Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyczne inspiracje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyczne inspiracje. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 lutego 2026

"Chopin." z fortepianem i panią Sand

 On. Ona. Ona. 

 Chopin. George Sand. Muzyka. 
 
 I wszyscy niejednoznaczni.  Chopin: poeta fortepianu, emigrant i gruźlik, ale także nauczyciel i kompozytor dbający o apanaże za swoje utwory.  Sand: "kobieta z przeszłością", która zaczyna uwielbiać artystę, a potem staje się jego opiekunką, pisze po nocach by zarobić na życie i jako matka po części godzi się na zasady, z którymi wcześniej walczyła.  Piszą o sobie i swojej sztuce w listach do innych (jakie źródło wiedzy tracimy zaprzestając korespondencji!). Relacje o ich ostatnim spotkaniu są diametralnie różne.  On rusza na Wyspy Brytyjskie, świadomy pogłębiającej się choroby i momentami zmęczony opieką Jane Stirlig, dzięki której więcej o nim wiemy.   Umiera, nakazując zniszczyć swoje papiery, czego nie robi (na szczęście) jego siostra.
I jest ona: muzyka! Nazwana przez angielskich krytyków "wzruszającą i niezrozumiałą". I  tu zaczyna się najważniejsza myśl, z którą zastawiła mnie książka Walkera.
 
Jaka byłaby muzyka bez Chopina?  Znamy go od dziecka, jest naszą klasyką, muzyczną oczywistością.  Bo przecież nikt nie słucha muzyki chronologicznie, przyglądając się jej zmianom. Dlatego tak trudno jest, zwłaszcza zwykłemu słuchaczowi, nazwać i docenić to, co Chopin zmienił, przełamywał, co zaskakiwało jemu współczesnych, co salon i krytyka uznawały za dziwne, a nawet wbrew regułom. Np. "Sonata h-moll": zaskakująca tonacja, wielość motywów (wg niektórych "nadmiar"), i "namiętność finału przekracza granice przyzwoitości".  Pozycja Walkera pozwala stanąć w czasach Chopina i poczuć oddech jego świata.  Autor pisze o recepcji dzieł, zwraca uwagę na późniejsze praktyki wykonawcze i robi to tak umiejętnie, że nawet jeśli kwestie pedalizacji były i są dla czytelnika czarną magią, to informacje co Chopin zmienił, zrekonstruował, otworzył w starej formie na nowe, są już jasne i dodają nowe rysy do portretu. 

Walker pisze o muzyku i muzyce, analizuje fakty, materiały, opiera się aktualizowanych źródłach, poprawia przeinaczenia (np. "skandalizujące" listy Chopina do Potockiej). Nie jest to biografia na kolanach, nie jest to biografia zaślepionego fana, to bardzo rzeczowa i wiarygodna pozycja, pełna faktów, ciekawostek, cytatów i odautorskich komentarzy.  Wyłania się z niej Chopin człowiek, Chopin artysta i Chopin pretekst do plotek, przeinaczeń i dziwnych zbiegów okoliczności. I  jest tu świat, w którym Chopin oraz Sand, Liszt, Mickiewicz, Delacroix i Dumas spotykają się by wieść swoje życie, które potem obrasta legendą.
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu!  
 
Alan Walker "Chopin. Biografia. Tom 2: Paryż–Panteon, 1838–1849".  Przeł.  Małgorzata Sokalska.  Wyd. Znak Horyzont.  Kraków2026.   

wtorek, 1 lipca 2025

"Callas, moja rywalka" żyłam sztuka, żyłam zazdrością

 

Carlotta Berlumi była rówieśniczką Callas, śpiewaczką, której kariera nie była możliwa przez nieczyste zagrania Marii.  Tyle tylko, że... nigdy nie istniała! 

Schmitt przedstawia losy fikcyjnej rywalki Callas, snuje historię o życiu nieszczęśliwym, niespełnionym, zakończonym pośmiertnym trumfem tej, w której cieniu bohaterka była cały czas. Parafrazując arię Toski, Carlotta mogła śpiewać: żyłam sztuką, żyłam zazdrością.  

Autor gra stereotypami: primadonna jest kapryśna i egocentryczna; garderobiana plotkuje, a krytyk stawia kontrowersyjne tezy tylko po to, by mówiono o jego artykułach. Na 125 stronach takie uproszczenie nie nie wadzi, bo szybko poznajemy świat, w który wchodzimy i w tym momencie zaczynają grać bardziej subtelne tony. 
Gra historia kobiety przekonanej o własnej wyjątkowości, która nie widzi zmieniającego się świata i winą za niepowodzenia obarcza osoby trzecie.  Carlotta Berlumi mogła ćwiczyć, mieć pomysł na siebie, być konsekwentna, ale o ile prościej odpowiedzialność za brak spektakularnej kariery zrzucić na Marię, wyzywać ją od fatalnych śpiewaczek i nawet śmierć rywalki traktować jako widowisko. Jednak i w niej pojawi się pęknięcie, gdy zobaczy Callas na scenie. Czy doceni? Berlumi to typowa diva, która starzejąc się lekko skręca w stronę Normy Desmont, czekającej całe życie na to, by ją ktoś rozpoznał, zwłaszcza, gdy stoi na własnym bulwarze zachodzącego słońca.
 
Historia Schmitta nie jest opowieścią o Callas, ale autor pięknie ukazuje na czym polegało nowatorstwo Greczynki w świecie opery. Gdy Carlotta burzy się, że opera przestaje być świętem wirtuozowskiej koloratury, śpiewanej zawsze tak samo i w tych samach kostiumach, Maria budzi w słuchaczach emocje, współczucie i zachwyt, prezentując postać, a nie tylko nuty. Jeśli ktoś nie interesował się nigdy operą i tym, kim była dla niej Callas, Schmitt tłumaczy jej fenomen z wyczuciem i lekkością.Czy znajomość biografii Callas  jest ważna w kontekście tej lektury? Na pewno  pozwoli lepiej wyłapać niuanse charakterologiczne Carlotty, ale dla samej fabuły nie jest konieczna.

Emocje, zazdrość, płynne przechodzenie z przeszłości do teraźniejszości, życie wspomnieniami, obsesja. Różne odbiory muzyki i sposoby jej rozumienia. Schmitt pokazuje, że jest specjalistą od krótkich, ale skondensowanych opowieści i kobiecych portretów. Jakaś Carlotta mogła istnieć. Dziś, w świecie socjal mediów jej obsesje mogłyby się karmić szybciej i mocniej. Może właśnie teraz kolejna  Carlotta wini kogoś za swoje nienudne życie... 


 W bonusie dwie uwagi redakcyjne, bo pewnie książka będzie miała wznowienia. Turandot, chińska księżniczka z opery Pucciniego na podstawie baśnie Gozziego była kobietą! Dlatego na s. 43 powinno być: śpiewała "Turandot" (nie "Turandota"!).  Faktem jest, że Callas ze względu na krótkowzroczność liczyła kroki na scenie i obawiała się upadku do kanału orkiestrowego. Kanału, nie fosy jak na s.50 . Chociaż po francusku rzeczywiście mamy fosę (sprawdziłam, poszukując źródła pomyłki).
 
 Za książkę dziękuje wydawnictwu. Współpraca barterowa.   
 
Éric-Emmanuel Schmitt, Callas, moja rywalka. Przeł. Adriana Celińska Wyd. Znak. Literanova. Kraków 2025.  

środa, 12 lutego 2025

"Maria Callas. Primadonna stulecia" primadonna i donna

 

Grecko-amerykańskie korzenie. Głos, który pozwala zaskarbić sobie uwagę matki.  Przemiana brzydkiego kaczątka (wciąż zmagającego  z krótkowzrocznością). Świadomość tego, jak ważne są dobrze dobrane (główne) role. Perfekcjonizm w pracy i  tempo, gdy w tym samym czasie śpiewa się Rossinego i Wagner. Kariera i potrzeba bycia kochaną. Nieszczęście opuszczenia i tracenia Głosu. 

Biografia  Edwards to rzetelna opowieść o bardzo bogatym życiu prywatnym i artystycznym Callas. Wielka i planowana z podziwu godnym uporem kariera łączy się tu z wydarzeniami z życia rodzinnego. Biografka pokazuje jak duży wpływ na późniejszą divę miały jej problemy z matką, kompleksy na punkcie wagi i jak ważne były relacje z publicznością (choć Callas w wywiadach mówiła, że nie czyta recenzji). Widać tu okresy wielkiej pracy, (przygotowania do roli, rozmowy z reżyserami i dyrygentami, które tworzyły fenomen Callas: operowej aktorki, dającej ludziom nie tylko wirtuozerskie popisy, ale emocje i magię). Widać momenty, gdy śpiew schodzi na dalszy plan by Maria mogła poczuć emocje godne swoich bohaterek. I są też chwile rozczarowań (znów bardzo operowe) i próby wykorzystania tych doświadczeń do scenicznych spotkań z Medeą i Toscą. Bo z kart tej opowieści wyłania się obraz artystki, twórczyni, która ożywia operową konwencję. Na drugim planie Visconti, di Stefano, Tebaldi, młodziutka Joan Sutherland (La stupenda i La divina stały na tej samej scenie), Kulisy sztuki, za które wchodzimy, by przekonać się, że to nie jest bajkowa rzeczywistość.

Opowieść o primadonnie uzupełniają opowieści o donnie, kobiecie: jej małżeństwie, romansie z Onasisem, wielu relacjach, które pomagały i pogrążały artystkę. Autorka, choć analizuje plotki i domniemania, a pewne wydarzenia relacjonuje wręcz kalendarzowo, unika sensacji i skandalu.  Jest też bardzo skrupulatna w opisywaniu pracy nad rolą, a opisy teatrów, miast i ról pokazują jak wielkim wysiłkiem, także fizycznym, było trzymanie się na szczycie.

 Callas była kobietą o złożonej osobowości. Doświadczającej wielkich sukcesów i bolesnych upadków.  Osobowością, która choć nie śpiewała wcale długo, stałą się jednym z synonimów opery XX wieku. I o tym mówi Anne Edwards w biografii, którą czyta się jak powieść i która, chociaż znam życie Callas, naprawdę mnie wciągnęła. 

 

 Za książkę dziękuję wydawnictwu.   


 Jeszcze więcej  o Callas 

"Maria Callas boski potwór"  biografia przyjaciela Marii, którego cytuje także Anne Edwards.

"Maria Callas i głos serca" powieść biograficzna 

"Zbyt dumna zbyt krucha"  powieść biograficzna

 

Anne Edwards. "Maria Callas. Primadonna stulecia". Przeł. Mieczysław Godyń. Wyd. Znak. Kraków 2024 (wznowienie) 

wtorek, 14 maja 2024

"Ten cały musical" dla widza i fana

 


Kiedy w 2007 zabierałam się za magisterkę z wątkiem musicalowym,  promotorka, wypuszczając z ust kłęby papierosowego dymu, powiedziała: ale wiesz, że o musicalu się w nas prawie nie pisze? 

Od tej pory minęło trochę czasu, pojawiły się konferencje musicalowe (więc i tomy pokonferencyjne),  monografie, w 2018 wyszły "Ale musicale" Wyszogrodzkiego. W 2023  "Ten cały musical" następna publikacja obowiązkowa do musicalowej biblioteczki. 

Tym, co urzeka w książce Mateusza Borkowskiego, Jacka Mikołajczyka i Marcina Zawady jest połączenie faktograficznej wiedzy z entuzjazmem gawędy. Autorzy znają się na musicalu od strony historycznej i teoretycznej (książkę warto mieć dla samego wstępu z genezą i rozwojem gatunku), ale widać tu praktykę widza, inscenizatora, badacza, a przede wszystkim entuzjazm mówienia o musicalu. Książka jest pokłosiem radiowej audycji, więc "mówienie o musicalu" ma tu wyjątkowe znaczenie. Są zatem i proste streszczenia, i biogramy kompozytorów i artystów, daty i polskie premiery; ale też autorskie komentarze, zakulisowe plotki i kontrowersje. Jest historycznie i współcześnie, amerykańsko, europejsko i polsko.  Czyta się to świetnie,  z rosnącą ochotą by od razu zobaczyć wszystkie tytuły.

Gdyby ktoś się zastanawiał, czy mając na półce "Ale musicale" dokładać jeszcze "Ten cały musical": zdecydowanie tak! Część tytułów się powtarza (i trudno, by było inaczej!), ale są też inne spektakle i twórcy, a przede wszystkim kolejne spojrzenia i komentarze.

Nie ukrywam, że ideałem książki o teatrze muzycznym jest dla mnie "Tysiąc i jedna opera" Piotra Kamińskego (który wspomina też o kilku musicalach). I mam nadzieję, że kiedyś powstanie musicalowa pozycja o podobnej formie: z dokładnym streszczeniem, omówieniem historycznym, komentarzem o słowie, muzyce i wykonaniach. I spisem treści, którego tu brakuje!  Ale zdaję sobie sprawę, że  to gigantyczne wyzwanie, bo musical wciąż się rozwija.

"Cały ten musical" jest świetnym przewodnikiem dla tych, którzy wybierają się do teatru muzycznego po raz pierwszy i chcą szybko, przystępnie i ciekawie dowiedzieć się, o co tym gatunku chodzi. Dla musicalomanów są smaczki, komentarze autorów, zdjęcia i bijący z kartek entuzjazm do musicalu. Bardzo zaraźliwy. A pasja połączona z wiedzą wprawia w ruch ten świat! A przynajmniej powinna.

 

Mateusz Borkowski, Jacek Mikołajczyk i Marcin Zawada, "Ten cały musical". Polskie Wydawnictwo Muzyczne. Warszawa 2023. 


wtorek, 20 czerwca 2023

"Eneida" Dydona walczy i opowiada.


Wierzenia Greków i Rzymian czytałam namiętnie w podstawówce, potem przydały się przy rozpoczęciu przygody z operą barokową. I dzięki Purcellowi poznałam lepiej Dydonę- to dźwięczące w uszach lamentacyjne „Remember me, but ah! forget my fate”, które tyle mówi o bohaterce. Teraz nowe spojrzenie na mit zaproponowała włoska autorka Marilu Oliva.

Najpierw zastanawiałam się, jak z krótkiej historii, można  zrobić całą powieść. I dlaczego polskie wydanie nosi tytuł „Eneida”, skoro Dydona powinna, zgodnie z Wergiliuszem, zginąć  w jednej trzeciej eposu? Autorka w oryginalnym tytule ”Eneida Dydony” sama sprawę spoleruje, więc uwaga, zdradzam główny pomysł.  #spoileralert   Dydona  nie ginie, ale przywdziewa zbroję Eneasza i rusza wypełniać przepowiednię, dowodząc wojskiem i szykując podwaliny pod nowy, wspaniały Rzym. 

Powieść zrodziła się z wątpliwości autorki czy pewna siebie królowa Kartaginy rzeczywiście mogłaby umrzeć z miłości? Tu żyje dalej i podając się ze mężczyznę walczy o przyszłość syna Eneasza, którego pokochała jak własne dziecko (a jednak opuszcza swój lud, czego z kolei ja nie rozumiem).  Na okładce czytamy, że to opowieść o miłości wszech czasów (na ilu okładkach było już to hasło?) Miłości jest tu niewiele, zdrady i rozpaczy z podtytułu jeszcze mniej, jest za to dużo, zgodnie z duchem Wergiliusza , wojny:  najpierw opowieści z Troi, potem  bitew o przyszłość Italii. Wielka historia mężczyzn, zostaje rozpisana na kobiety, bo poza narratorką Dydoną, wydarzenia opowiadają też Junona i Wenus- działając przeciwko sobie, potem już razem.  Dydona, poza męska zbroją,  dostaje też wątpliwości natury duchowej - na początku nie wierzy w wolę i ingerencję bogów (u Wergiliusza przyzywała Junonę i Hekate). Po kolejnych wydarzeniach zaczyna dostrzegać wpływ tych, w których rękach się znalazła (bo choć wydaje się, że Dydona ma siłę sprawczą, mimo wszystko gra toczy się wśród bogiń i to one są  w mojej opinii ważniejsze dla całej historii). Gdzieś tam są jacyś ludzie, jacyś faceci, jakieś Fatum, ale rozgrywającymi są już kobiety.

Jak pisać o tym, co tak bardzo przeszłe, tak wiele razy i w tylu kodach, opowiadane? Tu wybrano ton archaizacji i przyznam, że ten język do mnie nie trafił. Brzmiał sztucznie, a całość- samą w sobie i tak niezbyt emocjonalną i pozbawioną  głębszego spojrzenia w postać, postawił w izolacji. I choć doceniam pokazanie kobiecej perspektywy, to jeśli ktoś zapyta o najbliższe mi przedstawienie losów Dydony i Eneasza to będę polecać Purcella.  


Za premierową możliwość przeczytania powieści dziękuję  wydawnictwu. Współpraca barterowa.

Marilu Oliva. "Eneida". Przeł. Mateusz Kłodecki. Wyd. Znak Koncept. Kraków 2023


wtorek, 14 marca 2023

"Opera na trzy śmierci" z nadmiarem wątków

 

Motyw w książkach, na którego widok świecą się oczy?

Jednym z takich jest dla mnie opera. Na książkę rzuciłam się zachłannie, ale chyba nie takiej opowieści się spodziewałam.

Gustawa Starewicz marzy o Królowej  Nocy, ale ciągle ćwiczy Paminę. Czas ucieka, one nie jest już taka młoda, a wojna zmusiła do szybkiego dorastania, zatem odreagowuje, żyjąc w świecie wstającej z gruzów stolicy, w której śpiewaczka może dorobić na prywatnych koncertach, dających złudzenie wielkiego świata. Ale że ambicją nowej władzy jest kultura pod strzechy, Gusta jedzie na występy do Białowieży. Potem wraca. W międzyczasie giną znajome śpiewaczki-znana diva i dwie koleżanki. Gusta, w finale, zachowuje się jak Herkules Poirot i łączy kropki.

Tylko to nie jest kryminał. To nie jest też opowieść z mocnym wątkiem operowym (a na taki liczyłam! Niestety, stare gwiazdy i młode zdolne to są tylko osadzone w świecie opery, a nie nim oplecione. I szczerze nie wydaje mi się, by w Warszawie w 47 już ktoś ekscytował się debiutem Callas w Wenecji, bo Callas dopiero zaczynała swoją karierę). To nie jest też powieść historyczna, ani psychologiczna, bo mamy strzępki informacji o bohaterce, które nie tworzą jej spójnego (nawet tworzonego z wielu składowych) charakteru.

Jest w tej książce wiele wątków-konflikty w akademii, morderstwo, ukrywanie się Żydów, traumy wojenne, magia, rodzinne tajemnice, przedwojenni hrabiowie i szeptuchy z puszczy, dzieci porzucane dla kariery, przystojny leśniczy... na moje oko-wątków za dużo, by zgrać je w partyturę, w której każdy temat nie tylko zaistnieje, ale wybrzmi w pełni. Takiego dopracowania  i dopełnienia mi w tej książce zabrakło. To debiut, a sądząc z potoczystości opowieści o dawnej Warszawie, autorka może mieć jeszcze w zanadrzu inne historie, kto wie czy też nie inspirowane rodzinną historią?  Życzyłabym sobie opowieści,może także krążącej poza gatunkami, ale jednak bardziej skupionej w strukturze.

I jeszcze coś. W czytanym w gazecie przez bohaterkę komunikacie o pierwszej śmierci  padają słowa "śpiewaczka(...)  którą nasi czytelnicy mieli okazję  podziwiać ostatnio jako Casta Divę". "Casta diva" to nie postać tyko początek najbardziej znanej arii Normy, bohaterki opery Belliniego. Czy to miała być jakaś  aluzja do niedouczonych dziennikarzy? Aż nie chce mi się wierzyć, że merytoryczny błąd zrobiła wnuczka śpiewaczki i redakcja zacnego wyd. Znak. Bo to brzmi trochę tak, jak gdyby napisać, że Piotr Beczała był podziwiany jako "Szumią jodły na gór szczycie".


 Sylwia Stano. "Opera na trzy śmierci". Wyd. Znak. Kraków 2023.  

 

 Inne kryminały z operą  z tle "Zbrodnia w Lindebourne"  "Łzy pajaca"

środa, 18 stycznia 2023

"Rozmowy o muzyce" toczą pisarz z dyrygentem


 Przy czytaniu zwykle nie słucham, ale w tym wypadku warto byłoby mieć playlistę. Nie do słuchania w tle. Do analizowania. Bo „Rozmowy o muzyce” są prawdziwymi rozumowani o muzyce. Haruki Murakami-pisarz i meloman, rozmawia z Seiji Ozawą- wybitym dyrygentem, o świecie dźwięków, interpretacji. 
 
Jest kilka ustępów o tym, co zbliża literaturę i muzykę:tempie (grania i opowieści), przecinkach w partyturze, ale przede wszystkim to rozmowa o muzyce i muzykach. Murakami oddaje pole dyrygentowi, który- ile można czynić takie porównania, jest Murakamim dyrygentury. 
Ozawa, pracujący z Karajanem, asystent Bernsteina, ma ogromne doświadczenie,  do którego uchyla drzwi. Nie piszę, że zaprasza do swojego świata, bo to jednak świat zawodowego muzyka, hermetyczny na tyle, na ile świat każdego specjalisty jest nieoczywisty dla innych. Uchyla, bo w  charakterze tego dyrygenta nie leży chyba eksponowanie siebie. To świat bycia w muzyce i trwania w niej, w której fakt, czy w utworze grają dwa kontrabasy czy jeden jest już tematem do rozmowy.  To dyskusja i analiza różnych wykonań i tradycji wykonawczych. Trudne? Nie powiem, że nie. Ale bardzo ciekawe, bo obaj rozmówcy są zanurzeni w tym świecie i ich fascynacji trudno nie ulec. To też świat wielkich nazwisk i sal koncertowych- sceny Nowego Yorku, Wiednia, Berlina, Mediolanu, Chicago mieszają się z opowieściami o  Muttim, Abbado, czy Zimermanie (lubię polskie akcenty!). 
 
Fascynujący jest opisywany przez dyrygenta czas poznawania utworu, czytania partytury, rozkładania jej na melodie i instrumenty, osadzania w tradycji wykonawczej i współpracy z orkiestrą.  myślałam, że najbardziej zainteresuje mnie  rozmowa o operze. Ale akurat ta jest moim zdaniem dość powierzchowna i nie tak ciekawa jak mogłaby być. Natomiast bardzo ciekawa jest rozmowa o Mahlerze. Panowie rozmawiają o nim w bardzo szerokim kontekście (może przy  częściowo abstrakcyjnych i wrażeniowych tematach jak odczucia muzyczne, lepiej mówić o konkretach?).  Analizując Mahlera, Murakami i Ozawa osadzają go rzeczywistości Wiednia końca wieku, w świecie Klimta, Freuda, przypominają żydowskie pochodzenie, elementy żydowskiego i czeskiego folkloru obecne w  muzyce. Porównują kompozycje z jasnymi formami Mozarta, prezentują je jako kolejne ogniwa kształtowania się muzyki niemieckiej. I takie łapanie wielobarwnych nitek bardzo lubię. 


Jest coś pociągającego w azjatyckim spojrzeniu na muzykę. Analitycznym i twórcze jednocześnie. Skupionym. Nastawionym na prace, warsztat i tworzoną na tej solidnej podstawie sztukę. I tak pełne zaangażowania!  Jestem z tych, którzy nawet rozmowy o śrubkach są w stanie wysłuchać, jeśli jest prowadzona z widoczną i udzielającą  się fascynacją. O muzyce wiem więcej niż o śrubkach, zatem czytało się dobrze, choć wiem, że nie jest o lektura, która w równym stopniu zadowoli każdego. I jeszcze dopowiem, że szumnie zapowiadany na okładce jazz jest tu zapiskiem na marginesie. Trzonem rozmowy jest wieczna klasyka.   

 

I jeszcze cytat na koniec,  dopisek do sporu  klasyki z rozrywką, muzyki dobrej i złej: "Muzyka dobra nas wzrusza, kiepska- rozczarowuje. To się dzieje naturalnie".  

 Haruki Murakami, Seiji Ozawa. "Rozmowy o muzyce". Przeł.Anna Zielińska-Elliott.  Muza. Warszawa 2022. 


środa, 28 września 2022

"Pianistka". Clara Wieck po mężu Schumann



 Patrzę w oczy kobiecie z portretu na okładce. Claro, kochałaś, byłaś kochana, cierpiałaś, tworzyłaś, byłaś cudownym dzieckiem, narzeczoną, żoną, opiekunką męża zmagającego się z demonami, matką, byłaś pianistką i kompozytorką. Byłaś kobietą z XIX wieku.


Clara Wieck była cudownym dzieckiem, trudno winić jej ojca, że wkładając tyle wysiłku w kształcenie słuchu i sił chciał, by córka była najlepsza. Takie były czasy.
Zakochana w Robercie Schumannie, kompozytorze o wielkiej wrażliwości i nowym spojrzeniu na muzykę, robiła wszystko, by być z ukochanym. Nawet jeśli droga do małżeństwa była wyboista.
Muzyka była jej prawdziwą radością: gra, komponowanie było czymś więcej niż tylko wirtuozerskim pokazem panny, a potem kobiety. Było drogą do pokazania swojej duszy, emocji. Nawet jeśli pianistka nie mogła być tak wyrazista jak ekspresyjny mężczyzna-Liszt. Takie były czasy.
Życie rodzinne, kolejne ciąże, opieka nad dziećmi były rolą kobiety, ale poza tą rolą spełniała też rolę artystki, podróżowała po Europie, sama organizowała sobie koncerty, mierzyła się z krytyką i poznawała największych artystów swoich czasów-Chopina, Mendelssohna, Brahmsa. Bo takie były czasy.

Powieść biograficzna o Clarze Schumann jest opowieścią o kobiecie, artystce i  jej czasach. XIX wiek, dyskusje o romantyzmie i nowym rozumieniu sztuki, sondowanie na ile publiczność gotowa jest na zmiany, spory i poszukiwanie tego, co inne, nowe. Clara, którą poznajemy w książce, jest romantyczna. Momentami zbuntowana, czasem zakochana, oddana muzyce, pragnąca przekraczać granice. Nie ułatwiają jej tego czasy i okoliczności. Ale wraca do świadomości melomanów nie tylko jako muza i żona, ale samodzielna artystka, kompozytorka i pianistka, która nie zakończyła kariery wraz z wyjściem za mąż.
To historia, w którą autorka wciąga czytelnika, zapraszając w podróż po Niemczech, Francji, Rosji, pokazując wielkie salony i sale, ale też małe oberże, domy znajomych, u których szuka się schronienia gdy wybucha wiosna ludów. Świat kreowany przez autorkę wydaje się bardzo autentyczny, a Clara Schumann dostaje głos, dzięki któremu słyszymy opowieść kobiety i artystki. I ta proporcja jest tu bardzo widoczna i ważna. Warto przeczytać tę opowieść kreśloną szerokim, romantycznym pociągnięciem i poznać gamę uczuć Clary, kobiety romantyzmu i fortepianu.

Beate Rygiert. Pianistka. Clara Schumann i muzyka miłości. Przeł. Anna Kierejewska. Wyd. Marginesy Warszawa 2022. 

środa, 1 czerwca 2022

"Maria Callas i głos serca" głos kobiety


W historii opery było wiele świetnych śpiewaczek. Ale tylko jedna La Callas.

Jej życie wielokrotnie wykorzystywała kultura popularna. Powieść jest kolejnym ogniwem w łańcuchu budownia legendy, w której sztuka łączy się z romansem i wielkimi pieniędzmi.
Michelle Marly skupia się na związku śpiewaczki z Onassisem, ale w swojej opowieści przeskakuje też do czasów z młodości i początków kariery. Historia nie jest opowiadana chronologicznie, co wymaga od czytelnika pewnego skupienia.  Znajomość słynnej sopranistki i greckiego milionera to główny wątek książki, ale pojawia się oczywiście Jackie Kennedy, a w epizodach Marylin Monroe, Cary Grant czy Renata Tebaldi (elektryzująca publiczność walka sopranów jest jednak na b.dalekim planie).

Powieść jest spojrzeniem na Marię-kobietę: samotną w małżeństwie z własnym impresariem, marzącej o tym, by ktoś widział w niej nie tylko divę z pozycją oznaczającą pełne sale koncertowe, ale kobietę godną uczucia i zainteresowania. Maria żyje w klatce obaw o swój głos (który bywa bardzo kapryśny), wygląd, kontrakty, stale jest narażona na ataki paparazzich i plotki pozornych przyjaciół. Jest też osobą z pogranicza (amerykańskiego i greckiego) oraz wielbicielką jazzu i mody. Jest gwiazdą, która w zaciszu domów, hoteli i luksusowego jachtu marzy o miłości i spokoju. A jednocześnie-co autork przemyca-w życiu osobistym znajduje nawiązania do losów kreowanych przez siebie operowych heroin-Violetty, Medei, Normy,Aidy...
 
Życie Callas to materiał na wiele filmów  i książek. Wspaniała biografia "Boski potwór" pozwala spojrzeć na Callas jako na artystkę, śpiewaczkę i operową aktorkę(do dziś pokutuje stereotyp śpiewaka, który "gra" tyl­ko łapiąc się za serce, albo unosząc rękę, a Callas grała inaczej). Powieść biograficzna Marly nie jest zła, choć jeśli ktoś miałby przeczytać tylko jedną rzecz o Callas, polecam jednak "Boskiego potwora". Zwłaszcza, że momentami w stylu powieści coś mi nie pasowało-jakaś ckliwość, egzaltacja, nadmiar przymiotników? Ale z drugiej strony może to bardziej obyczajówkowe spojrzenie skłoni do wysłuchania nagrań i wysłyszenia emocji, bo te były dla  Callas w życiu i na scenie kluczowe. I choć opera jest konwencją nad konwencjami, to tym, co sprawia, że zawsze mam nadzieję, że "Tosca" będzie miała happy end, jest granie na wrażliwości i zachwyt nad jednością muzyki, opowieści i teatru, która to jedność była Callas bliska już wiele lat temu. I dlatego książek (filmów, seriali)o niej będzie więcej. Bo była La Callas, a romans z Onasisem był sensacją, która wciąż kusi do ponownej opowieści w dość operowym stylu-on jeden i one dwie.
 
 Michelle Marly. "Maria Callas i głos serca Madame Piaf". Przeł. Urszula Pawlik. Wyd. Znak Horyzon. Kraków 2022.
 
Inne tytuły z serii wyjątkowe kobiety: o Piaf  , o Fridzie

 

wtorek, 22 lutego 2022

"Narzeczone Chopina" one i on


 O Chopinie napisano już kilogramy książek. Magda Knedler patrzy jednak na kompozytora oczami kobiet. I mimo tej perspektywy, dalej jest to w dużym stopniu książka właśnie o Fryderyku.

Dziennikarz postanawia poznać relacje "narzeczonych" Chopina.  Z trzema się spotyka, potem czyta wyznanie nieżyjącej.  Mamy więc spisane wspomnienia i trzy monologi wypowiedziane, które mieszczą wszystkie wyznaczniki tej formy- są  emocjonalne, czasem urywane, momentami achronologiczne i dygresyjne. Ale bardzo żywe i prawdopodobne. Autorka, korzystając ze źródeł, pozwala mówić bohaterkom i ich relacje brzmią żywo, realistycznie. Może trochę zabrakło mi dat, które bardziej osadzałby elementy opowieści, ale rozumiem też zamierzenie bardziej gawędziarskiego niż biograficznego tonu. 

Cztery kobiety, pięć życiorysów. Bo czytając relacje narzeczonych poznajemy nie tylko ich losy, wydarzenia z czasów młodości i lat późniejszych, ale mimowolnie poznajemy też losy samego Chopina. I z tych opowieści powstaje bardzo spójny portret geniusza fortepianu. Spójny z wyobrażeniem tych, którzy widzą w nim więcej niż  chorowitość, fortepian i duży nos (jako posiadaczkę podobnego nosa, spłycanie całej osoby do tego elementu w rożnych opisach i charakterystykach trochę mnie bawi). Jest więc Chopin geniuszem, duszą towarzystwa, czasem introwertykiem zamkniętym w świecie swojego tworzenia, jest człowiekiem tęsknot, ale i stanowczych decyzji.  

A kobiety? Łączy je zamiłowanie do sztuki. Konstancja Gładkowska, pierwsza miłość, śpiewaczka (bardzo ciekawy wątek o źle prowadzonym głosie i zmuszaniu naturalnego mezzo do śpiewania sopranem!),  wspominająca swoje zauroczenie Fryckiem, ale i pierwsze kroki na scenie, recenzje. Taki artystyczny start obojga zakochanych. Jest Maria Wodzińska- ziszczenie romantycznego ideału o miłości, podparte raczej wyobrażeniem niż rzeczywistością, bo bogata, dobrze rysująca panna (romantycznie wspominana przez Słowackiego) i geniusz słabego zdrowia.  Jest George Sand- kobieta z krwi i kości, skandalistka, pisarka i matka. Jej opowieść jest tą najbliższą życia, bo jako jedyna po prostu była z Chopinem.To historia dojrzałej kobiety, która o życiu wie więcej niż czasem by chciała. I jeszcze Jane Sterling, często pomijana „wdowa po Chopinie” , towarzyszka, sekretarka, uczennica, „poczciwa Szkotka”, platonicznie wielbiąca mistrza, strzegąca go i pamięci o nim.

Perspektywa prowadzonych narracji- schyłek życia kobiet, pozwala na opowiadanie  historii z dystansu. Ale bez zimnej biograficznej oschłości, tylko z głębi wyjątkowej przestrzeni tworzonej przez wspomnienia i nawarstwiające się z wiekiem refleksje. Dobrze poznać kolejne spojrzenie na Chopina. Jeszcze lepiej poznać kobiety, które przestają być epizodami z biografii geniusza, odzyskują swoje życie, indywidualność, przeszłość i postfryckową, nie zawsze szczęśliwą, przyszłość.   

Magda Knedler. "Narzeczone Chopina". Wyd. Mando. Kraków 2021.

sobota, 13 listopada 2021

"Madame Piaf" o artystce i Montandzie

 


Lubicie piosenkę francuską? Ja bardzo! Aznavour, Brel, Dalida, Garu, Zaz, Piaf i Montand. O tych ostatnich opowiada "Madame Piaf". Gdy w 1944 r. wyzwolono Paryż, Piaf była gwiazdą, jednak komisja weryfikująca, czy artyści nie kolaborowali z Niemcami sprawdzała, czy może nadal występować. W tym samym czasie na jej drodze stanął młody artysta, syn włoskich emigrantów, który chciał zrobić karierę. Mimo początkowych obiekcji, Edith przyjęła Yves'a pod swoje skrzydła i nauczyła go pieśniarskiego fachu.

To, co bardzo mi się podobało to nacisk na pracę artystyczną Piaf. Piaf jest postacią bardzo wielowymiarową, poznawaną też dzięki retrospekcjom-wyzwoloną kobietą, dzieckiem ulicy, które zdobyło świat i zaprzyjaźniło się z wybitnymi artystami, ale chce udowadniać, co jest warte. Czasem bardzo beztroska, nadużywająca alkoholu, czasem dusza towarzystwa, czasem introwertyczka. Ale, co mocno wybrzmiewa w powieści, to bardzo świadoma artystka. W tych fragmentach, gdy Edith zmienia się w nauczycielkę fachu estradowego, czytamy o scenicznych niuansach: że na estradzie liczy się interpretacja, dykcja, głos, ale także to, jak szybko się na nią wejdzie i jakiego koloru będzie kostium. Piaf w rozmowach z Montandem bywa Pigmalionem, który kształtuje nowego pieśniarza. Każe czytać Moliera, ćwiczyć wymowę, mówi jak skupić uwagę publiczności, wybierać tekst i że Yves najlepiej będzie wyglądał w czarnej koszuli, w która będzie jego znakiem. Jest w tej książce romans, jest obawa, szukanie nowych piosenek w zmienionym wojną świecie, który nie chce już słuchać o nieszczęściach akordeonisty. Jest zazdrość o szczęśliwe dzieciństwo i zabawa do rana, tourne po południu i występ w Nowym Jorku. Kariera będąca wypadkową szczęścia i spotkań  w odpowiednim czasie, ale przede wszystkim: pracy. Jest następstwo pokoleń i to, co od lat wyróżnia piosenkę francuską-tradycja i styl.
I choć losy Piaf trudno nazwać szczęśliwymi, opisany w książce fragment jej biografii to lata, gdy widziała życie na różowo. Choć przez chwilę. Na scenie i poza nią. A nam zostają piosenki. Ich obojga.

Michelle Marly. "Madame Piaf". Przeł. Ewa Mikulska-Frindo. Wyd. Znak. Kraków 2021

środa, 5 maja 2021

"Ballada o lutniku" skrzypce dla Boga i kredens

W "Balladzie o lutniku" grają skrzypce i kredens. Skrzypce są sztuką, artyzmem i ciągłością, jaka idzie za fachem czeskiego lutnika, który przyjechał do Bułgarii uczyć kolejne pokolenia niezwykłej sztuki wyrobu instrumentów z duszą. Kredens jest symbolem pozycji, życia już nie w takiej biedzie, choć ciągle w szemranej dzielnicy. Oba przedmioty są marzeniami- Georga Heniga starego lutnika, Victora (chłopca, chyba nie bez powodu, noszącego imię autora powieści), jego ojca, muzyka i  kochającego męża  i matki, która z miłości popełnia mezalians, a jej myśl o kredensie kłuje w oczy sąsiadki. 

Między skrzypcami ósemkami, kredensem a skrzypcami dla Boga, które nadają sens ostatnim chwilom życia lutnika, rozciąga się opowieść o dorastaniu, przyjaźni, mentorstwie, sensie sztuki przeciwstawionym codziennym walkom o byt w bułgarskim powojennym komunizmie.

Siłą tej książki jest brak mówienia wprost, przy jednoczesnym realistycznym osadzeniu (poznanym jeszcze lepiej przez przypisy i posłowie tłumaczki prof. Marioli Mikołajczak). Siłą jest styl prosty, ale nie prostacki, klarowny, dokładny, ale z widoczną słowiańską fantazją i oddechem.
Długo czekałam na lekturę tej książki i było warto. To historia, która choć czyta się szybko i elegancko, musi rezonować w czytelniku i w nim wybrzmieć. Potrzebuje czasu, spokoju, refleksji i zaangażowania. Jak to sztuka.

 

Wiktor Paskow, "Ballada o lutniku". Przeł. Mariola Mikołajczak. Wydawnictwo Poznańskie. Poznań 2020. 

środa, 7 kwietnia 2021

"Szalona miłość" o operze bez fraka

 

"-Lubisz operę?-Nie! -A słyszałeś jakąś? -Nie!"
Ile razy byłam świadkiem takiego dialogu... Wokół opery narosło wiele mitów żartów i historii o primadonnach-rotundach i widowni, która w znudzeniu patrzy na zegarek, myśląc że to już koniec, a minął zaledwie kwadrans. 
Dla przeciwwagi potrzebne są publikacje pokazujące operę jako  sztukę, posiadającą swój kod i zasady, ale potrafiącą  zagarnąć widza i słuchacza.  To trochę jak z językiem obcym- nie muszę wiedzieć, co znaczą poszczególne słowa po francusku, ale  czuję, że podoba mi się jego melodia.  
 
Vivien Schweitzer w „Szalonej miłości” robi to, co obiecuje w podtytule- wprowadza,  pokazuje złożoność  (czasem też absurd) machiny operowej i jej historię. Dynamicznym tempem zmierza od Cameraty Florenckiej, przez barokowych mistrzów, przez Mozarta, Verdiego i Wagnera, po werystów, zahaczając o operę francuską i rosyjską, kończąc na operze  współczesnej (i to naprawę współczesnej, a nie tylko Szostakowicz i  Strauss).  Nie ma przesytu nazwisk i dat (ja bym nawet kilka dat dodała), ale pojawiają się ci najwięksi.  Warto docenić też wzmianki o współczesnych gwiazdach operowych (dzielimy z autorką zachwyt nad Peterem Matteim), a także głos w sprawie teatru reżyserskiego oraz modyfikacji i reinterpretacji  utworów.  Autorka w przystępnym dziennikarskim stylu przybliża historię rozwoju gatunku oraz libretta i charakterystykę muzyczną najważniejszych dzieł.  Używane przez nią terminy muzyczne są wyjaśniane prosto, a cała narracja nie ma w sobie nic z górnolotnego stylu i pretensjonalności. Pisząc o operze nie robi z niej sztuki dla wybranych, porównuje ze współczesnym showbiznesem i obecnymi realiami  (kolejne części Ringu jaki sezony na Netflixie nowej sagi o Nibelungach-to jeden z wartych rozważenia pomysłów  :)  ).
 Często podkreśla, że opera przez lata była gatunkiem popularnym i  po prostu atrakcyjnym dla widzów.   Jest też zdania, że najgorsze, co może operę spotkać, to gdy będą o niej mówić, jako o elitarnej sztuce, elitarne grupki, broniące innym wstępu. Pełna zgoda!

Są w tej książce pewne nieścisłości, np. Garanča i Berganza to mezzosopranistki, a nie sopranistki, lista podbojów Don Gianniego nie była nacięciami na ramie łóżka, a na otwarcie opery w Kairze grano "Rigoletto", a "Aidę" dopiero po czasie. Z kilkoma sądami autorki mogę się nie zgodzić (np. nie uważam, że aria Figara z IV aktu jest mizoginiczna-autorka lubi to słowo-oraz, że Don Pasquale był zbereźnikiem),  ale nie zmienia to faktu, że książka jest potrzebna.  I właśnie dlatego tak boli mnie jej strona edytorska. Niestety, polski czytelnik dostaje publikację, w której są błędy fleksyjne (przy "Księciowi" serce płacze!), błędy w tłumaczeniu i redakcji ("domy operowe" serio?, Cykl Pierścienia zamiast Pierścień Nibelunga, utrwalanie bezsensownego tytułu "Kawaler srebrnej róży" zamiast "Kawaler z różą" ), w korekcie Norma staje się Norą, słowo „akt” pisane jest zawsze dużą literą, a tytuły polskie są zapisane bez zachowania konsekwencji.   Gdy takie „kwiatki” zdarzają się w wydawanych hurtowo powieściach, kryminałach itp., można spuścić zasłonę milczenia, ale książka z założenia popularnonaukowa jest strzałem w kolano- wydawniczym i popularyzatorskim.  Wielka szkoda! Wiem, że język muzyczny jest specyficzny i na pewne rzeczy należy szczególną wrócić uwagę (np. między "barytonu" a "barytona"jest różnica znaczeniowa).  Ale nie jest to język magiczny.  Pojawia się w recenzjach, internecie, na blogach, dlatego to wydawnicze  zaniedbanie tak mnie smuci.  Idealnie byłoby, gdyby przy całej stronie poświęconej angielskim tłumaczeniom libretta „Wesela Figara” dać przypis o polskim przekładzie Barańczaka, ale to już jest moja fantazja, ale czymś, czego, jako czytelnik, mam prawo wymagać jest książka wydana bez błędów. 

 Życie dopisało ciekawy ciąg dalszy do  książki, w którą  Schweitzer  kończy opisem  oglądanej przez internet retransmisji operowej premiery w 2018. W 2020 roku operowe streamingi stały się oczywistością, oglądanie oper na komputerach i smartfonach jest dostępne dla wszystkich.  Globalność tego zjawiska sprawiła, że ja, skromna mieszkanka miasta w Europie centralnej, miałam szansę obejrzeć znakomitą większość inscenizacji, o których pisze Vivien Schweitzer dzięki transmisjom z MET (bo spora część opisywanych przez nią realizacji to te z Nowego Jorku).

Opera warta jest solidnie przygotowanych opracowań. A przede wszystkim warta słuchania!

Vivien Schweitzer, "Szalona miłość".  przeł. Katarzyna Kozioł-Galvis. Wyd. Czarna Owca. Warszawa 2021.

 



                 



 

wtorek, 17 listopada 2020

"Las z wełny i stali" poszukiwanie harmonii i idealnego tonu

 

Widzieliście kiedyś przy pracy stroiciela fortepianów? Ja tak i przyznam, że ta czynność ma w sobie coś z czarów. Trudno się dziwić, że pierwsze spotkanie ze stroicielem zrobiło takie wrażenie na uczniu szkoły, siedemnastoletnim Tomurze, że sam zechciał nim zostać. Natsu Miyashita w swojej powieści pokazuje kulisy wielkiej i codziennej sztuki-bez dobrze nastrojonego instrumentu nie ma ani koncertu w filharmonii, ani grania w knajpie, ani domowego muzykowania. Tomura pod okiem dwóch różnych stroicieli szlifuje swój warsztat i szuka definicji idealnego strojenia 

A za nią idzie poszukiwanie idealnego życia i szczęścia. Las z wełny i stali, czyli podbite filcem młoteczki uderzające w struny fortepianu, jest terenem poszukiwań tego, co w muzyce i życiu najważniejsze-harmonii. I zestrojenia lub dostrojenia. Bo idealny stroiciel znajduje balans między tym, co dyktuje jego słuch i doświadczenie, a tym czego oczekuje klient. Sztuki słuchania innych, instrumentów i coraz wyraźniejszego własnego głosu uczy się młody, choć już wykształcony, stroiciel. Uczy się z wschodnim spokojem i szacunkiem dla doświadczeniach swoich mistrzów. Jeden z nich twierdzi, że do osiągnięcia w czymkolwiek biegłości należy poświęcić temu zadaniu 10 tys godzin. Dla nas, hołubiących szybki efekt Europejczyków to niesłychane. Piękny, choć niestety coraz bardziej nie nasz współczesny jest też widoczny w książce szacunek dla autorytetów i prawdziwych znawców swojej sztuki. I rozmowy o strojeniu, guście, smaku, które są w istocie rozmowami do życiu.

Rodzaj płynności i spokoju narracji, który oferuje i ofiarowuje nam autorka  nie ma w sobie jednak nic z nudy. Powieść ma swój nerw, linię melodyczną, za którą podążamy ciekawi kolejnych etapów jej rozwoju. To książka o spokojnym i świadomym odnajdywaniu swego powołania, o dorastaniu i słuchaniu przewodników. O życiu na styku przeszłości i teraźniejszości, natury, z której wychodzi bohater urodzony w górskiej wiosce i świata kultury i muzyki. Na drugim planie to też opowieść o rodzeństwach, rodzinach i planach awaryjnych, o rozczarowaniach i nowych początkach. I ciągłym poszukiwaniu swojego klarownego, pełnego głosu i brzmienia. '"Stylu pięknego niczym sen, lecz konkretnego jak rzeczywistość", o którym pisze wspomniany w powieści Hara Tamiki. Warta poznania historia i pięknie napisana książka!

To dość niesamowite, że w roku, którym nie odbył się Konkurs Chopinowski trafiłam na dwie świetne książki z fortepianem w tle, tę i fantastyczne  Pszczoły i grom z oddali, w których stroiciel jest dobrym duchem pianistycznego konkursu 


Natsu Miyashit, "Las z wełny i stali". Przeł. Dariusz Latoś. Wyd. Kwiaty Orientu. Skarżysko-Kamienna 2020


czwartek, 10 września 2020

"Pszczoły i grom z oddali" oddać muzykę światu

 W jednej z pierwszych scen książki, pisarka mówi jurorce konkursu pianistycznego, że zazdrości muzykom, bo ich sztuka nie potrzebuje tłumaczenia, nie buduje muru z słów, które zrozumiałe są tylko dla części ludzi. Muzyka jest językiem uniwersalnym i pełnym. O tym jest ta książka.

Do międzynarodowego (i fikcyjnego) konkursu pianistycznego w japońskim Yoshigae zakwalifikowało się wielu młodych pianistów. Wśród nich gwiazda Julliarda Masaru Carlos, dawne cudowna dziecko Eiden Aya, która przerwała karierę po śmierci matki i konkurs jest dla niej sposobem na powrót do koncertowania. Jest Takashima Akashi, który jest najstarszy, ma rodzinę, nie poświęca fortepianowi życia, ale chce udowodnić sobie, że może być muzykiem. Jest też Jin Kazama, chłopiec, któremu list polecający napisał jeden z największych wirtuozów i pedagogów. Jest też paru innych uczestników konkursu oraz jurorów, ale to przede wszystkim losy tej czwórki będą angażować czytelnika. Kolejne etapy przesłuchań, kolejne utwory, kulisy konkursu, tak techniczne (spotkania ze stroicielem), jak i towarzyskie wypełniają ponad 400 stron powieści. Wypełniają je też opisy utworów, prezentowanych przez wykonawców.


Nie jest to opis techniczny, który byłby pewnie trudny do czytania dla laika, ale opis wrażeń, które muzyka wywołuje. Opis tego uniwersalnego języka, jakim muzycy przemawiają do słuchaczy. Opis sbardzo plastyczny i muzyczny, aż chce się słuchać opisywanych utworów i porównywać kolejne interpretacje. Bo tym, co zwraca uwagę jest ustawienie punktu ciężkości na indywidualnym artystycznym podejściu pianisty. Na tworzeniu z zapisanych taktów własnych opowieści. Na dorastaniu do utworów po to, by je zagrać nie tyle technicznie,co ze zrozumieniem. W tym tkwi sekret indywidualizmu i siły artysty, który jest kimś więcej, niż wykonawcą. Każdy z bohaterów ma swoje marzenia, nadzieje, bolesne wspomnienia lub tajemnice. Każdy czegoś szuka. I dzięki najmłodszemu Jinowi, który chce muzykę wyprowadzić w świat, wyciągać z sal koncertowych i poczuć muzyczność świata, każdy z bohaterów trafia na swój moment zrozumienia, rozegrania i wyciszenia. Bo nie jest to opowieść o konkursowej rywalizacji, ale współpracy i współmyśleniu o muzyce. Bohaterowie zastanawiają się np. czy nadejdzie jeszcze w postmodernistycznych i atonalnych czasach dobry moment dla muzyki z piękną melodią. Zastanawiają się, dlaczego dziś tak mało pianistów-kompozytorów, co było kiedyś oczywistym podłączeniem. Jest tu też trochę refleksji o współczesnym choć jeszcze klasycznym Prokofiewie, wielonarodowym w charakterze Bartoku, rzewnym Chopinie, płynnym Debussym i klarowym Bachu. I o tym, co uchodzi w klasyce i jak bardzo oryginalne mogą być interpretacje w granicach tradycji wykonawczej. Ten ostatni temat podejmują też jurorzy, dyskutując o tym, do czego przywykli,a co wyrywa ich z komfortu znanego stylu. Po raz kolejny dostrzegamy jak różne są wrażliwości i odbiór oraz jakim wysiłkiem intelektualnym jest słuchanie. I że muzyka to znacznie, znacznie więcej niż umpa umpa i la la la w tle.
Powieść o młodości, poszukiwaniu swojej drogi na scenie i poza nią. O ulotności dźwięku pszczelich skrzydeł. O gromie jakim jest świadomość, że człowiek ma "dodatkową funkcję, jaką jest przeżywania muzyki.


Jest w tej książce też margines na nieodpowiedzenie, na przeczucie geniuszu, a nie jego rozumową definicję. Margines, który do mnie bardzo przemówił.Bo pamiętam doskonale finał konkursu chopinowskiego, gdy Blechacz wszedł  fortepianem w koncert e-moll. Wiedziałam, że słucham zwycięzcy. Nie mam tak wyczulonego i wyszkolonego słuchu, by łapać różnicę w muzyce instrumentalnej (w wokalnej nieco bardziej, bo więcej jej słucham), ale wiedziałam, że wygra.Że już wygrał. Grom, po prostu. I za to, że autorka  nie chciała odzierać indywidualizmu artystycznego z tajemnicy i tego niepowiedzenia, kolejny wielki plus.
I choć spotkałam się z opiniami, że w książce niewiele się dzieje, wymaga cierpliwości, a opisy są egzaltowane, to mnie czytało się doskonale i uznaję powieść za najlepszą rzecz, przeczytaną do tej pory w 2020 roku. Mam wrażenie, że Riku Obnda pisała o utworach tak, jak sama je odbiera i tą szczerością mnie kupiła.  To ja już idę sobie posłuchać...  książkę polecam bardzo serdecznie. 


Riku Onda,, „Pszczoły i grom w oddali”. Przeł. Katarzyna Sonnenberg-Musiał.  Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków 2020.

I to kolejna książka z serii z Żurawiem (pisałam już o "Dziewczynie z konbini" ), którą warto poznać.


                                                       Rafał Blechacz i jego grom