Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życiowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życiowe. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 kwietnia 2026

"Shakespeare. Stwarzanie świata" o światach Willa


 Czy geniusz tworzy swój świat, czy świat tworzy geniusza?

Shakespeare, Da Vinci, Mozart. Podziwiając dzieła wybitnych twórców często używamy słowa geniusz i na tym kończymy. A geniusz nie istnieje w próżni, wzrasta w otoczeniu, coś bierze, od czegoś się odcina, coś zmienia. I właśnie o tym, że świat Shakespeare'a - świat komedii i tragedii, świat, który bawił i wzruszał królów i tych, których stać było najtańsze miejsca na parterze, łączy się z historią pisarza, pisze Greenblatt.

Jego książka to fascynujące połączenie biografii i eseju. To łapanie faktów, dat i dokumentów (których wcale nie ma za wiele) i łączenia ich z domysłami, kontekstami i tym, co było możliwe lub prawdopodobne. I tak na kilkuset stronach tej gęstej narracji mamy reformację, rzemieślników ze Stradfordu,  konkurencję trup londyńskich, zmiany na tronie i procesy czarownic. Mamy wciąż jeszcze obecne w XVI w. elementy średniowiecznych moralitetów i misteriów oraz zapożyczenia z dzieł kolegów (to nie były czasy walki o prawa autorskie), mamy antyk, legendy i kroniki. 

To książka fascynująca, ale wymagająca uważniej lektury. Obok siebie cytowane są zdania Shakespeare'a i Marlow'a,  przy  spojrzeniach na wątki czarów czy miłości wędrujemy między różnymi tytułami, zatem autor wymaga podążania za jego tokiem myślenia i interpretacji (czy cieszyło mnie, że mamy zbieżne spojrzenie na relację państwa Makbetostwa? Bardzo! To jest rzeczywiście najbardziej znająca się wzajemnie szekspirowska para!). 
 W poszukiwaniu tego, co świat dał Willowi i co Will zmieścił w świecie swoich dramatów idziemy ścieżką chronologiczną, ale rozgałęziającą się na przeszłość i przyszłość, więc trzeba uważać i być gotowym, bo droga ma swoje kalendarzowe, osobowe i teatralne uskoki. Jak na tyle wątków jest to droga uporządkowana, ale nie bez zakrętów, więc trzeba lubić zbaczać z trasy dla lepszych widoków.

Dla mnie to bardzo wciągająca przygoda, po której mam ochotę na teatr, bo tym, na co zwraca uwagę autor jest właśnie teatralność dramatów mistrza ze Stratfordu, w których (zwłaszcza w późniejszych) pojawia się "zasada planowanej nieprzejrzystości". Pozwala ona widzom nie wiedzieć wszystkiego o postaciach (co jest scenicznie szczególnie logiczne, bo te pojawiają się na naszych oczach na chwilę, w jakimś momencie, widzimy je i ich działania: tu i teraz), a reszta, jak dopowiada sam szekspirowski bohater "jest milczeniem", a to bywa niejasne. Planowana nieprzejrzystość jest niezmiernie ludzka, ale i bardzo teatralna. Shakespeare dał sobie współczesnym i kolejnym pokoleniom możliwość nie bycia pewnym motywacji postaci i zastanawiania się nad pewnymi rzeczami na różne sposoby, czytania ich przez różne światy. Ale był człowiekiem swoich czasów: zasad społecznych, polityki, literatury i śledzenie tego, co autor wychwytuje ze świata Shakespeare'a w jego dziełach jest, także dzisiaj, fascynujące! 

Nie zaskoczę tym, że dużo więcej frajdy miałam z czytania o tych dramatach, które znam (im lepiej, tym frajda większa), bo wtedy konteksty konkretnej frazy czy sceny dużo lepiej grają z całością. I bardziej trafiały do mnie np. opowieści o Hamlecie, Śnie (mój pierwszy Szekspir na widowni), Makbecie, Learze, Wieczorze trzech króli, Otellu czy Złośnicy (mój pierwszy Szekspir na scenie) niż akapity o różnych Henrykach (w których się gubię).  Mam wrażenie, że pozycja Greenblatta nie jest książką na szekspirowskie "dzień dobry", jest książką "co nowego słychać Willu, stary druhu". I jest przygodą! 
 
 Warto dodać, że spore części cytatów są podawane w oryginale i po polsku, co dla lingwistów jest na pewno dodatkowym smaczkiem. 
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.
 
Stephen Greenblatt. "Shakespeare. Stwarzanie świata". Przeł.  Barbara Kopeć-Umiastowska. Wyd. Znak Literanova. Kraków 2026.  
 

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

"Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału" jak Agatha stała się Christie

 


Jeśli myśląc o Agacie Christie widzicie starszą, siwą panią otoczoną przez książki, to powieść biograficzna Susanne Lieder może zmienić optykę. Opowiada o młodości przyszłej pisarki, pokazuje dziewczynę szukającą własnej drogi i młodą kobietę spragnioną miłości. To Agatha u progu życia, marząca o karierze muzycznej i uczuciu jak z romansu. To też dziewczyna tworząca historie. Wreszcie osoba, której życie zmienia I wojna. Pierwsze próby literackie, poszukiwanie wydawcy, zniechęcenie, a wreszcie kontrakt i wkroczenie na ścieżkę pisarską.

Lieder pokazuje, jak Agatha stawała się tą Christie i jak wiele zawirowań, także osobistych, czekało pisarkę w pierwszych latach. To też opowieść o dziewczynie zakochanej w chłopaku, który był jej przeciwieństwem, o pracy w szpitalu, aptece (te trucizny!) oraz budowaniu życia w nowej rzeczywistości i łączeniu ról żony, matki i pisarki.
Dla Lieder początkiem opowieści i jej kulminacją jest rok 1926, w którym Christie traci ukochaną matkę (relacja matki i córki to najlepszy wątek książki), dowiaduje się o zdradzie męża i wydaje jedną ze swoich najbardziej znanych powieści "Zabójstwo Rogera Ackroyda" (o kontrowersjach, jakie wywoła powieść jest moim zdaniem za mało). W 1926 nastąpiło też słynne zniknięcie Christie na 11 dni, będące powodem plotek i domysłów, którego jednoznacznego powodu chyba nigdy nie poznamy*. Lieder o tym wydarzeniu wcale nie wspomina, co mnie trochę dziwi. 

Autorka odrobiła lekcję, pisze o postaciach historycznych, wprowadza nawet do myśli Agathy jej bohaterów, ale mam wrażenie, że to powieść zlecona, a nie napisana przez kogoś, kto jest fanem Agathy i dużo o niej wie (autorka w przedmowie przyznaje, że przed rozpoczęciem pracy wiedzę o Christie miała ograniczoną). Czyta się lekko (momentami można kręcić nosem na powtórzenia) i gdy ktoś zupełnie nie zna biografii Christie na pewno pozna kilka faktów i może dać się zaskoczyć jej osobowości. Natomiast jeśli ma się na koncie lekturę kryminałów Agathy i paru jej biografii, powieść nie wniesie niczego nowego. 

Christie wyprzedziła innych:  napisała autobiografię. Stała się inspiracją powieści i filmów, Literaturoznawcy  i biografowie badają jej życie i analizują twórczość. To się nie skończy! Nastolatka, którą trema zjadała przed publicznymi występami i która założyła się z siostrą, że potrafi napisać historię kryminalną na pewno się tego nie spodziewała!
 
 *Ciekawe rozwiązanie proponuje Marie Benedict w "Zniknięciu pani Christie" 
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.   
 
 
 Susanne Lieder. "Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału".  Przeł. Barbara Niedźwiedzka. Wyd. Marginesy. Warszawa 2026.  
 

środa, 4 lutego 2026

"Chopin." z fortepianem i panią Sand

 On. Ona. Ona. 

 Chopin. George Sand. Muzyka. 
 
 I wszyscy niejednoznaczni.  Chopin: poeta fortepianu, emigrant i gruźlik, ale także nauczyciel i kompozytor dbający o apanaże za swoje utwory.  Sand: "kobieta z przeszłością", która zaczyna uwielbiać artystę, a potem staje się jego opiekunką, pisze po nocach by zarobić na życie i jako matka po części godzi się na zasady, z którymi wcześniej walczyła.  Piszą o sobie i swojej sztuce w listach do innych (jakie źródło wiedzy tracimy zaprzestając korespondencji!). Relacje o ich ostatnim spotkaniu są diametralnie różne.  On rusza na Wyspy Brytyjskie, świadomy pogłębiającej się choroby i momentami zmęczony opieką Jane Stirlig, dzięki której więcej o nim wiemy.   Umiera, nakazując zniszczyć swoje papiery, czego nie robi (na szczęście) jego siostra.
I jest ona: muzyka! Nazwana przez angielskich krytyków "wzruszającą i niezrozumiałą". I  tu zaczyna się najważniejsza myśl, z którą zastawiła mnie książka Walkera.
 
Jaka byłaby muzyka bez Chopina?  Znamy go od dziecka, jest naszą klasyką, muzyczną oczywistością.  Bo przecież nikt nie słucha muzyki chronologicznie, przyglądając się jej zmianom. Dlatego tak trudno jest, zwłaszcza zwykłemu słuchaczowi, nazwać i docenić to, co Chopin zmienił, przełamywał, co zaskakiwało jemu współczesnych, co salon i krytyka uznawały za dziwne, a nawet wbrew regułom. Np. "Sonata h-moll": zaskakująca tonacja, wielość motywów (wg niektórych "nadmiar"), i "namiętność finału przekracza granice przyzwoitości".  Pozycja Walkera pozwala stanąć w czasach Chopina i poczuć oddech jego świata.  Autor pisze o recepcji dzieł, zwraca uwagę na późniejsze praktyki wykonawcze i robi to tak umiejętnie, że nawet jeśli kwestie pedalizacji były i są dla czytelnika czarną magią, to informacje co Chopin zmienił, zrekonstruował, otworzył w starej formie na nowe, są już jasne i dodają nowe rysy do portretu. 

Walker pisze o muzyku i muzyce, analizuje fakty, materiały, opiera się aktualizowanych źródłach, poprawia przeinaczenia (np. "skandalizujące" listy Chopina do Potockiej). Nie jest to biografia na kolanach, nie jest to biografia zaślepionego fana, to bardzo rzeczowa i wiarygodna pozycja, pełna faktów, ciekawostek, cytatów i odautorskich komentarzy.  Wyłania się z niej Chopin człowiek, Chopin artysta i Chopin pretekst do plotek, przeinaczeń i dziwnych zbiegów okoliczności. I  jest tu świat, w którym Chopin oraz Sand, Liszt, Mickiewicz, Delacroix i Dumas spotykają się by wieść swoje życie, które potem obrasta legendą.
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu!  
 
Alan Walker "Chopin. Biografia. Tom 2: Paryż–Panteon, 1838–1849".  Przeł.  Małgorzata Sokalska.  Wyd. Znak Horyzont.  Kraków2026.   

czwartek, 20 listopada 2025

"Neapol słodki jak sól" między historią, praniem a literaturą

 


Zobaczyć Neapol i umrzeć? A może żyć tam? 

Byłam w Neapolu tylko dzień ponad 20 lat temu i pamiętam wielkie wrażenie jaki zrobił Teatr San Carlo i niezwykłe światło, na które trafiliśmy w dzień, gdy na przemian były słońce i chmury.

Piotr Kępiński opisuje to, co szybko i stereotypowo kojarzymy z Neapolem - życie na ulicach pod suszącym się praniem, camorrę (oraz jej popkulturowe i serialowe wcielania), kuchnię z najlepszym limoncello i, o oczywiście, piłkę nożną. Ale pojawiają się też inne tematy - współdziałanie lokalnej społeczności czy kwestia neapolitańskich cmentarzy i miejskich podziemi.
We wszystkich opowieściach wybrzmiewa głos autora, jego wspomnienia z pierwszych i kolejnych wizyt w Neapolu, ale także mnóstwo głosów jego rozmówców- zwykłych mieszkańców, przedsiębiorców czy pisarzy, takich jak Roberto Saviano autor bestsellerowej „Gomorry”.

Neapol to także miasto akcji powieści pisanych przez jedną z najbardziej tajemniczych postaci współczesnej literatury, wspominaną i tu Elenę Ferrante. Wątków literackich jest w reportażach więcej, bo miasto przyciągało artystów. Wśród tych, którzy dobrze poznali Neapol byli także Marian Brandys i Gustaw Herling-Grudziński, któremu Kępiński poświęca cały rozdział, ale autor „Dziennika pisanego nocą” kilkukrotnie powraca na kartach tej książki.

W literackich szkicach, jak w Neapolu, łącza się tematy poważne z bardziej błahymi, pojawiają postaci historyczne i współcześni celebryci. Czytelnicy mogą powędrować pocztówkowymi uliczkami Capri, ale też zajrzeć w mało reprezentacyjne zaułki. Poznać dawnych mistrzów sztuki i bohaterów współczesnej zbiorowej wyobraźni. Po tym świecie pełnym barw, kontrastów, krzyków, ale też momentów wyciszenia prowadzi Kępiński niczym najlepszy cicerone - wybierający najciekawsze zjawiska i opowiadający o nich z lekkością, błyskotliwością i erudycją.

Kto jedzie do Włoch, a kto wybiera wycieczkę literacką?
 
 Piotr Kępiński. "Neapol słodki jak sól". Wyd. Czarne. Wołowiec 2025.  

środa, 3 września 2025

"Lato z Baudelaire'm" przygoda z poetą kontrastów

 

Jak mówić o literaturze, by zaciekawiać i sprowokować do myślenia, ale nie nużyć? 


Antoine Compagnon znalazł sposób. Zbiór pogadanek czy raczej miniesejów o różnych wątkach życia i twórczości autora "Kwiatów zła". Nie jest to raczej rzecz dla tych, którzy nigdy o poecie nie słyszeli, bo wtedy można czuć przesyt informacji (tym bardziej, że Compagnon żongluje nazwiskami francuskiej literatury i sztuki), ale dla tych, którzy coś czytali, ale wiedzą jest raczej podstawowa książka będzie świetną podróżą do świata Baudelaire'a. To, na co autor kładzie nacisk to odejście od stereotypu poety wyklętego i pokazuje jak różne elementy (czasem, że sobą sprzeczne) znajdziemy u autora "Padliny". Osądzany i kontrowersyjny, ale ceniony i uznany za najlepszego francuskiego poetę. Z jednej strony z pociągiem do łamania tabu, ale mimo wszystko z klasyczną formą. Z jednej strony złośliwy i hardy, z drugiej o bardzo lirycznych nutach. Rewolucjonista, który traci zaufanie do ludu. 
 
Autor "Lata..." nie tłumaczy swojego bohatera, nie robi nic, by czytelnik go polubił (wiele poglądów chociażby o kobietach to polubienie skutecznie utrudnia), ale robi wiele, by zrozumiał. Bo w tych opowieściach, pełnych odniesień do innych twórców (z czasów Baudelaire'a i późniejszych, są Hugo, Manet, Proust, Sartre), postaci historycznych i szkół literackich jest bardzo słyszany głos poety. Ten głos, przemawiający w cytatach z wierszy, prozy i listów, wyodrębniony nawet graficznie przez inny kolor druku nie jest tylko przykładem do stawianej tezy. Jest okazją dla czytelnika do lepszego poznania twórczości pisarza. 
 
"Lato z Baudelaire'm" było świetną przygodą! Jest w tej książce mnóstwo bardzo ciekawych zdań m.in. o tym, jak poeta widział schyłek sztuki w jej zachłyśnięciu się postępem technicznym lub że to, co piękne zawsze jest smutne, bo "cechy Piękna (o którym pisze, że jest "żarliwe i smutne) to żal i tajemnica."

Autor traktuje czytelnika jak partnera w opowieści, w której dzieli się wiedzą, ale też swoimi wątpliwościami i refleksjami. Nie ma tu upraszczania i chodzenia na skróty, nie ma (co częste w tekstach bardziej analitycznych) niewiele wnoszących dygresji. Jest myśl, cytat, ciekawa opowieść i szacunek dla tego, o kim opowiada i komu opowiada. Dla mnie świetna forma dla takiej literackiej przygody!

 Za książkę dziękuję Wydawnictwu. 

Antoine Compagnon  "Lato z Baudelaire'm". Przeł. Jan Maria Kłoczkowski. Wydawnictwo Noir sur Blanc. Warszawa 2025. 

wtorek, 26 sierpnia 2025

"Żywe istoty" o wiedzy i gatunkach


 Czy sprawdzając coś w internecie myślimy o odkrywcach i badaczach, dzięki którym mamy dostęp do tej wiedzy?

Georg Wilhelm Steller w XVIII w.  płynie z Beringiem (tym od morza, cieśniny), by szukać śladów mitycznej wręcz krowy morskiej. Znajduje ją. Bada. Dookoła zima, mróz, szkorbut, lisy, widmo śmierci, a on zastanawia się jak utrwalić informacje o zwierzęciu, które za chwilę wyginie i wypreparować jego szkielet by służył nauce. Mijają lata, kolejni ludzie starają się przekazać informację o odkryciach w świecie przyrody. Dobrze rysująca dziewczyna staje się asystentką przyrodnika i rysuje setki wizerunków pająków, a szkielet krowy postanawia narysować na kilku kartkach, by pokazać jego rozmiar i skalę. Lata mijają. Tworzą się muzea, sposoby badań są coraz nowocześniejsze. Ale procesu ginięcia pewnych gatunków nie da się zahamować.

 Autorka w posłowiu bardzo obrazowo wylicza gatunki, które wyginęły podczas jej pracy nad książką. Pokazuje, jak zwierzęta stawały się łupem tych, którzy chcieli się dorobić na ich futrach, kłach; którzy dla zabawy pozbawionej naukowej refleksji kolekcjonowali jaja. Ale pokazuje też tych, którzy poświęcili życie (albo jego część) badaniu gatunków, szukaniu powiązań, tworzeniu systematyk, przygotowaniu wizerunków, które dziś są nam dostępne w ramach jednego kliknięcia w internecie. Wiem, że autorka chce zwrócić uwagę na kończenie się cyklu życia niektórych gatunków, który związany jest z działalnością innego gatunku: homo sapiens. Ale ta książka to dla mnie też po części przypomnienie, że przedstawiciele tego samego gatunku pytają i szukają odpowiedzi, badają i dają wyniki tych badań kolejnym pokoleniom.

Książka łącząca powieść historyczną z elementami książki przyrodniczej, szczyptą eseju. Wędrówka przez wieki i miejsca od Alaski do Helsinek, postaci historycznie znane jak Steller (którego nazwisko zostało w nazwie krowy) i dziś zapomniane, jak jedna rysujących pomocnic profesora. Bardzo dobrze napisane, zostające w głowie. Pozwalające docenić to, że tyle przed nami i dla nas już zbadano. Tylko co my z tą wiedzą robimy?

 Iidia Turpeinen. "Żywe istoty'" Przeł. Sebastian Musielak. Wyd. Poznańskie. Poznań 2025. 

środa, 12 lutego 2025

"Maria Callas. Primadonna stulecia" primadonna i donna

 

Grecko-amerykańskie korzenie. Głos, który pozwala zaskarbić sobie uwagę matki.  Przemiana brzydkiego kaczątka (wciąż zmagającego  z krótkowzrocznością). Świadomość tego, jak ważne są dobrze dobrane (główne) role. Perfekcjonizm w pracy i  tempo, gdy w tym samym czasie śpiewa się Rossinego i Wagner. Kariera i potrzeba bycia kochaną. Nieszczęście opuszczenia i tracenia Głosu. 

Biografia  Edwards to rzetelna opowieść o bardzo bogatym życiu prywatnym i artystycznym Callas. Wielka i planowana z podziwu godnym uporem kariera łączy się tu z wydarzeniami z życia rodzinnego. Biografka pokazuje jak duży wpływ na późniejszą divę miały jej problemy z matką, kompleksy na punkcie wagi i jak ważne były relacje z publicznością (choć Callas w wywiadach mówiła, że nie czyta recenzji). Widać tu okresy wielkiej pracy, (przygotowania do roli, rozmowy z reżyserami i dyrygentami, które tworzyły fenomen Callas: operowej aktorki, dającej ludziom nie tylko wirtuozerskie popisy, ale emocje i magię). Widać momenty, gdy śpiew schodzi na dalszy plan by Maria mogła poczuć emocje godne swoich bohaterek. I są też chwile rozczarowań (znów bardzo operowe) i próby wykorzystania tych doświadczeń do scenicznych spotkań z Medeą i Toscą. Bo z kart tej opowieści wyłania się obraz artystki, twórczyni, która ożywia operową konwencję. Na drugim planie Visconti, di Stefano, Tebaldi, młodziutka Joan Sutherland (La stupenda i La divina stały na tej samej scenie), Kulisy sztuki, za które wchodzimy, by przekonać się, że to nie jest bajkowa rzeczywistość.

Opowieść o primadonnie uzupełniają opowieści o donnie, kobiecie: jej małżeństwie, romansie z Onasisem, wielu relacjach, które pomagały i pogrążały artystkę. Autorka, choć analizuje plotki i domniemania, a pewne wydarzenia relacjonuje wręcz kalendarzowo, unika sensacji i skandalu.  Jest też bardzo skrupulatna w opisywaniu pracy nad rolą, a opisy teatrów, miast i ról pokazują jak wielkim wysiłkiem, także fizycznym, było trzymanie się na szczycie.

 Callas była kobietą o złożonej osobowości. Doświadczającej wielkich sukcesów i bolesnych upadków.  Osobowością, która choć nie śpiewała wcale długo, stałą się jednym z synonimów opery XX wieku. I o tym mówi Anne Edwards w biografii, którą czyta się jak powieść i która, chociaż znam życie Callas, naprawdę mnie wciągnęła. 

 

 Za książkę dziękuję wydawnictwu.   


 Jeszcze więcej  o Callas 

"Maria Callas boski potwór"  biografia przyjaciela Marii, którego cytuje także Anne Edwards.

"Maria Callas i głos serca" powieść biograficzna 

"Zbyt dumna zbyt krucha"  powieść biograficzna

 

Anne Edwards. "Maria Callas. Primadonna stulecia". Przeł. Mieczysław Godyń. Wyd. Znak. Kraków 2024 (wznowienie) 

środa, 26 czerwca 2024

"Echeverria" nie taki argentyński Mickiewicz

 


Zabierałam się do lektury tej książki o tyle nieświadomie, że nie miałam pojęcia, kiedy powstało państwo Argentyna. I że bohater powieści, po którą sięgnęłam, bo lubię książki o pisarzach, jest tylko pretekstem do znacznie szerszej opowieści. Esteban Echeverria, nazwany w przedmowie (bardzo lubię takie przedmowy) „argentyńskim Mickiewiczem”*, nie  ma wiele wspólnego z naszym wieszczem, Ta sama epoka i działka artystyczna. Poza tym- życiowo, ideowo- zupełnie inna bajka. Ale to skojarzenie z Adamem jest świetnym wyprowadzeniem czytelnika ze strefy znanego świata tradycji i literatury. Tam gdzie Adam odwołuje się do tradycji, wspomina, to co było, tam Esteban Echeverria dopiero buduje świat narodowej literatury (w języku hiszpańskim, obarczonym kolonizatorskim ciężarem). 

 Była dla mnie zaskakujące czytanie o tym, jak w początkach XIX w., gdy kraj Mickiewicza już zdążył zniknąć, na drugiej półkuli dopiero tworzy się nowy kraj, a wśród politycznych sporów, ideowych waśni żyją ludzie i tworzy się kultura, bo jednak wszyscy są świadomi, że jest ona potrzebna młodemu państwu. A dookoła romantyzm, Goethe, Hugo ze słynną przedmową do „Cromwella” i łamaniem zasad literatury. A po drugiej stronie oceanu nowy kraj, który nie ma czego łamać, bo nie ma jeszcze swoich zasad. Który buduje swoje mity, szuka form.

Historia poety na tle wydarzeń historycznych jest też historią człowieka, którego przyznam nie polubiłam (chciałbym dowiedzieć się co stało się z dzieckiem jego i jego kochanki, wyzwolonej niewolnicy), ale chyba trochę zrozumiałam. Czytając miałam wrażenie pewnego dystansu autora wobec postaci, choć i świetnej znajomości tej biografii.  „(…) fascynuje mnie obraz intelektualisty, który myśli, że jego kraj nie jest tym, czym być powinien i próbuje ukształtować go na obraz i podobieństwo własnego wyobrażenia. I płaci za to cenę”.  Tak pisze Capparos.  Czasem wyprzedzi fakty, odniesie się do współczesności.  Forma powieści historycznej jest dla niego sposobem mówienia o współczesności-  zwłaszcza w rozdziałach „Problemy”, które dzielą części historii poety,- ale też w samej narracji.

„Historia służy przede wszystkim temu, żeby zrozumieć, że wszystko stanie się historią”. To jedna z tych książek, które każą szperać w internecie, doczytywać. Powieść, która poza historią jednego bohatera prezentują wiele refleksji autora na temat historiozofii, społeczeństwa, sztuki.  Lektura dotykająca wielu tematów, a czytana z perspektywy kogoś z kultury europejskiej, uchylająca drzwi do lepszego zrozumienia  świata.  I literatury, bo to też książka o znaczeniu literatury w procesie wzrastania- młodego człowiek, a późniejszego pisarza i nowego kraju.  



Za książkę dziękuję Wydawnictwu.Współpraca barterowa.  

Martin Capparos."Echeverria".  Przeł. Katarzyna Okrasko. Wyd. ArtRAge. Warszawa 2024. 


 *Jest zaznaczone, że to skrót myślowy, ale dla osadzenia w czasie i roli dziejowej pisarza, to skojarzenie moim zdaniem bardzo trafne! A sama przedmowa opisująca  krótko życie Echeverri i Capparosy- świetna!

wtorek, 30 kwietnia 2024

"Przypadki miłosne" dla koleżanki pytam


 Zwykle nie czytam poradników, ale zainteresowała mnie forma "Przypadków miłosnych", a że jedną z autorek jest koleżanka, więc usiadłam do lektury otwarta na wrażenia.

To książka oparta na współistnieniu opowiadania i rozmowy, do której opowiadanie jest punktem wyjścia. Tematem jednego i drugiego są związki i relacje.  Połączenie opowiadania z komentarzem psychologicznym nie jest pomysłem nowym (tekst-komentarz dla dorosłych i dzieci znajdziemy np. w książce Grzegorza Kasdepki o emocjach). Tu ciekawym zabiegiem jest forma tego komentarza, czyli rozmowa dziennikarki z psycholożką, która z jednej strony przypomina koleżeńskie pogaduchy przy kawie, z drugiej przez dziennikarskie pytania jest bardziej pogłębiona i wskazująca też inne punkty widzenia.  
 
Opowiadania Nataszy Sochy spełniają warunki tekstów biblioterapeutycznych- określona sytuacja/problem, ograniczona liczba bohaterów, prosta budowa, brak wątków pobocznych. Taki sposób pisania pozwala skoncentrować się na temacie, a jednocześnie otwiera na dyskusję o zachowaniach i motywacjach postaci oraz ewentualnych wariantach zakończenia. Co ciekawe, rozmowa analizująca konkretne zagadnienie zajmuje więcej stron niż samo opowiadanie, dzięki czemu nie ogranicza się tylko do jednego tematu, a kilka zagadnień (np. życie z fagiem)  powtarza się w kolejnych rozmowach. Wśród poruszanych tematów czytelniczki (jest tu bardzo mocna kobieca perspektywa!) znajdą m.in. związki z różnicą wieku, powroty do byłych partnerów, pytanie o możliwość przyjaźni damsko-męskiej, a także miłość do samej siebie. Tematy te pojawiły się wcześniej w podcastach Przypadki miłosne, a rozmowy z książki dodatkowo zahaczają się o sytuacje opisane przez Nataszę Sochę.

To nie jest książka z teoriami i przypisami (może trochę szkoda, bo lubię), to lekka w formie opowieść o tematach wcale nie tak lekkich, różnych relacjach i wyborach. Na pewno można książkę wykorzystać w pracy z emocjami, a analizując obecne i przeszłe relacje zerknąć na przygotowane pytania i testy. Jest trochę tak, jak gdyby zamiast mówić "dla koleżanki pytam", odwołać się w rozmowie do opowiadania i poznać zdanie psychologa. Zachowania bohaterek są na tyle uniwersalne, że można traktować je jako pretekst do rozmowy, albo własnych rozmyślań, bo biblioterapia może być też autoterapią.Czy zmieniłam podejście do poradników? Nie. Ale rozmowy o sytuacjach znanych z życia (nawet jeśli z pewnymi spostrzeżeniami bym dyskutowała) warto posłuchać. 

Natasza Socha,Violetta Nowacka, Anna Skoczek. "Przypadki miłosne". Wyd. Pascal. Bielsko-Biała 2024.

wtorek, 16 kwietnia 2024

"Tancerka z Moulin Rouge" żarłoczność z Montmartre


Kiedy myślimy o Paryżu końca XIX wieku chyba jednym z wielu skojarzeń są kabarety. Na Montmartrze tworzyła się nowa forma sztuki i rozrywki. A skoro tak, to musiały być i gwiazdy. Znamy je z plakatów Lautreca- jest śpiewająca Yvette Guibert, albo królowa kankana Louise Weber znana jako La Goulue.  I właśnie to określenie- żarłoczna, doskonale tę postać charakteryzuje. 

 

Poznajemy młodą praczkę, która ucieka od niechcianego małżeństwa i zaczyna życie godne paryskiej bohemy. I to życie- konfrontacja oczekiwań i rzeczywiści jest sednem książki. Są występy, oklaski, ale jest też praca na sali tanecznej, walka o swoje miejsce w zespole, waletowanie w garderobie, praca w kwiaciarni. Jest godzenie się na granie roli wyzwolonej tancerki i królowej kankana na scenie, przy kolacji i domu. Lousie żarłocznie rzuca się na życie, zrywa z konwenansami, kokietuje kobiety i mężczyzn, romansuje, pije, pali, żyje tak, jakby jutro miało nie być. Osiąga sukces, ma sławę, pieniądze. Ma też grono wiernych przyjaciół, ale to w gruncie rzeczy tragiczna postać i historia.   

 

Autorce udało się przedstawić postać  La Goulue w  jej złożoności: dziewczynę z marzeniami, chęcią życia na własnych zasadach, ale też egocentryczną, nieliczącą się uczuciami tych, którzy są dla niej ważni.  Dziewczynę ambitną, świadomą swoich atutów,  która potrafi długo szlifować układ taneczny i zaskakiwać pomysłami, ale nie na tyle wytrwałą, by w momencie gdy zajdzie na szczyt, na nim zostać na długo. Nieźle jest też przedstawiony Montmartre- z jego nocnym życiem i bohemą.  Widać rolę Czarnego Kota  w tworzeniu nowej formy, czyli kabaretu artystycznego, a potem pewną rewolucję w rozrywce, jaką był Moulin Rouge.  Niestety, opowieść trochę się ciągnie i  można ją skrócić, nadając akcji większej dynamiki, tym bardziej, że część wahań i zachowań Louise zaczyna się powtarzać i zlewać. Mam też uwagę do strony edytorskiej- to powieść popularna, ale opowiadająca o konkretnych postaciach i  miejscach.  Fakt, iż w króciutkim zdaniu zostaje wspomniany siedzący przy fortepianie Eric Satie jest smaczkiem, pozwalającym docenić  budowaną przez autorkę historyczną rzeczywistość. I dlatego przydałyby się książce przypisy dotyczące postaci historycznych (w momencie, gdy w nowych wydaniach Biblioteki Narodowej opatruje się przypisem postać Napoleona (!) warto poszerzyć perspektywę czytelników powieści historycznych). I  zaskakujący jak brak tłumaczenia pseudonimu panny Weber, który jak doskonale oddaje jej postać i charakter (jasne, to żaden problem sprawdzić w necie, ale warto ułatwić czytelniom życie).

 

To historia o kabarecie- świecie śmiechu, beztroski, zabawy. I o jego drugiej, znacznie mniej kolorowej stronie. O ludziach, którzy dawali innym chwile rozrywki, a sami, poszukując szczęścia i spełnienia, miotali się między bardzo różnymi uczuciami. Którzy tak samo jak publika, uciekali do Moulin Rouge, by tam na scenie zasłużyć na oklaski i poczuć się na miejscu. Tylko przez chwilę. Odbijając się w oczach nieznanych ludzi, którzy mogą okazać się za chwilę (i często tylko na chwilę) użyteczni, ważni.  

To historia, która zostawia czytelnika w poczuciu smutku. A smutek robi się głębszy w momencie, gdy pomyślimy, że losy podobne do panny Weber miało wiele ówczesnych tancerek, ale one nie stały się nawet na chwilę gwiazdami z plakatu Lautreca.

 

 Za książkę dziękuję Wydawnictwu.

   

 Tanja Steinlechner. "Tancerka z Moulin Rouge".  Przeł.  Agata Chmielecka. Wyd. Marginesy. Warszawa 2024.

 



niedziela, 30 lipca 2023

"Pamiatkowe rupiecie". O Szymborskiej raz jeszcze


 

Co jest najważniejsze w biografii? Fakty, anegdoty, źródła, szerokość spojrzenia? Poczucie bycia blisko opisywanego bohatera? 

Lubię biografie, które łączą człowieka i dzieło (bo ze względu na dzieło chcę poznać twórcę). Lubię biografie, w których znać szelest archiwów i trzask wyłączanego dyktafonu. Rzeczą niezwykłą jest, gdy piszący spotyka się z tym, o którym pisze. I potem, przez lata i kolejne wydania, uzupełnia biografię. Tak jest w przypadku „Pamiątkowych rupieci”. 

 

Nie da się krótkiej notce zawrzeć wszystkich aspektów książki, która po prostu trafia w mój wzorzec biografii: łączącej fakty, zdjęcia, listy, rozmowy, myśli zebrane i analizy, z cytatami z twórczości. Tym bardziej, gdy bohaterka biografii, czyli Szymborska, podkreślała, że to, co chce o sobie powiedzieć przekazuje w wierszach i rzadko mówiła o sobie i udzielała wywiadów.  Anna Bikont i Joanna Szczęsna, trochę wbrew Szymborskiej, która była zwolenniczką czytania dzieła w oderwaniu od biografii, włączają w swoją opowieść fragmenty wierszy noblistki i kilka utworów innych osób. I moim zdaniem wychodzi to całości na dobre. Bo jednak życie odbija się w tekście.   

 

Książka z jednej strony poukładana, chronologiczna, wynikowa i faktograficzna.  Z drugiej pokazująca emocje; człowieka, kobietę, pisarkę.  Rozdziały osadzone w historii (dzieje rodziny, początki twórczości i wiersze socrealizmu, transformacja, Nobel), przeplatane są tymi o wyjątkowych znajomościach (Barańczak, Miłosz) i miłościach (Włodek, Gawlik, Filipowicz), o ważnych i mniej poważnych aspektach literatury-  domu przy Krupniczej, grach literackich, przekładach (świetny rozdział o tłumaczeniu poezji, która jest znaczeniem, brzmieniem i kontekstem słowa i dlatego czasem bywa przepisywana, a czasem nieprzekładalna). Książka prezentująca to, co zapisane i to, co niechwytne, a wynikające z relacji, rozmów, opowieści, atmosfery.  Oparta na listach, artykułach, teczkach (ta bibliografia i przypisy!) , ale  i wspomnieniach tych, którzy dziś już też są legendami kultury–Lipska, Krynicki, Latawiec, Musierowicz, Balbus.  I, co równie ważne, książka napisana tak, że czyta się doskonale.  

 

Szymborska pisała, że jest w niej „zachwyt i rozpacz”.  To jest też w „Rupieciach”. Jest też powaga i ironia, dowcip i refleksja, lekkość oraz artystyczna świadomość, kształtująca się przez lata. Chyba mogę zaryzykować, że w „Rupieciach” jest wielowymiarowa Szymborska (choć jeszcze ze swoimi, należnymi każdemu człowiekowi, tajemnicami). A to, paradoksalnie, nie jest oczywiste w biografii.    


O wierszach Szymborskiej moje  słów kilka 

 

Z książkę dziękuję wydawnictwu, współpraca barterowa. 

 

 Anna Bikont, Joanna Szczęsna. "Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej". Wyd. Agora. Warszawa 2023.