaciele Tonji, których tata jest wiecznie nieobecny i dzięki ich opowieściom łobuziara zaczyna jeszcze bardziej doceniać swojego.

Parr nazywana jest nową Astrid Lindgren i rzeczywiście jest w jej pisarstwie sporo punktów stycznych z twórczością genialnej Szwedki. Przede wszystkim DZIECI, naturalne, rezolutne, pełen zdrowych emocji,ciekawości i empatii. Po drugie: świat dorosłych, którzy z tymi dziećmi potrafią rozmawiać- bo tata Tonji, Gunnvald czy nawet szef promu mają dla dziewczynki czas i dobre słowo, a gdy to im potrzebna jest pomoc nie odrzucają jej przez źle pojętą dorosłą dumę. Po trzecie: natura, będąca największym sprzymierzeńca ludzkich emocji. Po czwarte: humor, bez którego nie da się mówić poważnie o niczym, a dzieci trzeba traktować poważnie choć bez śmiertelnej powagi:) Po piąte: prosty,plastyczny język oraz uczenie o wartości słowa pisanego- tak jak dzieci z Bullerbyn wąchały książki zamówione na Gwiazdkę, tak Tonja rozczytuje się w "Heidi" i odnajduje w dziewczynce z Alp cząstkę siebie, a potem cząstkę córki Gunnvalda. Opowiadania o trochę zwariowanej, ale bardzo dobrej dziewczynce z czyta się świetnie, w napięciu, z uśmiechem i wzruszeniem. Taka powinna być literatura dla dzieci. I dorosłych!

Maria Parr, "Tonja z Glimmerdalen". Wyd. Dwie Siostry. Warszawa 2013

sobota, 14 września 2013

"Pory roku". Wiecznym (i szczęśliwym!?) być

Pory roku to luksusowy dom spokojniej starości we Francji, do którego na staż przyjeżdża młoda rosyjska lekarka Weronika. Pory roku to też etapy życia  fundatorki tego miejsca, kiedyś naukowca, dziś cierpiącej na syndrom zamknięcia Aleksandryny, mieszkającej w sąsiadującym z apartamentem Weroniki pokoju. "Pory roku" to wreszcie powieść, którą pod pseudonimem Anna Borisowa napisał Boris Akunin. I bez względu na porę roku podczas której poświeca się tej lekturze swój czas-warto! 

Akunina polecam zawsze,bo po prostu świetnie pisze- jego historie ciekawią czytelnika, postaci są krwiste i oryginalne (tu dom spokojnej starości wypełniony jest oryginałami np. Muchą, który zatrzymał się na jednym dniu swego życia i nie czuje upływającego czasu). A poza tym Akunin jest pisarzem, u którego talent idzie w parze z rzemiosłem, dzięki temu przenikające się co rusz historie ludzi, plany czasowe i przestrzenie nie nużą czytelnika, za to podbijają wartość dziejących się  i współistniejących  historii.  Najistotniejsze są w "Porach roku" losy Aleksandryny, która leżąc w szpitalnym łóżku sięga pamięcią wstecz i to właśnie kolejne etapy jej życia jej pomysły i przygody zaciekawiają najbardziej. I z rozmysłem użyłam słowa przygody, bo Aleksandryna zwiedza, podróżuje, poznaje wyjątkowego mędrca wschodu(w końcu to Akunin!) i  zdobywa wiedzę, o której nie śniło się Europejczykom, a przy tym szuka złota i zostaje porwana(w końcu to Akunin!;)- więc "przygody" to bardzo adekwatne określenie jej dziejów. A poza tymi przygodami Aleksandryna dojrzewa, zmienia się z podlotka w kobietę, przeżywa miłość życia, traci ukochanego, decyduje oddać się nauce i połączyć wschodnią mądrość z dokonaniami Zachodu i stworzyć lek na długowieczność. Ale...

 Akunin zaprasza do świata, który jest bardzo różnorodny i kolorowy, a jednocześnie opowieść jest tylko pretekstem by zmusić czytelnika do zastanowienia się nad życiem i jego porami roku, nad szczęściem, przemijaniem i długowiecznością. Kolejne rozdziały i przenikające się historie  sparaliżowanej, choć czującej Madame, pensjonariuszy domu i lekarzy prowadzą nas w gruncie rzeczy po świecie odwiecznych pragnień człowieka o kamieniu filozoficznym, eliksirze długowieczności. Akunin pisząc powieść przygodowo-obyczajową dostarcza rozrywki i wciągającej, świetnie napisanej opowieści, ale też proponuje kilka tematów do rozmyślań i proponuje np. by pomyśleć o starości albo neurologii. A przy tym pozostaje wciąż Akuninem, którego kochają czytelnicy, autorem świetnych, szerokich, pełnych oddechu  narracji, budowaniu światów, które odeszły w przeszłość oraz  prezentowania ciekawych historii. I znów zaskakuje, bo to powieść która tak jak cykl "Przygód Magistra" łączy historię z przeszłości i teraźniejszości, jest jednak czymś  zupełnie innym, nowym i świeżym. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że na na powieści tego autora zawsze warto czekać!

Boris Akunin (jako Anna Borisowa), "Pory roku", Wydawnictwo Znak, Kraków 2013.