wtorek, 30 grudnia 2025

CYNAMONY 2025

 

Znów minął rok i znów moje Cynamony (12 raz!). To był rok dobrych książek, ale bez ekstatycznego zachwytu powieściowego. To był rok powrotów i nowości.  

Naj, naj cynamon (i jednocześnie cynamon muzyczny) "Maria Callas. Primadonna stulecia" na takie wznowienia warto czekać. Świetnie napisana biografia o kobiecie i artystce. Callas miała życie jak z powieści, ale trzeba jeszcze te nici powiązać i opisać tak, by widza zaciekawić i dać mu wielowymiarowy obraz, autorce udało się to znakomicie. 
 Kryminalnie "Ostatnia zagadka" kryminał z zagadką, ale i opowieścią o samym kryminale. Klasyczny, z klimatem starego Hollywood, a jednocześnie wciąż zaskakujący i autotematyczny.  
 Klasyka "Hrabia Monte Christo" dowód, że chociaż specjaliści mówią, jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało, to wejście w TAKĄ powieść jest spotkaniem, któremu nie dorówna żadne ekranizacja i streszczenie.   
Literatura wytchnieniowa. "Haiku" w przekładach Miłosza. Poezja pozwalająca się zatrzymać i pobyć w tej właśnie chwili. Historyczna, współczesna i ponad granicami czasu i geografii.   
 Powieściowo. Ponieważ nic nie zrobiło na mnie aż tak wielkiego wrażenia wybrałam książkę, którą czytałam z zainteresowaniem i przyjemnością. "Mistrzyni szkła", czyli opowieść o Wenecji i pewnej dziewczynie, która dorasta wraz z miastem. Udane połączenie historii, fabuły i szkła z Murano z bohaterką, z która spędzamy 400 lat.  
 Akcja. Z okazji 250. rocznicy urodzin Jane Austen i różnych akcji internetowych związanych z tą autorka powróciłam do jej książek i był to powrót momentami pełen humoru, czasem zaskoczeń (tyle w jej książkach o pieniądzach!) , zawsze poczucia powrotu do dobrze znanych literackich klimatów, które się nie nudzą.  
 Pokruszony cynamon. "Cały ten błękit". Książka, która miała być  piękną literaturą piękną, a była dla mnie przegadaną i kiepsko napisaną obyczajówką, której bohaterowie wzbudzali irytację i przewracanie oczami.
Zaskoczenie. "Ziemianie". Powieść japońska, która jednocześnie odpycha i przyciąga, odstręcza  i mówi, by czytać dalej. Z obrazem świata, w którym nie chce się być. Dyskomfort book. Nie dla każdego, ale siedzi w głowie.  
Samych dobrych stron w nowym roku! Zachwytów, przyjemności, zaskoczeń, nowości i klasyki.   

  

 

poniedziałek, 29 grudnia 2025

"Hrabia Monte Christo" i bohaterowie z historią

 


Są książki, które się zna, mimo iż się ich nie czytało. Historie wielokrotnie przejmowane przez kino, opowiadane w skrawkach w innych książkach.  Czasem ma się wrażenie, że nie ma po co po nie sięgać, bo przecież wszystko się o nich wie. I tu wchodzi  Monte Christo.
Widziałam filmy, czytałam o Dumasie. Ale to i tak nie mnie to przygotowało na rozmach tej powieści.

Spodziewałam się przygodówki o zemście. Dostałam rozważania o przemianie, winie, karze, wierze, miłości, przebaczeniu. A przede wszystkim dostałam masę postaci z własnymi historiami. Plan zemsty Edmunda Dantesa, choć genialnie opracowany, to nic przy mistrzowskim planowaniu wątków samego Dumasa. Postaci wkraczają na scenę z własną historią, przeszłością, która pozwala nadać im lepsze miejsce w całej opowieści. Gdyby ktoś chciał szybko wydać książkę z elementami retellingu, w "Hrabim..." znajdzie aż zbyt wielu doskonałych bohaterów.
Wątki, historie polityczne, wydarzenia, pozornie nieznaczące reminiscencje Dumas trzyma pewnie i wyciąga w tak narracyjnie jasnym porządku (a przy tym zaskakującym), że zdaje się magikiem opowieści (nie na darmo Edmund trafia do groty z Orientu, bo czar snucia opowieści drży w powietrzu). Miłość, zemsta, spisek, młodość w zderzeniu z dojrzałością (najpierw Edmunda i księdza w twierdzy If, potem hrabiego i młodzieńców). Plan z wykorzystaniem bajońskich sum i ćwiczonej w lochach cierpliwości.

Jedna z najbardziej widowiskowych przemian bohatera, który z prostego i prostodusznego marynarza staje się tajemniczym bogaczem, którego starannie budowana sława onieśmiela. A są jeszcze pewien ksiądz i bankier. Hrabia budzi współczucie, złość, podziw, strach, jest po ludzku skomplikowany i literacko doskonale nieoczywisty. Zresztą większość postaci nie jest czarno-biała.

Pomysły Dumasa cały czas robią wrażenie, a raz wpadnąwszy w tę historię chyba nie sposób będzie jej zapomnieć (kto dziś, nawet w powieściach historycznych, tak pięknie używa imiesłowów uprzednich!).

Mogę trochę pomarudzić na zakończenie, bo żal mi Mercedes, a hrabia odpływa z Heyde na Wschód (te romantyczne ciągoty do Orientowi)...Ale na pocieszenie dostajemy cytat wieńczący setki stron:
"Póki Bóg nie raczy odsłonić przyszłości ludzkiej, cała ludzka mądrość będzie się mieścić w tych paru słowach: Czekać i nie tracić nadziei."

Warto poznać dogłębnie, co zna się tylko pozornie! 
 
Aleksander Dumas. "Hrabia Monte Christo". Przeł. Klemens Łukaszewicz. Wyd. Świat Książki.     


wtorek, 16 grudnia 2025

"Gwiazdka". Dziewczynka z nadziejami

 


"Ale ja nie mogę nie mieć nadziei. Taki już mam mózg".

 Ronja nie jest córką zbójnika, a przynajmniej nie tego. Jej tata nie potrafi utrzymać pracy i pieniędzy, zbyt często odwiedza "Przyjaciół" (którzy powinni nazywać się Wrogowie). Gdy nie pije jest kochający, dobry, ale nie ma go, gdy pije. Ale życie toczy się dalej i Ronja razem ze starszą siostrą Melissą muszą sobie radzić. I robią to po swojemu. A nadchodzą święta.

"Gwiazdka" to opowieść krótka, ale wielowątkowa (w tle przemykają kwestie starości, migracji, dorastania). Poruszająca i dająca do myślenia. Nie ma tam lukrowanej świątecznej historii, jest ból, jest sprzeciw, ale i nadzieja. I zakończenie, które można interpretować na kilka sposobów.  
Autorka, pisząc o dwóch córkach samotnego ojca z problemem alkożyciowym, pisze o nadziei młodszej i o szybkim dorastaniu tej starszej, która zawsze ratuje sytuację. Pisze o wsparciu starszego sąsiada, marzeniach, do których się ucieka, o pułapkach kapitalizmu i szkolnym woźnym, którzy sporo widzi.

Nie ma tu świątecznej magii? zapytacie. Jest! Najbardziej prawdziwa, bo bez świątecznego filtra. Tą magią i prawdą jest nią nadzieja. Nadzieja na przyszłość, normalność, na wyprawę do domu na wyspie, a na razie chociaż na choinkę. To jest bez wątpienia powieść świąteczna, która ma nas obudzić. 

Jest w tej książce skandynawska zwięzłość myśli połączona z baśnią. Przecież Andersen, ten smutny baśniopisarz, był Skandynawem. I właśnie jego "Dziewczynkę z zapałkami" czyta Ronja i do baśni nawiązuje cała historia. Smutna. Ale przecież jej zakończenie ma przynajmniej dwie możliwości interpretacji! I tak jest i w "Gwiazdce".

W święta dobrze jest się poczuć dzieckiem, który ma mózg pełen nadziei. Ale dobrze i docenić to, co się ma. A może i szerzej otworzyć oczy na to, co dookoła. I na innych. Nie tylko raz w roku.
 
 Za książkę dziękuję Wydawnictwu. 
 
Ingvild H. Rishøi, "Gwiazdka". Przeł. Katarzyna Tunkiel. Znak Koncept.    Kraków 2025. 

środa, 10 grudnia 2025

"Opowiedz im o bitwach, o królach i słoniach" i sile opowieści

 


Czy wiedzieliście, że Leonardo da Vinci miał budować most w Konstantynopolu? A gdy jego projekt odrzucono, zlecenie przejął Michał Anioł i trafił na dwór sułtana Bajazyda II? Tyle historii. Reszta jest opowieścią.

 I to właśnie opowieść była w tej książce dla mnie najważniejsza. I to opowieść z tradycjami: europejskimi listami i  wschodnim snuciem historii. Opowiadana przez narratora patrzącego na Michała Anioła w nowej dla niego rzeczywistości i dopowiadana przez tajemniczą postać, która rozumie świat i żyje na styku sztuki i codzienności, marzenia i rzeczywistości, miłości i śmierci.  Opowieść z orientalno-historycznym klimatem niesionym przez tajemnicze słowa i momentami  archaizowaną składnię. 
 
"Mężczyźni (...) chwytają się opowieści, wystawią je naprzód niczym sztandary" mówi tajemnicza kobieta.  Mathias Enard, francuski pisarz, którzy studiował perski i arabski, łączy Wschód z Zachodem. Mówi o młodym artyście, który wyjeżdża z Rzymu zrażony układami i intrygami i trafia na dwór sułtana, gdzie też kopanie dołków, donosicielstwo i plotki mają się doskonale.  Prowadzony przez zaułki miasta artysta trafia do gospody, na onieśmielający bogactwem dwór, spędza godziny w warsztacie, przygotowując plany mostu i odganiając od siebie myśli o pewnej kaplicy.  Myśli o tym, co i kogo kocha, kim jest. Martwi się o pieniądze, pije, bawi się z małpką i szuka odpowiedzi.  

Ta krótka historia, taki mały fresk literacki, to też kilka refleksji o sztuce i artystach. O tym, co uwzniośla, upiększa, zakrywa rzeczy małe i niegodne. Czy sztuka, tak jak opowieść "o bitwach, królach, o słoniach i o cudownych istotach" jest "jedynie perfumowaną zasłoną skrywająca wieczny ból nocy"? Autor bardziej szuka odpowiedzi niż mówi wprost. I może w tym tkwi ta freskowa lekkość opowieści, że autor maluje, zaznacza tematy, ale ich nie wykańcza, nie stawia kropki, tak jak Michał Anioł nie stawiał cegieł w swoim zaplanowanym tylko moście.  Plany i opowieści mają swoje ulotne piękno.

To nie jest książka do łapczywego czytania, do przeżywania i przeżuwania zawartych w nim tematów, do połykania. To raczej historia, który omiata mgłą, ulotnością i może po sobie zostawić woń orientu, jeśli nie zdmuchnie jej inna, intensywniejsza lektura.  
 
Za książkę dziękuję wydawnictwu. Współpraca barterowa.  
 
Enard Mathias,  "Opowiedz im o bitwach, o królach i słoniach". Przeł. Filip Łobodziński. Wyd. ArtRage. Warszawa 2025. 

środa, 26 listopada 2025

"Haiku". Takość olśnienia

 

Haiku.
Zdaje się, że ta poetycką forma, mimo 400 lat, właśnie dziś jest nam bardzo potrzebna. Krótka. Zamknięta w ramach 5, 7 i 5 sylab rozłożonych na 3 wersy. Wydaje się, że w czasie, gdy umiejętność skupienia spada, a zwięzłość przekazu jest hitem i hookiem, haiku powinno być na fali.

Trochę sobie żartuję (albo i nie). Bo nie tylko o formę i 17 sylab chodzi. Tym, co od czasu poznania haiku mnie do niego ciągnie, jest, co cytując Basho przywołuje Miłosz "wyzbycie się siebie, czyli całej bebchowatości składającej się na to, co nazywamy  "ja", i przeniesienie się w oglądany przedmiot, bo tylko wtedy możemy uchwycić jego "takość" (sechness)."  Ta zmiana perspektywy, punktu przyłożenia oka, serca i pióra. Nie: nasze zachodnie "ja", ale stanie się częścią czegoś większego, przypatrywanie się światu nie z własnej perspektywy, ale ze środka. I wtedy melony, żaby, muchy, liście są tak samo ważne i tak samo poezjo-i zachwytotwórcze.

Haiku w przekładach Miłosza to rzecz o tyle ciekawa, że zapożyczająca formy literatury japońskiej z języka nie-oryginału oraz prezentująca różne odczytania formy  po angielsku, bo Miłosz tłumaczy  japońskich klasyków z angielskich przekładów i współczesnych twórców z angielskich oryginałów. Taka fuzja poezji ponad językami. Nie trzyma się też reguł liczby sylab. Czy to ujmie zachwytu? Nie! Teksty mają swoją wewnętrzną siłę.

Świat przyrody, w którym chyba najłatwiej poczuć się częścią całości, marzenia, żałoba to tematy, które podejmowali historyczni autorzy i które pojawiają się współcześnie. I chociaż użycie jako miejsca akcji parkingu jednoznacznie pokazuje współczesność to dla mnie dowód, jak wiele mieści ta forma i jak bardzo dostosuje się do czasów, malując lasy z XVII w. i dzisiejsze miasta. Bo księżyc przynoszącym kwiaty świeci dziś i świecił tak samo tej nocy 300 lat temu.

Ponadczasowe zatrzymania, olśnienia tym, co tu i teraz. Dźwięki, obrazy, ból pamięci i nadeptywania na grzebień tego, kogo już nie ma, zmienność pór roku i pór życia. Do czytania, myślenia, zapominania i wracania. Bardzo warto!
Piękne wydanie,idealny prezent dla kogoś lub siebie.
 
 


 

 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu.  
 
 "Haiku". Przeł. Czesław Miłosz. Wyd. Znak. Kraków 20225.  

czwartek, 20 listopada 2025

"Neapol słodki jak sól" między historią, praniem a literaturą

 


Zobaczyć Neapol i umrzeć? A może żyć tam? 

Byłam w Neapolu tylko dzień ponad 20 lat temu i pamiętam wielkie wrażenie jaki zrobił Teatr San Carlo i niezwykłe światło, na które trafiliśmy w dzień, gdy na przemian były słońce i chmury.

Piotr Kępiński opisuje to, co szybko i stereotypowo kojarzymy z Neapolem - życie na ulicach pod suszącym się praniem, camorrę (oraz jej popkulturowe i serialowe wcielania), kuchnię z najlepszym limoncello i, o oczywiście, piłkę nożną. Ale pojawiają się też inne tematy - współdziałanie lokalnej społeczności czy kwestia neapolitańskich cmentarzy i miejskich podziemi.
We wszystkich opowieściach wybrzmiewa głos autora, jego wspomnienia z pierwszych i kolejnych wizyt w Neapolu, ale także mnóstwo głosów jego rozmówców- zwykłych mieszkańców, przedsiębiorców czy pisarzy, takich jak Roberto Saviano autor bestsellerowej „Gomorry”.

Neapol to także miasto akcji powieści pisanych przez jedną z najbardziej tajemniczych postaci współczesnej literatury, wspominaną i tu Elenę Ferrante. Wątków literackich jest w reportażach więcej, bo miasto przyciągało artystów. Wśród tych, którzy dobrze poznali Neapol byli także Marian Brandys i Gustaw Herling-Grudziński, któremu Kępiński poświęca cały rozdział, ale autor „Dziennika pisanego nocą” kilkukrotnie powraca na kartach tej książki.

W literackich szkicach, jak w Neapolu, łącza się tematy poważne z bardziej błahymi, pojawiają postaci historyczne i współcześni celebryci. Czytelnicy mogą powędrować pocztówkowymi uliczkami Capri, ale też zajrzeć w mało reprezentacyjne zaułki. Poznać dawnych mistrzów sztuki i bohaterów współczesnej zbiorowej wyobraźni. Po tym świecie pełnym barw, kontrastów, krzyków, ale też momentów wyciszenia prowadzi Kępiński niczym najlepszy cicerone - wybierający najciekawsze zjawiska i opowiadający o nich z lekkością, błyskotliwością i erudycją.

Kto jedzie do Włoch, a kto wybiera wycieczkę literacką?
 
 Piotr Kępiński. "Neapol słodki jak sól". Wyd. Czarne. Wołowiec 2025.  

czwartek, 13 listopada 2025

"Ogród rozpaczy ziemskich" Bosch w korpo

Gdy zaczynałam pierwszy etat, pan do BHP powiedział, że jeśli przez 2 tygodnie codziennie będę budzić się z myślą "o nie, znowu ta robota!" mam wstać i pisać wymówienie. Ja skorzystałam, Marisa miała mniej szczęścia do szkolenia BHP.

 Marisa codziennie budzi się z kryzysem, że znów czeka na nią znienawidzona praca, ale wstaje i idzie grać w grę "idealny pracownik". Reguły opanowała do perfekcji: koncertowo pozoruje pracę marketingowca, gra kalendarzem i wykorzystuje innych. Po pracy niezobowiązujące spotkania z sąsiadem i wizyty w Muzeum Prado, by popatrzeć na Boscha. I tak do dawna do czasu wyjazdu integracyjnego i wyjazdu na urlop.

Narracja pierwszoosobowa oddaje bohaterce pełnię głosu: jej ironiczne, czasem dowcipne komentarze podszyte są jednak smutkiem i poczuciem utknięcia w rzeczywistości. W imię czego? Kasy, prestiżu, jutra zabezpieczonego do czasu, gdy spadną maski?  Ta część, tak samo jak fragmenty o integracji i konsekwencjach tego wyjazdu są rodzajem satyrycznego portretu ludzi z korpo, którzy żyją z tego, że wciskają innym marzenia.  Jest prawdziwie, pozornie lekko, pod powierzchnią smutno i pusto. Ostatnia część, wyczynia voltę, by Marisa dochodzi do tyleż prawdziwego, co równie banalnego jak hasła reklamowe wniosku, że najważniejsze to być kochanym. Nie do końca kupuję taki finał. Nie dzisiaj, zwłaszcza gdy książka ma być portretem pokolenia.  

 Całość kojarzy mi się to trochę ze średniowiecznym moralitetem. Czy dziś pracownik korpo nie jest najlepszym everymanem? O którego duszę walczy ułuda You Tube Premium, łatwość farmakologicznego pocieszenia i który błądzi, by ostatecznie dojść do wniosków ponadczasowych? Może tu jest ukryty ten Bosch, zawieszony między średniowieczem na renesansem? Tak to sobie (nad)interpretuję, chociaż do końca nie przyjmuję takiego rozwiązania i ta końcówka mnie trochę rozczarowuje. Za prosto.  Ale warto zajrzeć do hiszpańskiego korpo po międzynarodowe spojrzenie na globalną wioskę. 

Zupełnie na boku zostaje myśl, że dobrze, że lubię swoją pracę a przede wszystkim tych, z którymi pracuję, bo życie w piekle pozorów byłoby piekielnie męczące.

 

Beatriz Seranno, "Ogród rozpaczy ziemskich". Przeł. Ewa Ratajczyk.  Wyd. Znak. Kraków 2025. 

środa, 29 października 2025

"Rzeczy robione specjalnie" podglądane z dystansem



                                                  Codzienność. Czy to jest dobry temat na książkę, film, spektakl? 

                                                           Może podstawowy.

Codzienna zwyczajność bywa spokojem, rutyną. Bywa inspiracją. Emilia Konwerska prezentuje wyimki z codzienności. Jazdy tramwajem, sytuacje w pracy, rozmowy z byłym mężem. Jej bohaterka wpuszcza do swojego świata pełnego małych dziwactw, odgrywania ról i grania w gry, których zasady sama ustala. To świat pełen samotności, braków, szukania sensów w absurdach, pewnej teatralizacji: prób rozegrania życia na nowo z przypadkowymi aktorami codzienności, tych rzeczy robionych specjalnie. To świat współczesny, nasz. Ale dla każdego trochę obcy. Świat, którym najważniejsze są emocje i myśli bezimiennej bohaterki, kilka powracających motywów jak praca czy jej były mąż. Te wyimki z codzienności rozpoczynają się i urywają w różnych momentach. Przy kilku opowiadaniach miałam wrażenie pewnej ciągłości, by potem znów wpaść we fragmentaryczność opowieści. 

Był w tych urywanych historiach jakiś przykuwający uwagę element, ale niewiele po tej lekturze we mnie zostało.

 Każdy ma swoją codzienność, dla niego jest ona najważniejsza, bo jego własna. Nie rozgościłam się w "Rzeczach robionych specjalnie", ani w fabule, ani w języku. Czułam się trochę jak zdystansowany podglądacz. Czy po lekturze przyjrzę się wnikliwie(j) własnej codzienności? Sama nie wiem.
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.  
 
Emilia Konwerska. "Rzeczy robione specjalnie"
. Wyd. ArtRage. Warszawa 2025.  


środa, 15 października 2025

"Daisy i cesarz" gdy świat się zmienia

 

Biografia bardziej naukowa, faktograficzna czy powieść biograficzna?


Lubię daty. Porządkują i osadzają rzeczywistość. "Daisy i cesarz" nie przygniata datami, jesteśmy raczej w obrębie jakiegoś czasu niż konkretnym dniu. Bo to książka właśnie bardziej o byciu w obrębie niż w konkrecie. Daisy wychodzi za mąż i wyjeżdża z Anglii na niemiecki Śląsk. Jest bogata, ale szczęśliwa może stać się dopiero, gdy zaczyna żyć po swojemu i grać kartami, które dostała do losu. Mąż nie jest miłością jej życia, ale zapewnia jej dostatek, który pozwala na uczynienie z domu i ogrodu bajkowej rezydencji, z biegiem czasu księżna zaczyna działać społecznie i pewnymi decyzjami zaskakiwać towarzystwo. 
Dopełnieniem historii Daisy jest cesarz Wilhelm II-opisany bardziej szczegółowo (np czas jego dzieciństwa), marzący o wielkości Prus, władzy, wojskowym drylu i ordnungu. Człowiek, niosący ciężar ambicji, ukrywający część swojej natury za sztywnymi zasadami. Czy między tą dwójką było uczucie? Nie. Zatem dlaczego autorka połączyła ich losy? Może dla zachowania kontrastu i pokazania momentu w historii, gdy coś się kończy. Oboje z angielską krwią żyli w Prusach, a różnicą było ich podejście to rzeczywistości.Przyznam, że władca był dla mnie ciekawszy od Daisy, jego pobudki i działania bardziej intrygowały. 
O swoich bohaterach autorka pisze z dystansu, a czas teraźniejszy, który pozornie ma czytelnika wprowadzić bliżej w życie postaci sprawdza się połowicznie, bo bohaterowie nie mają miejsca na ukazanie tego, co w nich głębiej. Są wydarzenia, działania, podróże, decyzje, skandale na dworze, zaogniająca się sytuacja polityczna, ale czytając miałam wrażenie relacji z czegoś, a nie bycia w środku wydarzeń. Czyta się szybko i sprawnie, pewne wątki wymagały poszerzenia na w innych źródłach, więc nie był to czas stracony. Jednak jak na powieść za mało tu narracji i tworzenia, a nie tylko opisywania świata. Może problemem był długi czas, jaki obejmowała książka, bo autorka w cyklu o wielkiej emigracji udowodniła, że naprawdę umie pisać angażując i ze środka wydarzeń.

Co zaskoczyło? Pokazanie angielskiej arystokracji jako towarzystwa, w porównaniu z niemieckim, swobodnego i nie aż tak sformalizowanego. Ciekawe! 
I jeszcze słowo o haśle: Daisy polska lady Di. Daisy miała nieudane małżeństwo, działała społecznie, ale nie zdecydowała się odejść od męża i nie była ofiarą tabloidów. Nie była też do końca polska, bo przyjeżdżając na Śląsk w czasie zaborów nie znała polskiej historii, a jako monarchistka przeciwna była "rebeliom" powstania. Marketing ma swoje zasady.
 
 O romantycznych tu wpis
 
 Z książkę dziękuję wydawnictwu.  
Dorota Ponińska. "Daisy i cesarza". Wyd. Znak. Kraków 2025.  

poniedziałek, 6 października 2025

"Apartament pod Złotym Klonem"



Jesień- jakie jest pierwsze skojarzenie? 
 Basia Kwinta korzysta z nie aż tak nośnego skojarzenia w dzisiejszym świecie świeczkowo-kocykowych jesieniar i mówi o odchodzeniu. O smutku. O pożegnaniu. Ale także o odrodzeniu z takiej jesieni życia, w którą można wejść będąc nawet młodym człowiekiem. 
 
 Amelia mówi o sobie, że jest emerytką. Bardzo dziarską, bo pracuje na kilka dorywczych etatów, waletuje w mieszkaniu ludzi, w których sprząta. Fakt, iż nie sięgnęła nawet połowy wieku emerytalnego nie przeszkadza jej czuć, że jej życie się skończyło. Bo "Apartamentem pod Złotym Klonem" to też powieść o żałobie i godzeniu się procesem przeżywania odchodzenia tych, których kochamy.  Oczywiście, jest tu też wątek bardziej wiosenny niż jesienny, gdy w (nie)domu bohaterki pojawia się kolejny nielegalny lokator i zaczyna się wojna podjazdowa (a działa bywają wytaczane bardzo ciężkie, bo dochodzi np. do niewybaczalnego zdradzania zakończeń kryminałów). Jak skończy się ten wątek wiadomo, ale jego przewidywalność nie zmniejsza przyjemności z czytania. W powieści jest jeszcze kilka innych tematów i postaci- ciężarna przyjaciółka, bardzo młody zdolny fotograf. Świetny, bo spokojny i otulający ciepłem wełny, a nie poliestrem jest wątek rodziny bohaterki (dawno nie czytałam o tak po prostu normalnej, wspierającej się rodzinie!).  
 
Klimatu opowieści nadają przechadzki przez Planty i różne krakowskie zakamarki, wyczuwalny jest zapach przypraw korzennych i kawy. Ale ten jesienny zapach to nie tylko dyniowa latte, ale też ten specyficzny zapach mokrych liści w alejce cmentarza, bo przy całej świadomości lekkości stylu, książka może być czytana jako powieść o wychodzeniu z żałoby. Ale jest też jesienną (a może całoroczną?) powieścią obyczajową z, jak zawsze u tej autorki, wygadaną i dowcipną bohaterką, która wpuszcza nas w swój świat.   I chce się w nim chwilę pobyć. Bo ostateczna słodycz jest przełamana cierpkością życia, w którym nic nie jest dane na zawsze.  A świadomość tego to jedna z barw jesieni.    
 
Barbara Kwinta "Apartament pod Złotym klonem". Wyd. Lira.  Warszawa 2025. 

czwartek, 25 września 2025

"Jaskółki. Powieść o kobietach mody PRL-u", nie tylko o konfekcji

 


Moda to sztuka czy przemysł?

Katarzyna Droga w swojej powieści o kobietach mody PRL-u dodaje jeszcze jedno: czasy. I tak, na styku myślenia o stylu, produkcji w świecie nieustannych braków lat 60. toczy się historia o kobietach i przemianach. To przemiany losów samych bohaterek, ale też przemiana spojrzenia na modę, która ma być już nie tylko elegancją salonów, ale wyjściem na ulicę, wygodą oraz szokiem spodni i spódniczki mini. 
 
 Życie dało autorce dwie doskonałe bohaterki, które reprezentują różne czasy i spojrzenia. Jadwiga Grabowska, przedwojenna znajoma Coco Chanel i Heleny Rubinstein, zwolenniczka klasycznej elegancji, kontaktów; caryca Mody Polskiej, chcąca dodać klasy żonom dygnitarzy, wiedząca, kiedy zawalczyć, a kiedy kogo poświęcić. Helena Bohne-Szacka, młodsza, obserwująca świat młodzieży, wyczuwająca trendy malarka, która zajęła się sztuką użytkową. Każda ze swoją codziennością, bardzo bolesną historią wojenno-okupacyjną, każda z dziejowym uwikłaniem. Obok tych dwóch pań, obok rywalizacji Mody Polskiej z Ledą i Telimeną, toczą się jeszcze losy współpracowników - historycznych projektantów(Krzysztof Antkowiak, Grażyna Hasse)oraz modelek i fotografów, których życie, skompilowane z pojedynczych żywotów.  
 
Tym, co nie tylko dopełnia, a w pełni gra jest też rzeczywistość lat 60. budowana przez Festiwal w Opolu, koncert polskich gwiazd w paryskiej Olimpii (przemykają w tle Rawik, Villas, Osiecka, Andrycz),wyjazdy na targi mody, szykowane po nocach pokazy. I choć dla współczesnego czytelnika ten wielki świat wydaje się dość normalny, to Katarzyna Droga bardzo dobrze podkreśla jego barwność, stojącą w opozycji do polskiej rzeczywistości, w której brakuje pończoch i lepiej nie chwalić w pociągu zgniłego zachodu, bo podsłuchuje SB.  
Tym, co ujęło mnie najbardziej (i co bardzo cenię w powieściach autorki) jest tworzenie świata przez język jego czasów (kto dziś mówi: konfekcja i wzornictwo, a nie: design), przez powiedzonka, cytaty. Smaczku nadają też pełne oburzenia słowa o krótkich włosach, wielobarwnych paznokciach czy dżinsach, które nie przyjmą się w modzie.
 
To nie jest powieść do przerzucania stron w napięciu. To jest powieść do poczucia klimatu, poznania ludzi, kobiet, które zaginęły w historii mody, a przecież były wyroczniami i twórczyniami tego, jak mogła wyglądać Polska 70 lat temu. To historia o rywalizacji, dziejowych zawikłaniach. O momencie, gdy, zanim oczy zajdą "marcową mgłą" , można było jeszcze dyskutować o tym, czy lepsze są wyraziste wzory i falbany czy stonowane kolory i zdrowy 5 centymetrowy obcas.
 Bo moda to więcej niż strój. To więcej niż popyt na samodział i peleryna z ceraty. To barwy codzienności. I o tym też jest ta powieść.
 
 Za książkę dziękuję wydawnictwu.  Współpraca barterowa.   
 
Katarzyna Droga, "Jaskółki. Powieść o kobietach mody PRL-u". Wyd. Znak. Kraków 2025.  

czwartek, 18 września 2025

"Kakao w czwartki" na otulenie


 

"Kakao w czwartki" to typowa literatura wytchnieniowa. Sięgnęłam po nią po męczącym tygodniu, przeczytałam w jeden wieczór i napięcie spadło.  To nie jest rzecz wybitna, ale na wyciszenie sprawdziła mi się doskonale.  Zadziałało to, co w takich chwilach pomaga, ale w innych może irytować- powtarzalność schematu losów kolejnych bohaterów, trochę słodkie i nieprawdopodobne zakończenia rozdziałów, napawające nadzieją rozwiązania większości dylematów.  

 Zaczynamy w Tokio od chłopaka, który prowadzi kawiarnię i zerka na odwiedzającą go co czwartek kobietę. Potem wraz z bohaterami, którzy tworzą między sobą sieci spotkań i relacji ruszamy aż do Australii, by poznać kilkoro mieszkańców Sydney i potem znów wracamy do Japonii. Kręgi na kuli ziemskiej odpowiadaj kręgom społecznych więzi. Młoda anglistka, dziewczyna, która maluje obrazy w odcieniach zieleni, para znająca się od pół wieku, dziewczyna, która marzy o byciu wróżką i zielarką, facet, który doskonale czuje się jako ten, który zaczyna dobre przedsięwzięcia. Ludzie z różnymi doświadczeniami (chorobą, odrzuceniem, brakiem pomysłów), poszukujący sposobu na lepsze życie.  Tytułowego kakao nie ma w opowieściach za dużo, większa waga przykładana jest do kolorów, którymi określani są poszczególni bohaterowie, bo momentami nazwanie kogoś zielenią, pomarańczem lub turkusem dopełnia charakterystykę. 

 Krótka opowieść o kilkunastu osobach, którzy z rozdziału na rozdział tworzą coraz bardziej rozpoznawalną grupę. Kojąca historia o zrobieniu pierwszego kroku i nadziei na spotkanie osób, które wyciągną pomocną dłoń. Książka z bardzo dużą i wygodą czcionką. Napisana i wydana tak, by dać wytchnienie i potem, zostawiając w tym spokoju, dać o sobie zapomnieć. 
 
 Pozostałe ksiazki autorki W księżycowym lesie  
 
Michiko Aoyama "Kakao w czwartki". Przeł. Barbara Słomka  Wyd. Relacja. Warszawa 2025. 

środa, 10 września 2025

"Emma" i Emma


Lubię"Emmę", a Emmę tak sobie. Czyli czy ważne jest lubienie bohaterów?

"Emma" to chyba moja ulubiona powieść Austen. Z zacięciem satyrycznym, wieloma wątkami i galerią barwnych postaci. Jest jeszcze ona, tytułowa bohaterka. Dziewczyna bez problemów finansowych, bez musu zamążpójścia. Nie tak rozważna i nie tak romantyczna, bez bagażu doświadczeń Anny Elliot, nie tak naiwna jak Katarzyna Morland, nie aż tak błyskotliwa jak Elżbieta. Emma ma charakterek, ma zalety i wady, a o tym wszystkim mówi nie tylko ona, ale i wielu ludzi mówi o niej, co tworzy świetny, wielowymiarowy portret. Bo wg ojca Emma jest doskonała, wg panny Bates "taka dobra", wg pana Knightley'a ma swoje za uszami, wg pani Elton nie aż tak elegancka. Chyba o żadnej innej bohaterce Austen nie pozwala wypowiadać się tak często innym postaciom, które przez te charakterystyki mówią też o sobie.  
 
Austen daje upust zdolnościom komediowym. Monologi panny Bates, w których co chwilę pojawiają się nowe wątki, pełne egzaltacji wypowiedzi pani Elton, wiecznie zatroskany o zdrowie ojciec Emmy, fan kaszki... Austen tworzy perełkowe, wręcz teatralne, dramatycznie doskonałe wypowiedzi, które pokazują jej świetne ucho i niemal sceniczne zacięcie w tworzeniu postaci i fabuły. 
 
A sama Emma? Zmienia się. Dojrzewa, jednak zachowuje to, co ją tworzy-wysokie mniemanie o sobie, samodzielność i optymizm. Nie wiem, czy chciałabym przyjaźnić się z tak pewną swoich przekonań osobą, wątpię czy (niczym Hariett) zawierzyłabym jej osądom. Ale jako postać literacka Emma jest świetnie napisana, bardzo ludzka i biorąc pod uwagę, że mówimy o 1815 r. w pewnych sprawach: zbuntowana. Może irytować, ale nie nudzi, może zadziwiać (nie zawsze na plus), ale jest swoich zrachowaniach kompletna. 

"Emmę" lubię, bo lubię pana Knightley'a. Nie ma tu miłości od pierwszego wejrzenia albo tej, która wyrasta z uprzedzenia i ogranicza się do kilku wymian zdań. Jest miłość rodząca się przyjaźni, w której Emma i Jerzy są sobie równi urodzeniem, majątkiem i rozmawiają otwarcie od lat. Ot, romans jak z książki!
Słuchałam po raz kolejny audiobooka w doskonałej interpretacji Anny Dereszowskiej i na pewno do niego wrócę, bo mimo kilku spotkań wiem, że przy następnym i tak znajdę coś nowego, może bardziej polubię Emmę?
 
Jane Austen "Emma". Przeł. Jadwiga Dmochowska. Czyta Anna Dereszowska.  



środa, 3 września 2025

"Lato z Baudelaire'm" przygoda z poetą kontrastów

 

Jak mówić o literaturze, by zaciekawiać i sprowokować do myślenia, ale nie nużyć? 


Antoine Compagnon znalazł sposób. Zbiór pogadanek czy raczej miniesejów o różnych wątkach życia i twórczości autora "Kwiatów zła". Nie jest to raczej rzecz dla tych, którzy nigdy o poecie nie słyszeli, bo wtedy można czuć przesyt informacji (tym bardziej, że Compagnon żongluje nazwiskami francuskiej literatury i sztuki), ale dla tych, którzy coś czytali, ale wiedzą jest raczej podstawowa książka będzie świetną podróżą do świata Baudelaire'a. To, na co autor kładzie nacisk to odejście od stereotypu poety wyklętego i pokazuje jak różne elementy (czasem, że sobą sprzeczne) znajdziemy u autora "Padliny". Osądzany i kontrowersyjny, ale ceniony i uznany za najlepszego francuskiego poetę. Z jednej strony z pociągiem do łamania tabu, ale mimo wszystko z klasyczną formą. Z jednej strony złośliwy i hardy, z drugiej o bardzo lirycznych nutach. Rewolucjonista, który traci zaufanie do ludu. 
 
Autor "Lata..." nie tłumaczy swojego bohatera, nie robi nic, by czytelnik go polubił (wiele poglądów chociażby o kobietach to polubienie skutecznie utrudnia), ale robi wiele, by zrozumiał. Bo w tych opowieściach, pełnych odniesień do innych twórców (z czasów Baudelaire'a i późniejszych, są Hugo, Manet, Proust, Sartre), postaci historycznych i szkół literackich jest bardzo słyszany głos poety. Ten głos, przemawiający w cytatach z wierszy, prozy i listów, wyodrębniony nawet graficznie przez inny kolor druku nie jest tylko przykładem do stawianej tezy. Jest okazją dla czytelnika do lepszego poznania twórczości pisarza. 
 
"Lato z Baudelaire'm" było świetną przygodą! Jest w tej książce mnóstwo bardzo ciekawych zdań m.in. o tym, jak poeta widział schyłek sztuki w jej zachłyśnięciu się postępem technicznym lub że to, co piękne zawsze jest smutne, bo "cechy Piękna (o którym pisze, że jest "żarliwe i smutne) to żal i tajemnica."

Autor traktuje czytelnika jak partnera w opowieści, w której dzieli się wiedzą, ale też swoimi wątpliwościami i refleksjami. Nie ma tu upraszczania i chodzenia na skróty, nie ma (co częste w tekstach bardziej analitycznych) niewiele wnoszących dygresji. Jest myśl, cytat, ciekawa opowieść i szacunek dla tego, o kim opowiada i komu opowiada. Dla mnie świetna forma dla takiej literackiej przygody!

 Za książkę dziękuję Wydawnictwu. 

Antoine Compagnon  "Lato z Baudelaire'm". Przeł. Jan Maria Kłoczkowski. Wydawnictwo Noir sur Blanc. Warszawa 2025.