piątek, 31 sierpnia 2018

"Niedźwiedź i słowik" horror z baśni, baśń z lasu

Gdy w Moskwie trwają polityczne przepychanki, na rubieżach Rusi spokojnie żyje bojar Piotr Władymirowicz z rodziną. Żyją zgodnie z rytmem przyrody, pamiętają ludowych podaniach i wierzeniach. Jednak po śmierci ukochanej żony, Piotr zmuszony jest do kolejnego ożenku i znalezienia dzieciom- a zwłaszcza najmłodszej Wasi, matki.  Kobieta, którą decyduje się przywieźć do domu jest do pasierbicy podobna tylko w jednym- także widzi więcej niż przeciętny człowiek. Wasilisa bowiem dostrzega domowe duszki, wodne nimfy, rozmawia z tymi, którzy w sposób tajemniczy i baśniowych chronią zwierzęta i domy. O ile Wasia się z tymi stworzeniami zaprzyjaźnia, a tyle owładnięta manią religijną Anna, popada w coraz większy obłęd.  Wasia dorasta, a siły zła i dobra, o których opowiadała piastunka Duniasza znów zaczynają się mocować.
  Nastoletnia już dziewczyna musi zmierzyć się z niedźwiedziem, demonem, którego poznała jeszcze we wczesnym dzieciństwie.  Przeciw niedźwiedziowi jest też  Morozko, demon zimy i wcielenie śmierci. Czy można zjednoczyć siły z kimś, kto jest zimą i ostatecznością? Po jakie środki sięgnie niedźwiedź, wykorzystujący ludzką ufność?  Jak będzie wyglądało starcie sił, gdy leśne duchy przestaną być tak przyjazne, a ludzi ogarnie  złość i strach?  A przy tym czytelnik ma świadomość, to  dopiero pierwsza część opowieści...  

 Tym, co najbardziej zwraca uwagę w "Niedźwiedziu i słowiku" jest bardzo sprawne połączenie gatunków. Zresztą już okładka  (trochę z Fridy, trochę ze Stryjeńskiej) sugeruje, że  barwna ludowość złączy  tu się zgrozą i mrocznością. Autorka, absolwentka literatury francuskiej i rosyjskiej, zaproponowała w swoim debiucie splecenie wątków z baśni  dalekiej Rusi, włączając w to także elementy historycznej walki o koronę na Kremlu, horroru (opisy demonów  i nastrój scen robią wrażenie) i historii o dorastaniu. Dla mnie, osoby, która nie czyta fantastyki ani fantasy, ale została wychowana na baśniach (i pojawiającym się w motcie Puszkinie) to połączanie interesujące. I mam wrażenie bardziej baśniowe, niż  typowo fantastyczne. Historię dobrze się czyta, choć akcja toczy się dość niespiesznie, przybierając na dynamice pod koniec. Dorastającej Wasi nie sposób nie lubić (mamy tu buntowniczą bohaterkę, sprzeciwiającą się tradycyjnej roli kobiety, która nie powinna jeździć konno, łazić po drzewach, a tym bardziej decydować o swoim losie), a błękitnooki Morozko intryguje! To jedna z tych książek, w której świat przedstawiony jest tak zbudowany, że czytelnik może poczuć się jego częścią. Nastrojowe i budujące obraz ruskiego sioła są też opisy przyrody, która w tej opowieści ma dużą rolę (tak, tak, opisy przyrody w XXI wieku!). Choć chwilami miałam wrażenie, że napięcie w powieści siada i autorka traci panowanie nad wątkami, po chwili tempo wracało. I to sprawia, że będę czekać na kolejny tom i dalsze przygody Wasi. 

 Katherine Adren, "Niedźwiedź i słowik". Przeł. Katarzyna Bieńkowska. Wyd. Muza Warszawa 2018.

środa, 22 sierpnia 2018

"Snoby" arystokratyczne


Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie, głosi znane polskie przysłowie. I to, że polskie, to ważne, bo u nas sprawy pochodzenia i klasy nie mają tak wielkiego znaczenia jak na Wyspach Brytyjskich. Akcja "Snobów" toczy się w ostatniej dekadzie XX wieku i wyziera z niej ciągłe umiłowanie starego porządku i  podziału na arystokrację i tych drugich. Bohaterką powieści jest Edith, dziewczyna z gminu, która złapała arystokratę, jednak znudzona życiem, za którym wcześniej tęskniła, wplątuje się w romans z gwiazdorem oper mydlanych.  Co będzie dalej?  Które życie i który świat jest ciekawsze i do którego ona bardziej pasuje?
Całą historię opowiada nam przyjaciel Edith łączący w sobie światy, bo jest i aktorem, i arystokratą.  Balansując między tym co arystokratyczne, zamknięte w wielkich rodowych siedzibach rodów, gdzie każdy jest z kimś spokrewniony, a przerzucanie się pseudonimy lordów i baronów jest dobrym tonie, a współczesnym światkiem show-biznesu (posiadającego również swoją hierarchię) widzi i punktuje obie strony. Opowieść o pannie jest w gruncie rzeczy prosta i dotyczy oczywistego wyboru stylu życia i bycia szczerym wobec siebie. Choć właśnie szczerość jest cechą, której żaden z opisywanych światów nie premiuje.   Książka scenarzysty "Downton Abby" jest też opowieścią o tym, że wykraczając ponad swoją sferę jest się bezpaństwowcem, bo nie można zostać  arystokratką bez tuzina udokumentowanych szlachetnych przodków.  Z drugiej strony,  ta osoba nie ma też powrotu do anonimowości jakiej doświadczała jako „osoba z gminu”. Autor bardzo wnikliwie analizuje te sytuację wyjścia ze sfery... Coś, co nam trąci „Trędowatą”, jest, jeśli wierzyć Lordowi  Fellowesowi, cały czas aktualne. 
  
 "Snoby" czyta się lekko, autor, jak przystało na wziętego scenarzystę,  bawi aforyzmami i celnymi spostrzeżeniami dotyczącymi swoich bohaterów. Jednak wśród tych bohaterów próżno szukać postaci sympatycznej, dobrej, takiej, w której literackie życie można się emocjonalnie zaangażować. "Snoby" to opowieść o pozorach i „co ludzie powiedzą” , o kalkulacjach i interesach. O ciągłym graniu- gra aktor (i to jest zrozumiałe), gra matka markiza, gra młoda żona- narzucone role, społeczne klasy, zasady zachowania wykształcone przez lata i  ustalone przez wieki układy i koligacje (bo za króla Jakuba!....). "Snoby" to opowieść o współczesnym społeczeństwie, w którym podział na klasy, na nas i ich, podział wynikający z urodzenia, jest żywy. O społeczeństwie, w którym lord zasługuje na szacunek, a nowa partnerka aktora jest tym większą celebrytką im więcej  ma kontaktów z wyższymi sferami. Choć podejrzewałam, jak rzecz się skończy,  po odłożeniu książki towarzyszyło mi poczucie, że to  była smutna historia.  Zgrabnie opowiedziana i wyszedłby z tego na pewno dobry film, obyczajowy. Bo obyczajowość  pewnych sfer wciąż trzyma się mocno!

Julian Fellowes, "Snoby". Przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska, Wyd. Marginesy. Warszawa 2017.

sobota, 28 lipca 2018

"Dziewczyna, która czytała w metrze" nie tylko książki


Juliette codziennie, jadąc do pracy paryskim metrem, przygląda się tym, którzy czytają. Pewnego dnia, zamiast  do biura, skręca w inną ulicę i dochodzi do dziwnych drzwi zastawionych książką. W ten sposób trafia do królestwa Solimana, człowieka odpowiedzialnego za pracę łączników, którzy  kojarzą ludzi i książki. Choć brzmi to trochę jak fantastyka, to powieść jest historią realistyczną, w której ewentualne  elementy magiczne związane są tylko z działaniem książek i ludzi. Juliette, dzięki rozmowom z Solimanem i jego córką, odkrywa niezwykły świat  książek i czytelników. Zaczyna dostrzegać  powieści, zmieniajcie życie; poznaje bohaterów, przeżywa wzruszenia i zachwyty. Ale, w miarę rozwoju wypadków, widzi też pewne niebezpieczeństwo, które pojawia się w chwili, gdy świat literacki zaczyna górować na prawdziwym życiem.  I dziewczyna postanawia zmienić swoją codzienność- włączyć w nie książki, ludzi i niesienie radości. Jak? To trzeba doczytać.
 
Autorka pisze opowieść o czytelnikach i dla czytelników. Jednak poza zdaniami o sile i wadze literatury, są tu też ważne ustępy o ludziach, którzy są ważniejsi od papierowych postaci.  Czytałam te książkę dość niespiesznie, ciesząc się jej  francuskim klimatem (znów jest w tej książce  coś, co  było  w "Delikatności"  i  "Między niebem a Lou", coś  nieulotnie klarownego,  francuskiego- w prowadzeniu narracji, w stylu, w oddechu i spokoju akcji). To nie jest porywająca fabuła, ale  nie zwrotów akcji, pościgów i porywów serca się spodziewałam.  Spodziewałam się opowiastki o literaturze, która łączy, zachwyca, intryguje, a czasem  budzi w czytelniach chęć zmiany. I to dostałam.
 Będę te książkę pamiętać, także dlatego, że czytając zastanawiałam się, czym jest to feel good,wołające z okładki. Nie we wszystkich momentach czułam się good- śmierć, rozstania, samotność dziecka, izolacja - takie wątki pojawiają się w tej książce i wcale nie powodują dobrego samopoczucia. Mnie to nie przeszkadzało, bo historia jest przez to prawdziwsza, bardziej codzienna i bliska czytelnikowi. Jednak, ze względu na to hasło,  książka może niektórych rozczarować- bo nie jest ani lekkim romansikiem, ani przyjemnym, turystycznym opisem Paryża. Jest  opowieścią o zwykłej dziewczynie, która zaczyna  cenić swoją codzienność, żyć dla siebie, dla ludzi i znajduje na to sposób związany z książkami. Czy nie tego my, czytelnicy sobie życzymy? Może wystarczy by się poczuć very good!

Christine Feret-Fleury, "Dziewczyna, która czytała w metrze". Przeł.Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak.Wyd.  Książnica. Wrocław 2018. 

niedziela, 22 lipca 2018

"Kamienica pod Szczęśliwą Gwiazdą" i jej lokatorzy

Gdy w półtora roku temu miałam wielką przyjemność prowadzić spotkanie z Agnieszką Krawczyk, pisarka wspominała, że po sagach toczących się na wsi i w miasteczku, chce pisać historię osadzoną w jej ulubionym, rodzinnym Krakowie.  "Kamienica pod Szczęśliwą Gwiazdą" to właśnie pierwszy tom sagi, która rozgrywa się na krakowskich Dębnikcha, a jej bohaterami są mieszkańcy jednego, tytułowego, domu.

Historia łączy losy mieszkańców kamienicy, którzy od tajemniczego donatora  otrzymują specyficzne zdania- mają spełnić dobry uczynek,  a w zamian będą mogli dostać mieszkanie. Nie chodzi jednak o codzienne uprzejmości, ale uczynki, które prowadzą do zmian podejścia do życia. W pierwszym tomie jeszcze wielkich działań nie ma, ale widać pewne poruszenie wśród mieszkańców.  Choć akcja zaczyna się od przybycia do kamienicy pianistki z dwójką dzieci, to nie Zuzanna jest główną bohaterką książki, bo postaci, których losy śledzimy jest kilka-  siostry,  noszące imiona bohaterek Szekspira, starsza pani, młode małżeństwo, wbite w korpostandardy. A do tego znajomi z dawnych lat, którzy pojawiają się w różnych konfiguracjach.  Agnieszka Krawczyk porusza w tej książęce wątki bardzo poważne,  jak rak,  samotne macierzyństwo,  ale także te z  mniej dramatyczne. Bohaterki (bo przeważająca część postaci to kobiety)  radzą sobie z  codziennymi sprawami, poszukują swego miejsca w świecie i dróg rozwoju.  Jest pianistka, dziewczyna szukająca szczęścia w różnych dziedzinach, która ostatecznie decyduje się na wyrób mydła. Jest też Miranda, pracująca w bibliotece. I choć pojawia się informacja, że czytają tylko starsze panie i uczniowie,   to jednocześnie biblioteka pełni rolę  miejsca spotkań, a jej kierowniczka jest bardzo przychylna wszelkim społecznym inicjatywom. Warto też dodać, że choć jedna z bohaterek uznaje pracę bibliotece za zajęcie dość marne, to nie odbiera Mirandzie zdolności do sprawnego poruszania się w archiwach.  Poza tym,  biblioteczne czasopisma o ogrodnictwie przydają się w pracy nad zieleniakiem. 

Akcja powieści nie gna, tylko toczy się spokojnie swoim trybem, jest sympatycznie i swojsko, a pewne zachowania (zjednoczenie sąsiadów) i terminy (błyskawiczna diagnostyka onkologiczna- 3 tygodnie! Z doświadczenia wiem, że między pierwsza wizytą a USG może upłynąć 10 miesięcy)  pokazują, że wszystko dąży do happy endu. Choć zanim do niego dojdziemy, czekają jeszcze dwa tomy, które  pokażą  relacji między rodzicami i dziećmi oraz  starymi znajomymi, rozwiążą tajemnicę dawnych animozji i pewnie  rozwikłają  zagadkę  właścicieli kamienicy i tego oryginalnego sposobu zadośćuczynienia przeszłości.  Agnieszka Krawczyk tworzy sympatycznych i charakternych bohaterów, o ich emocjach pisze z wyczuciem i mimo tworzenia historii z gatunku "lekka, łatwa i przyjemna", nie boi się sięgnąć po tematy  większego kalibru jak  choroba, samotna starość czy wybory ideologiczne, które czynione w młodości rzutują na całe życie.  A czyta się to, jak zwykle,  po prostu przyjemnie! I poza zagadkami z powieści, pojawia się jeszcze jedno pytanie:kiedy kolejny tom?

Agnieszka Krawczyk ,"Kamienica pod Szczęśliwą Gwiazdą". Wyd. Filia. Poznań 2018.  

wtorek, 17 lipca 2018

"Wakacje nad morzem. Historia miłosna Jane Austen" rozważna Jane i uprzedzenie

Sympatia do autora może przybierać różne formy, a tą najciekawszą jest uczynienie go bohaterem własnej powieści. Jeśli robi się to z sercem i sensem, ma szansę wyjść coś naprawdę przyjemnego. Tak stało się w przypadku książki Carolyn V. Murray.  Do życia i twórczości Austen nawiązywano wielokrotnie i w różnoraki sposób,  tym razem autorka sięgnęła do dwóch momentów z życia pisarki: jeden czyniąc punktem wyjścia, a drugi główną osią fabuły. A opisując sercowe (bo jakież inne!) perturbacje Jane czerpała żywo z powieści i korespondencji Angielki. Historia zaczyna się od zauroczenia Tomem Lefroy'em, których -jak wiemy z biografii i filmów ("Zakochana Jane"), był jej bardzo bliski, ale ostatecznie poślubił zamożniejszą pannę. Z powodów finansowych rodzina Austenów  opuszcza rodzinną plebanię i rusza dalej...Po drodze zatrzymują się na wypoczynek nad morzem i będą to dni pamiętne. Jane poznaje (w okolicznościach zaskakująco podobnych do poznania Marianny i Willoughby'ego) Fredericka Barnesa, porucznika Marynarki Królewskiej. Początkowo młodzieniec wzbudza w niej niechęć (tak, tak, tak jak Darcy...), ale z czasem okazuje się doskonałym rozmówcą i przemiłym towarzyszem. Jane, mimo ostrego języka, swobody umysłu i ciągot do zgłębiania ludzkiej głupoty, jest jednak racjonalistką i obawia się, że związek z nią może zrujnować przyszłość Barnesa, tym bardziej, że spadek obiecała mu bogata ciotka... 

To krótkie streszczenie już daje obraz historii, jaka stworzyła Murray. Nawiązań do postaci z książek Austen jest mnóstwo (są stare panny, ukrywane narzeczone, a nawet  głupi pastor oraz opowieści o ilości okien w pałacu). Autorka doskonale bawi się konwencją romansu, jaki tworzyła sama Austen, a przy okazji opisuje też prace Jane nad jej powieściami.  A ponieważ Austen pracuje w trakcie trwania akcji książki nad "Rozważną i romantyczną" oraz "Pierwszym wrażeniem", czyli "Dumą i uprzedzaniem", czytelnik "Wakacji..."może przeczytać jak, zdaniem amerykańskiej pisarki, mogły brzmieć pierwsze wersje utworów dziewiętnastowiecznej Angielki (ale: Darcy nie kazałby zabić psa!). 

Ta książka to sympatyczny smaczek dla wielbicielek Austen, dla nich zrozumiała i zabawna, bo jak każda propozycja intertekstualna, jest czytelna dla kogoś, kto zna świat tworzony przez Austen.  Autorka, chwytając się pewnego faktu z biografii i czyniąc go najważniejszym wydarzeniem życia sercowego Austen wyjaśnia też dlaczego niezamężna Jane pisała tak pogodne opowieści o szczęśliwych miłościach.  Bo była kochana, a choć Tom złamał jej serce, potem spotkała mężczyznę, który stał się dla niej spełnieniem marzeń o miłości szczęśliwej i wzajemnej oraz najpiękniejszym wspomnieniem. Dla wielbicielek Austenowskiego uniwersum- polecam! 

Carolyn V. Murray, "Wakacje nad morzem. Historia miłosna Jane Austen".Przeł. Anna Nowak. Wyd. Nasza księgarnia.  Warszawa 2016.

niedziela, 15 lipca 2018

"Rozmaryn i róże. Podróż do samej siebie" ja wysiadam


Czasem, nie wiedzieć czemu, sięga się po pewne  książki. Tak było w wypadku tej książki, która  zwraca uwagę szatą graficzną i przypomina czasy, gdy popularne były wszystkie historie ze słonecznej  Toskanii i Prowansji.  Jednak  tu nie ma aż takiego ciepła, bo wszystko rozpływa się  złotych myślach o samodoskonaleniu,  istocie odpoczynku i uważności.  To nie jest książka do czytania, raczej do przebiegnięcia wzrokiem (niektóre zdjęcia są naprawdę bardzo ładne!), tak też jest konstruowana- krótkie rozdziały, „złote myśli” wyróżnione w tekście (na zielono) lub rozciągnięte na całą stronę.  Do tego zdjęcia. I trzy kolorowe zakładki. Edytorsko bardzo ładnie. W pierwszym odruchu pomyślałam o tej książkę jako o tzw. książkę na prezent. W drugim, zaczęłam się zastanawiać komu mogłabym ją podarować i… nie wpadłam na żaden trop.  

 Ale do rzeczy- Agnieszka Maciąg opowiada o wakacjach swojej rodziny na południu- Francja, Włochy, Monaco…  Piękne miejsca, wspaniały klimat, fantastyczne zabytki, pyszne jedzenie.  Ale jest to, zgodnie z podtytułem nie podróż po Europie, tylko :"podróż do samej siebie”. I  mnie ta podróż zmęczyła.  Może po prostu nie powinnam podróżować do innych osób, zwłaszcza, jeśli nie są mi w żaden sposób bliskie, a tylko spotykam je na zasadzie  literackiego autostopu? Choć wrażenia z odwiedzania miejsc, zwiedzania budynków i przypomnienia postaci związanych z konkretnymi rejonami są przyjemne, to stanowią tylko historyczno-sztuczno-impresyjną  doczepkę do  wyznań i dumań autorki. Maciąg łączy swoje wspomnienia, które, jak to wspomnienia z wakacji, rzadko bywają interesujące dla kogoś, kogo nie dotyczą osobiście (stanie w korku, niemożność wejścia do muzeum…) z przemyśleniami o rozwoju osobistym, jodze i wierze.  Przeglądając książkę nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że czytam infantylne spojrzenie na sprawy dość poważne.  Że w rozumieniu pewnych podstawowych spraw rozmijam się autorką.  Dotyczy to m.in. podejścia do wiary i pewnych jej aspektów ( rozważania na temat tego, czy medalik „działa” cuda i traktowanie go jako amuletu  trochę mnie zaskoczyło, bo działa modlitwa, a wiara katolicka amuletom  się sprzeciwia… takich miksów poziomów i znaczeń jest w tej książce sporo).  Poza tym czytamy o obłaskawianiu przestrzeni przywiezionymi z domu kapami i kadzidełkami , o witaniu się z ogrodem, oddychaniu  i  praktykowaniu  jogi.  Do mnie to po prostu nie przemawia- jestem  zbyt prozaiczna (albo praktyczna?) , by spakować na wakacje  łapacze znów, bele materiałów i poduszki. Mogę oswoić przestrzeń (choć robię to chyba bezwiednie) rzucając torbę na krzesło i kładąc przy łóżko  swoją książkę, tyle wystarczy.  O ile rozumiem przytulanie się do drzew dla zyskania spokoju i  ich energii, o tyle nie końca widzę sensowność pisania o tym.   Opisywanie codziennych spraw: robienia (koniecznie pożywnego!) śniadania i kupowania pomidorów  może być interesujące pod warunkiem, że jest  literacko dobrze  zrobione. Jeśli jest to zwykła relacja z dnia, traci książkowy potencjał. Ta książka to hybryda- pamiętnik, złote myśli ze szczyptą Coelho, motywacja, poradnikowa psychologia i kartka z wakacji...  Absolutnie nie jestem jej adresatem. 

Byłam nastawiona na opis piękna przyrody i tego, jak podróż może zmienić i rozwijać ducha i myśl- tak jak pisali dawni podróżnicy w oświeceniu i romantyzmie.  Tu, zamiast świeżego spojrzenia, dostaję  infantylne i pseudo odkrywcze  zadnia, że trzeba być dla siebie dobrym. W pełni zgadzam się z tym, że należy doceniać to, co się ma i cieszyć się małymi przyjemnościami, jednak  styl, w którym  Maciąg  mówi o tym- konfesyjny z elementami motywacyjnymi, zupełnie do mnie nie trafia. Nie twierdzę, że takie książki są niepotrzebne. Po opiniach w sieci widać, że dla części czytelniczek lektura była przyjemnością i ważną chwilą dla siebie.  Dla mnie zupełnie nie. 

 Agnieszka Maciąg. "Rozmaryn i róże. Podróż do samej siebie. " Wyd. Otwarte Kraków. 2018.

piątek, 6 lipca 2018

Jestem lepszy, bo czytam?


Moja rodzina czyta. Moi znajomi też. To wszystko zebrało się na wrażenie, że czytelnicy są fajną, otwartą na dyskusję i kulturalną grupą.    Czasem tylko dochodziły do mnie głosy, że czytelnicy to gbury i bufony. Nie wiedziałam skąd się biorą takie opinie… Teraz, po zgłębieniu się w przestrzenie internetu,  już wiem.  Przyznam, że choć wiedziałam o istnieniu wielu stron i grup czytelniczych na FB, nie wiedziałam, że jest też przeciwwaga w postaci strony statystycznych Polaków, którzy nie czytają książek. Mają do tego prawo, tym bardziej, że diagnozują coś, co w moim idealistycznym świecie, opartym na własnych doświadczeniach z czytelnikami, nie istniało. Mianowicie fakt, że czytanie (a raczej mówienie o swoim czytaniu)  jest jakimś elementem budującym fałszywie wysoką samoocenę, po prostu: czytam, więc jestem lepszy.   Grupa starająca się zwalczać czytelnicze snobizmy reaguj na teksty o tym, że „czytanie powinno być znów  elitarne”. I niech reaguje! Bo można zrobić wiele dobrego w sieci, mówiąc o czytelnictwie, ale wiele złego można zrobić snobując się na czytelnika. Zwłaszcza jeśli więcej się mówi, że się czyta, niż się czyta.  

A mówić można o wszystkim. I narzekać.  Opublikowany niedawno  raport o  stanie czytelnictwa to znów woda na młyn „piewców wysokiej kultury” (piszę to w cudzysłowie, bo z wysoką kultura powinna iść w parze podstawowa kultura wypowiedzi, a tej czasem brak).   Czytelnicy oburzają się, że w raporcie pojawia się Mróz, obwieszczają, że pora umierać, bo wśród  wymienionych pisarzy są  autorzy popularnych kryminałów i obyczajówek.  (Po raz pierwszy King wygrał z Sienkiewiczem! I to chyba znak, że ludzie zaczynają mówić, co naprawdę czytają, a nie rzucają nazwiskami ze szkoły, żeby się nie zbłaźnić i nie dać się pożreć tym, którzy na hasło Mróz, Bonda, Michalak szczerzą kły. Doceniam odwagę!). Nasi  piewcy ambitnych lektur rzucają w przestrzeń dramatyczne pytania: dlaczego???  Piszą, że "sieczka intelektualna, miazga i żenada".  „Dlaczego ludzie nie odczuwają potrzeb prawdziwej literatury?”- pytają,  jakby nie rozumiejąc, że  można czytać w ramach płodozmianu intelektualnego  i kryminał i  klasykę.   Dalej czytelnicy utyskują na młodzieży,  która nie czyta (albo czyta chłam), a gdy oni chodzili do liceum to czytali Marqueza i Cortazara.  I co z tego? Też w liceum czytałam Marqueza, mam prawo czuć się lepsza? Nie! W  zakamarkach sieci, gdy ktoś zapyta o to, jaką książkę polecają inni członkowi grupy, np. z tych pisanych przez celebrytów, od razu  ów ktoś przestaje być po prostu Marysią, Zosią czy Ludwiką, a staje się „Panią”. I jeśli  „Pani” szuka książki o celebrytach to nie u nas, nie na tej stronie! Ciekawe jest też święte oburzenie niektórych grup, które w zdjęciu w tle reklamują nowy kryminał, ale w postach hejtują czytelników literatury popularnej. Tego nie rozumiem.  Ok, kryminał jeszcze przejdzie, ale obyczajówki, a nie daj Boże romans? Spalić, zniszczyć i zakopać!  A przecież kryminał również jest "złym gatunkiem", popularnym, gazetowym i rozrywkowym. Dość powiedzieć, że gdy kiedyś na urodziny dałam mojemu Dziadkowi książkę Christie, to po przeczytaniu Dziadek powiedział, że mu się podobała, ale jego tata wyzwałby go za czytanie takich bzdur. Pradziadek, przedwojenny nauczyciel i dyrektor szkoły, był zagorzałym fanem Sienkiewicza, na którym zresztą uczył czytać mojego Dziadka, który końca był wiernym czytelnikiem książek historycznych.

W części grup i stron widać  bardzo jasny podział- kto nie z nami, ten przeciw nam. Czytasz Mroza i Michalak? Nie odzywaj się w towarzystwie!  Nie przeczytałeś  Noblisty w oryginale? Wstydź się! Nie gadam z tobą!  Twoje zdanie się dla mnie nie liczy!  Ale przy okazji roi się od tekstów „A co sądzicie o nowej książce Tego Uznanego Pisarza, bo ja przeczytałam i sama nie wiem”… To kto ma wiedzieć? Kto, jeśli nie czytelnik, ma wiedzieć, co myśli o tym, co sam przeczytał?  Czy  nawet w sferze odczuć lekturowych ktoś musi nam mówić, co mamy myśleć? Czy nawet w sprawach tak indywidualnych jak wrażenia czytelnicze istnieją układy, w które musimy się wpasować?  I potem pojawia się opinie o drętwych bucach, zapatrzonych w czubek swego czytelniczego nosa (ewentualnie posiadającego grono wirtualnych znajomych, z którymi łączy ich podziw dla części autorów i niechęć do innych) . O nadętych czytelnikach,  którzy na literaturę popularną mogą tylko prychnąć, a o  nowościach z literatury „ambitnej” wypowiedzą się wtedy, gdy ktoś im powie, co należy o tym myśleć… O tych, którzy czują się lepsi, bo przeczytali książkę. 

 Gusta są różne  i niejednorodne. To, że ktoś czasem czyta romans, komiks, czy fantastykę nie zabiera mu kompetencji do przeczytania tzw. literatury ambitnej.  Wszystko jest kwestią potrzeb. I przyzwyczajenia do czytania, a także korzystania z rożnych literackich rejestrów. Można się relaksować z fajnym babskim czytadłem, a wrażeń literackich szukać u Tołstoja. Tak jak z muzyką: słucham klasyki, ale nie będę na imprezie tańczyć do Wagnera. Proste! Na ostatnim koncercie w Akademii Muzycznej jasno powiedziano, że ten koncert ma  dostarczyć słuchaczom przyjemności. Czy ktoś wyszedł, bo pragnął przeżyć duchowych? Nie. Bo  przeżywanie i przyjemność mogą iść w parze,a czytanie nie musi być męczącym przedzieraniem się przez gąszcze.  Literatura, tak jak wszystkie inne sztuki, ma swoje różne rejestry, które można łączyć i mieszać.   Czy w świecie postmodernizmu, łączącego gatunki, inkrustującego dzieła sztuki cytatami różnych szczebli to tak trudno zrozumieć?   Kiedyś broniłam czytelników. Teraz, gdy przekonałam się, że niestety jest to grupa niejednorodna i czasami pozbawiona kultury i zwykłej grzeczności, nie zamierzam. Bo  samo czytanie nie czyni człowiekiem kulturalnym, a wyższe wykształcenie nie zda się na wiele, gdy podstawowego brak.  Czytajmy i dajmy czytać. Oczywiście możecie się ze mną nie zgadzać, tym bardziej, że-choć zaczynałam trzy razy,  nie skończyłam „Ulissesa”…  Ale za to przeczytałam „Germinal" ;)