Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trochę z innej bajki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trochę z innej bajki. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 listopada 2025

"Haiku". Takość olśnienia

 

Haiku.
Zdaje się, że ta poetycką forma, mimo 400 lat, właśnie dziś jest nam bardzo potrzebna. Krótka. Zamknięta w ramach 5, 7 i 5 sylab rozłożonych na 3 wersy. Wydaje się, że w czasie, gdy umiejętność skupienia spada, a zwięzłość przekazu jest hitem i hookiem, haiku powinno być na fali.

Trochę sobie żartuję (albo i nie). Bo nie tylko o formę i 17 sylab chodzi. Tym, co od czasu poznania haiku mnie do niego ciągnie, jest, co cytując Basho przywołuje Miłosz "wyzbycie się siebie, czyli całej bebchowatości składającej się na to, co nazywamy  "ja", i przeniesienie się w oglądany przedmiot, bo tylko wtedy możemy uchwycić jego "takość" (sechness)."  Ta zmiana perspektywy, punktu przyłożenia oka, serca i pióra. Nie: nasze zachodnie "ja", ale stanie się częścią czegoś większego, przypatrywanie się światu nie z własnej perspektywy, ale ze środka. I wtedy melony, żaby, muchy, liście są tak samo ważne i tak samo poezjo-i zachwytotwórcze.

Haiku w przekładach Miłosza to rzecz o tyle ciekawa, że zapożyczająca formy literatury japońskiej z języka nie-oryginału oraz prezentująca różne odczytania formy  po angielsku, bo Miłosz tłumaczy  japońskich klasyków z angielskich przekładów i współczesnych twórców z angielskich oryginałów. Taka fuzja poezji ponad językami. Nie trzyma się też reguł liczby sylab. Czy to ujmie zachwytu? Nie! Teksty mają swoją wewnętrzną siłę.

Świat przyrody, w którym chyba najłatwiej poczuć się częścią całości, marzenia, żałoba to tematy, które podejmowali historyczni autorzy i które pojawiają się współcześnie. I chociaż użycie jako miejsca akcji parkingu jednoznacznie pokazuje współczesność to dla mnie dowód, jak wiele mieści ta forma i jak bardzo dostosuje się do czasów, malując lasy z XVII w. i dzisiejsze miasta. Bo księżyc przynoszącym kwiaty świeci dziś i świecił tak samo tej nocy 300 lat temu.

Ponadczasowe zatrzymania, olśnienia tym, co tu i teraz. Dźwięki, obrazy, ból pamięci i nadeptywania na grzebień tego, kogo już nie ma, zmienność pór roku i pór życia. Do czytania, myślenia, zapominania i wracania. Bardzo warto!
Piękne wydanie,idealny prezent dla kogoś lub siebie.
 
 


 

 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu.  
 
 "Haiku". Przeł. Czesław Miłosz. Wyd. Znak. Kraków 20225.  

środa, 25 czerwca 2025

"Ziemianie" japoński dyskomfort book

 

'Kombinat pracuje

Oddycha buduje

Kombinat to tkanka

Ja jestem komórką'

 
Gdyby nastoletnia Natsuki znała Republikę mogłaby podpisać się pod tym tekstem. Jest przekonana, że jej życie, ciało to elementy należące do "fabryki", z góry nakazanymi zadaniami. Ponieważ w jej świecie dorośli potrafią tylko krzywdzić (lub bardzo krzywdzić) dziewczyna wierzy, że pochodzi z innej planety i ma kosmiczną moc, która pomaga jej w życiu. Jako dorosła kobieta żyje na skraju systemu, w układzie, który zapewnia pozory. Ale pewnego dnia wraz z mężem i pierwszym chłopakiem zakłada rodzaj komuny, w której ich "kosmiczna" trójka ma żyć, korzystając z niektórych wynalazków Ziemian, ale kierując się wyłącznie regułą racjonalności.

Czytelnicy najbardziej znanej powieści autorki, "Dziewczyny z konbini" będą zdziwieni. Bo o ile ta książka była powieścią obyczajową, w "Ziemianach" mam coś idącego w innym kierunku. Niby też linearna historia, pierwszoosobowa narracja, jednak ta historia rozciąga się między opowieścią a wyobrażeniem, makabrą i fantastyką, psychodelią z lekkim powiewem groteski. Do czego to prowadzi? Zapytacie. Do pytań, ale niekoniecznie do odpowiedzi.

Tych pytań jest wiele: o zasady, systemy, rolę społeczne, maski, sensy. O normalność i moralność. Odpowiedzi,mam wrażenie, zrodzą się po lekturze u każdego trochę inne. Dla mnie to była opowieść o wielkiej samotności i wyparciu emocji z każdego systemu. O bolącej niemożności lub braku umiejętności mówienia o sobie, uczuciach, potrzebach. O wpadaniu z systemu w system bez rozmowy i empatii. O władzy w ustalaniu reguł. 
Opowieść taka trochę po Witkacowsku niesmaczna, z nastawieniem na kontrowersje, ale przede wszystkim bardzo smutna i przygnębiająca. Bo rzekomi przybysze z innej planety nie widzą w Ziemianach tego, co powinno nas określać: człowieczeństwa.

Nie wiem, czy takie odpowiedzi na swoje pytania uznałaby Murata. Co znajdą inni czytelnicy, gdy wygrzebią się z tych bardzo obrazowych scen kontrowersji i makabry? Nie wiem, można sprawdzić, choć Na pierwsze spotkanie z autorką zdecydowanie bardziej polecam "Dziewczynę", która sporo mówi też o życiu w Japonii. Bo "Ziemianie" zdecydowanie nie są japońskim comfort bookiem. Są, za złożenia, dyskomfortowi! 
I na koniec jeszcze jedno, otwarte pytanie: czy musimy żyć w systemie? W jakimkolwiek układzie?
 
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu. Współpraca barterowa.  
Sayaka Murata,"Ziemianie". Przeł. Dariusz Latoś.  Wydawnictwo Literackie. Kraków 2025.  

środa, 16 kwietnia 2025

"Emily Wilde. Atlas Zaczarowanych Krain" gdy czeka się na finał


 Pierwsza część przygód badaczki Ludku Emily Wilde spodobała mi się do tego stopnia, że stała się zaskoczeniem roku i dostała cynamon. Zatem do drugiej części usiadłam z nadziejami i... niestety, nie zostałam oczarowana. 

Mam niewielkie doświadczenie z fantastyką, ale tu jednak zabrakło magii. Ten tom odbieram jako podprowadzenie do tego, co, mam nadzieję, historię domknie i zakończy w tomie trzecim (który już w czerwcu). 


Profesor Emily Wilde wraz ze swoim magicznym narzeczonym in spe Wendellem jadą w Alpy, by znaleźć wejście do jego królestwa narzeczonego i wyrwać tron z rąk strasznej macochy. Niby dramatycznie i przygodowo, ale nie do końca. I właśnie jakiegoś nerwu i przygody mi zabrakło. Smaczku relacji tej pary nadawały poprzednio rozmowy, ale tu pan Wendell jest albo mało rozmowny, albo ledwo żywy...Kolorytu całej historii mieli dodać młoda krewna Emily -Ariadne, studentka z głodem magicznej wiedzy oraz dziekan driadologii Farris Rose, który najpierw jest w kontrze do badaczki, potem ją wspiera, a pod koniec nie wiem, co się z nim dzieje (trochę zmarnowany potencjał postaci z profesorskim charakterem). 


Emily nadal pisze swój dziennik(i robi w nim przypisy), do tego ratuje dawną badaczkę Ludku, ale w tym wszystkim brakuje spajającego wydarzenia i postaci nerwu. Brakuje klimatu przygody i badawczej wyprawy z początku wieku, lekkości, które ujęły mnie w 1 części, a tu mam wrażenie tomu, który trochę dopowiada, trochę łączy i jest podjazdem do tego, co ma się zdarzyć w finale. Oby! Bo nadal uważam, że Emily, momentami roztrzepana badaczka, biblioteczna mysz, sprawdzająca swoje ograniczone umiejętności interpersonalne w różnych zakątkach Europy, jest po prostu sympatyczna, a elementy naukowego świata w rzeczywistości fantastycznej są dobrym urozmaiceniem. Ale to za mało na całą powieść. Czekam na finał i trzeci tom. Z nadzieją na zaczarowanie. 

Heather Fawcett. "Emily Wilde. Atlas Zaczarowanych Krain". Przeł. Anna Reszka. Wyd. MAG. Warszawa 2024.


niedziela, 27 października 2024

"Ciała niebieskie" nanizane opowieści


 "Ciała niebieskie" to wyprawa do Omanu i świata literatury arabskiej, która o wielu rzeczach mówi, ale wymaga też dopowiedzeń.

Czytając myślałam o naszyjnikach z różnych kamieni. Historia tworzona przez autorkę to kamienie różnego kształtu, pochodzenia, wielkości i szlifu. Razem tworzą spójną całość o odpowiednim ciężarze.

"Ciała niebieskie" to powieść składająca się z kilkudziesięciu opowieści o życiu domowym, następstwie pokoleń oraz zmianach w Omanie-tych obyczajowych i historycznych. Zaczyna się od historii zakochanej dziewczyny, która wychodzi za mąż za kogoś innego, a potem do historii dochodzą opowieści innych kobiet i mężczyzn z rodziny. Jest świat ludzi bogatych i uwolnionych niewolników, więzów krwi i emocji. Opowiadany czasem minimalistycznie, czasem z cytatem, obrazem, prowadzący do innej opowieści. 

Warto zauważyć, że choć bohaterek jest statystycznie więcej, o ich losach mówi narrator, a jedynym bohaterem, który dostaje własny, pierwszoosobowy głos jest mąż dziewczyny, przypominający o swojej piastunce, mówiący o córce, badający historię matki.

Jest w tej historii coś, czego się spodziewałam sięgając po literaturę arabską:inny świat, zasady (i rodzące się ślady buntu), cytaty i nawiązania do autorów, których nie znam. I te cytaty, czasem z tekstów o wielowiekowym rodowodzie wzbogacają i szlifują literacki naszyjnik. Są kolory, zapachy, smak daktyli, owoców wykorzystywanych w rytuałach i jedzonych do kawy.

Czego się nie spodziewałam? Formy. Przeskoki między bohaterami, czasami akcji, wydarzeniami, które wymagają dużej uważności w czytaniu, bo nie ma tu chronologii. Lektura wymaga wzmocnienia innymi źródłami wiedzy o Omanie, bo to historia ludzi, a nie historia jako taka (czyli coś, co w literaturze europejskiej czy amerykańskiej jest oczywiste,bo jest po prostu literaturą, tu wymaga poznania kontekstu i to wychodzącego poza słowniczek pojęć z końca książki).

To było ciekawe doświadczenie, ale nie zostałam pochłonięta przez tę historię. Czytanie "Ciał niebieskich" wymaga czasu, bo gdy nawleka się na czytelnicze nitki te chwile, narracje, opowieści to wszystko zaczyna się łączyć. Ale czytanie z doskoku niweczy sensu. Może to, poza historiami o miłości, kobiecości, tradycji i czasach częściowo wysadzających z ram, też propozycja patrzenia na całość,na losy opowieści, składania historii i odnajdowania w tym piękna innych kultur? Pierwsza książka z arabskiej serii mnie nie zachwyciła, ale zaintrygowała na tyle, że czekam na kolejne odsłony.

Za książkę dziękuję wydawnictwu. 

Jokha Alharthi "Ciała niebieskie". Przeł. Hanna Jankowska. Wyd.  ArtRage. Warszawa 2024.

piątek, 18 października 2024

"Encyklopedia elfów i wróżek Emily Wilde" z dziennika fantastycznej badaczki

 


Emily Wilde jest badaczką Ludku, która opuszcza mury Cambridge i wyrusza na wyprawę naukową na północ. Jest koniec XIX w., trwa zima, mieszkańcy Hranfsvik są początkowo nieufni, a Emily nie radzi sobie dobrze w kontaktach międzyludzkich,. Wtedy pojawia się znajomy z wydziału, profesor Wendell Bambleby, dzięki któremu Emily ma szansę poszerzyć swoje badania, a także wziąć udział w konferencji w Paryżu. I tylko nie daje jej spokoju, czy owy profesor jest zwykłym człowiekiem. A to dopiero początek pytań.

To, czym ujęła mnie ta powieść to forma dziennika badaczki, która opisuje wróżki, elfy jak zwykłe funkcjonujące w świecie gatunki, a jej badania są po prostu szerokim obszarem etnografii. Ponieważ  czytam b. mało fantastyki, przekonał mnie tworzony przez autorkę świat, w którym równolegle toczy się życie ludzi i Ludku (nie potrafię porównać tej fantastycznej rzeczywistości z innymi, bo brak mi materiału) . Podobał mi się też pomysł akademickiej kariery Emily, która swój dziennik z wyprawy opatruje przypisami, dzięki którym świat fantastyczny czyni się bardziej realny (w przypisach jest nawet bibliografia, czasem uwagi krytyczne), a nie spowalnia to treści. Sama kariera Emily opisana jest na tyle prawdziwie (konferencje, walki o pokój), że aby uczynić ją odbiciem współczesnej nauki brakowało tylko akapitu o punktozie i cytowaniach.  
Polubiłam Emily "biblioteczną mysz", która musi wyjść zza ksiąg i zacząć rozmawiać z ludźmi ( i Ludkiem), bo tylko tak można pchnąć badania na nowe tory, a przy okazji dowiedzieć się czegoś o sobie. Powoli rozwija się relacja między Emily a profesorem, która zmierza ku ścieżce romansowej (ale bez przesady), a kontrast postaci bywa całkiem uroczy. Im dalej w powieść, tym więcej wątku przygodowo-fantastycznego i przejścia do świata magii, a że ze mnie marny czytelnik fantastyki, to bardziej podobały mi się rozdziały osadzone w realnej (choć wymyślonej przez autorkę) wiosce. 

Czytałam z przyjemnością, bo lekkie (pewnie dla fanów "prawdziwej fantastyki" aż za), dla mnie inne, a z bibliotecznymi myszami czuję duchowe porozumienie. Jestem ciekawa, jak wypadnie konferencja w Paryżu i czy pytania, stawiane w tym tomie znajdą odpowiedzi. Jeśli tylko będzie okazja, sięgnę po II tom, bo po prostu dobrze się przy tej powieści bawiłam, a upale lata opowieści o północnej zimie były dodatkowym plusem!


Heather Fawcett. "Encyklopedia elfów i wróżek Emily Wilde". Przeł. Anna Reszka. Wyd. MAG. Warszawa 2024.

środa, 18 września 2024

"Wszystko dobrze" w świecie na styku rzeczywistości


 Są powieści, które czytam rozumem. Są takie, które czytam wrażeniem.

"Wszystko dobrze" należy do tej drugiej kategorii.  Oczywiście, rozum się nie wyłącza, bo gdy rzecz dotyczy byłej aktorki, która obecnie wystawia Szekspira i ma imię jak córka Prospera z „Burzy" to o całkowitym wyłączeniu skojarzeń nie może być mowy. Ale ponieważ jest to powieść o teatrze, zatem o tym, co prawdziwe i nieprawdzie, o byciu na styku rzeczywistości, o kreowaniu nowych światów i wizjach, to mocno zaczyna grać chęć przeżycia tej historii i wejścia w nią bez analizy.  Do tego jeszcze bohaterka zmaga się chronicznym bólem, łyka tabletki, które mogą zaburzać sztywne granice postrzegania.  Czy do końca zrozumiałam przekaz autorki? Nie wiem. Czy czułam się pochłonięta opowieścią? Tak.
 
Karierę Mirandy Fitch przerwał wypadek na scenie.  Jej obecne życie wypełnia ból, wizyty u fizjoterapeuty, leki i praca w teatrze akademickim. Brak jej sił, chęci do życia, sztuki. Brak jej wszystkiego, co nie jest bólem.  Jedno spotkanie z tajemniczymi facetami zmienia świat o 180 stopni. Miranda zaczyna lepiej się czuć, jej pomysł wystawienia sztuki innej niż tragedia szkocka zyskuje aprobatę. Może żyć, porywa ją zatem świat możliwości.  Działania, tworzenia, odczuwania, czasem przerywanego wspomnieniami z przeszłego życia- emocje aktorki i kochanej kobiety.  Ale teraźniejszość gna do przodu. Powstaje nowa sztuka i nowa Miranda. I tylko w finale już nie wiadomo, czy to prawda czy ułuda.   Czy to echa spotkania tajemniczych facetów, czy teatralna iluzja, gdy pada czwarta ściana, czy to leki czy też podarowane przez wdzięczną uczennice zioła? Wiele pytań, nastój coraz bardziej kręcącej się karuzeli myśli, wrażeń i wydarzeń.
 
Lubię czasem rzucić się na główkę w taką powieść. Wyłączyć analizy i po prostu porwać się opowieści. Tu byłam zaintrygowana, ciekawa, co będzie dalej, a to, czy zrozumiałam intencje autorki nie było aż tak ważne.  Znam teatralny zawrót głowy, gdy tekst miesza się z codzienną proza, gdy ból przestaje być ważny, bo zapala się reflektor, wiem jak wielka bywa euforia tworzenia i kreowania innego świata, który przez półtorej godziny jest innym miejscem i czasem, bardziej prawdziwym niż ten na widowni. Może też dlatego ta powieść tak mnie wciągnęła. Dla fanów nie aż tak prostych historii, dobrego języka i zwieszeń między dosłownością a nierzeczywistością. 
 
Mona Awad "Wszystko dobrze".  Przeł. Natalia Wiśniewska. Wyd. Poznańskie. Poznań 2024. 
 
 



środa, 29 maja 2024

"Wpół do końca czasu" w równoświatach



Jestem fanką realizmu. Ale nie powiem, idea równoświatów przemówiła mi do wyobraźni. Jestem w tych równoświatach nowa, zatem nie umiem powiedzieć, jak powieść Magdy Adamskiej sytuuje się na równoświatowym tle, ale ja zostałam kupiona.

Jane, nastolatka zafascynowana fizyką, ma pewne wyjątkowe zdolności panowania nad materią i w skutek różnych wydarzeń wraz z przyjacielem z dzieciństwa i tajemniczym nowym kolegą trafia do świata, w której jej umiejętności mogą okazać się kluczowe. Ale poza tym równoświatem i jego mieszkańcami są też kolejne rzeczywistości i ludzie, którzy chcą mieć Jane po swojej stronie.
Kto jest prawy, w kto udaje? Kim są bohaterowie w równoświatach i jakie tajemnice z przeszłości kryje historia samej Jane?
 
Trzeba być uważnym czytelnikiem, by nadążyć nad zmianami miejsc i śledzić (oczywiście prowadzone równolegle) losy bohaterów. Adamska trzyma wszystkie sznurki historii i przeplata je bardzo sprawnie. Świetnym pomysłem jest  wyjaśnienie  działających w różnych rzeczywistościach mechanizmów nie w tekście głównym, ale w przepisach.  Tekst zyskuje na dynamice, a świat którego nie tłumaczy w toku narracji staje się bardziej rzeczywisty. Postaci są intrygujące, a mała królowa Zoe (łącząca dziecięcą buńczuczność z królewskim wdziękiem) wyjątkowo przypadła mi do gustu.
 
I styl. Opisy, lekki dowcip, czasem charakteryzowanie postaci jej językiem (znów punkt dla Zoe).  Czytając czuje się, że autorka nie tylko bardzo świadomie używa języka, ale też pozawala czytelnikowi poruszać się w otoczeniu polszczyzny, która nie tylko opowiada historie, ale tworzy jej klimat.  Nawet jeśli ktoś zarzuciłby, że nastolatki nie rozmawiają tak ładnie budowanymi zdaniami, to mam nadzieję, że jest równoświat, w którym skrótowce, wulgaryzmy i prychnięcia są zastępowana właśnie tak fajnie (lekko, ale po prostu poprawnie!) konstruowanymi dialogami. Wierzę, że młodzież doceni ten sposób pisania i światy kreowane przez autorkę.
 
Znam Magdę ze studiów.  Kibicuję! Byłam zaskoczona, że Magda,  czytelniczka Baczyńskiego i Schulza,  pisze fantastykę.  Ale teraz wiem, że Magda w wielu równoświatach czuje się świetnie.  Gratuluję i kibicuję, bo to nie jest koniec opowieści!

Dziękuję Autorce za egzemplarz.

 Magda Adamska.  "Wpół do końca czasu". Wyd.  Nova Res. Gdynia 2024.

środa, 10 kwietnia 2024

"Księga drzwi" w drzwiach uchylonych


 

Rzadko czytam fantastykę. Wychowam się na baśniach, ale z biegiem czasu stałam się  fanką realizmu.  Spróbowałam wyjść ze swojej norki, bo księga w tytule i opisie kuszą. 

Cassy dostaje od klienta księgarni Księgę drzwi, dzięki której może dostać się  w dowolne miejsce tylko przez wejście przez dowolne drzwi. Potem okazuje się, że książka daje też możliwość podróży w czasie. Niestety, dziewczynę i jej książkę mają na oku nie tylko strażnik biblioteki pełnej niezwykłych książek, ale także ci, którzy starają się te książki zdobywać nielegalnie. I cała powieść to zmaganie dobra i zła. Proste? Aż za.

Autor w posłowiu wspomina o scenariuszu filmowym,który napisał na początku. I rzeczywiście, są tu sceny z potencjałem na filmowe sekwencje np licytacja ksiąg, do tego zmieniające się miejsca(miasta, plaże, biblioteka)i plany czasowe. Akcja ma swoje tempo (chociaż książkę spokojnie można by skrócić). Jednak jak na powieść to za mało. Mam wrażenie, że autor zatrzymał się w pół drogi między młodzieżową fantastyką a  pełnokrwistą historią z pogranicza światów. Bohaterka miała niełatwe dzieciństwo, dzięki podróży w czasie spotyka ukochanego dziadka (co akurat jest udanym wątkiem). Postaci są proste, jednowymiarowe (niepozorna Cassy musi mieć oczywiście piękną przyjaciółkę), i nawet spędzenie 10 lat w zawieszeniu między przeszłością a teraźniejszością nie zmienia za bardzo jej charakteru. Mamy też morał o sile przyjaźni. Z drugiej strony pojawiają się elementy mroczniejsze, mózg rozbryzguje się na ścianie, a bohaterowie eksperymentują z granicami bólu i materii, rzucą przekleństwami, ale ja im nie wierzę. Bo są stereotypowo niegodziwi  i momentami  aż do przesady bez serca. Skoro to "Księga drzwi" to dla mnie te drzwi należałoby szerzej otworzyć w stronę  bardziej  magicznej, lżejszej w wydźwięku  powieści  albo bardziej zatrzasnąć-wyostrzyć bohaterów, dodać trochę cienia i wewnętrznego mroku.Bo  teraz, jako czytelnik, stoję  w drzwiach uchylonych.

Co z motywem książek? Są traktowane jak magiczne przedmioty-księga drzwi, bólu, pamięci. Czytanie jest tu wspomniane jako  sposób ucieczki Cassy od rzeczywistości i możliwość oddzielenia jej od trudów życia (z którym w końcu musi się zmierzyć, ale jej dojrzałość jest nam raczej oznajmiana, niż pokazana w rozwoju postaci). To jest debiut. Pomysł całkiem ok, ale w realizacji, z mojego punktu widzenia, zabrakło określenia dla kogo i co autor pisze.

W zapowiedziach książka porównana była do "Niewidzialnego życia Addie LaRue"i "Biblioteki o północy". Gdybym miała wybrać z tych 3 tytułów ten, do którego mi najbliżej byłaby to "Biblioteka o północy".

 Za książkę dziękuję wydawnictwu, współpraca barterowa.  

 Gareth Brown, "Księga drzwi". Przeł.  Dorota Konowracka-Sawa. Wyd. Uroboros. Warszawa 2024.

 

środa, 14 lutego 2024

"Psyche i Eros" od heroski do kochanki


 Mitologiczne retellingi od jakiegoś czasu mają się dobrze. 

Sprawa wydaje się prosta- jest historia, którą z grubsza wszyscy znają, ale ponieważ jest ogólna, można dodać coś od siebie, zmienić perspektywy. A że lubimy melodie i opowieści, które już słyszeliśmy, powrót do mitu ma szansę dobrze nastawić czytelników.

 

Luna McNamara opisuje znaną historię Psyche i Erosa oddając obojgu głos, przy czym to Psyche ma tu znacznie więcej do powiedzenia. Psyche wcale nie jest eteryczną księżniczką, którą kojarzymy z rzeźby Antonia Conovy. Jest dziewczyną skupioną na celu, wytrwałą, pewną tego, że zgodnie z przepowiednią zostanie heroską. Jednak zazdrość i klątwa Afrodyty sprawiają, że w mykeńskiej księżniczce zakochuje się sam Eros. I dalej jest tak, jak pamiętamy z mitu- ona łamie przysięgę i z ciekawości decyduje się zobaczyć twarz swego męża, potem musi spełnić trzy zadania Afrodyty, by uwodnić, że jest godną dostąpienia miłości boga i ponownego spotkania z mężem. 

 

W tym retellingu  spodobały mi się swe rzeczy – postać Psyche oraz budowanie mitologicznego świata wraz pokrewieństwami, o których się zapomina. Bo jest tu też Ifigenia, pojawiają się Elektra i Klitajmestra, słychać historię Heleny i przygotowania do wojny. Psyche razem z mężem odwiedzają też Prometeusza, by dowidzieć się, czy ten żałuje ofiary, jaką poniósł dla ludzkości. Ten drugi plan bogów i śmiertelników, postaci znanych z innych mitów buduje spójne i ciekawe otoczenie dla głównej bohaterki i jej dylematów.  Autorka korzysta z mitologicznych relacji, ale niektóre rzeczy zmienia- np. czyni Erosa jednym z najstarszych, wyłonionych z chaosu, bogów, co ma swój sens. 


Mówiąc o mitologii wielokrotnie zwraca się uwagę, że bogowie mają te same myśli i uczucia, co zwykli ludzie. W powieści miewają też bardzo codzienny język, który momentami mi zgrzytał.  

Czy jest to najlepszy retellig jaki czytałam? Nie. „Kirke”, która rozpoczęła falę opowiadanych na nowo mitologicznych historii nadal u mnie na pierwszym miejscu. Jednak opowieść o Psyche (nie będącej tylko marmurową postacią wyciągającą ramiona ku kochankowi, ale dziewczyną z charakterem, a także otaczający ją świat) sytuuje się w moich oczach wyżej niż np. „Eneida”  czy „Pieśń o Achillesie” (Achilles był tam tak płaski, że można się dziwić, że miał coś wystającego z tej równo ciosanej postaci- coś takiego, jak pięta…). Po raz kolejny znacznie ciekawszą postacią okazuje się  tu kobieta i widząc, co dzieje się na rynku wydawniczym, można się spodziewać jeszcze wielu powieści oddających głos mitologicznym bohaterkom. 


Luna McNamara "Psyche i Eros". Przeł. Anna Pochłódka-Wątorek.  Wyd. Muz. Warszawa 2023.

środa, 7 lutego 2024

"Ostatnia pieśń oblubienicy kwiatów" echa melodii

 


Gdzieś to już było…takie wrażenie towarzyszyło mi przy lekturze.

 

„Ostatnia pieśń oblubienicy kwiatów” jest z założenia powieścią, która wykorzystuje elementy mitów, opowieści i znanych historii. Oto naukowiec specjalizujący się w mitach i legendach poznaje bogatą, piękną i pełną tajemnic Indygo. Wkrótce małżonkowie przyjeżdżają do rodzinnego domu kobiety, by żegnać umierającą  ciotkę.  On obiecał, że nigdy nie zapyta o przeszłość, ale atmosfera domu i zachowanie żony sprawiają, że pytania i tajemnice się mnożą.  I wtedy  w narrację wkracza Azurro, przyjaciółka z dzieciństwa,  dzięki której czytelnik powoli poznaje kolejne elementy układanki składającej się z przeszłości, dziewczyńskich nadziei i elementów ze świata magii.

 Jest w tej historii przeszłość dorastania i teraźniejszość życia bez pełni zaufania i są literackie wtręty. On (bezimienny niczym żona z „Rebeki”) opowiada o Erosie i Psyche, Meduzie,  wspomina  Oślą skórkę z baśni Perraulta (która w tej historii jest kocia skórką). Dziewczęta czytają "Opowieści z Narnii", marzą o świecie wróżek.  W teraźniejszości dom (który dostaje swoje cechy i jest bohaterem historii) staje się trochę jak zamek Sinobrodego.  W historiach sprzed lata czuć trochę tej gęstej dziewczęcości z „Przekleństw niewinności” Eugenidesa i wątków z „Trzynastej opowieści”.

Historia snuje się między innymi historiami. Czy ma swój czar i coś co ją wyróżnia? Dla mnie nie. Rozdziały są krótkie, zmieniają narratorów i czas akcji, dzięki czemu lektura jest dynamiczna i po prostu jest się ciekawym, co będzie dalej. Ale styl nie porwał. Ot, sprawnie napisana powieść z momentami egzaltowanego języka uduchowionych nastolatek i humanisty, który, choć wie, jak kończą się wszystkie historie, w których dominuje tajemnica, zgadza się na życie z ciągłym znakiem zapytania.  Czy czytało się fajnie? Tak! Czy książka mnie oczarowała? Nie! Może te pobrzmiewające różne inne historie wyprały ją w moim odbiorze z indywidualnego stylu?  

Obwoluta, która wygląda jak wygenerowana przez AI w bardzo ciekawy sposób splata się z treścią- na podstawie różnych elementów kultury, mitu i baśni powstała historia o miłości, przebaczeniu, dorastaniu, tajemnicach. O marzeniu życia w innym świecie, który ma i dziewczyna z biednego pełnego przemocy domu, i bogata sierota z wielkiego domiszcza. Historia o wpływie, który wywieraj mocne charaktery i barwne ptaki na tych, którzy marzą o byciu czyimś.  Ale zabrakło mi w niej indywidualnego ducha, które świeci własnym, a nie odbitym od historii światłem.  

 

Roshani Chokshi "Ostatnia pieśń oblubienicy kwiatów. Przeł. Maria Smulewska-Dziadosz. Wyd. Galeria Książki. Kraków 2023.

środa, 2 lutego 2022

"Listopadowe porzeczki", diabeł i estońska jesień

 


Co mają wspólnego czerwone porzeczki z diabłem?


Estońska wieś, niemiecki dwór, czas przeszły. Jeden miesiąc z życia mieszkańców, ich troski, zmagania z rzeczywistością. Głupi parobek, który  zajada mydło, gospodarz, który tak boi się zarazy, że usłyszawszy iż ta nie lubi zapachu wódki:zaczyna pić, chłopak zakochany w baronównie, dziewczyna zakochana w chłopaku, czarownica spod lasu i człowiek, który przechytrzył diabła. A do tego cały zastęp kratów (czyli diabłów na posyłki u ludzi).

Bo w tym świecie to, co ludzkie miesza się z tym, co pozaziemskie. Diabelski bałwan opowiada swemu panu historie największych światowych miłości, największy krat rozwala wejście do domu, a na rozstajach siedzi książę piekieł i zapisuje w księdze nazwiska tych, którzy są mu dłużni dusze.
W tym świecie folkloru i ludowych mądrości jest też bardzo specyficznie rozumiana sprawiedliwość, polegająca na dzieleniu się kradzionymi dobrami. Są ludzie z zasadami (z zasady nielubiący tych na usługach dworu), są tacy, co nie przebierają w słowach. Są ci, którzy marzą i ci, którzy trzymają się mocno ziemi. Wśród mieszkańców są bogaci, żebracy, są przodkowie przychodzący w Zaduszki do rodzinnej sauny.

Nie znam estońskiego folkloru zatem nie umiem powiedzieć, co autor wyolbrzymił, a co przedstawił z etnologicznym szacunkiem. Ale  wiem, że świat przez niego stworzony wciąga i fascynuje. Miesza się tu dobro i zło, życie i śmierć, powaga i śmiech, pogańskie wierzenia i zasady kościoła. Oszukanie diabła jest najwyższą formą sprytu, ale można i przez takie konszachty zginąć. Zakochana dziewczyna potrafi na chwilę zmienić się w wilczycę, by obserwować ukochanego, a wiedźma dla niepoznaki staje się kupką gnoju. W tym świecie wyobraźni i folkloru nie ma rzeczy niemożliwych. W listopadowe mokre i wietrzne dni, gdy dzień św. Marcina goni Zaduszki życie mieszkańców wisi na włosku wobec nadchodzącej zarazy, ale znów spryt ratuje sytuację. I tylko czasem ten, który rozumem potrafi wygrać ze sprawami ostatecznymi, nie potrafi zrozumieć swoich wspomnień  i uczuć sprzed lat...

 Książka niezwykła, oryginalna.  Dla tych, którzy lubią opowieści niesamowite, z czarnym humorem, wymykające się jednoznacznym klasyfikacjom, trochę gawędziarskie, a trochę magiczne. Kilka skończonych historii, a przecież tylko miesiąc, zaledwie wycinek z losów wsi zawieszonej między przeszłością a przyszłości, życiem i śmiercią. Między ponurym listopadem a żywą czerwienią porzeczek.

Andrus Kivirähk. "Listopadowe porzeczki". Przeł. Anna Michalczuk-Podlecki. Wyd. Literackie. Kraków 2021.

 

niedziela, 24 października 2021

"Biblioteka o północy" historie alternatywne


 Kto nie zastanawiał się co by było gdyby? Czy rozważaliście inną wersję życia?Gdybym zrobiła doktorat? Została aktorką? Poszła na tego sylwestra?


Nora jest nieszczęśliwa i nie widzi w niczym sensu. Po próbie samobójczej trafia do Biblioteki o północy. Tam, w książkach zapisane są różne historie jej życia. Nora wędruje między wersjami samej siebie:jest gwiazdą rocka, właścicielką winnicy, badaczką lodowców. Każde jej wcielenie to inne życie jej bliskich-brata, rodziców i przyjaciółki. To jej radości i doświadczenie. Bo, jak mówi prowadząca ją przez regały bibliotekarka, każda decyzja to konsekwencje.
Przekaz książki jest prosty-szczęście może wyglądać inaczej niż wyobrażenia o nim. A nasze działania mają wpływ na losy innych. I choć zakończenie nikogo nie zaskoczy, daje nadzieję, że każdy ma swoją księgę szczęśliwego życia.

Książka jest trochę za długa, wątek innego podróżnika w alternatywach zbędny i niedopracowany. Momentami bywa też patetycznie, ale wymowa powieści jest krzepiąca. Bo łatwo zapomnieć o rzeczach prostych, a szczęście może przybrać postać kogoś lub czegoś, co początkowo wcale nie rymuje się z naszym pojęciem szczęścia. Na wielki plus motyw biblioteki, jako skarbca ludzkich historii i bibliotekarki, która prowadzi Norę, bo była jej bliska od dzieciństwa.
"Bibliotekarki mają dużą wiedzę. Kierują nas do właściwych książek. Do właściwych światów. Znajdują najlepsze miejsca. Jak ulepszona wyszukiwarka z duszą". Sama prawda!
 
Matt Haig, "Biblioteka o północy". Przeł. Ewa Wojtczak. Wyd. Zysk i spółka. Poznań 2021. 
 

wtorek, 1 czerwca 2021

"Zabójstwa Brangwina Kąkola" wielogatunkowa historia nie tylko rysunkowa

 


Traktat o uprzedzeniach, historia szpiegowska, komedia, opowieść o wojnie,  surrealizm, młodzieżowa fantastyka i powieść graficzna. Wszystko w jednej książce. Już sama  okładka zwiastują  historię niesamowitą. Bo żeby uprzedzać o zabójstwie w tytule, a na ostatniej jej stronie opisywać dokładnie bohaterów!
Branwing Kąkol,elf, rusza z misją rzekomo dyplomatyczną, a prawdziwie szpiegowską do królestwa goblinów. Tam jego opiekunem i gospodarzem, również patrzącym na ręce gościa, jest goblin. Misja dyplomatyczna nie idzie jak powinna, a i misja szpiegowska szłaby pewnie lepiej, gdyby obaj  bohaterowie byli tajniakami, a nie uczonymi. I jak się w pewnym momencie okaże, to nauka, wspólne dociekanie prawdy i zrozumienie przeszłości staną się podwaliną ich relacji i siłą napędową do zmian.  A przy okazji podczytujemy raporty zwierzchnika Kąkola do króla, pełne czołobitnej i oślizgłej poddańczości… 
W książce roi się od absurdów, humoru, aluzji (mnie podbiła  dwudziestogodzinna opera z bohaterką Blulindą...  Każdy goblin ma swojego Wagnera), jest też trochę brutalności i czarnego humoru, bo to wszak opowieść o intrygach i wojnie. Jest dużo zostającej w czytelniku refleksji, że aby zrozumieć, należy poznać, a ciągłe życie przeszłością nie prognozuje dobrze na przyszłość.  Ale jest też zabawa, przygoda i  ilustracje, które nie obrazują tekstu, ale stanowią dopełnienie kolejnych rozdziałów historii. To, czego pisarz nie napisał, narysował ilustrator, zwierając w  czarno-białych obrazkach grozę i humor korespondujące z treścią. Jeszcze się z takim rozwiązaniem nie spotkałam  (gdyby sceny batalistyczne w Trylogii były rysowane, mogłaby wzrosnąć poczytność Sienkiewicza).  Czy elfy są zawsze zwiewne i inteligentne, a gobliny niegodne? Co traci zwykły człowiek na wielkiej polityce?  Książka warta przeczytania i przemyślenia- na różnych poziomach, dla różnych wiekiem czytelników. A zakończenie trochę z powiastki filozoficznej. Nie tylko dla dzieci, bo z dobrej literatury się nie wyrasta! 
 
M. T. AndersonEugene Yelchin , "Zabójstwa Brangwina Kąkola". Przeł.  Rafał Lisowski. Wyd. Dwie  Siostry. Warszawa 2020.
 

środa, 15 lipca 2020

"Dziewczyna z wieży" i "Zima czarownicy", Wasia z krainy mrozu


Pierwsza część opowieści o Wasi   "Niedźwiedź i słowik" zaintrygowała mnie połączeniem baśniowego klimatu, mocno czerpiącego z rosyjskiego folkloru z tematami zupełnie nie baśniowymi tematami i brutalnymi opisami. Drugi i trzeci tom opowieści to z jednej strony historia dojrzewania Wasylisy i poszukiwania jej tożsamości na styku świata demonów i rzeczywistości, z drugiej to opowieść o bezwzględnej walce o władzę i konfliktach na Rusi. 
 „Dziewczyna z wieży” skupia się bardziej na opowieści o Wasi i jej dorastaniu. Dziewczyna w męskim przebraniu wyrusza do Moskwy i tam mierzy się nie tylko z oczekiwaniami innych, ale także własnymi ambicjami. I to nie tylko knowania na styku świata duchów i realności, ale i  nadmierna pewność siebie i pozbawiona instynktu brawura doprowadzają Wasię do  dramatycznego finału. „Zima czarownicy” to bardziej opowieść o poszukiwaniu przeszłości i historii rodziny. Wasia zaczyna lepiej rozumieć swoje zdolności widzenia tego, co niematerialne i dostrzega też ciąg tych zdolności, które objawiają się  u jej  siostrzenicy Maszy. W tle cały czas rozgrywa się walka o zachowanie kraju przed tatarskimi najazdami, a finałowa scena bitwy na Kulikowym Polu jest odwołaniem do autentycznego wydarzenia z 1380 oku, uznanego za jedno z tych, które budowało tożsamość Rusi. Historycznie zgodna jest też opowieść o księciu Dymitrze, który na czas bitwy przebrał się w stój zwykłego żołnierza i tym samym uniknął śmierci.  Wątkiem stale obecnym jest też walka o przetrwanie duchów, zjaw, rusałek i innych stworzeń, których istnienie sprzeczne jest z prawosławną wiarą. Arden głównym antagonistą Wasi czyni Konstantego, mnicha, który  dla osiągnięcia własnych celów oddaje się we władanie mocom nieczystym. A jednocześnie cały czas autorka podkreśla, że wybory nalezą do człowieka, a zło i dobro otacza nas zawsze i wybór zależy od nas, a nie jakichkolwiek sił.  Im dalej w historię, tym mniej oczywiste stają się też podziały wewnątrz baśniowego świata- pierwszy i drugi tom to ugruntowywane w czytelniku przeświadczenie, że Niedźwiedź, brat i przeciwnik Morozki, boga śmierci i snu, jest wcieleniem zła. Trzeci tom pokazuje, że ani w świecie rzeczywistym, ani w krainie magii nie ma aż tak jednoznacznych podziałów i każdy może albo zmienić się, albo swoje siły wykorzystywać w różnych celach. 
Siłą powieści Arden jest stworzenie odważnej, wyprzedzającej swoje czasy bohaterki i  danie jej trzech tomów na rozwój i dojrzewanie. Wpierw zagubiona, potem butna, na końcu świadoma i pełna mądrości Wasia jest bohaterką bardzo ciekawą i w pełni korzystającą z doświadczeń, którymi autorka wzbogaca jej postać. Ciekawa jest też jej relacja z Morozką, przypominająca trochę mitologiczne historie o bogach i śmiertelniczkach. Doskonałym urozmaiceniem historii jest wplecenie w nią postaci historycznych (np. brak Wasi, mnich-rycerz Aleksander Pierieswiet),  a także nadanie kolorytu przez bohaterów ze świata magii- Północnicy, Baby Jagi, Dziadka Grzyba. To, co historyczne łączy się z tym, co magiczne i wywodzące się z znanego przecież i u nas słowiańskiego folkloru z domowymi duchami i niezwykłym Żar-Ptakiem. Przed oczami malują się obrazy bogatych książęcych komnat, gwarnego rynku Moskwy,  bezkresnych, śnieżnych pól i tajemniczych ostępów  przepełnionych zapachami lodu i sosny.   Przede wszystkim jest to jednak powieść o dojrzewaniu i coraz szerszym pojmowaniu świata, jego zakazów, nakazów, istniejących zależności i zmiennych.  To historia momentami brutalna, pełna emocji, ale też z niezwykłą fantastyczną aurą, pozwalająca traktować się jak baśń dla dużych dzieci. I zapraszająca do świata bez łatwych wyborów, ale migotliwie wciągającego i dającego nadzieję na szczęśliwe, choć niejednoznaczne zakończenie. 

 Katherine Adren,  "Dziewczyna z wieży", "Zima czarownicy". Przeł. Katarzyna Bieńkowska. Wyd. Muza Warszawa 2019 i 2020.

czwartek, 20 grudnia 2018

"Kirke" czarownica, matka, kobieta.

O Kirke przypominamy sobie mówiąc o "Odysei". Odyseusz mieszkał u niej rok. Miał z nią syna.  A towarzyszy bohatera spod Troi, Kirke zamieniła w świnie. Czarownica. Poza tym, oczywiście, jak wszystkie postaci mitologiczne, miała mnóstwo rodowych powiązań. Bo, jak kiedyś ktoś żartobliwie zauważył, mitologia to antyczna "Moda na sukces". Ale czy na podstawie kilku dość suchych faktów (czyja córka, czyja siostra itp) można napisać powieść...
Można, co więcej książkę warto przeczytać, bo jest pisaną w pierwszej osobie historią nie tyle tytanki, co po prostu ciekawej kobiety. Zaczyna się oczywiście od historii rodzinnych oraz spotkania z Prometeuszem, które zapada Kirke na długo w pamięć. To jej pierwsza styczność z historią ludzi, tych, których mieszkańcy Olimpu traktują jak zabawki.  Jednak bogowie bywają okrutni i dla tych ze swojej krwi. Kirke zostaje za karę zesłana na wyspę Ajaja i tam  zaczyna wieść spokojne życie, zajmując się zgłębianiem tajemnic czarów i zielarstwa. Spokój zakłócają niechciane wizyty żeglarzy, na których czarownica ma swoje sposoby. Potem na wyspę przybija statek Odyseusza... Wbrew temu, czego można się spodziewać rok spędzony z Odysem nie jest głównym wątkiem książki. I to, co było przedtem i to, co było potem- zwłaszcza spotkanie z Penelopą i Telemachem, jest znacznie ciekawsze niż pobyt tego, którego Kirke nie zamieniła w świnię. Warto wspomnieć, że Odys jest tu nie tylko bohaterem (jest raczej komandosem z zespołem stresu pourazowego niż dumnym wojownikiem) i mężczyzną godnym uczucia tytanki. Jest też fascynującym opowiadaczem, gawędziarzem i kto wie, czy to nie jego talent narracyjny  jest tym, co zachwyca odciętą od świata Kirke. Bo opowieść ma wielką moc! 

 Opowieść snuta przez czarownicę to historią bardzo interesującej kobiety- odtrąconej przez rodzinę, choć wzywanej w chwili próby (to ona pomaga przyjść na świat Minotaurowi, synowi siostry- Pazyfae). Czarownicy, która sama posiadła wiedzę o  właściwościach ziół i nauczyła się korzystać z czarów. Osoby samotnej, która jednak woli odosobnienie niż kłamstwa, intrygi i powierzchowność Olimpu. Kobiety szukającej miłości i w tej miłości kilkakrotnie zwiedzionej, ale ostatecznie szczęśliwej (mitologia podaje- choć nie mówi się o tym, aż tak często- że  Kirke została żoną Telemacha i teściową Penelopy. To lepsze niż "Moda na sukces"!) .  Wreszcie: matki, która dla dobra swojego syna jest w stanie ryzykować wszytko.  Władczej i pełnej godności tytanki i zwykłej  mieszkanki wyspy. Pewnie gdyby narracja w tej książce była trzecioosobowa, moglibyśmy powiedzieć, że to niezwykła historia i wyjątkowa bohaterka. Przez zastosowanie pierwszoosobowej narracji, Kirke może traci w naszych oczach  odrobinę wyjątkowości, ale zyskuje na autentyczności.  Nie jest opiewaną mieszkanką świętej góry, nie jest tą, dla której nie liczy się czas, bo jego upływ nie odbija się na jej urodzie. Jest po prostu kobietą (bez dystansu bogini w kontrze do śmiertelniczki). A kobiety przyzwyczajone są do grania wielu ról i tak jest i w jej przypadku. Madeline Miller napisała powieść, która ciekawie łączy wątki mitologiczne* (pojawia się inna czarownica: Medea, budowniczy Dedal, opowieść o zatargu ze Scyllą) z wyobraźnią  wypełniającą białe plamy. Pisarka, mając tylko kilka mitologicznych punktów zaczepienia, tworzy spójną opowieść i daje ją snuć tej, której nie zachwyciło bohaterstwo Odysa, ale właśnie jego opowieści.

 I jeszcze jedna rzecz, której nie sposób pominąć- okładka. Bardzo piękna, bogata obwoluta okrywa twardą,  okładkę z równie zachwycającym ornamentem. Książki się po okładce nie ocenia, ale w zalewie nowości i okładem,wykorzystujących ten sam obrazem w innych projektach, ta bardzo się wyróżnia. 
* Dla tych, którzy boją się mitologicznych zawiłości jest na końcu słownik postaci, więc można sobie wszystko przypomnieć i usystematyzować.
 
Madeline Miller, "Kirke". Przeł. Paweł Korombel . Wyd. Albatros. Warszawa 2018.

piątek, 31 sierpnia 2018

"Niedźwiedź i słowik" horror z baśni, baśń z lasu

Gdy w Moskwie trwają polityczne przepychanki, na rubieżach Rusi spokojnie żyje bojar Piotr Władymirowicz z rodziną. Żyją zgodnie z rytmem przyrody, pamiętają ludowych podaniach i wierzeniach. Jednak po śmierci ukochanej żony, Piotr zmuszony jest do kolejnego ożenku i znalezienia dzieciom- a zwłaszcza najmłodszej Wasi, matki.  Kobieta, którą decyduje się przywieźć do domu jest do pasierbicy podobna tylko w jednym- także widzi więcej niż przeciętny człowiek. Wasilisa bowiem dostrzega domowe duszki, wodne nimfy, rozmawia z tymi, którzy w sposób tajemniczy i baśniowych chronią zwierzęta i domy. O ile Wasia się z tymi stworzeniami zaprzyjaźnia, a tyle owładnięta manią religijną Anna, popada w coraz większy obłęd.  Wasia dorasta, a siły zła i dobra, o których opowiadała piastunka Duniasza znów zaczynają się mocować.
  Nastoletnia już dziewczyna musi zmierzyć się z niedźwiedziem, demonem, którego poznała jeszcze we wczesnym dzieciństwie.  Przeciw niedźwiedziowi jest też  Morozko, demon zimy i wcielenie śmierci. Czy można zjednoczyć siły z kimś, kto jest zimą i ostatecznością? Po jakie środki sięgnie niedźwiedź, wykorzystujący ludzką ufność?  Jak będzie wyglądało starcie sił, gdy leśne duchy przestaną być tak przyjazne, a ludzi ogarnie  złość i strach?  A przy tym czytelnik ma świadomość, to  dopiero pierwsza część opowieści...  

 Tym, co najbardziej zwraca uwagę w "Niedźwiedziu i słowiku" jest bardzo sprawne połączenie gatunków. Zresztą już okładka  (trochę z Fridy, trochę ze Stryjeńskiej) sugeruje, że  barwna ludowość złączy  tu się zgrozą i mrocznością. Autorka, absolwentka literatury francuskiej i rosyjskiej, zaproponowała w swoim debiucie splecenie wątków z baśni  dalekiej Rusi, włączając w to także elementy historycznej walki o koronę na Kremlu, horroru (opisy demonów  i nastrój scen robią wrażenie) i historii o dorastaniu. Dla mnie, osoby, która nie czyta fantastyki ani fantasy, ale została wychowana na baśniach (i pojawiającym się w motcie Puszkinie) to połączanie interesujące. I mam wrażenie bardziej baśniowe, niż  typowo fantastyczne. Historię dobrze się czyta, choć akcja toczy się dość niespiesznie, przybierając na dynamice pod koniec. Dorastającej Wasi nie sposób nie lubić (mamy tu buntowniczą bohaterkę, sprzeciwiającą się tradycyjnej roli kobiety, która nie powinna jeździć konno, łazić po drzewach, a tym bardziej decydować o swoim losie), a błękitnooki Morozko intryguje! To jedna z tych książek, w której świat przedstawiony jest tak zbudowany, że czytelnik może poczuć się jego częścią. Nastrojowe i budujące obraz ruskiego sioła są też opisy przyrody, która w tej opowieści ma dużą rolę (tak, tak, opisy przyrody w XXI wieku!). Choć chwilami miałam wrażenie, że napięcie w powieści siada i autorka traci panowanie nad wątkami, po chwili tempo wracało. I to sprawia, że będę czekać na kolejny tom i dalsze przygody Wasi. 

 Katherine Adren, "Niedźwiedź i słowik". Przeł. Katarzyna Bieńkowska. Wyd. Muza Warszawa 2018.