czwartek, 18 września 2025

"Kakao w czwartki" na otulenie


 

"Kakao w czwartki" to typowa literatura wytchnieniowa. Sięgnęłam po nią po męczącym tygodniu, przeczytałam w jeden wieczór i napięcie spadło.  To nie jest rzecz wybitna, ale na wyciszenie sprawdziła mi się doskonale.  Zadziałało to, co w takich chwilach pomaga, ale w innych może irytować- powtarzalność schematu losów kolejnych bohaterów, trochę słodkie i nieprawdopodobne zakończenia rozdziałów, napawające nadzieją rozwiązania większości dylematów.  

 Zaczynamy w Tokio od chłopaka, który prowadzi kawiarnię i zerka na odwiedzającą go co czwartek kobietę. Potem wraz z bohaterami, którzy tworzą między sobą sieci spotkań i relacji ruszamy aż do Australii, by poznać kilkoro mieszkańców Sydney i potem znów wracamy do Japonii. Kręgi na kuli ziemskiej odpowiadaj kręgom społecznych więzi. Młoda anglistka, dziewczyna, która maluje obrazy w odcieniach zieleni, para znająca się od pół wieku, dziewczyna, która marzy o byciu wróżką i zielarką, facet, który doskonale czuje się jako ten, który zaczyna dobre przedsięwzięcia. Ludzie z różnymi doświadczeniami (chorobą, odrzuceniem, brakiem pomysłów), poszukujący sposobu na lepsze życie.  Tytułowego kakao nie ma w opowieściach za dużo, większa waga przykładana jest do kolorów, którymi określani są poszczególni bohaterowie, bo momentami nazwanie kogoś zielenią, pomarańczem lub turkusem dopełnia charakterystykę. 

 Krótka opowieść o kilkunastu osobach, którzy z rozdziału na rozdział tworzą coraz bardziej rozpoznawalną grupę. Kojąca historia o zrobieniu pierwszego kroku i nadziei na spotkanie osób, które wyciągną pomocną dłoń. Książka z bardzo dużą i wygodą czcionką. Napisana i wydana tak, by dać wytchnienie i potem, zostawiając w tym spokoju, dać o sobie zapomnieć. 
 
 Pozostałe ksiazki autorki W księżycowym lesie  
 
Michiko Aoyama "Kakao w czwartki". Przeł. Barbara Słomka  Wyd. Relacja. Warszawa 2025. 

środa, 10 września 2025

"Emma" i Emma


Lubię"Emmę", a Emmę tak sobie. Czyli czy ważne jest lubienie bohaterów?

"Emma" to chyba moja ulubiona powieść Austen. Z zacięciem satyrycznym, wieloma wątkami i galerią barwnych postaci. Jest jeszcze ona, tytułowa bohaterka. Dziewczyna bez problemów finansowych, bez musu zamążpójścia. Nie tak rozważna i nie tak romantyczna, bez bagażu doświadczeń Anny Elliot, nie tak naiwna jak Katarzyna Morland, nie aż tak błyskotliwa jak Elżbieta. Emma ma charakterek, ma zalety i wady, a o tym wszystkim mówi nie tylko ona, ale i wielu ludzi mówi o niej, co tworzy świetny, wielowymiarowy portret. Bo wg ojca Emma jest doskonała, wg panny Bates "taka dobra", wg pana Knightley'a ma swoje za uszami, wg pani Elton nie aż tak elegancka. Chyba o żadnej innej bohaterce Austen nie pozwala wypowiadać się tak często innym postaciom, które przez te charakterystyki mówią też o sobie.  
 
Austen daje upust zdolnościom komediowym. Monologi panny Bates, w których co chwilę pojawiają się nowe wątki, pełne egzaltacji wypowiedzi pani Elton, wiecznie zatroskany o zdrowie ojciec Emmy, fan kaszki... Austen tworzy perełkowe, wręcz teatralne, dramatycznie doskonałe wypowiedzi, które pokazują jej świetne ucho i niemal sceniczne zacięcie w tworzeniu postaci i fabuły. 
 
A sama Emma? Zmienia się. Dojrzewa, jednak zachowuje to, co ją tworzy-wysokie mniemanie o sobie, samodzielność i optymizm. Nie wiem, czy chciałabym przyjaźnić się z tak pewną swoich przekonań osobą, wątpię czy (niczym Hariett) zawierzyłabym jej osądom. Ale jako postać literacka Emma jest świetnie napisana, bardzo ludzka i biorąc pod uwagę, że mówimy o 1815 r. w pewnych sprawach: zbuntowana. Może irytować, ale nie nudzi, może zadziwiać (nie zawsze na plus), ale jest swoich zrachowaniach kompletna. 

"Emmę" lubię, bo lubię pana Knightley'a. Nie ma tu miłości od pierwszego wejrzenia albo tej, która wyrasta z uprzedzenia i ogranicza się do kilku wymian zdań. Jest miłość rodząca się przyjaźni, w której Emma i Jerzy są sobie równi urodzeniem, majątkiem i rozmawiają otwarcie od lat. Ot, romans jak z książki!
Słuchałam po raz kolejny audiobooka w doskonałej interpretacji Anny Dereszowskiej i na pewno do niego wrócę, bo mimo kilku spotkań wiem, że przy następnym i tak znajdę coś nowego, może bardziej polubię Emmę?
 
Jane Austen "Emma". Przeł. Jadwiga Dmochowska. Czyta Anna Dereszowska.  



środa, 3 września 2025

"Lato z Baudelaire'm" przygoda z poetą kontrastów

 

Jak mówić o literaturze, by zaciekawiać i sprowokować do myślenia, ale nie nużyć? 


Antoine Compagnon znalazł sposób. Zbiór pogadanek czy raczej miniesejów o różnych wątkach życia i twórczości autora "Kwiatów zła". Nie jest to raczej rzecz dla tych, którzy nigdy o poecie nie słyszeli, bo wtedy można czuć przesyt informacji (tym bardziej, że Compagnon żongluje nazwiskami francuskiej literatury i sztuki), ale dla tych, którzy coś czytali, ale wiedzą jest raczej podstawowa książka będzie świetną podróżą do świata Baudelaire'a. To, na co autor kładzie nacisk to odejście od stereotypu poety wyklętego i pokazuje jak różne elementy (czasem, że sobą sprzeczne) znajdziemy u autora "Padliny". Osądzany i kontrowersyjny, ale ceniony i uznany za najlepszego francuskiego poetę. Z jednej strony z pociągiem do łamania tabu, ale mimo wszystko z klasyczną formą. Z jednej strony złośliwy i hardy, z drugiej o bardzo lirycznych nutach. Rewolucjonista, który traci zaufanie do ludu. 
 
Autor "Lata..." nie tłumaczy swojego bohatera, nie robi nic, by czytelnik go polubił (wiele poglądów chociażby o kobietach to polubienie skutecznie utrudnia), ale robi wiele, by zrozumiał. Bo w tych opowieściach, pełnych odniesień do innych twórców (z czasów Baudelaire'a i późniejszych, są Hugo, Manet, Proust, Sartre), postaci historycznych i szkół literackich jest bardzo słyszany głos poety. Ten głos, przemawiający w cytatach z wierszy, prozy i listów, wyodrębniony nawet graficznie przez inny kolor druku nie jest tylko przykładem do stawianej tezy. Jest okazją dla czytelnika do lepszego poznania twórczości pisarza. 
 
"Lato z Baudelaire'm" było świetną przygodą! Jest w tej książce mnóstwo bardzo ciekawych zdań m.in. o tym, jak poeta widział schyłek sztuki w jej zachłyśnięciu się postępem technicznym lub że to, co piękne zawsze jest smutne, bo "cechy Piękna (o którym pisze, że jest "żarliwe i smutne) to żal i tajemnica."

Autor traktuje czytelnika jak partnera w opowieści, w której dzieli się wiedzą, ale też swoimi wątpliwościami i refleksjami. Nie ma tu upraszczania i chodzenia na skróty, nie ma (co częste w tekstach bardziej analitycznych) niewiele wnoszących dygresji. Jest myśl, cytat, ciekawa opowieść i szacunek dla tego, o kim opowiada i komu opowiada. Dla mnie świetna forma dla takiej literackiej przygody!

 Za książkę dziękuję Wydawnictwu. 

Antoine Compagnon  "Lato z Baudelaire'm". Przeł. Jan Maria Kłoczkowski. Wydawnictwo Noir sur Blanc. Warszawa 2025. 

wtorek, 26 sierpnia 2025

"Żywe istoty" o wiedzy i gatunkach


 Czy sprawdzając coś w internecie myślimy o odkrywcach i badaczach, dzięki którym mamy dostęp do tej wiedzy?

Georg Wilhelm Steller w XVIII w.  płynie z Beringiem (tym od morza, cieśniny), by szukać śladów mitycznej wręcz krowy morskiej. Znajduje ją. Bada. Dookoła zima, mróz, szkorbut, lisy, widmo śmierci, a on zastanawia się jak utrwalić informacje o zwierzęciu, które za chwilę wyginie i wypreparować jego szkielet by służył nauce. Mijają lata, kolejni ludzie starają się przekazać informację o odkryciach w świecie przyrody. Dobrze rysująca dziewczyna staje się asystentką przyrodnika i rysuje setki wizerunków pająków, a szkielet krowy postanawia narysować na kilku kartkach, by pokazać jego rozmiar i skalę. Lata mijają. Tworzą się muzea, sposoby badań są coraz nowocześniejsze. Ale procesu ginięcia pewnych gatunków nie da się zahamować.

 Autorka w posłowiu bardzo obrazowo wylicza gatunki, które wyginęły podczas jej pracy nad książką. Pokazuje, jak zwierzęta stawały się łupem tych, którzy chcieli się dorobić na ich futrach, kłach; którzy dla zabawy pozbawionej naukowej refleksji kolekcjonowali jaja. Ale pokazuje też tych, którzy poświęcili życie (albo jego część) badaniu gatunków, szukaniu powiązań, tworzeniu systematyk, przygotowaniu wizerunków, które dziś są nam dostępne w ramach jednego kliknięcia w internecie. Wiem, że autorka chce zwrócić uwagę na kończenie się cyklu życia niektórych gatunków, który związany jest z działalnością innego gatunku: homo sapiens. Ale ta książka to dla mnie też po części przypomnienie, że przedstawiciele tego samego gatunku pytają i szukają odpowiedzi, badają i dają wyniki tych badań kolejnym pokoleniom.

Książka łącząca powieść historyczną z elementami książki przyrodniczej, szczyptą eseju. Wędrówka przez wieki i miejsca od Alaski do Helsinek, postaci historycznie znane jak Steller (którego nazwisko zostało w nazwie krowy) i dziś zapomniane, jak jedna rysujących pomocnic profesora. Bardzo dobrze napisane, zostające w głowie. Pozwalające docenić to, że tyle przed nami i dla nas już zbadano. Tylko co my z tą wiedzą robimy?

 Iidia Turpeinen. "Żywe istoty'" Przeł. Sebastian Musielak. Wyd. Poznańskie. Poznań 2025. 

środa, 6 sierpnia 2025

"Cały ten błękit" uważność i Coelho

 


Emile ma 26 lat i wczesnego Alzheimera. Joanne ma bagaż doświadczeń. Nie znają się. Są różni, ruszają razem w podróż przez Pireneje, bo chcą uciec. 

 Po drodze ona uczy go uważności, on daje jej nowy początek (chociaż nie wiem, czy taki szczęśliwy). Po drodze pojawi się temat żałoby, relacji, złamanego serca, macierzyństwa, dziecka szukającego błękitu, utraty pamięci. Poza tym Eros i Tanatos, połączenie znane od tysięcy lat.

Czy to jest materiał na dobrą książkę? Może być. Ale ważny jest sposób opowiedzenia historii. I ten zawodzi. 

 Zdania proste. Pisane w czasie teraźniejszym (nie lubię!). Z niepotrzebnymi szczegółami i powtórzeniami (jeśli bohaterka w jednym zdaniu kroi chleb, nie ma potrzeby 3 zdania potem pisać, że jedzą chleb, skoro cała scena dotyczy kolacji, albo doprecyzować, że gdy nakrywa stół to "układa sztućce obok talerzy" lub "najwyraźniej robi coś w rodzaju winegretu" - za dużo narracyjnej asekuracji!) Niestety miałam wrażenie, że autorka nie panuje nad językiem. Nie korzysta z mocy opowieści, bo zamiast kreować: relacjonuje. Mamy tu narrację alla audiodeskrypcja:krótką, opisującą, bez możliwości zbudowania świata, za to z opisem ze scenariusza. I przegadanie, które rozwadnia napięcie. Powieść ma 625 stron. Mogłaby mieć 300. To, co dość wychodzi to przełożenie punktu ciężkości z losów Emile'a w rozwlekłej części pierwszej, na losy Joanne w drugiej, przez częściej wprowadzane retrospekcje, bardziej dynamiczniej, połowie. Ale to za mało, by nazwać powieść literaturą piękną. To jest obyczajówka. Przewidywalna, przegadana, nastawiona na wzruszenie czytelnika (wiem, gdzie powinnam zaszlochać, ale nie zaszlochałam, bo nie ze mną te numery, a przede wszystkim tak budowana narracja nie przyciągnęła mnie do bohaterów, na tyle by się przejąć ich losami, a Emile był mi zupełnie obojętny).

O tym, że życie jest krótkie i trzeba się nim cieszyć, być tu i teraz, doceniać małe rzeczy, pielęgnować co dobre i czasem zawalczyć zamiast stać biernie, zawsze warto przypominać. Ale można to robić lepiej. I krócej. I bez cytowania Coelho.

Trudne i ważne tematy, a takimi są choroba, śmierć dziecka, ostracyzm społeczny, potrzebują książek dobrych, niekoniecznie ciężkich, przytłaczających, ale po prostu sprawnie napisanych. Tak, by czytelnik wszedł w świat bohaterów, a nie zastanawiał się, czy jeśli bohaterka "wsunęła sobie złożoną kurtkę pod pośladki" oznacza, że po prostu usiadła na kurtce. I żeby było jasne: nie jestem bez serca. Wzruszam się na powieściach Walliamsa o Babci Rabusiu, na "Tosce" zawsze wierzę, że ona i Cavaradossi będą żyć szczęśliwie. Pozwalam autorom grać na uczuciach. Ale Melissa Da Costa nie uderzyła w dobre klawisze. Nie moja kompozycja.


Melissa Da Costa, " Cały ten błękit". Przeł. Łukasz Müller. Wyd. Znak. Lliteranova. Kraków 2025.

wtorek, 29 lipca 2025

"Pod gwiazdami Paryża" obyczajówka z jabłkami

Sophie ma nadzieję że zamieszka w Kairze i tam będzie kontynuować swoją błyskotliwą karierę dziennikarską. Ale gdy chwila załamania przed kamerą w rodzinnej Szwecji niweczy te plany, musi realizować plan B. A tym jest wyjazd do Paryża, bo okazuje się, że niedawno zmarła babcia, zapisała jej tam kawiarnię.  Wyjazd ma być krótki i z konkretnym powodem. Ale, jak to zwykle bywa w takich opowieściach, Sophie pozna zespół Le Lulu, zauważy, że poza pracą w newsach jest jeszcze inne życie. A że Paryż jest miastem miłości to i serce jej mocniej zabije, nie tylko do impresjonistycznych obrazów.  A poza tym jest jeszcze rodzinna tajemnica i życie jej babci, które zaskoczy na kilku poziomach.

 
Karolina Schützer mieszkała przez lata we Francji, więc jej obraz Paryża nie jest tylko pocztówkowy, to raczej miasto do życia niż pejzaż z obrazków, gdzie na każdej uliczce ktoś śpiewa francuskie chanson. „Pod gwiazdami Paryża” nie zrobi rewolucji (francuskiej, he he!)  w obyczajówkowej powieści, bo od początku wiemy, jak się skończy. Ale to nie jest zarzut. Autorka weszła w konwencje i realizuje jej założenia. A że do tego mamy trochę paryskiego klimatu i szwedzkich jabłek, to tylko pozwala lepiej umościć się w tej historii. Jest lekko, momentami uroczo, bywa też ciut poważniej (gdy  bohaterka wspomina zmarłą mamę lub dowiaduje się o chorobie bliskich i analizuje związek z facetem z nadmierną chęcią kontroli), ale to bardziej takie chwilowe dosmucenie niż wejście w trudne tematy. 
 
Czyta się lekko, migotliwie przyjemnie. I nawet jeśli jest to wszystko przewidywalne, to klimat i styl bardzo mi pasował i jestem ciekawa drugiej części, bo ta została zapowiedziana fabularnie.  Książka teraz na leżak, hamak, wakacyjne popołudnie, a gdy nadejdzie jesień: pod kocyk (nie ma co zaprzeczać! Kasztany są już całkiem spore!)  
 
 
 Z książkę dziękuję Wydawnictwu. Współpraca barterowa.  
 Karolina Schützer, "Pod gwiazdami Paryża".  Przeł. Agata Teperek. Wyd. Znak Jednym Słowem. Kraków 2025.  
 

środa, 23 lipca 2025

"Diabły i święci". I ten rytm!

 

Rytm czy melodia?

 To nie przypadek, że na pięciolinii zanim pojawią się nuty, zapisane jest metrum.   

 Kilkuletni Joe na początku swojej muzycznej przygody zachwyca się melodią. Nauczyciel tłucze mu do głowy, że najważniejszy jest rytm. I życie chłopca, młodzieńca, mężczyzny, potwierdzi to, że bez względu na tonację i nuty, trzeba trzymać rytm. 

 Rytm w domu Joe wyznaczały rodzina i muzyka  Rytm w Kresach, sierocińcu do którego Joe trafia, wyznaczają zadania i nakazy przełożonych. Rytm może zmienić się na spotkaniach Watahy, grupy chłopców, którzy nie utracili jeszcze wiary w lepsze jutro.  Chłopców, z których każdy jest inny i co innego nadaje mu rytm. Kolejny rytm da chłopcu możliwość uczenia muzyki  Rose, córki  dobroczyńcy przytułku Dziewczyna nie jest zbyt zainteresowana muzyką, ale jednak dostrzega niuanse gry Joe. I właśnie na to dostrzegane niuansów Joe będzie liczył przez lata, siadając przy pianinach na dworcach i lotniskach. Z nadzieją, że ta z którą go rozdzielono, rozpozna ten rytm. Ale poza rytmem jest i melodia, wypełniająca go opowieść...

Andrea w powieści nie traci rytmu, część scen spowalnia, innym nadaje dynamiki.  Jak w budowie formy sonatowej mamy dominantę z częścią kresowych losów chłopca i modulacje, z tym, co jeszcze wcześniej i teraz. Ale mimo wszystko nie powiedziałabym, że to najbardziej muzykująca w głowie powieść. I to jest chyba zamierzony efekt, bo w Kresach muzyka była zakazana, słuchanie radia było wykroczeniem, a lekcje pianina miały być dla chłopca zdaniem, a nie  przyjemnością.  Muzyka jest tu reglamentowana.  We wspomnieniach brzmi może  przerywanymi lekcjami z dawnym nauczycielem, fanem Beethovena, ale potem jest bardziej walutą i formą pamięci niż czystą sztuką.

Ale autor nie pozostawia czytelnika głuchym. To jest piękna opowieść o dorastaniu, decyzjach, marzeniach i odpowiedzialności za innych. O wpływie diabłów i świętych, którzy wcale nie muszą być innymi osobami. Opowieść o końcu świata, który rozpada się kilka razy i o nadziei. Napisana tak, że chce się czytać (bo w powieści rytm jest bardzo ważny!) 

Ponieważ „Czuwając nad nią” była jednym z moich zachwytów ubiegłego roku, nie mogę uciec od porównania. Tym bardziej, że w obu książkach bohaterem jest utalentowany artystycznie chłopiec, który poznaje dziewczynę, a znaczna cześć narracji lub całość opowiedziana jest w pierwszej osobie.  W „Diabłach...”przeskakujemy  wiek męski, skupiając się na dorastaniu,  w „Czuwając …” opowiedziane było  całe życie Mima.  „Diabły i święci”  to wcześniejsza niż nagrodzona Goncourtami (słusznie!) „Czuwając nad nią”.   Obie powieści  to historie w starym stylu, „Czuwając…” ma szerszy rys historyczny, porusza więcej wątków i ma większy rozmach, dlatego podobała mi się bardziej. Ale obie historie łączy niewymuszony, a klarowny styl, dobrze opowiedziana historia. I rytm. Ten rytm! 

  Z książkę dziękuję Wydawnictwu. Współpraca barterowa.  

Jean-Baptiste Andrea, "Diabły i święci". Przeł. Beata Geppert. Znak. Kraków 2025.