sobota, 1 czerwca 2013

'Dzieci z Bullerbyn' i ja (nie tylko na dzień dziecka)

dzieciPrzeczytałam w swoim życiu kilkadziesiąt kilogramów książek (a może i kilkaset?) i następne jeszcze przede mną. Ale na pytanie o ulubioną niezmiennie podaję jeden tytuł. Sięgam do tej książki kilkanaście razy w roku, zawsze przed Bożym Narodzeniem, często latem, zwykle gdy chcę się pośmiać lub powspominać, bo z tą powieścią jak z żadną inną łączą się wspomnienia wakacji, podczas których czytali mi ją mama, babcia, dziadek i wujek, każdy od początku, w swoim tempie, oznaczało to, że codziennie byłam w czterech różnych rozdziałach tej samej książki. Od ciągłego wertowania trochę się zniszczyła zdeformowała, ale nadal stoi na honorowym miejscu na regale i może dziwi się poważnemu otoczeniu tzw. kanonu literatury pięknej. Teraz często czytam jej fragmenty zaprzyjaźnionym  przedszkolakom. I dzieciaki słuchają w napięciu, chichoczą, tak samo jak ja podczas tych wakacji, gdy prawie nauczyłam się książki na pamięć.

Dzieci z Bullerbyn to opowieść niezwykła. Jej mali bohaterowie żyją w świecie bardzo różnym od naszej codzienności, mieszkają daleko od Wielkiej Wsi, do której maszerują codziennie do szkoły i czasem po sprawunki. Spędzają mnóstwo czasu bawiąc się, ale także pomagają w gospodarstwie: plewią rzepę, pilnują owiec, pracują przy wykopkach. Każdy ma swoje obowiązki i wydaje się, że to najbardziej naturalny porządek na świecie. Chłopcy pomagają tatusiom, dziewczynki mamusiom, choć nie brak w nich bojowego, feministycznego ducha, bo „w  cokolwiek się bawimy chłopcy zawsze mogą robić coś przyjemnego, a my –dziewczynki- możemy tylko przygrzewać jedzenie lub robić coś równie głupiego”. [1] W domach otacza ich miłość, zrozumienie, rodzice zawsze mają dla nich czas lecz potrafią też ukarać urwisy za ich sprawki.  Nie ma ani chwili na nudę, bo nawet te chwile, gdy pozornie nie ma nic do roboty okazują się bardzo ciekawe

Astrid Lindgren opisała ludzi żyjących w trudnych warunkach i niełatwych czasach, ale nikt tu nie marudzi, nie narzeka. Nauka, praca i zabawa wypełniają  czas dzieci  i dorosłych, którzy potrafią spontanicznie zjechać na sankach, wybrać się na połów raków, bawić się z dziećmi w przyjęciach  i świętować w noc świętojańską. Na dobrą sprawę nie ma w Dzieciach z Bullerbyn złej postaci. Wszystkie dzieci są czasem niegrzeczne i skore do psot, ale w gruncie rzeczy przyjazne i dobre. Dorośli zaś, stanowiący trochę inny gatunek człowieka, bywają dziwni i niezrozumiali… „Lassie biegał w kółko machał rękami i mówił piskliwym głosem
-  Jak tez pani robi te przepyszne pierniczki? Czy mogłabym dostać przepis?
Lasse bowiem uważa, że właśnie w ten sposób rozmawiają wielkie damy”[2]. Dorośli bywają zwykle mniej eleganccy, za to całkiem mili. Nawet Szewc Grzeczny, który miewa problemy z alkoholem i nie jest zbyt sympatyczny, w razie potrzeby  przeniesie dzieciaki z kamienia na wielkiej kałuży i da im schronienie podczas śnieżycy. Szewc nie jest jak inni dorośli, ani tak miły jak pani ze szkoły, ani szarmancki jak sklepikarz, nie ma w sobie tyle ciepła co Kerstin z Zagajnika i nie potrafi świetnie dogadywać się z dziećmi jak Młynarz, bo Grzeczny jest zgorzkniały, a przede wszystkim samotny.
Siłą wszystkich opowieści Lisy o przygodach jej koleżanek i  braci i Ollego jest, że zawsze mają na kogo liczyć, ich obrażanie się na siebie kończy się zwykle po paru godzinach, a fakt że chłopcy nie chcą bawić się z dziewczynkami staje się mało istotny, bo  prosty rachunek mówi, że lepiej bawić się w szóstkę niż trójkę. Każde z dzieci jest inne, ma swoje pomysły i pasje, ale wszystkie świetnie czują się razem i razem realizują nawet najbardziej zwariowane pomysły… „Mamusia nigdy pewnie nie widziała Ręki Trupa. W przeciwnym razie nie pozwoliłaby nam z pewnością bawić się w Górach Skalistych.”[3] W przeciwieństwie do bohaterów innych książek Lindgren, dzieci z wioski Hałasowo nie mają nadludzkiej siły, ojca zbójnika, nie walczą ze smokiem,  nie odwiedzają na dachu przyjaciela ze śmigiełkiem na plecach. Są zupełnie zwyczajne i zwyczajne jest ich życie. Lecz wyobraźnia potrafi zmienić pagórki w Góry Skaliste, pudełko od cygar w Skrzynię Mędrców i zbity z czterech desek szałas w indiański wigwam. Lisa, Britta, Anna, Lasse, Bosse i Olle są tacy jak tysiące innych dzieci, jednak każdy dzień witają jak przygodę i być może to zachwyt nad codziennością, opisaną prostym, ale bardzo dowcipnym językiem, zjednuje  książce dzieci i dorosłych.
Każdy powrót do tej książki jest powrotem do dzieciństwa i marzeń by zamieszkać takim pięknym, pogodnym i wesołym Bullerbyn. Dziś dzieciaki, które nie potrafią wyobrazić sobie życia bez komórki i internetu potrzebują więcej czasu, by zrozumieć tę magię ale udaje im się to, bo dziecko zawsze pozostanie dzieckiem. Ja też czuję się dzieckiem ile razy czytam powieść Lindgren! Ponoć na jednym ze spotkań z czytelnikami, na którym było bardzo dużo dorosłych, Astrid przeczytała fragment rozdziału o Wiśniowej Spółdzielni…  Lisa sprzedała wiśnie rodzinie, która jedzie za granicę i dziwi się, że ona zostanie w Bullerbyn podczas gdy wiśnie z jej drzewka pojadą poza Szwecję. Lasse, sprzedawszy swoje wiśnie na sok, śmieje się z Lisy „pomyśl, że z moich wiśni będzie sok wiśniowy,  a ja sam nie będę sokiem. wiśniowym.”[4] Autorka wspomina, że po przeczytaniu tych słów, powagę i  ciszę spotkania zakłócił śmiech dziecka, a za nim zaczęli śmiać się dorośli, choć nie wiadomo, czy do końca pojęli dlaczego ich to bawi. Ten fragment jest moim ulubionym, na samo jego wspomnienie mimowolnie się uśmiecham i mam nadzieję, że zawsze będzie mnie śmieszył, bo jeśli nie, to stwierdzę, że zgrozą, że jestem już naprawdę dorosła!


[1] A. Lindgren. Dzieci z Bullerbym. Warszawa 1993. S. 315.
[2] Ibid.S. 92.
[3] Ibid. S. 310.
[4] Ibid. S. 344.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz