Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popularnie a naukowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popularnie a naukowo. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 kwietnia 2026

"Shakespeare. Stwarzanie świata" o światach Willa


 Czy geniusz tworzy swój świat, czy świat tworzy geniusza?

Shakespeare, Da Vinci, Mozart. Podziwiając dzieła wybitnych twórców często używamy słowa geniusz i na tym kończymy. A geniusz nie istnieje w próżni, wzrasta w otoczeniu, coś bierze, od czegoś się odcina, coś zmienia. I właśnie o tym, że świat Shakespeare'a - świat komedii i tragedii, świat, który bawił i wzruszał królów i tych, których stać było najtańsze miejsca na parterze, łączy się z historią pisarza, pisze Greenblatt.

Jego książka to fascynujące połączenie biografii i eseju. To łapanie faktów, dat i dokumentów (których wcale nie ma za wiele) i łączenia ich z domysłami, kontekstami i tym, co było możliwe lub prawdopodobne. I tak na kilkuset stronach tej gęstej narracji mamy reformację, rzemieślników ze Stradfordu,  konkurencję trup londyńskich, zmiany na tronie i procesy czarownic. Mamy wciąż jeszcze obecne w XVI w. elementy średniowiecznych moralitetów i misteriów oraz zapożyczenia z dzieł kolegów (to nie były czasy walki o prawa autorskie), mamy antyk, legendy i kroniki. 

To książka fascynująca, ale wymagająca uważniej lektury. Obok siebie cytowane są zdania Shakespeare'a i Marlow'a,  przy  spojrzeniach na wątki czarów czy miłości wędrujemy między różnymi tytułami, zatem autor wymaga podążania za jego tokiem myślenia i interpretacji (czy cieszyło mnie, że mamy zbieżne spojrzenie na relację państwa Makbetostwa? Bardzo! To jest rzeczywiście najbardziej znająca się wzajemnie szekspirowska para!). 
 W poszukiwaniu tego, co świat dał Willowi i co Will zmieścił w świecie swoich dramatów idziemy ścieżką chronologiczną, ale rozgałęziającą się na przeszłość i przyszłość, więc trzeba uważać i być gotowym, bo droga ma swoje kalendarzowe, osobowe i teatralne uskoki. Jak na tyle wątków jest to droga uporządkowana, ale nie bez zakrętów, więc trzeba lubić zbaczać z trasy dla lepszych widoków.

Dla mnie to bardzo wciągająca przygoda, po której mam ochotę na teatr, bo tym, na co zwraca uwagę autor jest właśnie teatralność dramatów mistrza ze Stratfordu, w których (zwłaszcza w późniejszych) pojawia się "zasada planowanej nieprzejrzystości". Pozwala ona widzom nie wiedzieć wszystkiego o postaciach (co jest scenicznie szczególnie logiczne, bo te pojawiają się na naszych oczach na chwilę, w jakimś momencie, widzimy je i ich działania: tu i teraz), a reszta, jak dopowiada sam szekspirowski bohater "jest milczeniem", a to bywa niejasne. Planowana nieprzejrzystość jest niezmiernie ludzka, ale i bardzo teatralna. Shakespeare dał sobie współczesnym i kolejnym pokoleniom możliwość nie bycia pewnym motywacji postaci i zastanawiania się nad pewnymi rzeczami na różne sposoby, czytania ich przez różne światy. Ale był człowiekiem swoich czasów: zasad społecznych, polityki, literatury i śledzenie tego, co autor wychwytuje ze świata Shakespeare'a w jego dziełach jest, także dzisiaj, fascynujące! 

Nie zaskoczę tym, że dużo więcej frajdy miałam z czytania o tych dramatach, które znam (im lepiej, tym frajda większa), bo wtedy konteksty konkretnej frazy czy sceny dużo lepiej grają z całością. I bardziej trafiały do mnie np. opowieści o Hamlecie, Śnie (mój pierwszy Szekspir na widowni), Makbecie, Learze, Wieczorze trzech króli, Otellu czy Złośnicy (mój pierwszy Szekspir na scenie) niż akapity o różnych Henrykach (w których się gubię).  Mam wrażenie, że pozycja Greenblatta nie jest książką na szekspirowskie "dzień dobry", jest książką "co nowego słychać Willu, stary druhu". I jest przygodą! 
 
 Warto dodać, że spore części cytatów są podawane w oryginale i po polsku, co dla lingwistów jest na pewno dodatkowym smaczkiem. 
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.
 
Stephen Greenblatt. "Shakespeare. Stwarzanie świata". Przeł.  Barbara Kopeć-Umiastowska. Wyd. Znak Literanova. Kraków 2026.  
 

czwartek, 26 lutego 2026

"Przeklęte klejnoty" mają głos

 


We własnych biżuteryjnych zbiorach najbardziej lubię to, że za każdą ozdobą stoi jakiś człowiek lub sytuacja. Bo rzeczy nabierają znaczenia z własną historią.


Niektórym klejnotom nie trzeba dopisywać opowieści, bo ich losy i tak są fascynujące. "Przeklęte klejnoty" to wędrówki po krajach, dworach; okresach, gdy o danym kamieniu nagle zrobiło się cicho. To opowieści o Królu Słońce Elżbiecie I, królowej Wiktorii, Romanowach, które łączą historię z legendami (często zaskakująco zbieżnymi z historią innych kamieni). Bo zwykle zaczyna się od tajemniczej kradzieży... a potem to już różnie.

Hope, La Paregrina, Regent, Koh i noor. Autorka śledzi losy słynnych precjozów. Opowiada o kolejnych właścicielach i tropi, czy zła sława to tylko wymysł, czy też rzeczywiście, gdy ozdoba znalazła się w szkatule, właściciela zaczęły spotykać niepowodzenia. Ale ta na poły magiczna otoczka przeklętych diamentów, perły czy rubinu to tylko element historii, która prowadzi czytelnika przez dwory Anglii, Hiszpanii, Francji czy Rosji do bogatych domów dziedziców amerykańskich fortun czy do samej Elizabeth Taylor. Historia przedmiotu jest pretekstem do opowieści o rodach królewskich, strategicznych małżeństwach lub tych związkach, które były wbrew wszystkim. Kamienie szlachtę są dowodami miłości, zastawem lub pamiątką. Elementem stroju utrwalanym na portretach (niestety w książce czarno-białych), symbolem władzy lub znakiem pamięci. Częścią inwestycji, która czasem przepada bez wieści. 

Szczególnie intrygujący był niemal sensacyjny rozdział o aferze naszyjnikowej i całej intrydze, która pomogła wywindować do zaszczytów zwykłą pannę, a oferowany Marii Antoninie naszyjnik był jednym z kamyczków w ogrodzie rewolucji.
Ana Trigo świetnie łączy fakty, daty i historyczne opisy z ciekawostkami dot. samych kamieni i jubilerskiego rzemiosła. A klejnoty są tu punktem łączącym fakty, ludzi i ich emocje.
Czasem w muzeach przewodnicy rzucają: gdyby te eksponaty mogły mówić. Klejnotów zamknięte w Luwrze, Tower, Smithsonian Institution, skrywane w prywatnych, nieznanych nam sejfach, dzięki tej książce właśnie zyskały głos.
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.  

Ana Trigo. "Przeklęte klejnoty. Opowieść o miłości, zdradzie i chciwości". Przeł. Ewa Ratajczyk. Wyd. Znak. Kraków 2026 

środa, 3 września 2025

"Lato z Baudelaire'm" przygoda z poetą kontrastów

 

Jak mówić o literaturze, by zaciekawiać i sprowokować do myślenia, ale nie nużyć? 


Antoine Compagnon znalazł sposób. Zbiór pogadanek czy raczej miniesejów o różnych wątkach życia i twórczości autora "Kwiatów zła". Nie jest to raczej rzecz dla tych, którzy nigdy o poecie nie słyszeli, bo wtedy można czuć przesyt informacji (tym bardziej, że Compagnon żongluje nazwiskami francuskiej literatury i sztuki), ale dla tych, którzy coś czytali, ale wiedzą jest raczej podstawowa książka będzie świetną podróżą do świata Baudelaire'a. To, na co autor kładzie nacisk to odejście od stereotypu poety wyklętego i pokazuje jak różne elementy (czasem, że sobą sprzeczne) znajdziemy u autora "Padliny". Osądzany i kontrowersyjny, ale ceniony i uznany za najlepszego francuskiego poetę. Z jednej strony z pociągiem do łamania tabu, ale mimo wszystko z klasyczną formą. Z jednej strony złośliwy i hardy, z drugiej o bardzo lirycznych nutach. Rewolucjonista, który traci zaufanie do ludu. 
 
Autor "Lata..." nie tłumaczy swojego bohatera, nie robi nic, by czytelnik go polubił (wiele poglądów chociażby o kobietach to polubienie skutecznie utrudnia), ale robi wiele, by zrozumiał. Bo w tych opowieściach, pełnych odniesień do innych twórców (z czasów Baudelaire'a i późniejszych, są Hugo, Manet, Proust, Sartre), postaci historycznych i szkół literackich jest bardzo słyszany głos poety. Ten głos, przemawiający w cytatach z wierszy, prozy i listów, wyodrębniony nawet graficznie przez inny kolor druku nie jest tylko przykładem do stawianej tezy. Jest okazją dla czytelnika do lepszego poznania twórczości pisarza. 
 
"Lato z Baudelaire'm" było świetną przygodą! Jest w tej książce mnóstwo bardzo ciekawych zdań m.in. o tym, jak poeta widział schyłek sztuki w jej zachłyśnięciu się postępem technicznym lub że to, co piękne zawsze jest smutne, bo "cechy Piękna (o którym pisze, że jest "żarliwe i smutne) to żal i tajemnica."

Autor traktuje czytelnika jak partnera w opowieści, w której dzieli się wiedzą, ale też swoimi wątpliwościami i refleksjami. Nie ma tu upraszczania i chodzenia na skróty, nie ma (co częste w tekstach bardziej analitycznych) niewiele wnoszących dygresji. Jest myśl, cytat, ciekawa opowieść i szacunek dla tego, o kim opowiada i komu opowiada. Dla mnie świetna forma dla takiej literackiej przygody!

 Za książkę dziękuję Wydawnictwu. 

Antoine Compagnon  "Lato z Baudelaire'm". Przeł. Jan Maria Kłoczkowski. Wydawnictwo Noir sur Blanc. Warszawa 2025. 

środa, 10 lipca 2024

"Poczta literacka" wskazówki mimochodem


 Dziś, gdy ktoś chce się dowiedzieć co ludzie sądzą o jego wierszu może go wrzucić do internetu (niewykluczone, że dostanie setki komentarzy, które nie będą odnosicie walorów literackich). Kiedyś można było swoje próby wysyłać od "Życia literackiego". I liczyć na opinie redakcji.

 "Poczta literacka, czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem" to właśnie zbiór odpowiedzi pisanych przez Wisławę Szymborską tym, którzy zdecydowali się otworzyć swoje szuflady przed krytycznym okiem redakcji.  Ktoś może pytać co nam, tyle lat po działaniach Poczty literackiej, po zestawie odpowiedzi ( nawet bez tekstów, którym poświecono wierszówkę). Lata minęły, po co to wznawiać? Ano po to, że jednak w świecie literatury wiele pozostało niezmienne. Owszem, dziś poeci piszą o  smsach,  a użycie słów, które szokowały np. w poezji Bursy nie robią wrażenia, ale w kwestii zasad nie zmienia się wiele. I właśnie o zasadach pisze Szymborska. Czasem złośliwe, czasem ironicznie, czasem z żywą aprobatą wypowiada się o wierszach, których my nie znamy. Ale paradoksalnie- to nic nie szkodzi. 

Zawarte w tych dość krótkich opiniach  sformułowania są wskazówkami dla każdego, kto pisze. I kto czyta, bo  zwracając uwagę na elementy techniczne pisania, Szymborska daje też kurs czytania i analizy. Albo widzenia literackich szwów. Jest o błędach młodości , do których przyszła noblistka sama się przyznaje, o rozchodzących się wątkach i rymach kosztem sensu. O zbytniej górnolotności i potrzebie zachowania „równowagi ducha”, o tematach, które gdy zbierze się te największe w jednym wierszu, raczej nie dadzą dobrego utworu.  O tym, że siłą literatury jest zaskoczenie, niespodzianka.  Jest lekko, zabawnie, czasem złośliwe. O warsztacie i idei. A żeby nie było tak poważnie ostrze swoich komentarzy Szymborska wbija też klasykom np. pewnemu Williamowi z Londynu (który jest na bakier z historią Danii) czy Stefanowi Ż.

 Do Poczty wysyłano wiersze i opowiadania, zatem mamy tu zdania o krótkich formach prozatorskich: „Prawdziwa literatura zaczyna się dopiero wtedy, kiedy żywe postacie intrygują bardziej od tajemniczych zwłok”.  I poezji „W każdym wierszu chodzi przecież o wrażenie, że te właśnie, a nie inne słowa od wieków czekały, żeby się ze sobą spotkać i zrosnąć w całość jedyną, już nie do rozerwania”.  Jest też o  byciu człowiekiem słowa pisanego, które rozumiane jest tu jako rodzaj posłannictwa i misji (choć przy docenieniu warsztatu) „Poezja nie jest dla nich (poetów „z urodzenia”) rekreacją i ucieczką od życia, ale  samym życiem”. 

W jednej z odpowiedzi Szymborska pisze „Prawdziwy talent, owszem, wymaga, zwłaszcza na początku, wskazówek i pouczeń. Ale nauka ta musi mu przychodzić łatwo jakby mimochodem.” I właśnie takimi wskazówkami mimochodem, dla tych, którzy piszą i tych, którzy czytają jest „Poczta literacka”. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu, współpraca barterowa. 

 Wisława Szymborska.  "Poczta literacka, czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem". Wyd. Znak. Kraków 2024.

 

niedziela, 30 lipca 2023

"Pamiatkowe rupiecie". O Szymborskiej raz jeszcze


 

Co jest najważniejsze w biografii? Fakty, anegdoty, źródła, szerokość spojrzenia? Poczucie bycia blisko opisywanego bohatera? 

Lubię biografie, które łączą człowieka i dzieło (bo ze względu na dzieło chcę poznać twórcę). Lubię biografie, w których znać szelest archiwów i trzask wyłączanego dyktafonu. Rzeczą niezwykłą jest, gdy piszący spotyka się z tym, o którym pisze. I potem, przez lata i kolejne wydania, uzupełnia biografię. Tak jest w przypadku „Pamiątkowych rupieci”. 

 

Nie da się krótkiej notce zawrzeć wszystkich aspektów książki, która po prostu trafia w mój wzorzec biografii: łączącej fakty, zdjęcia, listy, rozmowy, myśli zebrane i analizy, z cytatami z twórczości. Tym bardziej, gdy bohaterka biografii, czyli Szymborska, podkreślała, że to, co chce o sobie powiedzieć przekazuje w wierszach i rzadko mówiła o sobie i udzielała wywiadów.  Anna Bikont i Joanna Szczęsna, trochę wbrew Szymborskiej, która była zwolenniczką czytania dzieła w oderwaniu od biografii, włączają w swoją opowieść fragmenty wierszy noblistki i kilka utworów innych osób. I moim zdaniem wychodzi to całości na dobre. Bo jednak życie odbija się w tekście.   

 

Książka z jednej strony poukładana, chronologiczna, wynikowa i faktograficzna.  Z drugiej pokazująca emocje; człowieka, kobietę, pisarkę.  Rozdziały osadzone w historii (dzieje rodziny, początki twórczości i wiersze socrealizmu, transformacja, Nobel), przeplatane są tymi o wyjątkowych znajomościach (Barańczak, Miłosz) i miłościach (Włodek, Gawlik, Filipowicz), o ważnych i mniej poważnych aspektach literatury-  domu przy Krupniczej, grach literackich, przekładach (świetny rozdział o tłumaczeniu poezji, która jest znaczeniem, brzmieniem i kontekstem słowa i dlatego czasem bywa przepisywana, a czasem nieprzekładalna). Książka prezentująca to, co zapisane i to, co niechwytne, a wynikające z relacji, rozmów, opowieści, atmosfery.  Oparta na listach, artykułach, teczkach (ta bibliografia i przypisy!) , ale  i wspomnieniach tych, którzy dziś już też są legendami kultury–Lipska, Krynicki, Latawiec, Musierowicz, Balbus.  I, co równie ważne, książka napisana tak, że czyta się doskonale.  

 

Szymborska pisała, że jest w niej „zachwyt i rozpacz”.  To jest też w „Rupieciach”. Jest też powaga i ironia, dowcip i refleksja, lekkość oraz artystyczna świadomość, kształtująca się przez lata. Chyba mogę zaryzykować, że w „Rupieciach” jest wielowymiarowa Szymborska (choć jeszcze ze swoimi, należnymi każdemu człowiekowi, tajemnicami). A to, paradoksalnie, nie jest oczywiste w biografii.    


O wierszach Szymborskiej moje  słów kilka 

 

Z książkę dziękuję wydawnictwu, współpraca barterowa. 

 

 Anna Bikont, Joanna Szczęsna. "Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej". Wyd. Agora. Warszawa 2023.   

 


środa, 23 marca 2022

"Niezwykłe. 366 kobiet, które zmieniły bieg historii". Kobiety na każdy dzień.


Najbardziej inspirująca kobieta to...?

Artystki, działaczki społeczne i polityczne, władczynie, lekarki, poetki, noblistki, mistyczki, podróżniczki, matematyczki, kosmonautki... Kobiety sprzed wieków i te, które żyją, kobiety z różnych epok i wielu miejsc świata.

Książka jest pokłosiem internetowego kalendarza, który każdego dnia roku wspominał jakąś kobietę. Z racji swojego Twitterowego pochodzenia nie należy się spodziewać, że biografie zawarte w książce będą wielowątkowe. To typowe notki, które dają pojęcie o postaci i mogą także zachęcić do lepszego i szerszego ich poznania.

Siłą rzeczy wybór przedstawionych tu kobiet jest subiektywny, a zmienienie losów świata- różnie pojmowane. Autorki musiały podjąć się wyboru kryteriów owej zmiany i na moje oko były to przede wszystkim kryteria społeczne. Jest (bezdyskusyjnie świetna) Leontyne Price opisana m.in. jako pierwsza Afroamerykanka, która zainaugurowała sezon w MET, nie ma Marii Callas, która bywa jednym z pierwszych operowych (i popkulturowych) skojarzeń. Dla mnie wielką nieobecną jest Agatha Christie, bo jej książki od stu lat są punktem odniesienia i kamieniem milowym literatury kryminalnej.

Wśród pań z różnych epok i stron świata widać te, której działały na rzecz poprawy losów kobiet- dostępu do edukacji, pracy, prawa głosu, przeciwdziałania przemocy. Taki kobiecy krąg, rozciągający się przez lata i kontynenty na rzecz lepszego życia tych, które są tu i teraz i tych, które przyjdą potem. Ta kobieca, szeroka perspektywa jest kolejnym elementem determinującym wybór autorek. Przeglądając książkę można utwierdzić się w przekonaniu, że nie ma dziedziny życia pozbawionej kobiecego wpływu-sztuka, nauka, polityka, religia, gospodarka, moda, myśl społeczna i prawodawcza, wszędzie były i są kobiety. Działały w cieniu jak Maria Kaczyńska i na pierwszej linii jak Katarzyna Wielka (nazwanie "osiągnięciem jej życia przyłączenia części Polski i Ukrainy", którego konsekwencją był rozrost imperium to jasny sygnał, że historię- jak i herstorię- tworzą wygrani, a reszcie zostaje gloria victis).

Książka to mocna dawka wiary w kobiecą mądrość, empatię, siłę i determinację. To też sam w sobie produkt kobiecej współpracy, bo kobiety książkę napisały, w Polsce kobiety przetłumaczyły, zredagowały. Aż chce się zanucić-być kobietą, być kobietą! Tym bardziej, że te "występne i zdradzieckie" też się w publikacji znajdą!

 Jo Bell, Tania Hershman, Ailsa Holland. "Niezwykłe. 366 kobiet, które zmieniły bieg historii". Przeł. Małgorzata Bortnowska, Hanna de Broekere. Wyd. Znak Koncept. Kraków 2022. 

 













 

 

piątek, 3 grudnia 2021

"Design saszetki z cukrem" kryształy marketingu


Słodzicie?
Czy ktoś spojrzał na saszetkę z cukrem jako na coś innego niż tylko porcję słodyczy?
Z mojej pierwszej zagranicznej wycieczki (Włochy 2000)przywiozłam cukier w kostkach w opakowaniach z symbolami Wielkiej Brytanii. Z Paryża: saszetkę z rysunkiem Sacre Coeur. Ze Lwowa- cukier z napisem cyrylicą. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że po latach przeczytam książkę, która opakowanie cukru traktuje jako element historii kultury i bardzo ważny nośnik reklamy.

Autorzy opisują historię cukru i cukrownictwa, piszą o powstaniu saszetek z cukrem oraz o tym, jak porcjowany cukier może zmienić świat kawiarni (ze szczególnym uwzględnieniem tych na Bałkanach, ale też wspomnieniem globalnych sieciówek). Ich opowieść  to nie tylko fakty, nazwiska i analizy marketingowe, bo przecież opakowanie cukru może nieść mnóstwo komunikatów, z których ten o zawartości cukru w cukrze wcale nie jest najważniejszy. To też snująca się szeroko humanistyczna gawęda podparta nawiązanymi do literatury, filozofii, tradycji i kultury (znów z mocnym bałkańskim kierunkiem). To opowieść o pozornie nieznaczącej rzeczy, która zmieniła losy może nie tyle ludzkości, co konkretnych ludzi, a używana jest przez miliony.

Można rzec, że historia cukrowych torebek znika, bo tony papierków po cukrze nie mają ekologicznej racji bytu. Ale właśnie teraz opowieść toczy się dalej, bo przez pandemię zmienia się rzeczywistość (autorzy napisali książkę, gdy hasło "bezpieczeństwo sanitarne" nie było tak powszechne).

Podtytuł-o komunikowaniu się z rzeczami to sedno tej publikacji. Komunikacji wprost-przez design, logo, hasła, ale też z ukrytą intencją. Komunikacji nastawionej na chwilowy, pozornie bezrefleksyjny kontakt, ale jednak bardzo powszechnej. Komunikacji, którą teraz bardziej świadomie będę czytać, bo mogę się domyślać ile treści za nią stoi. Bo tak, jak w teorii literatury funkcjonuje czytelnik wirtualny, w lot łapiący intencje autora, tak i w reklamie marzy się o kimś, kto pojmie zamysł twórcy i poświęci chwilę saszetce z cukrem (i książce o niej). Nawet jeśli wirtualny czytelnik, tak jak ja, nie słodzi.

Aleksander W. Mikołajczak, Patryk Borowiak. "Design saszetki z cukrem. O komunikowaniu się z rzeczami". Wydawnictwo Naukowe UAM. Poznań  2021.

sobota, 22 maja 2021

"Lady Almina i prawdziwe Downton Abbey" filmowy życiorys prawdziwej hrabiny


Bardzo lubię serial "Downton Abby"- ma świetnych bohaterów, precyzyjny scenariusz i fantastyczne plenery.   Serialowy zamek to w rzeczywistości  Highclere w Hampshire, a historia jego mieszkańców była inspiracją dla twórców  serialu.

Książka ósmej hrabiny Fiony Carnarvon to opowieść o jej niezwykłej poprzedniczce, Alminie Herbert hrabinie Carnarvon, kobiecie o naprawdę filmowym życiorysie.  Nieślubna córka Alfreda Rothschilda  mając 19 lat wyszła za maż za arystokratę, pozwalając by fortuna wyciszyła jej pochodzenie.  Wiodła życie szczęśliwej żony, matki i pani  posiadłości, w której odbywały się bale na tysiąc gości, a wykwintne przyjęcia dla koronowanych głów kosztowały kilkakrotność rocznych zarobków służby.  Wielka wojna zmusiła Alminę do zmiany  trybu życia- z jej inicjatywy w zamku powstał szpital, a hrabina była bardzo zaangażowana nie tylko w opiekę na przebywającymi tam żołnierzami, ale także służyła radą i wsparciem innym inicjatywom medycznym.  Powrót do splendoru i przyjęć po wojnie na chwilę zatrzymała hiszpanka, na która zapadła. Almina była też wierną towarzyszką swego męża, pasjonata wykopalisk i wynalazków. Piąty earl był nie tylko wielbicielem nowinek technicznych, jednym z pierwszych właścicieli samochodów, ale także to właśnie on był jednym z odkrywców grobowca Tutenchamona, a niespodziewana śmierć stała się przyczynkiem do powstania legendy o klątwie faraonów. 

Książka pisana jest przez kolejną hrabinę, więc jest pełna sympatii i podziwu. Almina jawi się jako kobieta przedsiębiorcza, pełna pasji, żywo zaangażowana w sprawy społeczne, chwilami nawet polityczne.  To, że nie radziła sobie z gospodarowaniem finansami i uwielbiała wydawać pieniądze, autorka nazywa po prostu niefrasobliwością.  Historia Alminy to też o opowieść o zmieniających się czasach i zwyczajach. Zaczynamy w epoce wiktoriańskiej, potem edwardiańska, I wojna i nowy porządek po latach, które zmieniły nie tylko wyspy, ale cały świat.  Czytając książkę poznajmy zasady funkcjonowania wielkich majątków, które (mając m.in. mleczarnie i tartaki) zapełniały pracę i utrzymanie setkom mieszkańców i służby domowej.  Dowiadujemy się też, jakie zmiany czekały arystokrację i ziemiaństwo po 1919 roku, gdy podatki  pochłaniały 60% dochodów majątku.  Książka to też zapis zasad i układów ówczesnego życia,  dowiedziałam się np., że dzieci miały być tak niewidoczne, że poruszały się schodami dla służby.    Książka jasno pokazuje też, jaki status miały wdowy i jak dbałość o interesy i zachowania ciągłości hierarchii w rodzie wpływały na  życie tych, które traciły  wpływy.

W publikacji wiele jest faktów, nazwisk, dat, co pozwala czytać ją jako książkę typowo historyczną i biograficzną. Jest też sporo ciekawostek, dzięki którym  zyskuje lekkość rodzinnej gawędy i trudno by było inaczej, wszak o piątek hrabinie pisze obecna, ósma hrabina.

 Tamten świat odszedł. Nie da się powiedzieć czy był lepszy czy gorszy. Był inny. Dla uświadomienia sobie tych różnic warto książkę przeczytać, a ci, którzy znają serial mogą odnaleźć smaczkki jak choćby duchowny nazwiskiem Bates, który utyka!

Fiona Carnarwon. "Lady Almina i prawdziwe Downton Abbey". Przeł.Jerzy Łoziński. Wydawnictwo Zysk i spółka. Poznań 2019.

  

środa, 7 kwietnia 2021

"Szalona miłość" o operze bez fraka

 

"-Lubisz operę?-Nie! -A słyszałeś jakąś? -Nie!"
Ile razy byłam świadkiem takiego dialogu... Wokół opery narosło wiele mitów żartów i historii o primadonnach-rotundach i widowni, która w znudzeniu patrzy na zegarek, myśląc że to już koniec, a minął zaledwie kwadrans. 
Dla przeciwwagi potrzebne są publikacje pokazujące operę jako  sztukę, posiadającą swój kod i zasady, ale potrafiącą  zagarnąć widza i słuchacza.  To trochę jak z językiem obcym- nie muszę wiedzieć, co znaczą poszczególne słowa po francusku, ale  czuję, że podoba mi się jego melodia.  
 
Vivien Schweitzer w „Szalonej miłości” robi to, co obiecuje w podtytule- wprowadza,  pokazuje złożoność  (czasem też absurd) machiny operowej i jej historię. Dynamicznym tempem zmierza od Cameraty Florenckiej, przez barokowych mistrzów, przez Mozarta, Verdiego i Wagnera, po werystów, zahaczając o operę francuską i rosyjską, kończąc na operze  współczesnej (i to naprawę współczesnej, a nie tylko Szostakowicz i  Strauss).  Nie ma przesytu nazwisk i dat (ja bym nawet kilka dat dodała), ale pojawiają się ci najwięksi.  Warto docenić też wzmianki o współczesnych gwiazdach operowych (dzielimy z autorką zachwyt nad Peterem Matteim), a także głos w sprawie teatru reżyserskiego oraz modyfikacji i reinterpretacji  utworów.  Autorka w przystępnym dziennikarskim stylu przybliża historię rozwoju gatunku oraz libretta i charakterystykę muzyczną najważniejszych dzieł.  Używane przez nią terminy muzyczne są wyjaśniane prosto, a cała narracja nie ma w sobie nic z górnolotnego stylu i pretensjonalności. Pisząc o operze nie robi z niej sztuki dla wybranych, porównuje ze współczesnym showbiznesem i obecnymi realiami  (kolejne części Ringu jaki sezony na Netflixie nowej sagi o Nibelungach-to jeden z wartych rozważenia pomysłów  :)  ).
 Często podkreśla, że opera przez lata była gatunkiem popularnym i  po prostu atrakcyjnym dla widzów.   Jest też zdania, że najgorsze, co może operę spotkać, to gdy będą o niej mówić, jako o elitarnej sztuce, elitarne grupki, broniące innym wstępu. Pełna zgoda!

Są w tej książce pewne nieścisłości, np. Garanča i Berganza to mezzosopranistki, a nie sopranistki, lista podbojów Don Gianniego nie była nacięciami na ramie łóżka, a na otwarcie opery w Kairze grano "Rigoletto", a "Aidę" dopiero po czasie. Z kilkoma sądami autorki mogę się nie zgodzić (np. nie uważam, że aria Figara z IV aktu jest mizoginiczna-autorka lubi to słowo-oraz, że Don Pasquale był zbereźnikiem),  ale nie zmienia to faktu, że książka jest potrzebna.  I właśnie dlatego tak boli mnie jej strona edytorska. Niestety, polski czytelnik dostaje publikację, w której są błędy fleksyjne (przy "Księciowi" serce płacze!), błędy w tłumaczeniu i redakcji ("domy operowe" serio?, Cykl Pierścienia zamiast Pierścień Nibelunga, utrwalanie bezsensownego tytułu "Kawaler srebrnej róży" zamiast "Kawaler z różą" ), w korekcie Norma staje się Norą, słowo „akt” pisane jest zawsze dużą literą, a tytuły polskie są zapisane bez zachowania konsekwencji.   Gdy takie „kwiatki” zdarzają się w wydawanych hurtowo powieściach, kryminałach itp., można spuścić zasłonę milczenia, ale książka z założenia popularnonaukowa jest strzałem w kolano- wydawniczym i popularyzatorskim.  Wielka szkoda! Wiem, że język muzyczny jest specyficzny i na pewne rzeczy należy szczególną wrócić uwagę (np. między "barytonu" a "barytona"jest różnica znaczeniowa).  Ale nie jest to język magiczny.  Pojawia się w recenzjach, internecie, na blogach, dlatego to wydawnicze  zaniedbanie tak mnie smuci.  Idealnie byłoby, gdyby przy całej stronie poświęconej angielskim tłumaczeniom libretta „Wesela Figara” dać przypis o polskim przekładzie Barańczaka, ale to już jest moja fantazja, ale czymś, czego, jako czytelnik, mam prawo wymagać jest książka wydana bez błędów. 

 Życie dopisało ciekawy ciąg dalszy do  książki, w którą  Schweitzer  kończy opisem  oglądanej przez internet retransmisji operowej premiery w 2018. W 2020 roku operowe streamingi stały się oczywistością, oglądanie oper na komputerach i smartfonach jest dostępne dla wszystkich.  Globalność tego zjawiska sprawiła, że ja, skromna mieszkanka miasta w Europie centralnej, miałam szansę obejrzeć znakomitą większość inscenizacji, o których pisze Vivien Schweitzer dzięki transmisjom z MET (bo spora część opisywanych przez nią realizacji to te z Nowego Jorku).

Opera warta jest solidnie przygotowanych opracowań. A przede wszystkim warta słuchania!

Vivien Schweitzer, "Szalona miłość".  przeł. Katarzyna Kozioł-Galvis. Wyd. Czarna Owca. Warszawa 2021.

 



                 



 

środa, 10 marca 2021

"Biblioteka szaleńca"

 

Kiedy byłam mała, bardzo lubiłam przeglądać książki z ciekawostkami. Serie kim oni byli, co, kto i kiedy itp.  mogłam kartkować godzinami, licząc, że coś zapamiętam. Podobne wrażenie towarzyszyło mi przy lekturze „Biblioteki szaleńca”, gdzie to, co zaskakujące, dziwne i niecodzienne wypełnia każda stronę. 

  Książka oprawiona w ludzka skórę, pisane krwią, wydrapana na skrzypcach. Tak mała, że zecerzy stracili wzrok przy składaniu czcionek. Tak wielka, że gdy wyrzucono  przez okno, omal zabiła przechodnia. Biblie bez „nie” w przykazaniu,  dopiski i obrazki dorysowywane na marginesach, literówki w tekstach o sowich (swoich) mężach (ciekawe: polskie swoje i sowie ładnie odpowiadają angielskiemu own i owl ). Najkrótsze wiersze i sztuka teatralna z dwóch kwestii.  Atlasy niezwykłych zwierząt oraz wielkie mistyfikacje. Książki tak grube, że autor musi się na nie wdrapywać po drabinie. Dzieło Szekspira  z XX wieku (pisane przez medium, które jest przekonane, że słyszy głos Williama). Zestaw najbardziej irracjonalnych tytułów. Informacje o autorze, który tak dokładnie opisywał swoją codzienność, że nikt nie jest w stanie czytać jego „pasjonujących” zapisków o tym, co kiedy zjadł na śniadanie.   To wszystko i jeszcze więcej znajdą wielbiciele informacji o książkach i ludziach. Bo o literaturze bez ludzi mówić nie sposób i ta książka jest tego świetnym dowodem.  

„Biblioteka szaleńca” to książka pełna ciekawostek,  zbierająca przeróżne varia i curiosa świata literatury i kultury. Dominują informacje z Europy, ale od czasu do czasy wyprawiamy się do Azji czy na Bliski Wschód.  Plusem publikacji jest mnogość ilustracji, zdjęć i rycin. Pewnym minusem fakt, iż tekst rozdziału bywa niespodziewanie przerywana, bo wchodzą 2 strony obrazków (z przypisami) i trochę traci się wątek. Ale to nie jest książka przeznaczona do typowej  linearnej lektury, a raczej do przeglądania. 

Nie sposób zapamiętać wszystkich dat, nazwisk i informacji, ale na pewno lektura tej książki pozwoli kiedyś, w towarzyskiej rozmowie rzucić, a wiecie, że  w XIX wieku  Portugalczyk, który nie znał angielskiego wydał rozmówki portugalsko-angielskie, albo, że jest książka z żółtego sera...

 

Edward Brooke-Hitching ,Biblioteka szaleńca". Przeł. Juliusz Szczepański. Dom Wydawniczy Rebis. Poznań 2020.

wtorek, 12 maja 2020

"Algorytm Ady"- córka poety, matematyczka

Jestem humanistką. I nie mówię tak dlatego, że nie przepadam za matematyką. Jestem humanistką, bo bardziej interesują mnie słowa niż liczby, historie niż wzory i abstrakcje niż reguły. Ale doskonale wiem, że ścisłe zasady świata są potrzebne i piękne. Choć wolę widzieć np. piękny obraz lub budynek, a nie tylko oceniać jego proporcje. Wiem, że matematyka jest wszędzie. W układzie sonetu, rymach i rytmach poezji. W muzyce. W strukturze dramatu.  Wiem, że na pewnym poziomie matematyka staje się poszukiwaniem rozwiązań wychodzących poza wzory. Nie dotarłam tam nigdy. Czy dlatego, że jestem kobietą? Nie, dlatego, że nigdy mnie tam nie ciągnęło (choć nauczyciel fizyki uważał, że mam bardzo analityczny umysł i wmawiam sobie humanistykę). Dlaczego o tym piszę? Bo dziś nikt nie odważy się powiedzieć, że dziewczyna nie nadaje się na inżyniera. Że politechnika nie jest dla niej, a na wydział matematyki mogła zajść tylko w poszukiwaniu uczelnianego barku. I dziś też warto przypominać postaci kobiet, które działały w obszarze  królowej nauk.

Krążył kiedyś taki mało śmieszny dowcip- "wymień kobietę ważna dla nauki. Ale nie Skłodowską!" Po przeczytaniu tej książki będzie można wymienić przynajmniej trzy Marię Agnesi, Mary Somerville  i Adę Lovelace. Autor biografii James Essinger przypomina postać niezwykłą- kobietę, którą już urodzenie stawiało w wyjątkowym świetle, Ada (po mężu Lovelace) była bowiem córką Lorda Byrona,  ślubną i legalną. I choć z ojcem nie miała kontaktu, to całe życie była  jednak "tą panną Byron". Ważniejszą niż nieco mityczny ojciec była w życiu Ady matka i to jej  dziewczynka zawdzięczała pierwsze lekcje matematyki. Jak wynika z badań biografa, relacja Ady z matka była jedną z silniejszych i wywierających wpływ na całe życie. Kolejnym ważnym, a z punktu widzenia miejsca pani Lovelace w historii: najważniejszym człowiekiem był  Charles Babbage, matematyk, inżynier, pomysłodawca maszyny analitycznej, czyli pierwowzoru komputera. Pracując z nim, a także pomagając w tłumaczeniu i redakcji pism matematycznych Ada wpadła na pomysł, który, jak przekonuje autor, gdyby był zrealizowany, stałby się podwaliną rewolucji informatycznej już w połowie XIX wieku. Lovelace już wtedy wpadała na coś, co jest oczywiste dziś, ale wtedy nie zostało właściwie ocenione- że dane i ich przetwarzanie to osobne sprawy.   I że maszyna może przydać się nie tylko w matematyce, a tego już Babbage zupełnie nie brał pod uwagę. Tymczasem  Ada pisała m.in. o możliwości przetwarzania dźwięków, czyli  o płytach CD, syntezatorach, a nawet programach do komponowania, czyli czymś w rodzaju sztucznej inteligencji. 

Biografia Lovelace to książka popularnonaukowa, opierająca się na kwerendach, korzystająca obficie z listów, przypisów, cytatów. Nie jest opowieścią beletryzowaną jak ta o Hedy Lamarr, ale czyta się całkiem dobrze, choć przyznam, że mechanizmy działania  krosna żakardowego, które było inspiracją do maszyny Babbage'a pozostają dla mnie czarną magią. To książka o kobiecie, której nazwisko wypływa po latach, o kobiece, która wiodła życie matki i żony, która pokazywała się na salonach, rozmawiała z Dickensem, a przy tym poświęcała czas i energię na zainteresowanie tak różne od tych, które oferowała jej epoka. O kobiecie, która czytała dzieła matematyczne i nie przejmowała się opiniami innych. Życie Ady Lovelace, zakończone na skutek śmiertelnego nowotworu , nie było spektakularne, ale było wartościowe.  Wartościowe prywatnie, przez kontakty, przyjaźnie, związki rodzinne, ale także zawodowo, bo coraz głośniej można mówić o jej wpływie na rozwój technologii. I dobrze, że historie niezwykłych kobiet pojawiają się i dzięki książkom trafiają do kolejnych pokoleń.

James Essinger, "Algorytm Ady". Przeł. Jerzy Wołk-Łaniewski. Wydawnictwo Znak. Kraków 2020

niedziela, 7 lipca 2019

"Bałtyk. Historie zza parawanu" zapiaszczone opowieści

Jakiej książki potrzebujemy na wakacje? Lekkiej, łatwej i przyjemnej, Ale też takiej, z której czegoś się dowiemy. Dla tych, którzy czytają za parawanem istotne jest to, żeby rozdziały nie były zbyt długie. I taka jest książka  o naszym wybrzeżu. Autorka w 12 rozdziałach opisała nadmorskie miejscowości, ciekawostki i historie. A że pomorze ma historię niełatwą (kto pamięta tematy na historii związane m.in. ze staraniami Łokietka o odzyskanie Pomorza Gdańskiego i polsko-krzyżackie konflikty o pomorze, ręka do góry!), jest o czym pisać. Mamy tu więc i Słowian na Wolinie, i Kaszubów, i echa wojny z Brandenburgią, i niemiecki Zoppot i Juratę.  A do tego opowieści o rejsach na Batorym, skoczni narciarskiej w... Sopocie, nie aż tak romantycznej jak kiedyś pracy latarnika oraz modzie plażowej i golasach z Chałup. Autorka korzysta ze wcześniejszych opracowań, rozmawia z mieszkańcami, szuka starych zdjęć i grafik, obrazujących np.zalewane w XV wieku Darłowo. Kto szuka ciekawostek, znajdzie je.
 Co mi przeszkadzało, czy raczej utrudniało lekturę tej książki, to brak jakiegoś łatwego do zrozumienia szkieletu. Układ rozdziałów nie jest ani chronologiczny, ani geograficzny (np. od Wolina po Hel lub odwrotnie). Przekrojowe rozdziały o modzie plażowej czy plażowaniu jako takim znajdziemy między tymi o starszej lub młodszej historii nadmorskich miejscowości. Mnie, poznaniance z krwi i kości, jakiś układ i wewnętrzna spójność rozdziałów byłby na rękę.
Dlaczego jednak warto zerknąć na tę książkę? Bo pokazuje ile się o polskim wybrzeżu pisze. Odsyła do prac naukowych, dzięki którym nadmorskie miejscowości nie będą już dla nas tylko kurortami, ale też miastami z historią i tradycją, którą warto poznać, nawet kosztem plażowania. A poza tym, leżąc za parawanem z tą książką można szybko uzmysłowiać sobie, jakie zmiany, (także w obyczajowości), zaszły w minionym wieku. Nie tylko nasz kostium kąpielowy odbiega od "balonów", w których damy jadąc wozem kąpielowym do morza zażywały kąpieli, ale  także plaże są koedukacyjne i nikt nie musi pożyczać dziecka, by odpoczywać z wybranką/wybrankiem serca. Siup za parawan!
 Aleksandra Arendt, "Bałtyk. Historie zza parawanu". Wyd. Poznańskie. Poznań 2018.

wtorek, 29 stycznia 2019

"Ale musicale!", ale książka!

Musical. Przez lata traktowany  (także przez badaczy*) po macoszemu, bo co to jest? Zlepek wypadkowych kultury: trochę  jazzu, trochę  operetki, trochę  literatury, trochę widowiska. Marny materiał na wielkie dysertacje. Ale patrząc na rozwijające się teatry muzyczne,  powstające blogi i fora musicalowe, dziś trzeba być bardzo krótkowzrocznym, aby nie doceniać ekspansji gatunku. Gatunku, który z eklektyzmu zrobił swoją największą wartość.  Bo to właśnie musicalowi bohaterowie śpiewają rap w kostiumach z dawnych epok, zapuszczają się do paryskich oper (i biografii Mozarta),  romansują z filmami i wampirami.   Konwencje musicalu są tak szerokie, że mieści się w nich chyba wszystko, od latających na parasolu  piastunek, przez hippisów  i  wrzuconych na nowojorskie ulice szekspirowskich bohaterów, aż po koty.   To połączanie (w którego skład wchodzi też gigantyczna machina produkcyjna i promocyjna)  zawładnęło światem teatru. Bo gdy operetka umarła śmiercią naturalną wraz ze schyłkiem Austro-Węgier i belle epoque, gdy opera reinterpretuje swoje najwspanialsze dzieła sprzed  przynajmniej stu lat (komponuje się oczywiście nowe opery, ale konia rzędem, albo Ferrari z pełnym bakiem temu, co wskaże który współczesny tytuł będzie tak popularny jak "Traviata", "Carmen" czy "Tosca"), musical jest naturalnym kontynuatorem tradycji teatru muzycznego. Teatru tak chętnie odwiedzanego przez widzów, bo bardzo im bliskiego. Teatru, który poza  reagowaniem na to, co dzieje się w kulturze, sztuce i polityce, ma też swoje tradycje i zaplecze, czego dowodem jest bardzo potrzebna i ważna  publikacja Daniela Wyszogrodzkiego.
Blisko 600 stron  to swoisty leksykon musicalu.  Autor,  w układzie alfabetycznym, zamieścił  teksty o twórcach (kompozytorach, wykonawcach),  musicalach, a także  terminy, dotyczące działalności teatru musicalowego, który dorobił się własnej nomenklatury.  Najciekawsze dla czytelnika są same musicale, ale kto spodziewa się rozbudowanych streszczeń fabuły ten się zawiedzie. Daniel Wyszogrodzki postanowił każdemu z tytułów poświęcić esej dot. genezy utworu, jego  recepcji (także w Polsce), a także wielu ciekawostek, które dotyczą musicalu w jego warstwie literackiej, muzycznej i scenicznej. Wstępem do każdego tekstu jest wyodrębnione graficznie przedstawienie najważniejszych  informacji: dat, obsady, nagród, tytułów najważniejszych piosenek.  Te eseje musicalowe są napisana z olbrzymim znawstwem tematu i świadomością materii, dzięki czemu są fascynującą  podróżą do krainy  do  teatru, muzyki i …pieniądza.  Publikacja Wyszogrodzkiego   jasno pokazuje,  jak wielkim biznesem jest  teatr muzyczny (świadczy o tym już motto książki) i jak wiele  spraw związanych z kasą,  marketingiem i promocją  stoi za sukcesem tytułu.   Czyta się  to fantastycznie, bo autor swoją wiedzę przekazuje w sposób bardzo przystępny, dowcipny i przesiąknięty wielką  pasją i sympatią do gatunku. Dla tych, którzy lubią musical to pozycja obowiązkowa i to z gatunku tych, które powinny być na półce w domu, bo niej jest to tylko książka do przeczytania na raz, ale do wielokrotnego powracania i wertowania. Wspomniany brak streszczeń (jest coś w rodzaju rysy fabularnego) może być minusem dla tych, którzy po tę książką sięgną przede wszystkim po to, by dokładnie dowiedzieć się o czym są najsłynniejsze musicale. Ale jest wielka szansa, że czytając eseje i różnorodne zestawienia  zostaną porwani przez czar teatru muzycznego, a brak fabularnych szczegółów wynagrodzi im szeroki kontekst poszczególnych tytułów**.

Niewątpliwym plusem publikacji Wyszogrodzkiego jest  mówienie i o hitach gatunku, i nowych premierach. Nie można mówić o musicalu bez "Statku komediantów", "Skrzypka na dachu" czy "Kotów", ale nie można zrozumieć jego rozwoju bez choćby "Hamiltona" czy "Króla lwa". Wyszogrodzki wiele miejsca poświęca współczesnym musicalom i to świadczy o tym, jaką przyszłość ma ten rodzaj teatru.  Gdy czytamy książkę  "Przetańczyć całą noc" z 1979 roku (którą można trochę porównać  do "Ale musicale!", bo jej autor, Antoni Marianowicz, też był fanem, znawcą i tłumaczem musicali, a jego książka ma dość podobny układ i popularny charakter)  dowiadujemy się, że w musicalu nie dzieje się  zbyt wiele, ale jest nadzieja w postaci młodego Andrew Lloyda Webbera... I to już pokazuje jak bardzo zmienił się gatunek i że kolejne publikacje na jego temat, zwłaszcza tak dobrze napisane, są stale potrzebne.  A swoja drogą ciekawe, co i kto napisze z kolejne 40 lat… I czy w tym zestawieniu pojawi się  więcej polskich tytułów, bo  dziś musical nad Wisłą to nie tylko "Metro", ale  "Polita", "Piloci" i cały teatr Wojciecha Kościelniaka.  A co będzie dalej?  To przyszłość.  Teraźniejszość wygląda tak, że  "Ale musicale!" to niezbędnik. I nie tylko  dla widzów serialu "Glee" i  wyczekujących w każdą  środę nowych piosenek Studia Accantus, bo Wyszogrodzki twierdzi, ze musical to doskonały początek dla innych teatralnych i muzycznych przygód. Nie sposób się z nim nie zgodzić!

Daniel Wyszogrodzki, "Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018". Wyd. Marginesy. Warszawa  2018

* Gdy ponad dekadę temu mówiłam znajomym, że piszę pracę magisterską o "Upiorze w operze" i musicalu, jedni patrzyli na mnie z politowaniem/wyższością, drudzy z autentycznym smutkiem stwierdzali, że będzie trudno, bo chyba brakuje opracowań na ten temat. Faktycznie, nie było tego dużo.

**Idealnym układem jest dla mnie ten zaproponowany przez Piotra Kamińskiego w  "Tysiąc i jednej operze", czyli najpierw biografia kompozytora, potem chronologicznie ułożone dzieła, a w obrębie każdego tytułu informacje o premierze, pierwszej obsadzie, potem treść, historia i komentarz oraz wybrana dyskografia.  Ale praca Kamińskiego to dwa opasłe tomiszcza, które (mimo fantastycznego i dowcipnego stylu autora) trudno nazwać książką na dobry początek przygody z teatrem muzycznym.  

niedziela, 26 listopada 2017

"Iłła" opowieść i osobowość



Powiedzieć, że Iłłakowiczówna była niezwykłą osobowością to banał. Ale jak inaczej nazwać kogoś, kogo długie życie przypadło na zmiany nie tylko histeryczne,  polityczne i obyczajowe, ale także kolejne epoki artystyczne. Jak inaczej  nazwać osobę, która choć była ceniona przez wielu krytyków i pisarzy oraz odznaczana wieloma nagrodami literackimi, uważała się przede wszystkim za urzędniczkę? I jak inaczej mówić o kimś, kto w swoim życiu był bywalczynią międzynawowych rautów i  emigrantką skazana na łaskę obcokrajowców.  Jak wreszcie mówić o kobiecie, która uznała, że małżeństwo i macierzyństwo nie jest jej drogą i świadomie wybrała życie w pojedynkę w czasach, gdy rola kobiet w dużej mierze sprowadzana była do żony i matki.

  Książka Joanny Kuciel-Frydryszak  to historia pokazująca długie życie i złożona osobowość Iłły. Spotkamy tu i siostrę miłosierdzia z frontu wielkiej wojny  i  damę, która odbywała podróż po Europie, wygłaszając odczyty o marszałku Piłsudskim, mającą w torebce kwiat, gdyby kreacja wymagała szybkiej transformacji. Spotkamy też autorkę prowadzącą spory z redaktorami, albo  autorkę będącą  adresatką  polemiki młodego poznańskiego polonisty (Barańczak się nazywał…). Jest młoda poetka debiutująca "Jabłoniami", jest autorka uznana, czytana przez Żeromskiego i Tuwima, jest tłumaczka złoszcząca się na Annę Karenin (nie Kareninę!), jest wreszcie staruszka, która w swoim mieszkaniu przy ul. Gajowej przyjmuje doktorat honoris causa uniwersytetu w Poznaniu.   W tle opowieści pojawia się Wilno, Petersburg, Warszaw, Gruzja, Poznań… Przemykają  Piłsudski, Pawlikowska-Jasnorzewska, Wierzyński,  Kulmowa.  

  Kuciel-Frydryszak odmalowuje zmieniające się realia i świat, który ciągle się przekształca, a Iłła musi się przystosować. Autorka książki mówiła na spotkaniu autorskim w Bibliotece Raczyńskich, że bardzo ceni pokorę pisarki- rzeczywiście, w opowieści poznajemy dziewczynę, pannę, kobietę, która potrafi się dostosować do tego, co ją otacza i znosić wszelkie niedogodności  losu bez „packania się” ze sobą.   I choć to podejście do życia mogło być powodem odbierania Iłły jako kobiety zbyt pryncypalnej, szorstkiej i  zdystansowanej, na pewno pomogło jej w przetrwania tylu historycznych i politycznych zawirowań. A Iłła jest bez wątpienia osobowością wartą poznania. Książka Joanny Kuciel-Frydryszak może być ciekawą lekturą i dla tych, którzy Iłłę chcą poznać i dla tych, którzy znają jej życie i twórczość. Autorka nadaje książce podtytuł "Opowieść o Kazimirze Iłłakowiczównie" i rzeczywiście narracja snuje się wartko, a biografię czyta się momentami jak powieść. Kuciel-Frydruszak ma niewątpliwy talent narracyjny i umiejętność łączenia swojej opowieści z materiałami źródłowym  (listy, rozmowy, cytat) i utworami samej Iłłakowiczówny. I to połączanie mnie najbardziej urzekło- choć dziś próbuje się tworzyć biografie artystów w oderwaniu od ich dzieła, jest to dla mnie sztuczne i pozbawione sensu. Tu Iłłakowiczówna funkcjonuje jako osoba, postać historyczna, ale także pisarka i  te momenty, gdy mówi za nią jej poezja, doskonale wybrzmiewają w całej historii.  Dzięki temu opowieść jest pełna.  Kuciel-Frydryszak zasługuje na pochwałę także za rzetelność swojej książki- bibliografia może stanowić punkt wyjścia do kolejnych etapów lekturowych przygód z Iłłą. Poza tym, choć w życiu Iłłakowiczówny jest kilka wątków nie tyle skandalicznych, co tajemniczych, autorka książki nie bawi się w dziennikarza tropiącego sensację i nie wysnuwa zbyt daleko idących wniosków, na które nie ma dowodów.  "Iłła" to opowieść biograficzna, jakie chce się czytać- dobrze napisana, pełna faktów, cytatów i wątków historycznych. Taka, na jaką Iłłakowiczówna zasługuje.


Joanny Kuciel-Frydryszak, "Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie."  Wyd. Marginesy. Warszawa 2017.