czwartek, 26 lutego 2026

"Przeklęte klejnoty" mają głos

 


We własnych biżuteryjnych zbiorach najbardziej lubię to, że za każdą ozdobą stoi jakiś człowiek lub sytuacja. Bo rzeczy nabierają znaczenia z własną historią.


Niektórym klejnotom nie trzeba dopisywać opowieści, bo ich losy i tak są fascynujące. "Przeklęte klejnoty" to wędrówki po krajach, dworach; okresach, gdy o danym kamieniu nagle zrobiło się cicho. To opowieści o Królu Słońce Elżbiecie I, królowej Wiktorii, Romanowach, które łączą historię z legendami (często zaskakująco zbieżnymi z historią innych kamieni). Bo zwykle zaczyna się od tajemniczej kradzieży... a potem to już różnie.

Hope, La Paregrina, Regent, Koh i noor. Autorka śledzi losy słynnych precjozów. Opowiada o kolejnych właścicielach i tropi, czy zła sława to tylko wymysł, czy też rzeczywiście, gdy ozdoba znalazła się w szkatule, właściciela zaczęły spotykać niepowodzenia. Ale ta na poły magiczna otoczka przeklętych diamentów, perły czy rubinu to tylko element historii, która prowadzi czytelnika przez dwory Anglii, Hiszpanii, Francji czy Rosji do bogatych domów dziedziców amerykańskich fortun czy do samej Elizabeth Taylor. Historia przedmiotu jest pretekstem do opowieści o rodach królewskich, strategicznych małżeństwach lub tych związkach, które były wbrew wszystkim. Kamienie szlachtę są dowodami miłości, zastawem lub pamiątką. Elementem stroju utrwalanym na portretach (niestety w książce czarno-białych), symbolem władzy lub znakiem pamięci. Częścią inwestycji, która czasem przepada bez wieści. 

Szczególnie intrygujący był niemal sensacyjny rozdział o aferze naszyjnikowej i całej intrydze, która pomogła wywindować do zaszczytów zwykłą pannę, a oferowany Marii Antoninie naszyjnik był jednym z kamyczków w ogrodzie rewolucji.
Ana Trigo świetnie łączy fakty, daty i historyczne opisy z ciekawostkami dot. samych kamieni i jubilerskiego rzemiosła. A klejnoty są tu punktem łączącym fakty, ludzi i ich emocje.
Czasem w muzeach przewodnicy rzucają: gdyby te eksponaty mogły mówić. Klejnotów zamknięte w Luwrze, Tower, Smithsonian Institution, skrywane w prywatnych, nieznanych nam sejfach, dzięki tej książce właśnie zyskały głos.
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.  

Ana Trigo. "Przeklęte klejnoty. Opowieść o miłości, zdradzie i chciwości". Przeł. Ewa Ratajczyk. Wyd. Znak. Kraków 2026 

środa, 18 lutego 2026

"Intermezzo" ruchy Rooney

 

Książka potrafi budzić bardzo skraje emocje. Jednych zachwyca, innych nudzi, oburza. 
Staram się sprawdzać te tytuły, bo tak skrajne opinie wywołują rzeczy "jakieś". I co wyszło z mojego sprawdzania Rooney? Że nie będę kochać, ale rozumiem swoisty fenomen.  

Dwóch braci w żałobie po ojcu. Starszy, prawnik, uwikłany w romans z młodą dziewczyną i relację ze swoja pierwszą miłością. Młodszy, szachista, lekko wycofany, zakochuje się w kobiecie starszej o ponad 10 lat, czyli robi tytułowe intermezzo- ruch, którego nikt się po nim nie spodziewa (bo czy będzie szokować trzydziestolatek romansujący z dwudziestką? Nie, za student zakochany w rozwódce lat 36? No właśnie...). 

 Akcja toczy się powili i zagęszcza dopiero w trzeciej, ostatnie części powieści, gdy pewne sytuacji z przeszłości zyskują dopowiedzenie, a bohaterowie (wreszcie) podejmują decyzje. Bo to trochę powieść o życiu i świecie w zawieszeniu- niepewności własnych uczuć, wadze osądów innych, wracaniu do wspomnień sprzed lat, życiu w cieniu i blasku, o odległości (czasowej i fizycznej) i bliskości. To bardzo trafna ocena współczesności. Zawieszenie burzy (a może przestawia na nowe tory?) finałowa scena, która jest trochę jak z filmu familijnego (spoiler: wszyscy spotykają się na turnieju szachowym). Zakończenie dobre, z nadzieją. Tylko nie wiem, czy do takiego prowadziło 500 stron... Czy to, co miało być niewygodne i drażniące, można tak zamknąć?Czy coś, co miało być życiowe, kanciaste, ludzkie (takie nam, rozedrganym niezdecydowanym ludziom lat dwudziestych, bliskie), ma się kończyć jak komedia świąteczna. 

500 stron. O jakieś 200 za dużo. Powtórzenia, które na moje ucho nie są celowym zabiegiem, przeciągane opisy łóżkowe, pisanie ciągiem, które ma dawać iluzję strumienia świadomości i bliskości myśli bohaterów, a i tak w głowie dodajecie sobie myślniki, bo dialog wyodrębnia się szybko i wcale nie jest tak zjednoczony z opisem jak można się było spodziewać. Taki styl może mieć fanów, autorka daje jasne, wręcz reżyserskie wskazówki, co mamy sobie wyświetlać w głowie. Mnie ta narracja przez 2/3 książki męczyła. 

Nie będę fanką Rooney, ale wiem, dlaczego. I wiem też, komu tę książkę mogę polecić (a komu nie). Dlatego warto było przeczytać. I słuchać i fanów, i przeciwników.
 
Sally, Rooney, Intermezzo. Przeł. Jerzy Kozłowski. Wyd. WAB Warszawa 2025 

środa, 4 lutego 2026

"Chopin." z fortepianem i panią Sand

 On. Ona. Ona. 

 Chopin. George Sand. Muzyka. 
 
 I wszyscy niejednoznaczni.  Chopin: poeta fortepianu, emigrant i gruźlik, ale także nauczyciel i kompozytor dbający o apanaże za swoje utwory.  Sand: "kobieta z przeszłością", która zaczyna uwielbiać artystę, a potem staje się jego opiekunką, pisze po nocach by zarobić na życie i jako matka po części godzi się na zasady, z którymi wcześniej walczyła.  Piszą o sobie i swojej sztuce w listach do innych (jakie źródło wiedzy tracimy zaprzestając korespondencji!). Relacje o ich ostatnim spotkaniu są diametralnie różne.  On rusza na Wyspy Brytyjskie, świadomy pogłębiającej się choroby i momentami zmęczony opieką Jane Stirlig, dzięki której więcej o nim wiemy.   Umiera, nakazując zniszczyć swoje papiery, czego nie robi (na szczęście) jego siostra.
I jest ona: muzyka! Nazwana przez angielskich krytyków "wzruszającą i niezrozumiałą". I  tu zaczyna się najważniejsza myśl, z którą zastawiła mnie książka Walkera.
 
Jaka byłaby muzyka bez Chopina?  Znamy go od dziecka, jest naszą klasyką, muzyczną oczywistością.  Bo przecież nikt nie słucha muzyki chronologicznie, przyglądając się jej zmianom. Dlatego tak trudno jest, zwłaszcza zwykłemu słuchaczowi, nazwać i docenić to, co Chopin zmienił, przełamywał, co zaskakiwało jemu współczesnych, co salon i krytyka uznawały za dziwne, a nawet wbrew regułom. Np. "Sonata h-moll": zaskakująca tonacja, wielość motywów (wg niektórych "nadmiar"), i "namiętność finału przekracza granice przyzwoitości".  Pozycja Walkera pozwala stanąć w czasach Chopina i poczuć oddech jego świata.  Autor pisze o recepcji dzieł, zwraca uwagę na późniejsze praktyki wykonawcze i robi to tak umiejętnie, że nawet jeśli kwestie pedalizacji były i są dla czytelnika czarną magią, to informacje co Chopin zmienił, zrekonstruował, otworzył w starej formie na nowe, są już jasne i dodają nowe rysy do portretu. 

Walker pisze o muzyku i muzyce, analizuje fakty, materiały, opiera się aktualizowanych źródłach, poprawia przeinaczenia (np. "skandalizujące" listy Chopina do Potockiej). Nie jest to biografia na kolanach, nie jest to biografia zaślepionego fana, to bardzo rzeczowa i wiarygodna pozycja, pełna faktów, ciekawostek, cytatów i odautorskich komentarzy.  Wyłania się z niej Chopin człowiek, Chopin artysta i Chopin pretekst do plotek, przeinaczeń i dziwnych zbiegów okoliczności. I  jest tu świat, w którym Chopin oraz Sand, Liszt, Mickiewicz, Delacroix i Dumas spotykają się by wieść swoje życie, które potem obrasta legendą.
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu!  
 
Alan Walker "Chopin. Biografia. Tom 2: Paryż–Panteon, 1838–1849".  Przeł.  Małgorzata Sokalska.  Wyd. Znak Horyzont.  Kraków2026.