niedziela, 8 listopada 2015

Agent z licencją na sukces

Nazywa się Bond. James Bond. I od ponad 50 lat na szklanym ekranie ratuje świat i uwodzi kobiety. Do kina przeszedł z książki i wyszło mu to na dobre, bo  przestał być  średnią postacią literacką, a stał się  wielkim idolem popkultury. O Agencie Jej Królewskiej Mości wielokrotnie wypowiadali się socjologowie, filmoznawcy, a Umberto Eco poświęci mu cały rozdział w książce o Supermanie. O sile oddziaływania 007 świadczy fakt licznych parodii jego przygód, oraz szeregu reklamowych, filmowych i literackich działań, inspirowanych jego osobą i wyczynami. Do kin wchodzi 24 film o Jamesie Bondzie, a 5 października świat świętował 53 rocznicę premiery pierwszego filmu „Doktor No”. I tak od pół wieku trwa ten najdłuższy serial w dziejach kina, a kolejne pokolenia zastanawiają się nad fenomenem szpiega, stworzonego przez Iana Fleminga, którego kino uczyniło wiecznym.
 Bondów było kilku – zmieniający się agent obrazował zmieniający się świat. Śledząc kolejne niewiarygodne przygody 007, patrzymy na zmieniające się samochody, modę, muzykę i obyczajowość.Agent musi mieć to, co najlepsze: najlepszy samochód, zegarek, garnitur.  Producenci serii, rodzina Broccolich, zadbali aby wszystko, co pokazywane na ekranie było z najwyższej półki. We współczesnych filmach o Bondzie nagromadzenie gadżetów jest ogromne, a wszyscy którzy płacą słone pieniądze, by to właśnie ich produkt mignął w filmie o agencie z MI6 wiedzą, że taka inwestycja na pewno się zwróci – marki zegarków, samochodów i alkoholi stają się równie kultowe co bohater. Tak samo jest z modą – styl ubierania szpiega, a zwłaszcza jego dziewczyn, bywa odzwierciedleniem panujących trendów. Kilka kreacji, w tym słynny kostium kąpielowy Ursuli Andress z „Doktora No”, zapisało się w historii mody i stylu.

 Bondy nie istnieją bez muzyki. Motyw serii jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych fragmentów muzyki filmowej, a piosenki promujące (lub zamykające film) stawały się (także oskarowymi) hitami. Trudno by było inaczej, skoro wykonywały je największe gwiazdy między innymi Louis Armstrong, Tom Jones, Nancy Sinatra,  Paul McCartney, Adele czy Shirley Bassey, która śpiewała najwięcej bondowskich piosenek, w tym moją ulubioną „Diamonds are forever”. Piosenka z Bonda w ciągu kilku minut pokazuje stan świata i kultury w momencie premiery; były więc piosenki jazzowe, w latach osiemdziesiątych utwór do Bonda nagrały zespoły Durana Duran i A-Ha.Najsłynniejszą piosenką serii pozostaje „Goldeneye” Tiny Turner, której już początkowe takty dają się w mig rozpoznać i dziw bierze, że poznajemy ją już od dwudziestu lat. Bond, będący na czasie z techniką, nie oprał się elektronicznym brzmieniom zmieniającym głos Madonny, artystki, która nie tylko zaśpiewała, ale i zagrała w filmie. Cóż, zostać dziewczyną to naprawdę coś! Chociaż wiadomo, że kryteria doboru aktorek do tych ról nie zawsze są kryteriami stricte aktorskimi należy przyznać, że wokół dziewczyn Bonda wciąż toczą się ogólnoświatowe dyskusje. Do tego grona należy Diana Rigg (znana z popularnego serialu „Rewolwer i melonik”), Jane Seymour, Grace Jones i Kim Basinger (grała w pozakanonicznym „Nigdy nie mów nigdy”).
  Tak samo jak dziewczyn, tak i przeciwników Bond miał wielu, a wśród nich  przynajmniej kilkanaście czarnych charakterów to role świetnych aktorów, bo z Bondem walczyli Telly Savalas, Christoper Lee, Christoper Walken, Sean Bean, Jonahtan Pryce, przerażający Javier Bardem i pozakanoniczny Klaus Maria Brandauer. Jeden, jedyny raz przeciwnikiem Bonda była kobieta- Electra King, uznana przy okazji przez bondomanów za najbardziej intrygującą z pojawiających się obok agenta przedstawicielek płci pięknej, w tej roli Sophie Marceau.



Bycie samym Bondem to misja. W końcu 007 to postać kultowa, człowiek wielu talentów- poliglota, znawca sztuki, kobiet i alkoholi, a jednocześnie wytrawny gracz gier hazardowych, znakomity pilot i kierowca o niesłychanej sprawności fizycznej. Z jednej strony mutant o ponadludzkiej sile charakteru, ale też uroczy rozmówca o rozległej wiedzy i manierach prawdziwego angielskiego gentelmena.
Dla wielu Bondem idealnym był i jest Sean Connery, aktor, który stworzył super szpiega, a jednocześnie uniknął identyfikacji z tym bohaterem. Ten jedyny nagrodzony Oskarem odtwórca roli 007, odnalazł się w kinie po swej przygodzie z Bondem i to nie tylko na niwie filmów sensacyjnych. Connery grał w 6 filmach kanonicznych i jednym spoza serii, tworząc postać twardego agenta z lekkim stosunkiem do kobiet. To on patrząc w oczy dziewczyny widział skradającego się za sobą wroga. Connery był Bondem czasów ciągłego zagrożenia; męskim, nieco szorstkim, ale o zniewalającym uśmiechu i ponadczasowym uroku osobistym. Do dziś Connery wygrywa w rankingach dotyczących męskiej urody i prawdopodobnie w kategorii 80+ pozostanie niepokonany.
George Lazenby, popularny australijski (tak!) model, zagrał tylko w jednym filmie i dobrze, bo marny był z niego Bond, chociaż film „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” jest jednym z ciekawszych filmów serii,  o oryginalnej intrydze i miłości zwieńczonej ślubem. Ale cóż po dobrym scenariuszu, skoro szpieg nie taki, jak trzeba?
Potem na 20 lat filmy o Bondzie zdominował  Roger Moore, który w okresie złagodzenia sytuacji politycznej mógł sobie pozwolić na dystans i ironię. To był  Bond, który skakał po krokodylach, pływał amfibią po greckich morzach i spełniał misję w kosmosie. Filmy z Moorem stały przykładami świetnego kina rozrywkowego, a nonszalancki styl  wcześniejszego „Świętego” wielu zachwyca do dziś.
Końcówka lat 80 to dwa filmy z Timothym Daltonem, według mnie niedocenianym odtwórcą roli agenta. Tym razem Bond już nie tylko walczył z upadającym komunizmem, ale zabrał się za sprawy mafii narkotykowej, a nawet w osobistej vendetcie stracił licencję na zabijanie. Taki nieco bardziej zwyczajny (znawcy twierdzą, że najbardziej zgodny z duchem powieści Fleminga), a nawet bardziej wierny, nazywany Bondem ery AIDS był Dalton, aktor szekspirowski.
Pierce Brosnan to Bond przełomu wieków, nawiązujący do legendy, ale przy tym nowoczesny, poważny, z lekkim dystansem, ale bez cech charakterystycznych. Pierwszy raz musi mierzyć się z przeciwnikiem kobietą i popada w swoiste uzależnienie od gadżetów –niewidzialny samochód to już naprawdę przesada!
I Daniel Craig…jedni mówili, że męski, brutalny i na serio, drudzy, że podczas kręcenia awanturniczych scen tracił zęby i łamał kończyny, a poza tym Bond blondyn to skandal. Filmy z Craigiem dla wielu utraciły swój Bondowski klimat, choć nikt nie odmawia im bycia dobrymi filmami sensacyjnymi. Mnie Craig jako Bond nie przekonuje, a użycie zestawu do samodzielnej resuscytacji w „Casino Royale” wcale nie jest powrotem do źródeł.
Do niektórych rzeczy powrotu już nie będzie, nie będzie Llewelyna w roli Q, a polscy widzowie już nie usłyszą tłumaczeń Beksińskiego. Osławiona ironia Bonda to w dużej mierze zasługa Tomasza Beksińskiego, autora polskich list dialogowych Bondów do 1999 roku. Dzięki jego przekładom polski widz mógł podziwiać dowcipne dialogi, zaskakujące podsumowania oraz riposty agenta i jego przeciwników. I to właśnie jego lingwistycznej fantazji zawdzięczamy urocze imiona mało uroczych postaci drugiego i trzeciego planu jak  obdarzony stalowymi szczękami  Buźka czy (mój faworyt) Szeptuś.
Gadają i gderają, ale na nowe przygody Bonda pójdą tłumy. Co jakiś czas słyszy się głosy, że skoro nie ma już wroga za żelazną kurtyną, to misja Bonda powinna się skończyć, bo dzisiejszy świat już go nie potrzebuje. Ale producenci, ku uciesze fanów, nie zamierzają kończyć serii.  Przed nami wybór nowego bondowskiego aktora, więc będzie o czym mówić. Bond zyskał licencję na kinową nieśmiertelność, a to wiele więcej niż licencja na zabijanie.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz