Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekkie i łatwe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekkie i łatwe. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 czerwca 2026

"Po włosku" żyj

 "Po włosku" to lekka opowieść o włoskim życiu prowadzona z bardzo ciekawej perspektywy. I ta perspektywa jest najważniejsza.  Autorka urodziła się w Australii w rodzinie włoskich emigrantów.  Po latach przyjechała do Europy 
i zamieszkała we Włoszech. Maria Pasquale jest więc kimś trochę z zewnątrz, ale i ze środka. Rozumie włoskie dyskusje o jedzeniu, ale była zaskoczona tym, że Włosi po kraju poruszają się pociągiem a nie samolotem.  To jej spojrzenie jest pełne miłości 
i dumy. Ale, chociaż pisze zazwyczaj w zachwycie, umie też zauważyć to, co w Italii działa gorzej (np biurokrację).
  
Podróże, uczucia, kuchnia, styl. W kilku rozdziałach autorka opowiada o tym, co przychodzi nam na myśl, gdy myślimy: Włochy. Jest trochę zabytkach, historii, o znanych domach mody, trochę o najsłynniejszych potrawach (z obowiązkowym podziałem na kuchnię Północy i Południa). Jest też o tym, co takie nieuchwytne- o włoskim stylu życia, umiejętności zatrzymania się i smakowania chwili, korzystania z tego, że ma się dobre towarzystwo i dobrą kawę (żadnego cappuccino po 12.00).  

To nie jest reportaż. Nie jest to przewodnik. To próba złapania włoskiego ducha, połączenia ciekawostek, słowniczka i kilku spostrzeżeń osoby, która Włochy ma we krwi, ale nie jest urodzona Włoszką. Dzięki temu takie sformułowania jak sprezzatura czy bella figura wychodzą np. z ram historii i historii sztuki i dotyczą spraw bardziej codziennych.  Książka do oglądania (bo sporo ładnych zdjęć, niekoniecznie tylko pocztówkowych miejsc), przeglądania, a być może do przejęcia jakiegoś włoskiego słowa czy stylu zachowania. Ja biorę dla siebie  tutto con calma, chociaż to wszystko ze spokojem może być u nas wyzwaniem.    
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.   
 
Maria Pasquale. "Po włosku".  Przeł. Justyna Kukian. Wyd. Znak Koncept. Kraków 2026.
 

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

"Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału" jak Agatha stała się Christie

 


Jeśli myśląc o Agacie Christie widzicie starszą, siwą panią otoczoną przez książki, to powieść biograficzna Susanne Lieder może zmienić optykę. Opowiada o młodości przyszłej pisarki, pokazuje dziewczynę szukającą własnej drogi i młodą kobietę spragnioną miłości. To Agatha u progu życia, marząca o karierze muzycznej i uczuciu jak z romansu. To też dziewczyna tworząca historie. Wreszcie osoba, której życie zmienia I wojna. Pierwsze próby literackie, poszukiwanie wydawcy, zniechęcenie, a wreszcie kontrakt i wkroczenie na ścieżkę pisarską.

Lieder pokazuje, jak Agatha stawała się tą Christie i jak wiele zawirowań, także osobistych, czekało pisarkę w pierwszych latach. To też opowieść o dziewczynie zakochanej w chłopaku, który był jej przeciwieństwem, o pracy w szpitalu, aptece (te trucizny!) oraz budowaniu życia w nowej rzeczywistości i łączeniu ról żony, matki i pisarki.
Dla Lieder początkiem opowieści i jej kulminacją jest rok 1926, w którym Christie traci ukochaną matkę (relacja matki i córki to najlepszy wątek książki), dowiaduje się o zdradzie męża i wydaje jedną ze swoich najbardziej znanych powieści "Zabójstwo Rogera Ackroyda" (o kontrowersjach, jakie wywoła powieść jest moim zdaniem za mało). W 1926 nastąpiło też słynne zniknięcie Christie na 11 dni, będące powodem plotek i domysłów, którego jednoznacznego powodu chyba nigdy nie poznamy*. Lieder o tym wydarzeniu wcale nie wspomina, co mnie trochę dziwi. 

Autorka odrobiła lekcję, pisze o postaciach historycznych, wprowadza nawet do myśli Agathy jej bohaterów, ale mam wrażenie, że to powieść zlecona, a nie napisana przez kogoś, kto jest fanem Agathy i dużo o niej wie (autorka w przedmowie przyznaje, że przed rozpoczęciem pracy wiedzę o Christie miała ograniczoną). Czyta się lekko (momentami można kręcić nosem na powtórzenia) i gdy ktoś zupełnie nie zna biografii Christie na pewno pozna kilka faktów i może dać się zaskoczyć jej osobowości. Natomiast jeśli ma się na koncie lekturę kryminałów Agathy i paru jej biografii, powieść nie wniesie niczego nowego. 

Christie wyprzedziła innych:  napisała autobiografię. Stała się inspiracją powieści i filmów, Literaturoznawcy  i biografowie badają jej życie i analizują twórczość. To się nie skończy! Nastolatka, którą trema zjadała przed publicznymi występami i która założyła się z siostrą, że potrafi napisać historię kryminalną na pewno się tego nie spodziewała!
 
 *Ciekawe rozwiązanie proponuje Marie Benedict w "Zniknięciu pani Christie" 
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.   
 
 
 Susanne Lieder. "Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału".  Przeł. Barbara Niedźwiedzka. Wyd. Marginesy. Warszawa 2026.  
 

środa, 8 kwietnia 2026

"Uroczy kwiecień" urocza opowieść

 

Gdy pracowałam w mojej pierwszej bibliotece nie było tygodnia, by ktoś nie mówił o "Zaczarowanym kwietniu". Jako nieliczni mieliśmy tytuł w księgozbiorze, więc przyjeżdżali po niego ludzie z całego miasta. Nie zliczę ile osób mi go polecało, ale przez to, że błyskawicznie przechodził z rąk do rąk i był wypożyczony, nigdy po niego nie sięgnęłam.


Informację o nowym wydaniu "Uroczego kwietnia" przyjęłam z ekscytacją i obawą (bo co będzie, jeśli wyczekana książka będzie tylko ramotką sprzed 100 lat?).
Książka jest urocza. Dowcipna, spokojna i po prostu życiowo mądra. Ktoś powie: tak już się dziś nie pisze. Odpowiem: i szkoda!

Dwie Angielki chcą uciec od swojego przewidywalnego życia małżeńskiego. By wynajem willi był tańszy, na miesiąc we Włoszech poszukują współlokatorek, zostają nimi młoda arystokratka, czująca się znudzoną famme fatale oraz starsza dama, wspominająca swoich sławnych, dawnych, nieżyjących już znajomych. Początkowo pobyt nie zapowiada żadnych zmian, poza zmianą pogody. Ale spędzane razem dni, przyjazd mężów (i nie tylko) dokona przemiany w każdej z pań.

Autorka kilkakrotnie powtarza znane (choćby z "Pigmaliona"), acz warte przypomnienia twierdzenie, że stajemy się takimi, jak traktują nas inni. Wejście w nowe towarzystwo i miejsce daje szansę do odnalezienia w sobie nowych sił i powrotu do tego, co kobiety kiedyś w sobie ceniły, a co zniknęło od natłokiem obowiązków i zmartwień. We Włoszech czują "jak gdyby lada chwila miały puścić pędy". To zazielenienie się u każdej przebiega ciut inaczej, arystokratka zrzuca maskę zblazowanej kobiety, o której wszyscy marzą, żony odnajdują w sobie panieńskie marzenia, a starsza dama luzuje wiktoriański gorset. Dzieje się to, czego wszyscy (łączenie z czytelnikami) chcą. Jednocześnie zostajemy w świecie międzywojnia, bez nadmiernych szaleństw, a romans możliwy jest tylko z własnym mężem. Bo to też trochę opowieść o własnych wyborach i ludziach obok.

 Podobała mi się lekkość opisu, dowcip, wyzierająca z narracji znajomość życia i charakterów. Czuje się, że książkę pisała kobieta niemłoda i z bagażem doświadczeń, które pozwalają na spojrzenie bystre, uważne i przewidujące przyszłość. Można pewnie tej książce zarzucić naiwność, to, że do takich zmian potrzeba czegoś więcej niż miesiąca włoskiego nieba. Ale ja tę historię kupuję, także rozumiejąc wyjazd pań jako kolejny krok w ich pragnieniu oderwania się od powtarzalnego życia, w którym nic ich, ani one nikogo nie zaskoczą.
Myśl o tym, że ludzie, których traktujemy jako nudnych, nieciekawych, zgorzkniałych, tacy się stają, ma w sobie, niestety, wiele prawdy. Ta książka to, poza wiosenną opowiastką o wakacjach od życia, przypomnienie, że to, co my zobaczymy w sobie, dostrzegą też inni. A takie rzeczy warto powtarzać. Czytelnicy mieli rację:takiego kwietnia potrzeba bez względu na porę roku.

Nie zachwyca mnie okładka- Włochy, lata 20, tu naprawdę można graficznie poszaleć, a okładka jest nijaka i nie łapie retro uroku, bijącego z tekstu. Ilustracje z AI widocznie go nie czują...
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.
 
Elizabeth von Arnim. "Uroczy kwiecień". Przeł. Adriana Sokołowska-Ostapko. Wyd. Znak Koncept.  Kraków 2026 

czwartek, 26 marca 2026

"Znikająca księgarnia pod kwitnącą wiśnią" o zapisanych słowach

 

"Zapisując po prostu w książce słowo "wieczność", można stworzyć nieskończoną przestrzeń czasu, a słowo "nieskończoność" usuwa wszelkie granice. Słowa mają ogromną moc."
 
Jestem wielbicielką słów. Wierzę w ich moc stwarzania i burzenia. W trwanie "wieczności" i mgnienie "momentu". 
 
Pewnie dlatego książki, w których pojawia się moc słów i opowieści mają u mnie punkty na wejście. "Znikająca księgarnia pod kwitnącą wiśnią " jest miejscem niezwykłym, gdzie trafiają ludzie czytający tę samą książkę co księgarka i mogą spotkać się z kimś z przeszłości. Spotkanie przynosi ulgę, nadzieje, utulenie. A czytana książka (np. „Mały Książę” lub „Piotruś Pan” jest też dodatkowym kontekstem do opowieści o stracie, chorobie, dorastaniu i braku wsparcia.
 
Jak to bywa w japońskich comfort bookach mamy tu poruszone tematu trudności życia, ale bez ich nadmiernego eksplorowania, autor skupia się na tym, co dobrego może wynieść z doświadczenia bohater i czytelnik, daje nadzieję i otuchę. Nie obiecuje, że będzie łatwo, ale że czas (a może i literatura) pomogą w zmaganiach z życiowymi wyzwaniami. 
 
Cztery historie, które łączy tajemnicza księgarnia. Postaci w różnym wieku, z problemami swoich lat i niosący też problemy innych. Tym co wyróżnia tę książkę są ostatnie strony, w których pojawiają się świat literatury, magia postaci, która może być jednocześnie matką, córką i kimś jeszcze innym. Na tych stronach, kiedy autor tworzy książkę w książce daje o sobie znać ten rodzaj napięcia, który część czytelników (w tym ja) bardzo lubią: gra z tekstem, bohaterem i zwielokrotnienie światów, które są kolejnymi warstwami opowieści. I za to duży plus. Mały minus za styl, który momentami sili się na poetyckość (niepotrzebnie).
 
Gdy wiele się dzieje czytam mniej i chętnie sięgam po książki, które dają spokój. Ta książka go daje, jest literaturą typową wytchnieniową, która pozwala uspokoić myśli i po raz kolejny uwierzyć w moc słów. A przy okazji zainteresować też literaturą japońską, bo chce się googlować tytuły książek, które otwierają bohaterom bramy księgarni.
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.  
 
 Takuya Asakura "Znikająca księgarnia pod kwitnącą wiśnią ". Przeł Anna Hikiert-Bereza. Wyd.  Harper Collins Polska.  2026

środa, 7 stycznia 2026

"Poniedziałek z matchą" wychnieniowo na 12 miesięcy

 

Czego najbardziej życzymy sobie na nowy rok?

Miłości, życzliwości, zrozumienia, bezpieczeństwa, odwagi. I o tym opowiada w 12 historiach na12 miesięcy  Michiko Aoyama w "Poniedziałku z matchą". Zaczyna się od styczniowego spotkania z matchą w znanej z "Kakao w czwartki" kawiarni, ale potem ruszamy za bohaterami w ich historię. Autorka oddaje głos postaciom, a w kolejnych historiach swoje opowieści snują ci, którzy są ważnymi lub pobocznymi bohaterami poprzednich historii. Dziewczyna ma swoją opowieść i przyjaciółkę. Przyjaciółka wraca do domu i spotka swoją babcię. Babcia prowadzi nas w następny miesiąc, opowiadając o sobie i dopełniając historię wnuczki. I tak to się toczy... Różne punkty widzenia, a te same wydarzenia, bohaterowie w różnym wieku ze swoimi sprawami, marzeniami i niepewnościami. Nie ma tu wielkich zwrotów akcji, bo nie akcja jest tu najważniejsza. Ważna jest chwila, która dzięki odwadze, szerszemu otwarciu oczu i ustawieniu się w innym miejscu, pozwala coś zrozumieć i zmienić.  Kolejna azjatycka literatura wytchnieniowa, która pokazuje, że wiele rzeczy jest możliwych, a wielkie zmiany mogą zacząć się od małego kroku. Spokojnie, dość powierzchniowo trochę bardziej przypowieściowo niż powieściowo. Ale z nadzieją, a czy to nie jej życzymy sobie tak często?

Plusem historyjek jest to, że cały czas jesteśmy w Japonii i przechodzimy przez rok, dowiadując się ciut o kulturze kraju kwitnącej wiśni i świętowaniu tam np. początku wiosny, walentynek czy Tanabata. Dla fanów zielonych płynów są też przypisy (nie: przepisy!) o rodzajach matchy.

Jednym z elementów azjatyckich comfot booków są książki. Tu też pojawią się antykwariat, komiks przenoszący do lat dzieciństwa i kot, który zauważa, że czytający ludzie są piękni. "Chociaż siedzą tu na miejscu, wiem, że są w podróży. Niby zastygli bez ruchu, ale widać, że wykonują jakieś działanie".  Czytając "Poniedziałek..." można się wyciszyć, uspokoić, nabrać nadziei, może coś zrozumieć i zapamiętać, a może miło zająć czas i ulecieć myślami. Pozornie bez ruchu.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu.   

 Michiko Aoyama "Poniedziałek z matchą". Przeł. Barbara Słomka  Wyd. Relacja. Warszawa 2026. 

 

czwartek, 25 września 2025

"Jaskółki. Powieść o kobietach mody PRL-u", nie tylko o konfekcji

 


Moda to sztuka czy przemysł?

Katarzyna Droga w swojej powieści o kobietach mody PRL-u dodaje jeszcze jedno: czasy. I tak, na styku myślenia o stylu, produkcji w świecie nieustannych braków lat 60. toczy się historia o kobietach i przemianach. To przemiany losów samych bohaterek, ale też przemiana spojrzenia na modę, która ma być już nie tylko elegancją salonów, ale wyjściem na ulicę, wygodą oraz szokiem spodni i spódniczki mini. 
 
 Życie dało autorce dwie doskonałe bohaterki, które reprezentują różne czasy i spojrzenia. Jadwiga Grabowska, przedwojenna znajoma Coco Chanel i Heleny Rubinstein, zwolenniczka klasycznej elegancji, kontaktów; caryca Mody Polskiej, chcąca dodać klasy żonom dygnitarzy, wiedząca, kiedy zawalczyć, a kiedy kogo poświęcić. Helena Bohne-Szacka, młodsza, obserwująca świat młodzieży, wyczuwająca trendy malarka, która zajęła się sztuką użytkową. Każda ze swoją codziennością, bardzo bolesną historią wojenno-okupacyjną, każda z dziejowym uwikłaniem. Obok tych dwóch pań, obok rywalizacji Mody Polskiej z Ledą i Telimeną, toczą się jeszcze losy współpracowników - historycznych projektantów(Krzysztof Antkowiak, Grażyna Hasse)oraz modelek i fotografów, których życie, skompilowane z pojedynczych żywotów.  
 
Tym, co nie tylko dopełnia, a w pełni gra jest też rzeczywistość lat 60. budowana przez Festiwal w Opolu, koncert polskich gwiazd w paryskiej Olimpii (przemykają w tle Rawik, Villas, Osiecka, Andrycz),wyjazdy na targi mody, szykowane po nocach pokazy. I choć dla współczesnego czytelnika ten wielki świat wydaje się dość normalny, to Katarzyna Droga bardzo dobrze podkreśla jego barwność, stojącą w opozycji do polskiej rzeczywistości, w której brakuje pończoch i lepiej nie chwalić w pociągu zgniłego zachodu, bo podsłuchuje SB.  
Tym, co ujęło mnie najbardziej (i co bardzo cenię w powieściach autorki) jest tworzenie świata przez język jego czasów (kto dziś mówi: konfekcja i wzornictwo, a nie: design), przez powiedzonka, cytaty. Smaczku nadają też pełne oburzenia słowa o krótkich włosach, wielobarwnych paznokciach czy dżinsach, które nie przyjmą się w modzie.
 
To nie jest powieść do przerzucania stron w napięciu. To jest powieść do poczucia klimatu, poznania ludzi, kobiet, które zaginęły w historii mody, a przecież były wyroczniami i twórczyniami tego, jak mogła wyglądać Polska 70 lat temu. To historia o rywalizacji, dziejowych zawikłaniach. O momencie, gdy, zanim oczy zajdą "marcową mgłą" , można było jeszcze dyskutować o tym, czy lepsze są wyraziste wzory i falbany czy stonowane kolory i zdrowy 5 centymetrowy obcas.
 Bo moda to więcej niż strój. To więcej niż popyt na samodział i peleryna z ceraty. To barwy codzienności. I o tym też jest ta powieść.
 
 Za książkę dziękuję wydawnictwu.  Współpraca barterowa.   
 
Katarzyna Droga, "Jaskółki. Powieść o kobietach mody PRL-u". Wyd. Znak. Kraków 2025.  

czwartek, 18 września 2025

"Kakao w czwartki" na otulenie


 

"Kakao w czwartki" to typowa literatura wytchnieniowa. Sięgnęłam po nią po męczącym tygodniu, przeczytałam w jeden wieczór i napięcie spadło.  To nie jest rzecz wybitna, ale na wyciszenie sprawdziła mi się doskonale.  Zadziałało to, co w takich chwilach pomaga, ale w innych może irytować- powtarzalność schematu losów kolejnych bohaterów, trochę słodkie i nieprawdopodobne zakończenia rozdziałów, napawające nadzieją rozwiązania większości dylematów.  

 Zaczynamy w Tokio od chłopaka, który prowadzi kawiarnię i zerka na odwiedzającą go co czwartek kobietę. Potem wraz z bohaterami, którzy tworzą między sobą sieci spotkań i relacji ruszamy aż do Australii, by poznać kilkoro mieszkańców Sydney i potem znów wracamy do Japonii. Kręgi na kuli ziemskiej odpowiadaj kręgom społecznych więzi. Młoda anglistka, dziewczyna, która maluje obrazy w odcieniach zieleni, para znająca się od pół wieku, dziewczyna, która marzy o byciu wróżką i zielarką, facet, który doskonale czuje się jako ten, który zaczyna dobre przedsięwzięcia. Ludzie z różnymi doświadczeniami (chorobą, odrzuceniem, brakiem pomysłów), poszukujący sposobu na lepsze życie.  Tytułowego kakao nie ma w opowieściach za dużo, większa waga przykładana jest do kolorów, którymi określani są poszczególni bohaterowie, bo momentami nazwanie kogoś zielenią, pomarańczem lub turkusem dopełnia charakterystykę. 

 Krótka opowieść o kilkunastu osobach, którzy z rozdziału na rozdział tworzą coraz bardziej rozpoznawalną grupę. Kojąca historia o zrobieniu pierwszego kroku i nadziei na spotkanie osób, które wyciągną pomocną dłoń. Książka z bardzo dużą i wygodą czcionką. Napisana i wydana tak, by dać wytchnienie i potem, zostawiając w tym spokoju, dać o sobie zapomnieć. 
 
 Pozostałe ksiazki autorki W księżycowym lesie  
 
Michiko Aoyama "Kakao w czwartki". Przeł. Barbara Słomka  Wyd. Relacja. Warszawa 2025. 

środa, 10 września 2025

"Emma" i Emma


Lubię"Emmę", a Emmę tak sobie. Czyli czy ważne jest lubienie bohaterów?

"Emma" to chyba moja ulubiona powieść Austen. Z zacięciem satyrycznym, wieloma wątkami i galerią barwnych postaci. Jest jeszcze ona, tytułowa bohaterka. Dziewczyna bez problemów finansowych, bez musu zamążpójścia. Nie tak rozważna i nie tak romantyczna, bez bagażu doświadczeń Anny Elliot, nie tak naiwna jak Katarzyna Morland, nie aż tak błyskotliwa jak Elżbieta. Emma ma charakterek, ma zalety i wady, a o tym wszystkim mówi nie tylko ona, ale i wielu ludzi mówi o niej, co tworzy świetny, wielowymiarowy portret. Bo wg ojca Emma jest doskonała, wg panny Bates "taka dobra", wg pana Knightley'a ma swoje za uszami, wg pani Elton nie aż tak elegancka. Chyba o żadnej innej bohaterce Austen nie pozwala wypowiadać się tak często innym postaciom, które przez te charakterystyki mówią też o sobie.  
 
Austen daje upust zdolnościom komediowym. Monologi panny Bates, w których co chwilę pojawiają się nowe wątki, pełne egzaltacji wypowiedzi pani Elton, wiecznie zatroskany o zdrowie ojciec Emmy, fan kaszki... Austen tworzy perełkowe, wręcz teatralne, dramatycznie doskonałe wypowiedzi, które pokazują jej świetne ucho i niemal sceniczne zacięcie w tworzeniu postaci i fabuły. 
 
A sama Emma? Zmienia się. Dojrzewa, jednak zachowuje to, co ją tworzy-wysokie mniemanie o sobie, samodzielność i optymizm. Nie wiem, czy chciałabym przyjaźnić się z tak pewną swoich przekonań osobą, wątpię czy (niczym Hariett) zawierzyłabym jej osądom. Ale jako postać literacka Emma jest świetnie napisana, bardzo ludzka i biorąc pod uwagę, że mówimy o 1815 r. w pewnych sprawach: zbuntowana. Może irytować, ale nie nudzi, może zadziwiać (nie zawsze na plus), ale jest swoich zrachowaniach kompletna. 

"Emmę" lubię, bo lubię pana Knightley'a. Nie ma tu miłości od pierwszego wejrzenia albo tej, która wyrasta z uprzedzenia i ogranicza się do kilku wymian zdań. Jest miłość rodząca się przyjaźni, w której Emma i Jerzy są sobie równi urodzeniem, majątkiem i rozmawiają otwarcie od lat. Ot, romans jak z książki!
Słuchałam po raz kolejny audiobooka w doskonałej interpretacji Anny Dereszowskiej i na pewno do niego wrócę, bo mimo kilku spotkań wiem, że przy następnym i tak znajdę coś nowego, może bardziej polubię Emmę?
 
Jane Austen "Emma". Przeł. Jadwiga Dmochowska. Czyta Anna Dereszowska.  



wtorek, 29 lipca 2025

"Pod gwiazdami Paryża" obyczajówka z jabłkami

Sophie ma nadzieję że zamieszka w Kairze i tam będzie kontynuować swoją błyskotliwą karierę dziennikarską. Ale gdy chwila załamania przed kamerą w rodzinnej Szwecji niweczy te plany, musi realizować plan B. A tym jest wyjazd do Paryża, bo okazuje się, że niedawno zmarła babcia, zapisała jej tam kawiarnię.  Wyjazd ma być krótki i z konkretnym powodem. Ale, jak to zwykle bywa w takich opowieściach, Sophie pozna zespół Le Lulu, zauważy, że poza pracą w newsach jest jeszcze inne życie. A że Paryż jest miastem miłości to i serce jej mocniej zabije, nie tylko do impresjonistycznych obrazów.  A poza tym jest jeszcze rodzinna tajemnica i życie jej babci, które zaskoczy na kilku poziomach.

 
Karolina Schützer mieszkała przez lata we Francji, więc jej obraz Paryża nie jest tylko pocztówkowy, to raczej miasto do życia niż pejzaż z obrazków, gdzie na każdej uliczce ktoś śpiewa francuskie chanson. „Pod gwiazdami Paryża” nie zrobi rewolucji (francuskiej, he he!)  w obyczajówkowej powieści, bo od początku wiemy, jak się skończy. Ale to nie jest zarzut. Autorka weszła w konwencje i realizuje jej założenia. A że do tego mamy trochę paryskiego klimatu i szwedzkich jabłek, to tylko pozwala lepiej umościć się w tej historii. Jest lekko, momentami uroczo, bywa też ciut poważniej (gdy  bohaterka wspomina zmarłą mamę lub dowiaduje się o chorobie bliskich i analizuje związek z facetem z nadmierną chęcią kontroli), ale to bardziej takie chwilowe dosmucenie niż wejście w trudne tematy. 
 
Czyta się lekko, migotliwie przyjemnie. I nawet jeśli jest to wszystko przewidywalne, to klimat i styl bardzo mi pasował i jestem ciekawa drugiej części, bo ta została zapowiedziana fabularnie.  Książka teraz na leżak, hamak, wakacyjne popołudnie, a gdy nadejdzie jesień: pod kocyk (nie ma co zaprzeczać! Kasztany są już całkiem spore!)  
 
 
 Z książkę dziękuję Wydawnictwu. Współpraca barterowa.  
 Karolina Schützer, "Pod gwiazdami Paryża".  Przeł. Agata Teperek. Wyd. Znak Jednym Słowem. Kraków 2025.  
 

środa, 16 lipca 2025

"Studnia Heleny" i trudy dorastania

 

Lato, las, wieś, poczucie wolności i braku obowiązków. Sielanka, ale pozornie, bo każdy z bohaterów ma swoje problemy. Las bywa niebezpieczny, o czym nastolatkowie przekonają się na własnej skórze. Tym bardziej, że las jest otoczony historiami z przeszłości. I podobno mieszka tam zły.
 
 Dośka, Miśka, Lona, Robert, Tony i Samuel to grupa nastolatków, których trudno mi osadzić w czasie, bo mają smartfony, ale w ich zachowaniu i języku chyba więcej klimatu lat 90. niż współczesności (kto pamięta o reklamie proszku Dosia?). Cała wieś jest trochę poza czasem; żyje legendami, a przyszłością dziewczyn ma być szybkie zamążpójście. Ale mała społeczność ma coś, co ich spaja - sklep i Helenę, mieszającą na skraju wsi, którą wszyscy się opiekują. Skąd wzięła się tytułowa studnia Heleny i jaki wpływ na losy nastolatków miała ta kobieta?

Autorka umiejętnie buduje klimat, las bywa odpowiednio groźny, a początkowo leniwe tempo stopniowo się podkręca. Pojawiają się odwieczne problemy związane z dorastaniem: wybór między byciem kujonem a duszą towarzystwa, pierwsze zauroczenia, kłopoty samotnego rodzicielstwa i włączania w życie domu nowych osób, międzypokoleniowe dyskusje, szukanie swojej drogi. Opowieść przerywana jest monologami starszej pani, która włącza się w historię i ma w zanadrzu kilka uniwersalnych mądrości tych, którzy swoje widzieli i przeżyli. Wprowadzenie tej postaci stopuje akcje, ale pozwala zgrabnie połączyć historię z przeszłości i teraźniejszości, a nawet przyszłością.

 

Czytałam z zainteresowaniem (podobały mi się zwłaszcza opisy oddającej nastroje przyrody), ale z tyłu głowy miałam pytanie: kto jest odbiorcą tej książki? Tym czytelnikiem wirtualnym? Młodzież (to byłoby zdecydowanie nowa twarz YA)? Rodzice dorastających dzieci? Nie do końca czułam się adresatem powieści. Wolałabym pewne wątki rozwinąć i uwiarygodnić (np. zapracowanie samotnych rodziców, konsekwencje braku rozmowy, powody samotności), ale doceniam nastrój i poruszone tematy, bo autorka zostawia sporo do przemyślenia
 
 Za książkę dziękuję wydawnictwu. Współpraca barterowa. 
 Beata Skrzypczak. Studnia Heleny. Wydawnictwo Mięta. Warszawa 2025.   

wtorek, 1 lipca 2025

"Callas, moja rywalka" żyłam sztuka, żyłam zazdrością

 

Carlotta Berlumi była rówieśniczką Callas, śpiewaczką, której kariera nie była możliwa przez nieczyste zagrania Marii.  Tyle tylko, że... nigdy nie istniała! 

Schmitt przedstawia losy fikcyjnej rywalki Callas, snuje historię o życiu nieszczęśliwym, niespełnionym, zakończonym pośmiertnym trumfem tej, w której cieniu bohaterka była cały czas. Parafrazując arię Toski, Carlotta mogła śpiewać: żyłam sztuką, żyłam zazdrością.  

Autor gra stereotypami: primadonna jest kapryśna i egocentryczna; garderobiana plotkuje, a krytyk stawia kontrowersyjne tezy tylko po to, by mówiono o jego artykułach. Na 125 stronach takie uproszczenie nie nie wadzi, bo szybko poznajemy świat, w który wchodzimy i w tym momencie zaczynają grać bardziej subtelne tony. 
Gra historia kobiety przekonanej o własnej wyjątkowości, która nie widzi zmieniającego się świata i winą za niepowodzenia obarcza osoby trzecie.  Carlotta Berlumi mogła ćwiczyć, mieć pomysł na siebie, być konsekwentna, ale o ile prościej odpowiedzialność za brak spektakularnej kariery zrzucić na Marię, wyzywać ją od fatalnych śpiewaczek i nawet śmierć rywalki traktować jako widowisko. Jednak i w niej pojawi się pęknięcie, gdy zobaczy Callas na scenie. Czy doceni? Berlumi to typowa diva, która starzejąc się lekko skręca w stronę Normy Desmont, czekającej całe życie na to, by ją ktoś rozpoznał, zwłaszcza, gdy stoi na własnym bulwarze zachodzącego słońca.
 
Historia Schmitta nie jest opowieścią o Callas, ale autor pięknie ukazuje na czym polegało nowatorstwo Greczynki w świecie opery. Gdy Carlotta burzy się, że opera przestaje być świętem wirtuozowskiej koloratury, śpiewanej zawsze tak samo i w tych samach kostiumach, Maria budzi w słuchaczach emocje, współczucie i zachwyt, prezentując postać, a nie tylko nuty. Jeśli ktoś nie interesował się nigdy operą i tym, kim była dla niej Callas, Schmitt tłumaczy jej fenomen z wyczuciem i lekkością.Czy znajomość biografii Callas  jest ważna w kontekście tej lektury? Na pewno  pozwoli lepiej wyłapać niuanse charakterologiczne Carlotty, ale dla samej fabuły nie jest konieczna.

Emocje, zazdrość, płynne przechodzenie z przeszłości do teraźniejszości, życie wspomnieniami, obsesja. Różne odbiory muzyki i sposoby jej rozumienia. Schmitt pokazuje, że jest specjalistą od krótkich, ale skondensowanych opowieści i kobiecych portretów. Jakaś Carlotta mogła istnieć. Dziś, w świecie socjal mediów jej obsesje mogłyby się karmić szybciej i mocniej. Może właśnie teraz kolejna  Carlotta wini kogoś za swoje nienudne życie... 


 W bonusie dwie uwagi redakcyjne, bo pewnie książka będzie miała wznowienia. Turandot, chińska księżniczka z opery Pucciniego na podstawie baśnie Gozziego była kobietą! Dlatego na s. 43 powinno być: śpiewała "Turandot" (nie "Turandota"!).  Faktem jest, że Callas ze względu na krótkowzroczność liczyła kroki na scenie i obawiała się upadku do kanału orkiestrowego. Kanału, nie fosy jak na s.50 . Chociaż po francusku rzeczywiście mamy fosę (sprawdziłam, poszukując źródła pomyłki).
 
 Za książkę dziękuje wydawnictwu. Współpraca barterowa.   
 
Éric-Emmanuel Schmitt, Callas, moja rywalka. Przeł. Adriana Celińska Wyd. Znak. Literanova. Kraków 2025.  

wtorek, 17 czerwca 2025

"Hotel Portofino" jak z serialu

 

Powieść dla fanów seriali. Bo ta książka jest skonstruowana jak serial. Jedno miejsce: hotel dla wyższych angielskich sfer w dopiero zyskującym na popularności Portofino. Jedno lato w połowie lat 30. Jedna rodzina i hotelowi goście. I wątki. 

Właścicielka hotelu i jej mąż, z którym niewiele ją łączy, a jego coraz więcej zaczyna łączyć z podejrzanym typem, rzekomym marszandem. Syn, który wrócił z okopów poraniony na ciele i duszy i jego przyjaciel student medycyny z Indii. Dziewczyna z wyższych sfer, która ma zostać żoną syna i jej matka, między którą a przyszłym teściem córki coś było. Ciemnoskóra tancerka prosto z Paryża i mistrz tenisa. I angielska niania z tajemnicą. Do tego jeszcze włoski pomocnik, któremu się dostaje do tych w brunatnych koszulach. Zazdrość i nieszczęścia, szukanie wyzwolenia w życiu i miłości, pieniądze, których wciąż za mało. Romanse w różnych konfiguracjach. Coraz głośnej słyszalne okrzyki zwolenników Mussoliniego i budzące w nocy koszmary z frontu wielkiej wojny. Pejzaże z włoskiej riwiery i kuchnia. I obraz Rubensa.  

Tu jest naprawdę dużo wszystkiego. Jeśli czytelnik potraktuje tę książkę jak serial-wybierze ulubione wątki, wyobrazi sobie smaki i widoki to jest spora szansa na miłe chwile z książką. Ale jeśli będzie chciał bardziej wejść w świat bohaterów to zobaczy, że są to historie i postaci naszkicowane, a nie namalowane ze światłocieniem. A gdy pojawia się motyw zaginięcia obrazu nagle w nasz obyczajowy, kostiumowy serial wchodzi, średnio udany, kryminał. 
 
Absolutnie nie dziwię się, że książkę zekranizowano właśnie w serialowej formie (plenery, kostiumy mogą być bardzo efektowne!), a mnogość wątków pozwala na dynamikę w pozornie leniwym, włoskim klimacie. Jednak w formie powieściowej to dla mnie bardziej chwilowa rozrywka na ciepły wieczór niż coś, co przykuwa uwagę i myśli na długo... Trochę szkoda.
 
J.P. O'Connell "Hotel Portofino". Przeł. Piotr Królak. Wyd. Marginesy. Warszawa 2024. 

czwartek, 12 czerwca 2025

"Wszytskie zaginione adresy" i listy z przeszłości

 


List. Ma nadawcę i adresata. Może nie dotrzeć do jednego do drugiego, ale czy to zmniejsza jego wagę?

Risa trafia na wyspę Awashima, by katalogować znajdujące się w Dryfującym Urzędzie Pocztowym listy, które nigdy nie dotarły do adresatów. Są tam listy do dawnych domów, członków rodziny, do poduszki, w którą się płakało, do spotkanych przypadkowo przechodniów. Jednak, pozą pracą naukową, Risa ma swoje powody by badać listy. Ma nadzieję, że wśród tysięcy kartek i słów znajdzie te, dzięki którym zrozumie swoją matkę.  Bo dziewczyna nosi w sobie smutek i pytania o przeszłość. Córka listonosza pamięta chwile z matką, czasem nieobecną, obcą, kiedy indziej dającą jej pełne poezji rady na życie, z których biła niezwykła wrażliwość.  Risa, poszukując listów,  szuka domknięcia pewnych pytań, dopowiedzenia siebie.  Niewielka społeczność wyspy, kierownik urzędu i miejscowy kucharz to kolejni ludzie, którzy mogą wesprzeć ją w drodze do zrozumienia siebie i odzyskania spokoju. 

Niedawno rozmawiałam z koleżanką tym, że w azjatyckich książkach czasem o emocjach się nie mówi, albo bohaterów poznajemy na tak krótko, że nie zdążymy zajrzeć głębiej. Laura Imai Messina jest Włoszką, pisze po włosku, ale od lat mieszka w Japonii i tam toczą się akcje jej książek. Mam wrażenie, że bohaterka ukazuje się nam po europejsku- z wątpliwościami, dociekaniami, emocjami na wierzchu. Nie jest to portret bardzo głęboki, ale rysowany ładnymi liniami, zaznaczający to, co powinniśmy o niej wiedzieć, by towarzyszyć jej w drodze.  
 Autorka pisze o autentycznym japońskim urzędzie, wplata w nową opowieść bohaterów swojej poprzedniej książki, nawet jeden z listów jest adresowany do japońskiego znaku, ale ta historia mogłaby zdarzyć się w różnych miejscach. Nie wiem, czy wrażliwość autorki jest europejskie czy azjatycka. Ale może właśnie z tego połączenia wynika ten rodzaj pisania, który trafia do czytelnika.  I chociaż temat depresji rodzica, wychowania w domu pełnym niepokoju o drugą osobę nie jest łatwy, autorce udało się, bez banalizowania, ale i ciężaru, pokazać niełatwą drogę składania siebie: z wspomnień, listów, uczuć, zamknięcia przeszłości i otwarcia na nowe.  Czytałam w momencie kilku napięć, pożegnań, przyniosła mi spokój.  Literatura wytchnieniowa jaką lubię.
 
I jest jeszcze jeden aspekt tej książki- pisanie listów pokazane jako czynność terapeutyczna, bo przecież nie zawsze chodzi o to, by pewnymi zdaniami się dzielić, czasem wystarczy wyrzucić je z siebie.  I to myślenie też jest mi bliskie. 
 
Laura Imai Messina, "Wszystkie zaginione adresy". Przeł. Natalia Pola Miscioscia. Wyd. Relacja. Warszawa 2025. 

 

piątek, 25 kwietnia 2025

"Przesyłka z Nieba" dla żyjących

Starsza pani z przesyłką od przyjaciółek, czterdziestolatek z wiadomością do pierwszej miłości, nastolatka z nagraniem oschłej babci, czworo studentów listem od dawnego nauczyciela. Niby nic, a jednak wiadomości z nieba robią wrażenie. Nie tym, że są z zaświatów, bo nie są, ale tym, że ktoś w ostatnich swoich chwilach zapragnął jeszcze coś powiedzieć i przekazać wiadomość żyjącym. Pomysł na tę książkę nie jest skomplikowany: ludzie na różnych etapach życia otrzymują wiadomość od kogoś z przeszłości. I do nich należy decyzja, co zrobią z przesyłką z nieba. Można powiedzieć, że opowieści o bohaterach urywają się w najciekawszym momencie, bo czujemy, że w ich życiu pojawi się zmiana, ale nie wiemy, dokąd ich zaprowadzi. A może właśnie to zatrzymanie w punkcie wyboru ma nam dać do myślenia: co zrobilibyśmy na miejscu bohatera? Jak wiadomość mogłaby wpłynąć na kolejne decyzje?


Jeśli postanowimy dać tym historiom wybrzmieć, dołożymy im własne myśli, pewnie dojdziemy do interesujących wniosków i nakreślimy ciekawe ciągi dalsze. Jeśli odłożymy książkę i ruszymy dalej, pewnie po kilku dniach o niej zapomnimy. Prosta opowieść do przeczytania w wolny wieczór. Kilka historii idących tym samych schematem, jedna z lekką zagadką i epilog. To ten rodzaj powieści, która daje czytelnikowi wybór-sama się do niego nie przyczepi, nie wwierci w głowę formą, treścią i językiem, ale gdy zaczniemy wnikliwie się jej przyglądać to kto wie, dokąd nas zaprowadzi...Taki urok tych japońskich comfort booków. Nie zmuszają do myślenia, ale dają furtkę.

I jest jeszcze jeden, dość oczywisty, w naszej kulturze wniosek (może w Japonii mniej): czy nie lepiej zamiast czekać na kuriera, który dostarczy nasze słowa jako przesyłkę z nieba, powiedzieć je już teraz...
I zobaczyć, jaki będzie ciąg dalszy!
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu. Współpraca barterowa.  

 A tu o poprzedniej powieści autorki Fotograf utraconych wspomnień
 
 Sanaka Hiiragi, "Przesyłka z Nieba". Przeł.  Wyd. Relacja. Przeł. Barbara Słomka. Warszawa 2025. 

środa, 16 kwietnia 2025

"Emily Wilde. Atlas Zaczarowanych Krain" gdy czeka się na finał


 Pierwsza część przygód badaczki Ludku Emily Wilde spodobała mi się do tego stopnia, że stała się zaskoczeniem roku i dostała cynamon. Zatem do drugiej części usiadłam z nadziejami i... niestety, nie zostałam oczarowana. 

Mam niewielkie doświadczenie z fantastyką, ale tu jednak zabrakło magii. Ten tom odbieram jako podprowadzenie do tego, co, mam nadzieję, historię domknie i zakończy w tomie trzecim (który już w czerwcu). 


Profesor Emily Wilde wraz ze swoim magicznym narzeczonym in spe Wendellem jadą w Alpy, by znaleźć wejście do jego królestwa narzeczonego i wyrwać tron z rąk strasznej macochy. Niby dramatycznie i przygodowo, ale nie do końca. I właśnie jakiegoś nerwu i przygody mi zabrakło. Smaczku relacji tej pary nadawały poprzednio rozmowy, ale tu pan Wendell jest albo mało rozmowny, albo ledwo żywy...Kolorytu całej historii mieli dodać młoda krewna Emily -Ariadne, studentka z głodem magicznej wiedzy oraz dziekan driadologii Farris Rose, który najpierw jest w kontrze do badaczki, potem ją wspiera, a pod koniec nie wiem, co się z nim dzieje (trochę zmarnowany potencjał postaci z profesorskim charakterem). 


Emily nadal pisze swój dziennik(i robi w nim przypisy), do tego ratuje dawną badaczkę Ludku, ale w tym wszystkim brakuje spajającego wydarzenia i postaci nerwu. Brakuje klimatu przygody i badawczej wyprawy z początku wieku, lekkości, które ujęły mnie w 1 części, a tu mam wrażenie tomu, który trochę dopowiada, trochę łączy i jest podjazdem do tego, co ma się zdarzyć w finale. Oby! Bo nadal uważam, że Emily, momentami roztrzepana badaczka, biblioteczna mysz, sprawdzająca swoje ograniczone umiejętności interpersonalne w różnych zakątkach Europy, jest po prostu sympatyczna, a elementy naukowego świata w rzeczywistości fantastycznej są dobrym urozmaiceniem. Ale to za mało na całą powieść. Czekam na finał i trzeci tom. Z nadzieją na zaczarowanie. 

Heather Fawcett. "Emily Wilde. Atlas Zaczarowanych Krain". Przeł. Anna Reszka. Wyd. MAG. Warszawa 2024.


środa, 19 marca 2025

"Little black dress" czy dres?


Michalina nawet nie spodziewa się, jak w jej życiu (znienawidzona praca fryzjerki, opieka nad dziadkiem z Parkinsonem, marzenia o Portugalii) namiesza znaleziona przypadkiem mała czarna, którą Audrey Hepburn nosiła w "Śniadaniu u Tiffany'ego". 

Będzie wariacki pościg za paczką, wyprawa po Europie, podobny z uśmiechu do Paddingtona  prawnik do zadań specjalnych. Będzie też codzienność pełna troski o bliską osobę i wzruszająca, oparta na cytacie scena pewnego pożegnania. 

"Little black dress" to taki wiosenny oddech w powieściowej formie. Bezpretensjonalny, lekki, napisany dowcipnie i z ping pongiem dialogów, do którego Basia Kwinta już przyzwyczaiła.  Postać Michaliny jest tak samo zdeterminowana, racjonalnie myśląca i bystra jak Magda z "Razem na święta". Łączy je też słabość do prawników. Aż chciałoby się, by bohaterka kolejnej powieści była równie dowcipna, ale trochę inaczej doświadczana przez los. Tu ciut zabrakło mi osadzenia postaci Michaliny w przeszłości, momentu refleksji nad tym, co się działo z nią i jej rodzicami, zanim ich drogi się rozeszły. Bo Basia Kwinta pisze o postaciach podobnych do nadziewanej czekolady-ze skorupką i czymś miękkim w środku, ale żeby te smaki i struktury się przenikały i smakowały jeszcze lepiej, warto dać czytelnikom jeszcze więcej czasu na przegryzanie. 

To nie jest powieść w typie sukienkowej małej czarnej. To raczej historia dresowa, która nie krępuje ruchów, jest lekka, czasem drapnie, by potem otulić wrażliwością i miękkością. To też powieść o gotowości na zmiany i wypadaniu z kołowrotka życia, w którym biegniemy jak szalony chomik. To powieść pozwalająca zrozumieć znaczenie portugalskiego słowa suadade. Historia na wiosenny moment zatrzymania i uśmiechu. Taka, która może dodać wiary w siebie i nadziei na to, co nadejdzie. Dla tych, co jak Holly Golightly i Michalina są w podróży.
 
Za książkę dziękuję Autorce.  
 Barbara Kwinta "Little black dress".  Wyd. Lira.  Warszawa 2025. 

środa, 26 lutego 2025

" Opactwo Northanger". Austen w krainie Radcliffe

 

"Opactwo Nothanger" nie jest w top 3  Austenowskich książek. Katarzynie Morland brakuje błyskotliwości Elżbiety, żywiołowości Emmy, dojrzałości Ann, marzycielstwa Marianny i dyscypliny Eleonory. Ale taka ma być: niezbyt wyróżniająca się, choć sympatyczna dziewczyną, która da się wciągnąć w świat literatury.

Przeczytałam "Tajemnice zamku Udolpho", które namiętnie czyta Katarzyna. Nawiązania do scen, a także opowieści o tym, co dzieje się z bohaterką są tematem rozmów, które Katarzyna prowadzi z nową przyjaciółką. Bo "Opactwo..." to historia o dziewczynie, która ucieka w literacki świat zapomina, że życie to nie powieść, a karmiona nastrojem grozy i niesamowitości miewa kłopot z osądem ludzi i sytuacji. Katarzyna poznaje ludzi, odwiedza miejsca i staje się świadkiem wydarzeń, które(mimo jej, podbudowywanej lekturą, nadziei), nie mają w sobie nic z gotyckiego romansu. I to dla niej lepiej. 

To jedyna książka Austen, która wymaga kontekstu. Po przeczytaniu kilkuset stron powieści Ann Radcliffe zrozumiałam fenomen. Domyślam się, jak filtrowany przez wyobraźnię początku XIX w. świat bestsellerowej powieści mógł wpłynąć na ówczesne czytelniczki. Dlaczego Austen napisała pastisz i jakie mogło być echo tej powieści, gdy znając Radcliffe, czytało i doceniało się Austen w jej czasach. 

Dla pastiszu niezbędna jest znajomość źródła i to może sprawić, że "Opactwo..."nie jest dziś aż tak popularne i lubiane. Nie znamy Radcliffe, zatem nie doceniamy intertekstualnej gry, którą Austen prowadzi z jedną pierwszych pisarek,która zawładnęła wyobraźnią, przy okazji zarabiając krocie. Współczesnego czytelnika "Udoplho" nie przeraża, nie budzi dreszczy, raczej bawi. Zamienia się więc spojrzenie na Katarzynę. Chociaż czy na pewno? Może ona (tak samo jak Emma Bovary) szukałaby wrażeń w sieci i brała rzeczywistość internetu za prawdziwą i fascynującą? Łatwo zachwycamy się światem, którego nie ma. Wierzymy w opowieści. Programujemy rzeczywistość poszukując w niej ech tego, co czytaliśmy. I w tym znów Austen jest aktualna!

 Jane Austen, "Opactwo Northanger". Przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska.  Wyd. Cranford. 



wtorek, 14 stycznia 2025

"W księżycowym lesie" nów, ludzie i podcasty

 


Wczoraj była pełnia. Kto lubi patrzeć w nocne niebo? 

Dla bohaterów ważniejszy od pełni jest nów, symbol nowego początku, tego, co gołym okiem niewidoczne. Bo postaci z  powieści potrzebują czegoś nowego: pracy, znajomości, inspiracji, nowego spojrzenia. 

 Jak w kilku innych azjatyckich książkach  literatury wytchnieniowej mamy rozdziały poświęcone poszczególnym bohaterom, a ich historie z biegiem czasu zaczynają się zazębiać i w tle przemykają  te same drugoplanowe postaci.  

Pielęgniarka rezygnuje ze szpitala i szuka nowej drogi, która pozwoli jej znów poczuć się potrzebną. Licealistka przypadkowo trafia na kolegę, z którym wreszcie może pogadać. Właściciel warsztatu zauważa, że jego córka dorasta i że ich życia będą już osobne.Kurier wraca do marzenia sprzed lat, by być komikiem i rozbawiać ludzi. Twórczyni biżuterii zauważa, że jej artystyczna działalność to tylko jedna strona księżyca. Co łączy wszystkich bohaterów? Więcej niż przypuszczamy. A poza tym słuchany przez bohaterów podcast o księżycu. I nikt nie będzie zdziwiony tym, że czytelnik pozna też twórcę podcastu i jego motywację.

Proste opowieści, prosty języka, kilka momentów, gdy wewnątrz czytelnika (bo trzeba taką literaturę lubić albo jej potrzebować) pojawi się myśl, że współodczuwamy z bohaterami. Że te tęsknoty, nadzieje, obawy nas też dotyczą.  A spojrzenie w niebo i myśl o różnych stronach księżycach potrafi natchnąć do zmiany lub uspokoić. 

 Poprzednia książka autorki "Wszystko czego szukasz znajdzie w bibliotece", podobała mi się bardziej, ze względu na rolę książki i zaakcentowaną możliwość  zmiany, która rozpoczyna coś, co się przeczyta. Chyba bardziej wierzę w słowo pisane niż motywację z podcastu. Ale ciekawostki o księżycu były przyjemne. Bo to jest siła tych książek-są przyjemne. Po bardzo męczącym tygodniu przeczytanie historii osób, które nie wygrały w totka, nie zmieniły swojego życia o 180 stopni, ale które coś sobie uświadomiły było dobrym relaksem A że Michiko Aoyama przypomina w poprzedniej powieści, że najważniejsze jest to, co się wyczyta samemu z książki, być może jakieś elementy z tej powieści ze mną jeszcze zarezonują w stosownym czasie.

 Za książkę dziękuję Wydawnictwu. 

 Michiko Aoyama, W księżycowym lesie. Przeł. Barbara Słomka. Wyd. Relacja. Warszawa 2025.