Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XIXwieczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XIXwieczne. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 lutego 2025

" Opactwo Northanger". Austen w krainie Radcliffe

 

"Opactwo Nothanger" nie jest w top 3  Austenowskich książek. Katarzynie Morland brakuje błyskotliwości Elżbiety, żywiołowości Emmy, dojrzałości Ann, marzycielstwa Marianny i dyscypliny Eleonory. Ale taka ma być: niezbyt wyróżniająca się, choć sympatyczna dziewczyną, która da się wciągnąć w świat literatury.

Przeczytałam "Tajemnice zamku Udolpho", które namiętnie czyta Katarzyna. Nawiązania do scen, a także opowieści o tym, co dzieje się z bohaterką są tematem rozmów, które Katarzyna prowadzi z nową przyjaciółką. Bo "Opactwo..." to historia o dziewczynie, która ucieka w literacki świat zapomina, że życie to nie powieść, a karmiona nastrojem grozy i niesamowitości miewa kłopot z osądem ludzi i sytuacji. Katarzyna poznaje ludzi, odwiedza miejsca i staje się świadkiem wydarzeń, które(mimo jej, podbudowywanej lekturą, nadziei), nie mają w sobie nic z gotyckiego romansu. I to dla niej lepiej. 

To jedyna książka Austen, która wymaga kontekstu. Po przeczytaniu kilkuset stron powieści Ann Radcliffe zrozumiałam fenomen. Domyślam się, jak filtrowany przez wyobraźnię początku XIX w. świat bestsellerowej powieści mógł wpłynąć na ówczesne czytelniczki. Dlaczego Austen napisała pastisz i jakie mogło być echo tej powieści, gdy znając Radcliffe, czytało i doceniało się Austen w jej czasach. 

Dla pastiszu niezbędna jest znajomość źródła i to może sprawić, że "Opactwo..."nie jest dziś aż tak popularne i lubiane. Nie znamy Radcliffe, zatem nie doceniamy intertekstualnej gry, którą Austen prowadzi z jedną pierwszych pisarek,która zawładnęła wyobraźnią, przy okazji zarabiając krocie. Współczesnego czytelnika "Udoplho" nie przeraża, nie budzi dreszczy, raczej bawi. Zamienia się więc spojrzenie na Katarzynę. Chociaż czy na pewno? Może ona (tak samo jak Emma Bovary) szukałaby wrażeń w sieci i brała rzeczywistość internetu za prawdziwą i fascynującą? Łatwo zachwycamy się światem, którego nie ma. Wierzymy w opowieści. Programujemy rzeczywistość poszukując w niej ech tego, co czytaliśmy. I w tym znów Austen jest aktualna!

 Jane Austen, "Opactwo Northanger". Przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska.  Wyd. Cranford. 



czwartek, 14 lipca 2022

"Posiadłość East Lynne" zły gatunek XIX wieku

Powieści historyczne czy powieści z tamtych czasów?
Lubię książki historyczne, ale zdarza się  wątpić w prawdę wydarzeń i języka. W przypadku powieści, które w swoim czasie były po prostu współczesne, takie zwątpienia są rzadkie. Bo wielkim ich atutem jest autentyzm, wynikający z pisania przez autorów o ich świecie, ich obyczajach, im współczesnych ludziach. Czy w przypadku takich powieści zżymam się na bohaterów? Nie, bo zirytowana postępowaniem Marty z powieści Orzeszkowej wdrukowałam sobie, że to ich czasy, których nie należy przykładać do współczesności.

Czytałam "Posiadłości East Lynne" dość długo( 800 stron,)  odrywałam się od lektury by sięgać do notatek z przedmiotu Złe gatunki. Ta książka to idealny przykład na pojawiające się w XIX wieku z kulturze popularnej romanse, melodramaty i kryminały.

Oto zacny prawnik poślubia młodą dziewczynę, której ojciec zostawił długi. Miasteczko żyje jeszcze sprawą morderstwa, o które jest oskarżany brat dziewczyny romantycznie wzdychającej do prawnika. Lata lecą(fabuła w książce posuwa się sprawnie) i szczęście Achibalda mąci facet, który uwodzi mu żonę. Na szczęście za płotem czeka wierna Barbara. Dzieląca na wygnaniu los Kareniny lady orientuje się, że dokonała złego wyboru, tęskni za dziećmi i podejmuje decyzję, która zaważy na losach wszystkich bohaterów.  Tymczasem w miasteczku cały czas szuka się eleganta z diamentem, który okaże się prawdziwym mordercą.

Miłość, zdrada, morderstwo, poszukiwania, tajemnice, przebieranki, sfingowana śmierć,  jest wszystko, co lubił czytelnik w 1861 i lubi dziś. Powieść ukazywała się w odcinkach, była adaptowana na scenie i ekranie. Nie dziwię się, bo ma w sobie wręcz teatralno-filmowy dramatyzm i sposób prowadzenia akcji. Do tego kilka zwrotów do czytelnika. Idealny przykład literatury gatunkowej, może i moralizatorskiej, ale jeszcze nie aż tak tendencyjnej i bez tematów narodowych, które będą nieodzowne w lit. polskiej.  Intryguje drugi plan-siostra Archibalda, samotna i bogata (a że bogata, ma pozycję zupełnie inną niż stare panny z Austen), sprytna Afy-zręczna manipulantka, matka Barbary-która nawet herbaty nie wypije bez zgody męża. Jest parę nakreślonych mocno (bo to nie czas na subtelny psychologizm) postaci, które mimo ich natłoku, nie mieszają się. Jest i kilka punktów, które pozwalają zrozumieć ten świat. Najbardziej uderzyło mnie wychowanie dzieci-oddanie ich niani, a matka (w której mąż musi być na pierwszym miejscu) uczy je, co słuszne podczas krótkich spotkań. Model wychowania, opisany to jako oczywisty, doskonale wyjaśnia czemu tak łatwo było wykorzystać deficyty uwagi i uczucia.
Ta książka jest -zgodnie wymogami gatunków i oczekiwaniami czytelników- dramatyczna, pełna zwrotów akcji (nawet nieprawdopodobieństw), ale prawdziwa i pozwala zerkną przez dziurkę od klucza do tamtego świata. I to doceniam!

 Mrs. Henry Wood, "Posiadłość East Lynne". Przeł. Mira Czarnecka.  Wyd. Zysk i S-ka. Poznań 2021. 

wtorek, 2 marca 2021

"Pani Bovary" z niespełnienia

 

Wróciłam do „Pani Bovary” i trakcie lektury trafiłam na rozmowę o tej książce, w której historyk literatury (facet) uznał, że jest to historia o niewierności żony. I choć temat niewierności jest oczywiście jednym z wątków, jest skutkiem, a nie przyczyną. Dla mnie „Pani Bovary” to przede wszystkim opowieść o niemożności życia w rzeczywistości tak różniącej się od wymarzonego świata, tworzonego przez nadmierne oczekiwania i niezachwianą wiarę, że to, co jest w marzeniach, zdarza się w realu.  Co więcej, ośmielam się twierdzić, że taki był też ogląd Flauberta, bo mówiąc, że „pani Bovary to ja”  raczej nie chciał być brany za niewierną żonę. :)  

Książka od lat w kanonie,  ważny głos  o kobiecie w sztuce (bo są dwie tak bardzo wyraziste bohaterki: Anna Karenina i Emma Bovary). Emma szukała doznań- chciała być zakonnicą, chciała być kochaną, chciała mieć to, co piękne, modne i zbytkowne.  Jej egoizm (widoczny np. w kontaktach z córką) i egzaltacja sprawiają, że trudni mi ją lubić.  Denerwuje brakiem osadzenia w rzeczywistości.  Ale z drugiej strony jestem w stanie ją częściowo usprawiedliwić- skąd miała wiedzieć, jak haniebne są warunki kredytów i weksli, skoro była kobietą, z którą o pieniądzach się nie rozmawia, która nie ma pojęcia o procentach. Która wyszła za mąż po to, by nie martwić się o byt, a tu okazuje się, że na wszystkie potrzeby nie wystarcza. 

Emma zderza się z rozczarowaniem. Bo nie da się żyć stale na szczycie emocji. Bo rzeczywistość nie wygląda jak w powieści. Niech zatem jej śmierć będzie tragicznie piękna, jak z opery, jak z powieści, z prośbą, by nikogo za nią nie winić.   

To głos brzmiący dziś bardzo mocno, biorąc pod uwagę to, co kształtują internaty i jak w nasze życie wdzierają się cudze marzenia i ciągłe porównania z całym światem. Bo dziś Emma Bovary nie czytałby powieści, tylko siedziała na insta. I marzyła o alternatywnej rzeczywistość pełnej przedmiotów i uczuć jej niedostępnych. Przedmiotów i uczuć, które nie czynią jej ani lepszą, ani pełniejszą, ani szczęśliwszą.  Tragizm jej losów pozostaje bezdyskusyjny.  Niestety ponadczasowy. 

 Słuchałam audiobooka w interpretacji Małgorzaty Kożuchowksiej i słuchało mi się go bardzo dobrze.  Nie było tu przesady i zagrywania się, ale postaci, a zwłaszcza Emma (to chyba jedyny powód, dla którego ten tekst powinna lektorować kobieta), wypadły bardzo dobrze.  

 Gustaw Flaubert,  "Pani Bovary". Przeł. Aniela Micińska. Audoobook Czytała Małgorzata Kożuchowska.  

czwartek, 30 stycznia 2020

"Małe kobietki" klasyka w historii


Do sięgnięcia po „Małe kobietki” skłoniła mnie informacja o ekranizacji.  I po przeczytaniu (a konkretnie wysłuchaniu) powieści jestem bardzo ciekawa, co z tej książki  zostanie pokazane w filmie i jak będę przedstawione bohaterki.   Nie widziałam (wiem, wstyd!) poprzednich ekranizacji, więc  słuchając o roku z życia panien March miałam  z jednej strony zagadkę, co będzie dalej, z drugiej towarzyszyło mi poczucie, że to w sumie mało filmowa książka, bo  sporo rozdziałów to historie, które nie mają wielkiego znaczenia dla  pchania do przodu akcji powieści. Ale też  chyba nie o akcję tu chodzi… 

I tu kolejna zagadka- czy dziś  taka książka ma szansę trafić do współczesnych dziewcząt w wieku bohaterek? Na pierwszy rzut oka-nie! Bo kogo dziś przekona  dewiza Marmisi: „miej nadzieję i bądź zajęta” – zajęta nie  tym, co kradnie czas, ale codziennymi obowiązkami, pracą nad sobą i kształtowaniem charakteru. 

Spotkałam się z opiniami, że to książka moralizatorska i moralistyczna. Niewspółczesna. Jasne, że niewspółczesna skoro powstała ponad 150 lat temu.  W USA trwa wojna secesyjna, (na ziemiach polskich upadło  powstanie styczniowe- to tak dla  lepszego osadzenia), Amerykanka pisze powieść na ówczesnych Amerykanek, a my w 2020 roku chcemy, żeby była współczesna i nie była moralizatorska.  Taka była wtedy rola literatury dla dzieci i dorastających panienek: miała uczyć, wychowywać i zachęcać do pracy nad sobą. Czytając tę powieść dziś (przekraczając też dwukrotnie wiek najstarszej bohaterki)  i znając kontekst, mogę jednak zauważyć, że autorka  nie tylko pisze o swoich bohaterkach z wielką sympatia, ale także daje im bardzo wiele wolności.   Zaś pani March jest  matką absolutnie wymykającą się moralizatorskiemu widzeniu matrony z XIXwiecznej powieści. Jej pomysł z tygodniem samych przyjemności i  pokazanie córkom w dość jasny sposób tego, co się dzieje, gdy w domu nie wykonuje się bieżących obowiązków mogłaby dziś zalecić każda  superniania.  Co więcej, autorka sama zwraca uwagę na różnice w wychowaniu, gdy Amy trafia na czas kwarantanny do ciotki March i tam obowiązują inne zasady niż w jej rodzinnym domu. Poza tym  talenty i zainteresowania dziewcząt są pozytywnie wzmacnianie- Beth gra na pianinie i nikt nie marudzi na placówki i wprawki, tylko zachwyca się jej grą, nikt nie gani  Amy za jej rozrzuconą po stolę  glinę i kredki, Jo ma czas by czytać,  pisać i tworzyć swoje sztuki, a Meg  może rozmyślać o luksusie, byle nie była zbyt próżna.  Patrząc na wsparcie, które zapewnia córkom matka, jest ona na wskroś współczesna, a już na pewno nie po naszemu pozytywistyczna!  Poza tym twierdzenie, że szczęściem kobiety może być znalezienie kochającego mężczyzny, nawet jeśli nie jest bogaty to dość rzadkie w świecie targowiska próżności i budujących się rodzinnych fortun Ameryki.  

Gdy spojrzy się na tę powieść w tym szerszym kontekście, a nie usiłuje dopasowywać ją do dzisiejszych realiów, to naprawdę widać, że autorka była postępowa.  I jeszcze jedna uwaga-  Marchówny nie były bogate, ale były pannami z dobrego domu, miały więc wyglądać i zachowywać się jak damy, czym świadczyły też o swojej pozycji.  Choć Jo obrusza się, że dziewczęta to  „rączki w małdrzyk, buzia w ciup” i że chłopcy mają więcej swobody, to nie jest bardziej zbuntowana niż Mała Mi lub Pippi.  Bo Louisa May Alcott  nie pisała antypedagogicznej książki.  Pisała o swoich czasach i tak należy ją odczytywać.  Gdyby dziś chcieć na nowo przeczytać te książkę, to jest to bezwzględnie rzecz o sile kobiecego wsparcia,  ale też różnorodności damskich charakterów.   I pracy nad sobą, rozumianej nieco inaczej niż mówią dziś popularne poradniki i lajfstajlowe portale, ale jednak bardzo ważnej dla rozwijającej się dziewczyny.   Słuchałam tej historii z przyjemnością, bo  jest w niej oddany urok tamtego świata- czasów, gdy siadywano razem przy robótkach, opowiadano sobie historie, gdy znało się sąsiadów, a  znajomością z chłopcem z sąsiedztwa stawała się prawdziwą, wierną i spolegliwą przyjaźnią. 
   
 Charaktery dziewcząt oddane są świetnie głosem Marty Wągrockiej (której ton i sposób czytania odrobinę przypominał lektorowanie Anny Dereszowskiej) i na pewno warto po tę powieść sięgnąć- także po to, by zobaczyć, co się zmieniło, a co trwa w damskim świecie. Warto też pomyśleć o różnych twarzach kobiecości. Biorąc oczywiście poprawkę na  to, że jest to historia z 1868 roku.

Louisa May Alcott, „Małe kobietki.”  Przeł. Ludmiła Melchior-Yahil.  Warszawa 2018. Czyta Marta Wągrocka

niedziela, 23 września 2018

"Elizabeth i jej ogród" na każdą porę roku


Elizabeth von Arnim  jest autorką książki, którą  kiedyś bardzo chciałam przeczytać, ale była ciągle wypożyczona, czyli „Zaczarowanego kwietnia”. Nie tracę nadziei, że kiedyś tę książkę dorwę!  Napisała też powieść autobiograficzną o ogrodzie pod Szczecinem, który był częścią jej świata, gdy ta Angielka zdecydowała się wyjść za Niemca i wyjechać nim na Pomorze.  Życie małżeńskie pisarki nie układało się zbyt szczęśliwie, ostatecznie rozwiodła się z mężem, który w książce występuje pod wiele mówiącym pseudonimem Gniewny. Zresztą Elizabeth nie była typową  kobieta swoich czasów, a już zupełnie nie pasowała do wzorca pruskiej pani domu.  Chciała być wolna, robić to, co kocha (a kochała ogrodnictwo i książki). Miała swoje poglądy i  nie obawiała się ich bronić.   

 Książka to nie tylko opowieść o wielkim umiłowaniu przyrody, której zmiany śledzimy na przestrzeni pór roku,  to też opowieść o życiu kobiety w świecie pełnym ograniczeń, które ona, żyjąc sobie na prowincji, nagina.  Kobiecie nie wypada grzebać w ziemi, więc Elizabeth wymyka się na swoje grządki, trwoni pieniądze na nasiona i sadzonki, rozmawia z ogrodnikiem. Z mężem prowadzi też rozmowy o roli chłopów w majątku i kobiet, które gdy się ich nie bije wątpią w przywiązanie męża. Ale także pojawiają się słowa o kobietach, które wcale nie chcą być traktowane na równi z mężczyznami, bo wolałby mieć ich na każde skinienie.  Poza tym pani domu ma też swoje otoczenie towarzyskie (w świecie trudnych podróży, wizyty trwały miesiące i znajomi podrzucali sobie gości). Dlatego do domu Elizabeth przybywają jej przyjaciółka i podrzucona przez znajomych, artystyczna dusza, chcąca napisać książkę o swojej podróży (dziś to nikogo nie dziwi). Elizabeth nie szczędzi ironii i humoru w opisach towarzyszek, a także prowadzonych przez nie  rozmów o świecie, sztuce i znów- o roli kobiet. Książka to zbiór przemyśleń i wrażeń o ogrodzie,  ludziach, codzienności. Nie brakuje także refleksji o książkach, bibliotekach i czytaniu (które zdaniem Gniewnego, szkodzi kobietom). Natura i kultura. Bo jak wiadomo od czasów Cycerona "człowiek do życia potrzebuje ogrodów i bibliotek".  Pisane lekko, z humorem i  delikatna ironią. Nie jest to historia, która wciąga i nie pozwala się oderwać od lektury,  ale czyta się z dużą przyjemnością, zwłaszcza ze względu na inteligencję i humor autorki.  Na piękne letnie dni i długie zimowe wieczory. 

Elizabeth von Arnin, "Elizabeth i jej ogród".  Przeł. Elżbieta Bruska i Berenika Marta Lemańczyk. Wyd. MG Warszawa 2011.

niedziela, 12 lipca 2015

"Sekret" rodzenia się stylu

Zanim Charlotte Brontë stała  się autorką "Dziwnych losów Jane Eyre", "Shirley"  i najbardziej znaną z sióstr oraz zajęła należne jej miejsce historii literatury, pisała do szuflady. "Sekret" to sześć po raz pierwszy wydanych w Polsce opowiadań, dzięki którym można poznać świat wyobraźni Charlotte i jej brata Branwella.  

Czytanie juweniliów znanych pisarzy ma swój urok. W młodzieńczych utworach widać, jaki potencjał drzemał w kimś, kto potem wszedł do kanonu literatury. Widać, jak młody twórca błąkał się między stylami, poszukując swojego języka, jak dorastał i szczęśliwie wyrastał z młodzieńczej egzaltacji. Bo egzaltacji w opowiadaniach składających się na Sekret jest sporo, ale nie należy zapominać, że Brontë pisała je w czasach romantycznej fali z burzą i naporem gotyckiego klimatu i mieszania gatunków. Ten synkretyzm widać doskonale, bo epickie historie przenikają się z balladami, piosenkami śpiewanymi lub recytowanymi przez bohaterów. Do tego wielkie uczucia jako nadrzędna wartość, fantastyczne Szklane Miasto – baśniowe Verdopolis,w tajemniczej, egzotycznej Afryce, i bohaterowie żyjący w cieniu tajemnic. Sekret uniemożliwiający złączenie swoich losów z ukochanym, dawne obietnice, piastunki na straży przeszłości, tajemnicze pustkowia, na których trzymana jest młoda żona do czasu spotkania z teściami, tęsknota, która powoduje śmierć – to motywy typowe dla romantyzmu. Nie trzeba dodawać, że heroiny są piękne i blade, ich ukochani – szlachetni i bez skazy, zaś mężczyźni o czarnych charakterach – z reguły diabelsko urodziwi i niebezpieczni. Można powiedzieć: ot, rojenia młodej panny, ot, tajemnice z przeszłości, ot, młodzieńcza pisanina. Gdy jednak ma się świadomość, że z tych heroin i młodzieńców, z tych tajemnic i grozy, ze świata już wyróżniającego się wielką wyobraźnią, wkrótce zniknie nadmiar środków wyrazu i powstaną dzieła tworzące historię literatury, czyta się to już nieco inaczej. Dla poznania procesu dojrzewania talentu – warto!

 Charlotte Bronte, "Sekret". Przeł. Paulina Braiter. Wyd MG. Warszawa 2015.

środa, 11 marca 2015

"Rozważna i romantyczna", romanse, złośliwe baby i pułkownik Brandon

Kolejne audiobuczane spotkanie z Austen i to jeszcze bardziej udane niż to z "Dumą i uprzedzeniem"". Po pierwsze dlatego, że "Rozważna i romantyczną" czytałam dawniej i nie pamiętałam wszystkich wątków. Po drugie dlatego, że interpretacji Gabrieli Kownackiej, dość oszczędna, ale nie pozbawiona rysu charakterystycznego, była zachwycająca. Po trzecie dlatego, że mogłam przez pewien czas obcować z pułkownikiem Brandonem, których choć pozbawiony wizji i fonii Alana Rickmana  jest i tak  mężczyzną ze wszech miar cudownym...

Historia Eleonory i Marianny Dashwodd, z których pierwsza zakochuje się rozważanie, cierpi w ciszy i samotności, a potem zostaje nagrodzona wielkim szczęściem a druga, romantyczna i emocjonalna, przeżywa wszelkie odcienie uczuć do czarnej rozpaczy po jasność radości, zbyt mocno bijąc po oczach Anglików końca XVIII wieku, co pozostaje do dziś dowodem na wielka znajomość charakterów Jane Austen. Austen pokazuje dwie ponadczasowe postawy i dwa podejścia do  uczuć- to rozsądne, odpowiedzialne, ciche  oraz szalone, rozedrgane i nieprzejmujące się konwenansami (kobieta,która sama pisze list do mężczyzny, to zgroza!). Z całej historii wyraźnie wynika, że to rozważna Eleonora ma być wzorem, a Marianna przestrogą- wszak to starszej siostrze udaje się osiągnąć szczęście z tym, którego wybrało jej serce- z uczciwym, choć (nie oszukujmy się!) trochę ciapowatym i na dodatek wydziedziczonym Edwardem. Marianna, pokiereszowana przez swe zbyt szalone uczucie, zostaje moim zdaniem (!) bardziej nagrodzona przez los- oto po przeżyciu romansu (z włączeniem w to złamanego serca), o którym marzy każda egzaltowana panna, dziewczyna na resztę życia dostaje za towarzysza oazę spokoju, dobrych manier, dobroci i wszelkich innych cnót, w osobie pułkownika Brandona (oraz jego majątek, księgozbiór i piękny ogród!). Czytając dziś tę powieść można się uśmiechnąć przy fragmencie, gdy Marianna (wówczas siedemnastoletnia) mówi o traktowaniu pułkownika z szacunkiem należnym jego wiekowi oraz o tym, że w zaawansowanym wieku 35 lat bardziej niż żony potrzebuje pielęgniarki, tym bardziej, że chodzi we flanelowych kamizelkach... I co na to dzisiejsi równolatkowie pułkownika, którym się wydaje, że są jeszcze tacy młodzi;) Dostaje się i kobietom, które mając lat 28 mogą już tylko myśleć o śmierci w samotności i nieszczęściu, zdane na ewentualną łaskę zamożnych krewnych... Zmienił się świat:) 

Nie zmienia się to, że książkę wciąż świetnie się czyta, sądy o ludziach  zaskakują celnością i aktualnością(Austen nie jest wyrozumiała dla  ponadczasowej kobiecej kokieterii, głupoty i fałszywości), nieprzewidziane komplikacje i promyk szczęśliwego zakończenia sprawiają, że do tej opowieści i do sióstr chcę się wracać. I ten pułkownik Brandon;)

Jane Austen, "Rozważna i romantyczna". Przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska. Wyd. Mozaika. Warszawa 2008.  Czyta Gabriela Kownacka.

środa, 4 marca 2015

"Komediantka" upadek marzenia

Świątynia sztuki, miejsce wielkich emocji i naturalne środowisko tych, którzy od życia pragną więcej i w uniesieniu wznoszą się ku wielkiej sztuce. Przedsiębiorstwo pełne histeryczek i egoistów z wiecznymi pretensjami i pustkami w kieszeniach, miejsce które wyciąga siły i boleśnie zderza z rzeczywistością. To jedno i to samo-teatr. I Reymontowi w swej powieści znacznie bliżej do tego drugiego opisu. "Komediantka", wynik młodzieńczych teatralnych przygód noblisty jest bolesną, dramatyczną i do dziś przejmującą historią Janiny Orłowskiej, dziewczyny która z głową nabitą ideami sztuki ucieka przed niechcianym małżeństwem. Ogródkowy teatrzyk, do którego się angażuje   z wymarzoną wielką sztuką niewiele łączy- repertuar to operetki i melodramaty dla niewytrawnej publiczności, a grają ludzie, którzy z prawdziwym aktorstwem mają niewiele wspólnego, za to umieją świetnie udawać i krygować się poza sceną. Dyrektor Cabiński, usiłujący zarobić na ludziach, jego pełna ambicji żona, teatralne gwiazdeczki do złudzenia przypominające dzisiejsze celebrtyki, dwaj aktorzy, którzy co prawda rozprawiają o teatrze ogromnym, ale nie do końca zgadzają się ze sobą co do jego wizji- zestaw ludzkich niegodziwości pod warstwą pudru i szminki. Jedyną pozytywną postacią jest autor sztuki wystawianej przez teatrzyk, Głogowski nie udaje wybrańca muz i widzi, że makijażem nie da się zakryć ludzkiej małości, jednak nie próbuje walczy ze światem- wyjeżdża.

Reymont jest dla swoich bohaterów bezlitosny- opisuje ich stany w sposób wspaniale realistyczny i autentycznie porażający.Sama Janka to postać teatralnie tragiczna, czytelnik na początku poznaje ją jako pełną ideałów dziewczynę, może trochę egzaltowaną, ale prawdziwie pewną swego scenicznego przeznaczenia. Zderzenie z teatrem narusza jej sposób myślenia, a spotkanie z ludźmi z teatralnego świata wreszcie burzy iluzje. Ta, która  z początków u wszystkich budziła szacunek swoją dostojnością i ideami, gdy jest głodna, nieszczęśliwa, traci szacunek do samej siebie. Ginie w iście tragiczny, teatralny sposób. Po lekturze trudno nie zadać sobie pytania, czy Janka mogła skończyć inaczej? Czy mogła zacząć walczyć, jak jej koleżanka z garderoby, Wolska, która dla zdobycia pieniędzy dla siebie i dziecka śpiewa w knajpie? Jankę taki upadek przeraża, rodzi pytanie o granice poniżenia i cenę, jaka jest się w stanie zapłacić za pozbawioną zlodzeń egzystencję. Nie mogła! Postać Orłowskiej jest skonstruowana w ten sposób, że czytelnik od początku przeczuwa jej smuty koniec. Mimo nieodzownych pytań,tak napisana reymontowska Janka musiała skończyć tragicznie, także po to, by dziennikarz mógł w ostatnich słowach powieści ponownie nazwać ją komediantką.  Orłowska ze swoją ideą, wielkim marzeniem, nie mogłaby śpiewać do kotleta, jej upadek byłby całkowitym upadkiem ideałów i upodleniem się, a Orlowska jest wcielonym marzeniem...Tragicznym, ale jednak marzeniem.

Mimo faktu, że książka powstała ponad sto lat temu, nadal świetnie się czyta, tylko niektóre archaiczne już zwroty mówią o jej dziewiętnastowiecznym rodowodzie. Ludzie, choć przestali chodzić w surdutach i kapeluszach pozostali niezmienni, choć może moc idei trochę przygasła. Wg znawców biografii Reymonta, przyszły noblista był aktorem kiepskim. Jednak miał coś, co łączy aktorów i pisarzy-dar obserwacji, chwytania niuansów i przekładania ludzkich zachowań na swój osobny język. Teatr na pewno pomógł Reymontowi w ćwiczeniu zmysłu obserwacji, bo tam, to co prawdziwe i udawana wciąż się na siebie nakłada.

Władysław Stanisław Reymont, "Komediantka". Państwowy Instytut Wydawniczy. Warszawa 1979.
Pierwsze wydanie 1896 rok

niedziela, 8 lutego 2015

"Wszystko dla pań"niebezpiecznie aktulana klasyka

Wszystko dla pań to olbrzymi magazyn handlowy-prawie trzy tysiące personelu, kilkadziesiąt tysięcy klientów każdego dnia, w dni wielkich wyprzedaży obrót rzędu miliona franków. To wszystko w Paryżu dziewiętnastego wieku, w Paryżu Emilia Zoli. Do sięgnięcia po tę książkę skłonił mnie serial BBC, który jest nie tyle ekranizacją, to produkcją wykorzystującą motywy powieści wielkiego realisty. BBC jest marką samą w sobie, ale jednak co Zola, to Zola! 

Bohaterką powieści jest młoda dziewczyna, Denise, która przybywa  z braćmi do Paryża, by tam znaleźć pracę i poprawić swój los. Zamierzony cel ich podroży, sklep wuja nie prosperuje tak dobrze jak kiedyś, dlatego dziewczyna musi znaleźć inna pracę, która nie tylko zapewni jej środki do życia, ale też pozwoli pomagać braciom-młodszego wysłać do szkoły, a starszemu pomagać w kłopotach sercowych i finansowych, w które ten notorycznie popada.  Denise trafia do największego i najbardziej eleganckiego domu handlowego, Wszystko dla pań, kierowanego przez bystrego managera i handlowego wizjonera Oktwa Moureta. Jednym z założeń Moureta jest stworzenie miejsca,  którym będzie miał władzę nad wszystkimi klientkami, zarzuci na kobiety sieci swojego męskiego wdzięku oraz promocji, zaczaruje niezwykłymi towarami i dobrym słowem. Mocy domu handlowego i jego właściciela nie są w stanie oprzeć się ani zwykłe mieszczki, ani panie z wysokiego towarzystwa. Machina zaspakajania nie tyle potrzeb, co zachcianek tysięcy kobiet działa na najwyższych obiatach. I w tę maszynę,pełną oszustw i półprawd wkracza czysta, niewinna i dobra Denise. Ciężką pracą i nienagannym prowadzeniem się zdobywa kolejne stopnie awansu oraz serce pryncypała. Ale zanim dojdzie do szczęśliwego zakończenia, które wcale nie jest tak oczywiste w realistycznej poświeci Zoli,zdarzy się wiele ludzkich nieszczęść, upadków i bólu. 

Zola opowiada historie konkretnych ludzi, ale mówi też o całym społeczeństwie, o triumfującym konsumpcjonizmie- kradnącej kobiecie z wyższych sfer i owładniętej rządzą zakupów żonie nauczyciela, o sztuczkach, dzięki którym każda klientka jest przekonana, że musi kupić to, co właśnie proponuje jej usłużny subiekt. "Wszystko dla pań" to opis życia ekspedientek, które przez kilkanaście godzin dziennie są na usługach ludzi rożnych stanów, a potem usiłują prowadzić własne życie. To też opowieść o konkurencji i zagładzie małych rodzinnych sklepików, które nie wytrzymują walki z olbrzymim sklepem. To po prostu historia budującego się kapitalizmu i jego ofiar. Postać handlowca, czas powstania oraz mocne osadzenie w realiach wielkiego miasta nasuwają porównywania z naszą "Lalką". Ale jak bardzo Wokulski (pozytywista czy romantyk?;) różni się od Moureta! Choć obaj do fortuny doszli dzięki dobremu ożenkowi i umiejętnościom myślenia, są to bohaterowie są bardzo różni, bo Mouret przy Stachu jest po prostu bezideowcem, skupianym tylko na własnych korzyściach- może dlatego polskie centra handlowe dopiero teraz przybierają takie rozmiary...

Współczesnego czytelnika uderza, jak niewiele się zmieniło w świecie handlu i związanych z nim emocji, są wielkie wyprzedaże, są piękne i pomysłowe wystawy i aranżacje sklepów, są ludzie robiący gigantyczne pieniądze na sprzedawaniu pozorów. Znane hasło, że powieść ma być zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu znalazło w utworze Zoli doskonałą realizację, którą czyta się z wciąż obecnym przeświadczeniem, że nasz gościniec zmienił się tylko w małym stopniu. Powieść świetnie się czyta, opisy ludzi, charakterów wciąż intrygują. Język, którym wszystko jest opisane, sposób wywoływania obrazów w wyobraźni czytelnika i prezentacji rożnych życiowych postaw pozwala poczuć, że obcuje się z naprawdę dobrą literaturą. A ta dzięki swej wartości literackiej, ale też wciąż aktualnemu tematami zupełnie się nie zestarzała.

Emil Zola, "Wszystko dla pań". Przeł. Zdana Matusewicz.Wyd. Prószyński i Spółka. Warszawa1998.

środa, 7 stycznia 2015

"Duma i uprzedzenie"... męża łap!najlepiej z 10 tysiącami rocznie!

"Jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony."To jedno z najbardziej znanych pierwszych zadań w historii literatury światowej. Jest prawdą tak samo znaną, że najbardziej lubi się te historie,które (tak jak piosenki) już się kiedyś słyszało. "Dumę i uprzedzenie" czytałam,serial BBC, dzięki któremu pan Darcy zawsze będzie wyglądał jak Colin Firth oglądałam kilka razy (i uważam, że choć wszyscy aktorzy są w nim świetnie dobrani, to nikt nie przebije mamuśki, czyli Pani Bennet i pastora Collinsa, którzy są  absolutnie fantastyczni!) Teraz postanowiłam wrócić do świata, w którym oczekuje się wizyt, chodzi na bale, zachwyca stacjonującą policją i w każdym młodym mężczyźnie, który jest dostatecznie bogaty i wystarczająco urodziwy szuka się męża. Podróż w czasie okazał się przemiłym doświadczeniem, zupełnie nie przeszkadzało mi, że wiedziałam, co się stanie, bo historia jest na tyle urokliwa i czarowna, że można ją sobie powtarzać. Czarowna, bo ma w sobie coś z baśni-dobro zostaje nagrodzone, złe uczynki- wyjawione, a początkowe uprzedzania zmieniają się wielkie uczucia.

Historia należy do klasyki i tego nie da się kwestionować! Jednak słuchając kolejny raz tej samej opowieści o łapaniu męża, zaczęłam zauważać pewien społeczny dramatyzm. Dlaczego panny wciąż mówią  właśnie o łapaniu męża- ano dlatego, że małżeństwo jest jedynym sposobem na zapewnienie sobie życia na jako takim poziomie. Austen jest wbrew pozorom mało romantyczna w swojej opowieści o miłości i małżeństwie- co prawda i Lizzy i Jane wyjdą za mąż z miłości (przy okazji zdobywając pozycję i fortunę), ale małżeństwo Charlotty i pana Collinsa to nic innego jak umowa dla dostatniego życia,.Lidia ma marne szanse by z Wickhamem żyć długo i szczęśliwie, a pan Bennet, korzystając z własnego doświadczenia, mówi córce o nieszczęściu jakim jest małżeństwo z kimś, kogo się nie szanuje, nie poważa i nie kocha. Austen pisze o czasach, w których dobra partia stanowiła dla dziewczyny jej "być albo nie być", a młodość, uroda, maniery wychodziły na matrymonialną giełdę oczekując tego, kto da najwięcej. Romantyzmu nie ma tu za grosz, jest za to wszechwładna matematyka! Pani Bennet dowiadując się o zaręczynach Lizzy nie przypomina o swoich uprzedzeniach i krytycznych uwagach względem pana Darcy'ego, tylko z miejsca rachuje- ile będzie majątku, jaki dom, klejnoty, powozy, suknie. Ale nie można jej za to winić, wcale nie jest przyziemna i mało romantyczna, jest po porostu kobietą swoich czasów. I o ile Lizzy kochają kolejne pokolenia czytelniczek za to, że jest dziewczyną poza okresem historycznym- świadomą, mądrą i dobrą,kolekcjonerką ludzkiej głupoty, pustoty i małości, o tyle Austen cieszy się nieustającą sympatią ze względu na  niezwykle dowcipnie i pogodnie podaną prawdę o swoich czasach, która choć na drugim planie, ciągle bardzo mocno przemawia do wyobraźni.

Joanna Szczepkowska przeczytała audibuka dobrze, z wielką lekkością i pewnym rodzajem słodyczy, właściwym romansom i obyczajówkom klasycznym, spodziewałam się  jednak trochę więcej aktorstwa, zróżnicowania głosów bohaterów, które pewnie sprawiłby mi jako słuchaczce sporo dodatkowej przyjemności, więc sposób interpretacji  wymagał ode mnie chwili przyzwyczajenia. I w kolejce już czeka kolejna Austen. Bo choć pan Darcy jest oczywiście mężczyzną idealnym(z Bridget Jones się nie dyskutuje), skrycie uwielbiam pułkownika Brandona (ale o tym przy okazji).

PS Warto sobie tę książkę przypomnieć także dlatego, że mamy na rynku dwa nowe nawiązania- kryminał P.D. James "Śmierć przybywa do Pemberley" oraz swoisty spin-off J. Baker "Dworek Longbourn". Austen wiecznie żywa i inspirująca!

Jane Austen, "Duma i uprzedzenie". Przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska.Wyd. Agora, Warszawa 2008. Czyta Joanna Szczepkowska.

niedziela, 14 września 2014

"Dziwne losy Jane Eyre" dziwne losy czytania po latach

To była książka, od której datuję moje dorosłe czytanie:) Lato przed ósmą klasą podstawówki, hamak zawieszony między sosnami, leniwe dni i moja pierwsza lektura wiktoriańska... Do dziś pamiętam jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie ta opowieść i że przy lekturze zdarzyło mi się płakać nad życiem Jane. W tym roku, 15 lat po owych wakacjach, wróciłam do historii by sprawdzić czy i jak zmieniło się moje postrzeganie Jane i jej dziwnych losów... Okazało się, że zapomniałam zupełnie o okresie dorastania Jane, o trudach życia w domu niegodziwych krewnych i surowych zasadach pensji. To okrucieństwo wobec dziecka podczas słuchania audiobuka bardzo mocno rzuciło się w uszy. Z pierwszej lektury najlepiej pamiętałam wątek z Edwardem Rochesterem, nastrój grozy i tajemnicy, zjawę pojawiającą się w nocy. Teraz zainteresowała mnie część losów Jane po jej ucieczce z domostwa hrabiego, dramatyczne poszukiwanie pracy, spotkanie z pastorem i jego siostrami, wreszcie pomysł, by Jane wyjechała z misjonarzem jako jego żona. I tu coś, co podczas obecnej lektury zrobiło na mnie największe wrażenie- pewność siebie Jane i ogromną chęć dążenia do własnego szczęścia i życia zgodnie z sumieniem. Patrząc z perspektywy XIX wiecznej Anglii, młoda kobieta nie miała zbyt wiele szans na ziszczanie romantycznych marzeń, czy choćby życie wg własnego pomysłu. Rola misjonarki, żony St. Johna, w dalekim kraju mogłaby zaspokoić marzenia o niesieniu pomocy i miłosierdzia, ukoić złamane serce młodej kobiety. Ale Jane jest bohaterką przede wszystkim szczerą wobec siebie, znającą swoje wady, ale na tyle odważną i dumna, by realizować swoje pomysły i pragnienia i nie godzić się na półśrodki. To chyba dzięki temu stała się bohaterką tak znaną i lubianą przez czytelników, stale obecną w kulturze dzięki kolejnym ekranizacjom i wznowieniom. 

Tegoroczne spotkanie książką w bardzo oszczędnej interpretacji Magdaleny Cieleckiej, uświadomiło mi jak bardzo współczesna jest Jane Eyre. I jak w gruncie rzeczy realistyczna jest powieść, która w mojej pamięci utrwaliła się jako coś tajemniczego i romantycznego. Cielecka czyta świetnie, głosem chłodnym opanowanym, w kilku tylko momentach daje się ponieść emocjom, przez co dane fragmenty zyskują dodatkowy dramatyzm. Jane Eyre z pewnością mogłaby mówić tak rzeczowo i spokojnie, relacjonując swoje dzieje. Warto ponownie czytać książki by sprawdzić jak zmienia się odbiór, zwłaszcza gdy są to książki tak klasyczne jak powieść Bronte.

Charlotte Bronte, "Dziwne losy  Jane Eyre". Warszawa Agora 2013. Czyta Magdalena Cielecka

niedziela, 2 lutego 2014

"Ruth" zwiedziona, porzucona i co dalej?

"Ruth"  Elizabet Gaskell to opowieść o świętej ladacznicy w świecie konwenansów. Ruth Hilton szesnastoletnia i bardzo piękna dziewczyna oddana pod opiekę właścicielki salonu krawieckiego, znajduje ciepło i przychylność w osobie bogatego panicza Bellinghama. Po chwilach zawahania wyjeżdża z nim do Szkocji i od tego czasu zostaje naznaczona piętnem kobiety niemoralnej. Gdy nudzi się paniczowi i zostaje przez niego porzucona, matka Bellinghama daje dziewczynie do rozumienia, że była błędem w życiu syna i nie chcą więcej słyszeć ani o niej, ani o dziecku, którego Ruth się spodziewa. Na szczęście z pomocą przychodzi pastor Benson, zapraszając dziewczynę do swojego domu, w którym razem ze swoją siostrą goszczą Ruth, a nawet traktują jak domowniczkę. Mijają lata, Ruth pod zmienionym nazwiskiem, podając się za wdowę zaskarbia sobie sympatię mieszkańców, zostaje nawet guwernantką bogatej i szanowanej rodziny i powierniczką najstarszej siostry swoich wychowanek. Niestety, prawda wychodzi na jaw. Szanowana do tej pory kobieta staje się dla otoczenia niepożądana. Jedaka w chwili gdy wybucha epidemia i Ruth zaczyna pracować jako pielęgniarka zdobywa szanse by odkupić swoje winy, choć płaci za to najwyższą cenę. 

"Ruth" jest opowieścią z jednej strony moralizatorską- opisuje losy płochej dziewczyny i bardzo brutalnie wskazuje na konsekwencje. Z drugiej  świetną powieścią obyczajowo-psychologiczną, pokazującą obłudę środowiska oraz purytańską Anglię. Ostracyzm na jaki narażona jest Ruth aż boli, dla nas, ludzi gdzie normy i zasady są bardzo często ruchome, fakt postrzegania już dorosłej i zasłużonej dla społeczności kobiety  przez pryzmat jej dawnych grzechów jest wyjątków okrutny. Dziwi i zaskakuje ostrość sądów, brak przejednania, ale tym bardziej podnoszą na duchu wszystkie przejawy sympatii okazywane Ruth przez pastora Bensona i jego siostrę. Tytułowa bohaterka to postać tragiczna, typowa zwiedziona i porzucona, która potem cały czas cierpi za błędy młodości i wszystkie uczucia przelewa na syna, Leonarda.Może trochę zastanawiać, a nawet denerwować jej bierności i łagodne godzenie się z losem, ale przez pokazanie panoramy społecznej widać, że innej drogi po prostu  nie było. Gaskell opisuje Ruth właśnie jako dziewczynę bardzo świadomą swoich czynów, świadomą także tego, że całe życie będzie musiała zmagać się z tajemnica z przeszłości. Ruth, mimo trudnych doświadczeń, pozostaje osobą bardzo dobrą! Czy którakolwiek inna zwiedziona i porzucona zdecydowałaby się pielęgnować w chorobie swego dawnego uwodziciela? Brzmi nieprawdopodobnie, ale dzięki konstrukcji postaci czytelnik nie ma wątpliwości, że Ruth będzie gotowa do takich czynów. W pewnym kontraście do niej stoi najstarsza siostra wychowanek guwernantki Jemima,  niewiele od Ruth młodsza, ale z dobrego domu i bez ciążących na niej win. Ona może pozwolić sobie na zazdrość, wyższość, lekkie igranie z uczuciami zakochanego w niej mężczyzny, jej wolno, bo jest dobrze urodzona. 

Gaskell opisuje świat, ludzi i wydarzenia, robi to bardzo świadomie i precyzyjnie, doskonale oddaje nastroje, ból, wahania i rozdarcie bohaterki, a tworząc świat poważny i chłodny, wprowadza do niego, dzięki postaci kucharki pastora, element  humoru i ludowej mądrości. Warto "Ruth" przeczytać i docenić- pisarstwo Gaskell i okładkę, z która jednoznacznie zwiastuje kłopoty przecięcia gorsetu purytańskich konwenansów.

Elizabeth  Gaskell, "Ruth". Wydawnictwo MG. Warszawa 2013.

niedziela, 24 listopada 2013

"Shirley".Ugodowa i buntownicza

Od jakiegoś czasu Wydawnictwo MG zaczęło wydać nieznane do tej pory książki sióstr Bronte. Działanie to zasługuje na wielkie oklaski, bo choć "Wichrowe wzgórza" czy "Dziwne losy Jane Eyre" są w Polsce popularne, warto aby czytelnicy poznali inne, często równie interesujące utwory zdolnych sióstr.

"Shirley" autorstwa Charlotte ma zupełnie inny klimat niż "Dziwne losy Jane Eyre",bo nie jest powieścią gotycką, za to daje ciekawy obraz obyczajowości i mentalności angielskiej prowincji pierwszych lat XIX wieku. Poza ploteczkami salonów i wrzosowisk, słychać tu echa bitew napoleońskich oraz dekretów rządowych dotyczących eksportu i sprzedaży towarów. Tytułowa Shirley Keelder pojawia się dopiero po 200 stronach powieści,a zanim poznamy ową pannę uwaga czytelnika skierowana jest przede wszystkim na Caroline Helstone, dziewczynę żyjącą u swojego wuja pastora. Caroline pierwszą, czystą i idealną miłością obdarzyła fabrykanta Roberta Moore'a, któremu też nie jest obojętna, ale ich szczęściu zagrażają konwenanse i interesy. Robert stoi bardzo mocno na ziemi, unowocześnia swoją fabrykę, przez co naraża się na niezadowolenie i szykany ze strony będącej przeciw postępowi lokalnej społeczności. Na jego niekorzyść działają sympatie polityczne i pochodzenie, bo jest obcokrajowcem. Jednakowoż ślub z dziedziczką Shirley mógłby kilka spraw zmienić... O ile Caroline jest dziewczyną bardzo typową i zadomowioną w literaturze XIX wieku (uboga, cnotliwa i nieszczęśliwe zakochana), o tyle Shirley mogłaby być, po zmianie kostiumu, bohaterką opowieści współczesnej. Jak na kobietę tamtych czasów wykształcona, dbająca w własne interesy, posiadająca swoje zdanie tak w sprawach pozycji kobiety jak i polityki, panna nie jest  nieporadną istotą z "mgły i galarety", ale bardzo świadomą młodą kobietą, która przy wszystkich cechach stanowiących o jej rzeczowym podejściu do życia jest też pełna fantazji i romantycznych skłonności. Shirley nie ma zamiaru wyjść za mąż bez miłości, szczególnie za Roberta, bo serce oddała bratu pana Moore'a, Luisowi, który jest, niestety, tylko guwernerem w domu jej wuja. Jak można się spodziewać, historia skończy się szczęśliwie, choć sporo się jeszcze wydarzy m.in zostanie  rozwikłania tajemnica pochodzenia Caroline.

Książka ma ponad 600 stron, więc siłą rzeczy nie wypełnia jej tylko zaznaczona wyżej fabuła. Autorka sporo miejsca poświęca portretowaniu żyjących w hrabstwie ludzi, ich podejścia do polityki,obyczajowości i postępu. Powieść zawiera też sporo spostrzeżeń dotyczących roli starych panien, kościoła, historii zmienianej przez Bonapartego i podziału obowiązków domowych i państwowych. A do tego ten styl pełen opisów, metafor i swoistej poezji, uwidaczniającej  się zwłaszcza przy opisywaniu zjawisk przyrody i piękna natury. Jeśli ktoś lubi taką właśnie prozę, w której akcja jest tylko jednym z komponentów, w której autorka zwraca się bezpośrednio do czytelnika i przerywa narrację, by opowiedzieć o czymś pobocznym, wreszcie jeśli lubi się opowieści o życiu w świecie, w którym konwenans i zasady grają pierwsze skrzypce, a dziewczyna ośmielając się sprzeciwić małżeństwo jest prawie buntowniczką, powinien po tę książkę sięgnąć. Zwłaszcza że panorama społeczna przedstawiona przez autorkę jest naprawdę interesująca i to ona podobała mi się w powieści najbardziej, bo przyznam, że fabuła (z nieodłącznymi chorobami prawie wszystkich bohaterów- jakiś uniwersalny chwyt literatury angielskiej XIX wieku-zachoruj, a miłość wreszcie się ujawni;) nie zdołała mnie skłonić do zarwanych nocy.

 Ze wszystkich do tej pory wydanych przez Wydawnictwo MG powieści zdolnych sióstr (a przeczytałam wszystkie) największe wrażenie zrobiła na mnie "Lokatora Wildfell Hall" Anne Bronte, która nie opowiada o perypetiach zakochanych i dążeniu do ślubu, ale mówi o tym, co dzieje się po ślubie i jakie problemy czekają kobietę, która nierozważnie i zbyt romantycznie podchodzi do swoich uczuć oraz jakich wysiłków i heroizmu potrzeba by zacząć żyć tak, jak naprawdę się chce. "Shirley" nie jest powieścią tak gorzką i życiową, choć pokazane w niej postaci kobiece też są ciekawe, zwłaszcza przez kontrast między nimi oraz rozwijające się wzajemne wpływy... I pewnie za te kobiece portrety tak bardzo lubimy i cenimy pisarstwo sióstr z plebanii w Haworth!

Charlotte Bronte, "Shirley", Wydawnictwo MG .Warszawa 2011.

środa, 13 listopada 2013

"Żony i córki" jak utrzymać...uwagę czytelnika!

Pierwszy raz z nazwiskiem Elisabeth Gaskell spotkałam się przy okazji serialu BBC (oni to potrafią robić filmy kostiumowe!) "Panie z Cranford". Książkę, na której postawie powstał serial przeczytałam, ale przyznaję, że zbiór anegdotek z życia miasteczka, które ma stać się miastem kolejowym jakoś mnie nie zachwycił. Do "Żon i córek" podeszłam z rezerwą, bo jak inaczej podchodzić do XIX wiecznej sagi, która ma blisko tysiąc(!)stron, a gdyby autorka nie zmarła w trakcie pracy miałaby jeszcze więcej...

Na początku losy półsieroty Molly, córki lekarza mnie nie wciągnęły, ale po jakiś stu stronach coś zaczęło się dziać. I doceniłam Gaskell. "Żony i córki" to, jak dodaje autora w podtytule "historia codzienna" opowiadająca o losach mieszkańców angielskiego miasteczka. Główny wątek dotyczy Molly Gibson, dziewczyny szybko osieroconej przez matkę, której wiecznie zapracowany ojciec postanawia się powtórnie ożenić. I gdy doszło do poznania wybranki doktora zaczęło mi się podobać, bo macocha Molly, nowa pani Gibson, jest postacią tyleż denerwującą, co świetnie napisaną! Drobiazgowa, przewrażliwiona, pozująca na wielką damę kobieta potrafi skutecznie popsuć spokój domostwa. Do tego przybywa jeszcze jej córka Cynthia, ale tu mamy niespodziankę, bo dziewczęta zamiast drzeć koty, jak uczy historia Kopciuszka, zaczynają się lubić.  Historię domu Gibsonów dopełniają losy dwóch braci z pobliskiego dworu- hołubionego Oseborne'a i Rogera Himley'ów. Jak to zwykle bywa w takich opowieściach okazuje się, że Osborne wcale nie jest taki kryształowy i próby ożenienia go z którąś z panien spełzną na niczym, bo panicz... ma już żonę. Z kolei poczciwy Roger, odwieczny przyjaciel Molly, zaczyna przychylnym okiem patrzeć na Cynthię, co Molly (jak łatwo się domyśleć!) bardzo przeżywa. Jakby tego było mało okazuje się, że Cynthia nie jest wolna, bo kiedyś pan Preston pożyczył jej 20 funtów, a dziewczyna pisała do niego listy. Molly postanawia odzyskać epistoły i sama staje się obiektem miejscowych plotek... A to jeszcze nie koniec!

Angielskie pisarki XIX wieku zawsze zaskakują mnie swoją umiejętnością obserwacji ludzkich zachowań i kreacją postaci. Tym razem jest równie dobrze. Bohaterowie budzą naszą sympatię, niechęć, niektórym kibicujemy innym życzymy by skręcili nogę na wertepach, takich emocji szukamy w dobrych obyczajówkach! Gaskell pisze bardzo dobrze, kreśli żywe i ciekawe portrety ludzi, a przy tym nie wdaje się w zbyt drobiazgowe opisy i oceny. Wydarzenia są idealni rozłożone w czasie- gdy jedna sprawa się rozwiązuje, pojawia się kolejne, a spiętrzenie innej sięga zenitu. Gaskell przez blisko tysiąc stron zaskakuje czytelnika kolejnymi wydarzeniami i rozwiązaniami sytuacji  i choć czytając mówiłam sobie "a pewnie się okaże, że ona już jest zaręczona" i tak ciekawił mnie sposób rozwiązania intrygi. Nastrój powieści przypomina trochę to co znamy z historii Austen i Bronte, jest Anglia,są rodzinne interesy, swatanie, ploteczki starych panien i dyskusje o fasonach czepków, ale jest też prawdziwe życie i poświęcenie sprawom ważnym. którego nośnikiem jest doktor Gibson. Bohaterowie są mimo noszenia czepków i fraków bardzo dzisiejsi...może to zasługa języka, który nie jest archaiczny-np. Molly mówi, że ojciec się wścieka, a nie wpada w furię itp. Jeśli tak pisała Gaskell to fantastycznie, bo książka nie jest napuszona i sztuczna, jeśli taki język przekładu jest zasługą tłumaczki,należą się jej brawa  za uczynienie powieści z połowy XIX wieku nie tylko nadającą się do czytania, ale żywą. Przede mną "Ruth" tej samej autorki, powieść ukończoną, więc pewnie i bardziej dopracowana, a i krótsza... Choć co to jest kilkaset stron w jesienne popołudnie?

 Elizabeth Gaskell, "Żony i córki". Świat Książki. Warszawa 2012.