Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasykę winno się znać;). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasykę winno się znać;). Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 stycznia 2026

"Błękitny Zamek" i marzenia

 


Nowe tłumaczenia pozwalają na kolejne spotkanie z oryginałem, wydobycie tego, co zgubiło się we wcześniejszych przekładach, bo czasem dopiero kolejne przekłady sięgają do oryginałów (baśnie Grimmów), a czasem dopiero współcześnie wiemy, co z czym się je (Dehnel wspomniał, że np w. jednym z tłumaczeń Gatsby'ego na przyjęciu piją jałowcówkę, bo niewielu wiedziało co to dżin, więc by nie odciągać uwagi od sedna, wybrano swojski trunek). Wielkim plusem nowych tłumaczeń jest nowe zainteresowanie tytułem z klasyki, tak było przy "Ullissesie"i Świerkockim, a przede wszystkim przy Bańkowskiej i jej przekładach historii kanadyjskiej marchewki.

"Błękitny Zamek" w przekładzie Kai Makowskiej nie wywołał takich kontrowersji, choć jednym z jego najważniejszych elementów jest przywrócenie bohaterom imion z oryginału. I tak Valancy jest Valancy, Barney Barney'em, a nie Joanną i Edwardem. Rodzina mówi do bohaterki Gnuś i tu szczerze mówiąc zabrakło mi przypisu, skąd to się wzięło, bo moja wyobraźnia językowa łączy gnuśność z Glusiem z "Bromby"(chybione, wiem).Chętnie bym poznała źródłosłów!

 "Błękitny zamek" to moja ulubiona książka Montgomery (do Anne przekonał mnie dopiero nowy przekład), więc wróciłam do tej historii z dużą przyjemnością. Bo wspaniale czyta się o dziewczynie, która, mając śmiertelna diagnozę, zaczyna żyć tak, jakby naprawdę jutra miało nie być. (I nie przeszkadza to, że zna się zakończenie). Wspaniale czyta się o niezwykłym uczuciu, które rozkwita z czegoś na kształt transakcji handlowej. I to wszystko ze świadomością, że historia toczy się w epoce konwenansów i bardzo konkretnych wymagań wobec kobiet.

 "Błękitny Zamek" to opowieść z pogranicza realizmu i baśni, romansu i historii o tej najbrzydszej w rodzinie, która rozkwita i triumfuje. Historia pełna nadziei i odwagi. Historia, w której bohaterka mierzy się z innymi problemami niż mieszkańcy Avonlea. Historia, o tym, że niektóre książki i ich autorzy naprawdę mogą zmienić życie. Historia, do której dobrze wrócić. A nowe przekłady dopingują mnie do takich powrotów.
 
 Lucy Maud Montgomery "Błękitny Zamek. Przeł Kaja Makowska. Wyd. Marginesy 2025.   

poniedziałek, 29 grudnia 2025

"Hrabia Monte Christo" i bohaterowie z historią

 


Są książki, które się zna, mimo iż się ich nie czytało. Historie wielokrotnie przejmowane przez kino, opowiadane w skrawkach w innych książkach.  Czasem ma się wrażenie, że nie ma po co po nie sięgać, bo przecież wszystko się o nich wie. I tu wchodzi  Monte Christo.
Widziałam filmy, czytałam o Dumasie. Ale to i tak nie mnie to przygotowało na rozmach tej powieści.

Spodziewałam się przygodówki o zemście. Dostałam rozważania o przemianie, winie, karze, wierze, miłości, przebaczeniu. A przede wszystkim dostałam masę postaci z własnymi historiami. Plan zemsty Edmunda Dantesa, choć genialnie opracowany, to nic przy mistrzowskim planowaniu wątków samego Dumasa. Postaci wkraczają na scenę z własną historią, przeszłością, która pozwala nadać im lepsze miejsce w całej opowieści. Gdyby ktoś chciał szybko wydać książkę z elementami retellingu, w "Hrabim..." znajdzie aż zbyt wielu doskonałych bohaterów.
Wątki, historie polityczne, wydarzenia, pozornie nieznaczące reminiscencje Dumas trzyma pewnie i wyciąga w tak narracyjnie jasnym porządku (a przy tym zaskakującym), że zdaje się magikiem opowieści (nie na darmo Edmund trafia do groty z Orientu, bo czar snucia opowieści drży w powietrzu). Miłość, zemsta, spisek, młodość w zderzeniu z dojrzałością (najpierw Edmunda i księdza w twierdzy If, potem hrabiego i młodzieńców). Plan z wykorzystaniem bajońskich sum i ćwiczonej w lochach cierpliwości.

Jedna z najbardziej widowiskowych przemian bohatera, który z prostego i prostodusznego marynarza staje się tajemniczym bogaczem, którego starannie budowana sława onieśmiela. A są jeszcze pewien ksiądz i bankier. Hrabia budzi współczucie, złość, podziw, strach, jest po ludzku skomplikowany i literacko doskonale nieoczywisty. Zresztą większość postaci nie jest czarno-biała.

Pomysły Dumasa cały czas robią wrażenie, a raz wpadnąwszy w tę historię chyba nie sposób będzie jej zapomnieć (kto dziś, nawet w powieściach historycznych, tak pięknie używa imiesłowów uprzednich!).

Mogę trochę pomarudzić na zakończenie, bo żal mi Mercedes, a hrabia odpływa z Heyde na Wschód (te romantyczne ciągoty do Orientowi)...Ale na pocieszenie dostajemy cytat wieńczący setki stron:
"Póki Bóg nie raczy odsłonić przyszłości ludzkiej, cała ludzka mądrość będzie się mieścić w tych paru słowach: Czekać i nie tracić nadziei."

Warto poznać dogłębnie, co zna się tylko pozornie! 
 
Aleksander Dumas. "Hrabia Monte Christo". Przeł. Klemens Łukaszewicz. Wyd. Świat Książki.     


środa, 10 września 2025

"Emma" i Emma


Lubię"Emmę", a Emmę tak sobie. Czyli czy ważne jest lubienie bohaterów?

"Emma" to chyba moja ulubiona powieść Austen. Z zacięciem satyrycznym, wieloma wątkami i galerią barwnych postaci. Jest jeszcze ona, tytułowa bohaterka. Dziewczyna bez problemów finansowych, bez musu zamążpójścia. Nie tak rozważna i nie tak romantyczna, bez bagażu doświadczeń Anny Elliot, nie tak naiwna jak Katarzyna Morland, nie aż tak błyskotliwa jak Elżbieta. Emma ma charakterek, ma zalety i wady, a o tym wszystkim mówi nie tylko ona, ale i wielu ludzi mówi o niej, co tworzy świetny, wielowymiarowy portret. Bo wg ojca Emma jest doskonała, wg panny Bates "taka dobra", wg pana Knightley'a ma swoje za uszami, wg pani Elton nie aż tak elegancka. Chyba o żadnej innej bohaterce Austen nie pozwala wypowiadać się tak często innym postaciom, które przez te charakterystyki mówią też o sobie.  
 
Austen daje upust zdolnościom komediowym. Monologi panny Bates, w których co chwilę pojawiają się nowe wątki, pełne egzaltacji wypowiedzi pani Elton, wiecznie zatroskany o zdrowie ojciec Emmy, fan kaszki... Austen tworzy perełkowe, wręcz teatralne, dramatycznie doskonałe wypowiedzi, które pokazują jej świetne ucho i niemal sceniczne zacięcie w tworzeniu postaci i fabuły. 
 
A sama Emma? Zmienia się. Dojrzewa, jednak zachowuje to, co ją tworzy-wysokie mniemanie o sobie, samodzielność i optymizm. Nie wiem, czy chciałabym przyjaźnić się z tak pewną swoich przekonań osobą, wątpię czy (niczym Hariett) zawierzyłabym jej osądom. Ale jako postać literacka Emma jest świetnie napisana, bardzo ludzka i biorąc pod uwagę, że mówimy o 1815 r. w pewnych sprawach: zbuntowana. Może irytować, ale nie nudzi, może zadziwiać (nie zawsze na plus), ale jest swoich zrachowaniach kompletna. 

"Emmę" lubię, bo lubię pana Knightley'a. Nie ma tu miłości od pierwszego wejrzenia albo tej, która wyrasta z uprzedzenia i ogranicza się do kilku wymian zdań. Jest miłość rodząca się przyjaźni, w której Emma i Jerzy są sobie równi urodzeniem, majątkiem i rozmawiają otwarcie od lat. Ot, romans jak z książki!
Słuchałam po raz kolejny audiobooka w doskonałej interpretacji Anny Dereszowskiej i na pewno do niego wrócę, bo mimo kilku spotkań wiem, że przy następnym i tak znajdę coś nowego, może bardziej polubię Emmę?
 
Jane Austen "Emma". Przeł. Jadwiga Dmochowska. Czyta Anna Dereszowska.  



czwartek, 29 maja 2025

"Arabskie noce" niejednoznaczność Orientu

 

Po przeczytaniu "Arabskich nocy", słowem określającym Orient będzie będzie to dla mnie niejednoznaczność. 

Bo baśnie nie dają prostego obrazu Wschodu. Jest w nich przepych, bogactwo, pałace i ogrody, ale są też biedne chaty i hałdy śmieci. Moralność też nie jest oczywista. Czasem, jak to w baśniach, nagrodzone zostanie dobre serce, ale czasem spryt, krętactwo i umiejętność dostosowania się do sytuacji. Wśród tych, którzy opanowali sztukę zwodzenia są też kobiety. Mamy tu wiele bezimiennych niewolnic, a nawet kobiet wezyra, traktowanych jak przedmioty, które można oddać, sprzedać, zgładzić, ale mamy też mistrzynie manipulacji, uwodzicielki i niewierne żony, które zawsze postawią na swoim. *


Daleki od oczywistości jest też świat przedstawiony, w którym poza historiami dziejącym się praktycznie za rogiem w Bagdadzie, Damaszku, Kairze i Basrze, są te, w których pojawiają się elementy i postaci magiczne.  I jeszcze jedno niejednoznaczne przeciwieństwo: zmysłowość i brutalność.  Wydawca akcentuje, że wydanie baśni w opracowaniu dziewiętnastowiecznego podróżnika i arabisty Richarda Burtona to wersja nieocenzurowana i bliska oryginałowi.  Jest zatem wieloznacznie, ale bez epatowania wulgarnością i okrucieństwem. W tłumaczeniu zachowano język, który choć dający czytać się lekko, ma w sobie słowa i zwroty nadające klasyczny, baśniowy klimat przeszłości. 

Bo właśnie język i siła opowiadanej historii są tym, co najbardziej przykuwa moją uwagę.  Ramowa kompozycja opowieści samej Szeherezady to jedno, ale w wielu baśniach bohaterowie spiętrzają opowieści, opowiadając sobie różne historie dla zabicia czasu lub wyjaśnienia pewnych zjawisk. Forma przypowieści pozwala lepiej coś zrozumieć, a snuta opowiastka zajmuje głowę i odrywa myśli.  A to, w moim odczuciu daje też pojęcie o wschodniej mentalności, która znajduje czas na zanurzenie się w czyichś słowach i znalezienie w historiach wiedzy, rozrywki lub poczucia wspólnoty. Dlatego też tak wiele dzieje się w języku baśni, który kształtuje ich świat.  A że "proza jest rozwlekła, a wiersze są jak perły misternie nawlekane na nić" bohaterowie często odwołują się albo do "słów poety", albo sami wypowiadają swoje uczucia posługując się poezją. Literacka podróż na Wschód pełna zaskoczeń, kontrastów i niejednoznaczności. W pięknej książkowej oprawie.  
 
*Nie sposób czytając "Arabskie noce" nie przypomnieć sobie "Dekameronu", bo choć zbiór Boccaccia jest późniejszy, nawiązuje tak konstrukcją, jak i częściowo tematyką. Trudno było mi też uwolnić od skojarzenia z Teatrem Telewizji "Temida jest kobietą", na podstawie opowiadań Guy'a de Maupassanta, w których sprytne panie wykorzystują naiwność mężczyzn.   
 
Za książkę dziękuję Wydawnictwu.  
 
Richard Burton. "Arabskie noce". Przeł. Justyna Sarna. Wyd.Materia.Poznań 2025. 

środa, 26 lutego 2025

" Opactwo Northanger". Austen w krainie Radcliffe

 

"Opactwo Nothanger" nie jest w top 3  Austenowskich książek. Katarzynie Morland brakuje błyskotliwości Elżbiety, żywiołowości Emmy, dojrzałości Ann, marzycielstwa Marianny i dyscypliny Eleonory. Ale taka ma być: niezbyt wyróżniająca się, choć sympatyczna dziewczyną, która da się wciągnąć w świat literatury.

Przeczytałam "Tajemnice zamku Udolpho", które namiętnie czyta Katarzyna. Nawiązania do scen, a także opowieści o tym, co dzieje się z bohaterką są tematem rozmów, które Katarzyna prowadzi z nową przyjaciółką. Bo "Opactwo..." to historia o dziewczynie, która ucieka w literacki świat zapomina, że życie to nie powieść, a karmiona nastrojem grozy i niesamowitości miewa kłopot z osądem ludzi i sytuacji. Katarzyna poznaje ludzi, odwiedza miejsca i staje się świadkiem wydarzeń, które(mimo jej, podbudowywanej lekturą, nadziei), nie mają w sobie nic z gotyckiego romansu. I to dla niej lepiej. 

To jedyna książka Austen, która wymaga kontekstu. Po przeczytaniu kilkuset stron powieści Ann Radcliffe zrozumiałam fenomen. Domyślam się, jak filtrowany przez wyobraźnię początku XIX w. świat bestsellerowej powieści mógł wpłynąć na ówczesne czytelniczki. Dlaczego Austen napisała pastisz i jakie mogło być echo tej powieści, gdy znając Radcliffe, czytało i doceniało się Austen w jej czasach. 

Dla pastiszu niezbędna jest znajomość źródła i to może sprawić, że "Opactwo..."nie jest dziś aż tak popularne i lubiane. Nie znamy Radcliffe, zatem nie doceniamy intertekstualnej gry, którą Austen prowadzi z jedną pierwszych pisarek,która zawładnęła wyobraźnią, przy okazji zarabiając krocie. Współczesnego czytelnika "Udoplho" nie przeraża, nie budzi dreszczy, raczej bawi. Zamienia się więc spojrzenie na Katarzynę. Chociaż czy na pewno? Może ona (tak samo jak Emma Bovary) szukałaby wrażeń w sieci i brała rzeczywistość internetu za prawdziwą i fascynującą? Łatwo zachwycamy się światem, którego nie ma. Wierzymy w opowieści. Programujemy rzeczywistość poszukując w niej ech tego, co czytaliśmy. I w tym znów Austen jest aktualna!

 Jane Austen, "Opactwo Northanger". Przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska.  Wyd. Cranford. 



środa, 11 grudnia 2024

"Alicja w Krainie Czarów" dialogi z Dalim


 "A po co komu  książka bez dialogów ani ilustracji?"

 Nowe wydanie "Alicji w Krainie Czarów" jest dowodem, że sama opowieść o Alicji jest idealną książką. Z dialogami i obrazkami. I jedno, i drugie jest nie byle jakie. 
Po pierwsze kolejny przekład. Alicja jest postacią z krainy przekładów. Było ich kilkanaście, a każdy kolejny to pytanie: w jaką stronę na nowo zabierze czytelnika znana przecież historia? Śledzeniem zmian i szczegółowymi porównaniami przekładów językowych wyzwań pewnie zajmą się specjaliści od translatologii, a ja powiem tyle, że przekład Pauliny Braiter czytało mi się bardzo dobrze. Jest  dowcipny, bywa absurdalny i groteskowy, językowo jest czasem zaskakujący (jest "ciekawsiej"!), a przy tym daje czytelnikowi osadzenie w świecie, który jest światem baśni, ale i światem tego letniego popołudnia sprzed ponad 150 lat, gdy  mała Alice żąda opowieści. Jest więc i ciekawie, i w duchu oryginału.

Po drugie:ilustracje. Połączenie historii Alicji z grafikami Salvadora Dalego to pomysł odkrywczy i oczywisty jednocześnie. Bo kto, jeśli nie surrealista, odda lepiej kolorami, kształtami, wyobraźnią, sens i emocje historii? Czy Alicja może być dziewczynką ze skakanką? Oczywiście! I, tu nie zgodzę się z autorami Mądrych Przedmów, bo oczywiście, że w swojej długiej sukni może przez nią skakać! To przecież świat zachwianych reguł.

Przedmowy to kolejny plus tego wydania. Wprowadzenie do świata Alicji,  matematyka, która była nauką-matką Carrolla, opowieść o Dalim pozwalają na łapanie kolejnych nitek i kontekstów. Na znalezienie jeszcze głębszego dna króliczej nory.

I po czwarte, choć może powinno być po pierwsze, w świecie zachwytów, zagadek, czarów i cudów zachwyca dwustronna obwoluta z tytułem "Alicja w Krainie Cudów", którą czytam jako przywołanie pierwszego przekładu na polski "Przygody Alinki w krainie cudów" Adeli S. z 1910 r. Te cuda w tytule pięknie nawiązują do treści, i cudownych ilustracji, i do tradycji książki na rynku (brawa za przypisy z wyjaśnieniem, że pewne zdania odwołują się do oryginalnych ilustracji Tenniela z pierwszego wydania).
A to, że Carroll już w pierwotnym tekście zakładał istnienie ilustracji, nie wiedząc, że pojawi się ktoś taki jak Dali, który barwami, formą i atmosferą zgra się z jego historią, a my to dostajemy w 2024 z nowym tłumaczeniem to już największy cud!
 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu. 
 
 Lewis Carrol. "Alicja w Krainie Czarów". Przeł. Paulina Braiter. Wyda Materia. Kórnik 2024. 

środa, 20 listopada 2024

"Tajemnice zamu Udolpho" klasyk grozy


""Tajemnice zamku Udolpho" to klasyk literatury gotyckiej. Wydana w 1794 r. powieść przyniosła autorce spore pieniądze, była komentowana w środowisku literackim i tak popularna, że Jane Austen postanawiała w swoim "Opactwie Nothanger" odnieść się do niej, a swoją bohaterkę uczynić namiętną czytelniczką grozy Ann Radcliffe.

Jak czyta się tę powieść 230 lat po jej powstaniu?

Długo. Ale nie żałuję! Ponad 800 stron, drobny druk, a przede wszystkim styl, który wymaga skupienia. To nie jest powieść do czytania z doskoku. Nie chodzi o to, że zgubimy się w fabule, o nie! Na współczesne standardy akcja toczy się wolno (Emilia, główna bohaterka, do tytułowego zamku bohaterka dociera po 300 stronie). Ale narracja, opisy przyrody, postaci, ich emocji, wymagają uwagi. Autorka pisze w odległych od nas czasach o czasach odległych o niej, bo akcja toczy się pod koniec XVI wieku, więc mamy tu osiemnastowieczną próbę pokazania świata z 1584 roku, dokonaną na podstawie lektur i skojarzeń (czasem błędnych o czym mówią bardzo dobre przypisy).  W treść włączone są wiersze pisane przez Emilię (to jej sposób na przekazanie emocji), ale także liczne cytaty z Szekspira, Miltona, które osadzają opowieść nie tylko w historii, ale i literackim kontekście.

Bohaterka Austen czytając drżała z ekscytacji. Współczesny czytelnik drżeć nie będzie. Demoniczny hrabia jest postacią jednoznacznie złą, ale nie jest nawet w dziesiątce najbardziej występnych typów literatury. Dzisiejszy czytelnik, żeby czuć się zaintrygowanym musi wyrzucić z głowy to, co nastąpiło po Radcliffe. Bo właśnie w Udolpho znajdziemy składowe powieści gotyckiej: zamczysko, drzwi, za którymi coś szeleści, tajemnice z przeszłości, ludzi, którzy strzegą sekretu i dzielą się nim na łożu śmierci, przyrodę, która bywa straszna i nieprzystępna, tajemnicze portrety i zapiski z przeszłości, ucieczki, pojedynki, zwłoki w rogu pokoju.  Dziś powiemy: zgrany zestaw! Ale świadomość, że właśnie ta autorka ten zestaw buduje, zmienia perspektywę.

Poza grozą płynącą z zewnątrz, jest i groza samej bohaterki, gubiącej się w domysłach, zbierającej strzępki informacji o własnej rodzinie. Emila, córka bez matki, narzeczona rozdzielona z ukochanym, zamknięta na odludziu tylko z wierną pokojówka jest dziewczyną pełną cnót (dlatego wygra), ale narażoną na tworzone przez własną wyobraźnię ułudy. I pewnie właśnie dzięki temu książka ta czytana jest od tylu wieków i cały czas potrafi zainteresować. Bo gdy już wejdzie się w świat tych opisów przyrody, miejsc, stanów emocjonalnych, to narracja i zmiany w emocjach bohaterki potrafi czytelnika wciągnąć.  Ale nie jest to lektura do czytania w przerwie, bo wtedy gubi się jej piękno i atmosferę.  A dla atmosfery i pewnego poczucia, że od tego wiele się w literaturze zaczęło warto było czytać!

 Ann Radcliffe "Tajemnice zamku Udolpho". Przeł. Wacław Niepokólczycki. Państwowy Instytut Wydawniczy. Warszawa 2023. 

środa, 13 listopada 2024

"Przeminęło z wiatrem" . Niezwykła historia w czworokącie


Świetna główna bohaterka to częste. Doskonała para - również.  Ale siłą „Przeminęło z wiatrem” jest dla mnie cała czwórka: Scarlett, Rhett, Melania i Ashley.  

Bo ta wielka amerykańska historia, z odmalowanym rysem Południa i  wojny secesyjnej, z mnóstwem postaci, toczy się przede wszystkim w tym czworokącie. Dwie bardzo różne kobiet, dwóch zupełnie innych mężczyzn, między nimi chyba wszystkie możliwe emocje. Scarlett to imię symbol, kobieta niezależna, silna, kokietująca, w interesach bezwzględna(diabeł ubiera się u Prady? O nie! Nosi kieckę z zasłony!), twarda i miękka jednocześnie. Tak bardzo kobieca w swej złożoności, jak to tylko możliwe.  Melania prawa, opiekuńcza, ufna, po prostu dobra. I odważna odwagą inną niż te O’Harów, ale równie wartą wzmianki. Ashley, wymarzony i honorowy dżentelmen czasów przeszłych, który próbuje znaleźć się w nowych okolicznościach. I Rhett, dandys, spekulant, oszust, który najlepsze uczynki i  strony swego charakteru próbuje ukryć przed opinią publiczną, facet na każde czasy, który zna się na ludziach.  Dookoła wiatr historii, zmiany, a między tą czwórką zestaw napięć, ukrytych i widocznych  miłości, gniewów, niechęci, krętactw, tajemnic, oddalenia i bliskości. 

 Znam film, zatem znam i historię,  film jest bez wątpienia arcydziełem kina, a role obsadzone są bezbłędnie (Vivien i Clark = Scarlett i Rhett, tym bardziej, że czytając opisy wyglądu tych postaci naprawdę ma się wrażenie że Mitchell opisuje aktorów, którzy za kilka lat zagrają w ekranizacji!). Jednak postaci książkowe niosą jeszcze więcej emocji, głębi (niechęć Scarlett do dzieci, jej zdolności w interesach łączące się też z wyrachowaniem; więcej wątpliwości  romantyka Ashleya, które pozwalają go zrozumieć; jeszcze mocniejszy w miłości i cierpieniu Rhett, te wszystkie słowne potyczki bohaterów, które jednak z filmu musiały wylecieć).  

 To taka książka, po której ma się mnóstwo myśli (Gable ponoć nazwał ja romansidłem i nie chciał grać Rhetta, na szczęście zagrał). Myśli o zmianie czasów, o człowieczeństwie, odwadze, pieniądzach,  wyrzeczeniach. O  ludziach i emocjach między nimi. O powieści, która wciąga i bohaterach, którzy są tak pełni i wielowymiarowi w słowach i działaniach.  O wielkiej historii, wielkich miłościach do kobiet, mężczyzn i ziemi.  I tej pajęczynie powiązań, w którą wpadają bohaterowie czasem wcale tego nie chcąc. Jak w życiu.  Daleka jestem od: o wow co to była za historia! Ale TO była historia i TO byli bohaterowie. Nie ma co pisać, trzeba czytać.  I jakby się kto pytał, to chociaż  czytelniczo-polonistycznym sercem doceniam i zachwycam się takim zakończeniem, tak zupełnie w środku jestem pewna, że  Rhett wróci do Scarlett. Jutro. 

Margaret Mitchell. "Przeminęło z wiatrem". Przeł. Cecylia Wieniewska. Wydawnictwo Albatros. Warszawa 2020.

środa, 22 maja 2024

"Generał i panna" nietypowy romans

 

Po twórczość  Daphne du Maurier sięgnęłam dopiero kilka lat temu (tzw. efekt serii butikowej i czytam jej powieści z dużą przyjemnością, także dlatego, że są to historie bardzo różne. I choć "Rebeka" jest na razie poza konkurencją, z zainteresowaniem czytam kolejne wznowienia).

Zdanie na okładce „o jednym z najpiękniejszych romansów w historii literatury” nie pokazuje istoty powieści. „Generał i panna” dzieje się w czasach wojny domowej w epoce Cromwella, są bitwy rojalistów i parlamentarzystów, spiski, aresztowania, czyli wszystko, co kojarzy się z powieścią historyczną.  Do tego dochodzą tajemnice, stare posiadłości w Kornwalii i skrytki przy schodach, zatem elementy powieści gotyckiej. Jest historia nietuzinkowego związku, ale określenie książki mianem romansu może czytelników rozczarować. Bo o ile powieść rozpoczyna się dość typowo- młoda dziewczyna Honor poznaje żołnierza, który wyróżnia się odwagą i buńczucznością, to potem nie będzie już dalszego ciągu z typowego romansu. Honor spada z konia i traci władze w nogach. Mijają lata, Honor już jako kobieta dojrzała mieszka przy rodzinie i ponownie spotyka mężczyznę, dla której kiedyś szybciej biło jej serce. Ale teraz nie czas na wspomnienia, bo wokół wojna domowa, a generał Richarda Grenville  znów staje na czele armii. Czy, skoro mówię, że to nie romans, nie ma tu uczucia? Jest, to rozmowy ludzi z bagażem doświadczeń, osadzonych w konkretnej rzeczywistości historycznej, ludzi z których każdy ma swoje życie, ograniczenia, wybory. To jest opowieść o miłości, przyjaźni, walce o życie drugiego człowieka i wierze w jego honor, ale ci, którzy spodziewają się typowej miłosnej historii mogą się zdziwić lub wręcz rozczarować, bo wiele razy wojna i polityka wychodzi tu na pierwszy plan, a relacje między Honor i Richardem nie są prostym romansowym schematem.  
 
Trochę w "Generale i pannie" przygodowo-awanturniczego nastroju z „Zatoki Francuza” (ale mnie niż w niej namiętności), ciut nastroju z "Oberży na pustkowiu", ale bardziej w arystokratycznym wydaniu.  Du Maurier umie wywoływać klimat, tworzyć nastroje, wie jak szelestem za drzwiami i skrytką w podłodze pobudzić wyobraźnię. Ale umie też świetnie budować postacie.  Generał jest po prostu szlachetnym zawadiaką (wymarzona postać do powieści, choć i człowiek, z którym w prawdziwym świecie trudno byłoby żyć, a zwłaszcza być jego dzieckiem. Postać syna, którego przez chwilę bierze pod opiekę Honor jest bardzo poruszająca, bo pokazuje trud bycia chłopcem w wojskowej, arystokratycznie rodzinie, gdy od narodzenia ciążą obowiązki i nadzieje spełniania rodzinnych oczekiwań). Panna Honor za to jest niezwykłą kobietą, pełną sprytu, odwagi, która walcząc z ograniczeniami ciała potrafi i tak wielokrotnie dokonywać czynów teoretycznie nie dla kobiet z jej epoki. I właśnie ta konstrukcja bohaterki i zarazem narratorki powieści jest najsilniejszą stroną książki, bo oddając jej głos pisarka daje czytelnikowi nie tylko kobiece spojrzenie na wojnę w Anglii XVII w., ale też perspektywę kobiety, która doświadcza innego losu niż damy z jej sfery. I ta kaleka, stara panna przy rodzinie snuje opowieść naprawdę niesamowitą. A niesamowitość wzrasta, gdy wiemy, że i generał, i panna, istnieli naprawdę. 

Daphne du Maurier. "Generał i panna". Przeł. Anna Bańkowska. Wyd. Albatros. Warszawa 2024.

czwartek, 11 stycznia 2024

"Skarb pana Arnego" wybór tragiczny wśród fiordów

 


Po fali kryminałów i odnowie Serii Skandynawskiej coraz więcej na rynku literatury norweskiej, szwedzkiej, duńskiej. Cieszą też powroty do klasyki, a takim powrotem jest „Skarb pana Arnego”.  Mikropowieść Selmy Lagerlöf to historia metaforyczno-fantastyczna, pełna  znaków i przyrody.

 Szesnastowieczna Norwegia. Na plebanii pan Arne przechowuje skarb zrabowany katolickim klasztorom. Pewnej nocy  skarb zostaje ukradziony, a z krwawej jatki ostaje się tylko Elsalill dziewczyna wzięta na wychowanie. Po jakimś czasie poznaje szkockiego najemnika i … tu można już się domyślić dalszego ciągu oraz ciągu jeszcze dalszego. Przy czym to wcale nie jest historia banalna, bo piętrzące się trudności oraz poczucie nieuchronnego fatum wisi nad bohaterami jak w antycznej tragedii. Czy można kochać kogoś, kto zniszczył spokój? Czy wydanie go w ręce sprawiedliwości nie jest zachowaniem wbrew sercu? A obok tego konfliktu surowa przyroda: statki czekające aż puszczą lody fiordów i będą mogły wyjść w morze, odgłosy wiatru lub ostrzenia noży. Duch przybranej siostry zjawiający się w ciemnej izbie. Wreszcie finał- tragiczny jeszcze bardziej niż się spodziewałam. 

Historia krótka, niby prosta, ale trzymająca w napięciu nie tylko oczywistym: co będzie dalej, ale i przede wszystkim ze względu na moralny konfliktu.  Historia ponoć inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, trochę fantastyczna (motyw przeklętego skarbu, zjaw), trochę paraboliczna. Wrośnięta w skandynawski klimat. Warta poznania.

Gdy w 1904 roku Sienkiewicz dostawał Nobla,w stawce była też Orzeszkowa.  Jedne z akademików miał powiedzieć, ze ona nagrodę może dostać za cztery, pięć lat. W roku 1909 (pięć lat po Sienkiewiczu) , Lagerlöf otrzymała, jako pierwsza kobieta literackiego Nobla. inne to opisy przyrody… 

 Selmy Lagerlöf, "Skarb pana Arnego". Przeł. Magdalena Landowska.Wyd. Media Rodzina. Poznań 2023.

 

czwartek, 17 sierpnia 2023

"Wymarzony dom Anne" i ci, którzy znają Józefa


 Czy macie wśród znajomych tych, którzy znają Józefa?


"Wymarzony dom Anne" to tom, w którym po przestoju fabularnym topól/wierzb, znów akcja przyspiesza. Anne wychodzi za mąż, wyprowadza się, przeżywa wielkie radości i ogromne straty. Siłą tego tomu są  bohaterowie drugoplanowi, którzy nadają historii młodej mężatki dodatkowego kolorytu.Jest tajemnicza Leslie, piękna i nieszczęśliwa, której historia staje się dla Anne chyba największym charakterologicznym wyzwaniem. Jest stary kapitan, miłośnik morza i gawęd. Jest wreszcie panna Cordelia, nieprzyjaciółka mężczyzn, twórczyni tezy o tych, co znają Józefa. Są epizodyczni starzy znajomi z poprzednich tomów np już dorosły Paul.

Poza przeróżnymi emocjami, jest tu wielka siła przyjaźni i wsparcia, które dają ci, ktorzy znają Józefa.

Montgomery, wkładając w usta panny Cordelii słowa o plemieniu, które zna Józefa (dzięki przypisom Bańkowskiej, które ponownie doceniam, wiem, że to sformułowanie o starotestamentowym pochodzeniu) opisuje jasno coś, co trudno wytłumaczyć. Bo przecież zdarza się, że nagle dookoła znajdują się ludzie, z którymi od razu łapiemy kontakt. Którzy bez fazy oswajania rozumieją nasze poczucie humoru i nasz punkt widzenia, którzy mogą tego punktu nie podzielać, ale go szanują. Którzy, gdy trzeba są (i są, gdy wydaje się, że nie trzeba, są na wszelki wypadek). Łączy z nimi nić porozumienia, uśmiechu, wsparcia. Łączy sieć podobnych skojarzeń.

Na studiach, na zajęciach z kultury europejskiej, pani profesor wspomniała, że kultura to zestaw odniesień, dzięki którym ci, którzy znają Józefa lepiej się rozumieją. Kolega (nie nawykły do dziewczyńskich lektur)pytał nas potem o co chodzi z tym Józefem. I tak sytuacja dostała kolejny kontekst-gdy o kulturze mówi się cytatami.

Wiele może być poziomów znania Józefa. I dobrze mieć obok siebie tych, którzy też go znają(nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy).

Lektura "Wymarzonego domu" jest wyczekiwanym powrotem do tych, na spotkanie z którymi się czeka. Bo nawet jeśli ich jeszcze nie znamy, to oni już też znają Józefa.

O Anne z Zielonych Szczytów tu , o Anne z Redmondu tu 

Lucy Maud Montgomery, "Wymarzony dom Anne". Przeł. Anna Bańkowska. Wyd. Marginesy. Warszawa 2023.

środa, 8 lutego 2023

"Ruchome święto" Hemingway o północy w Paryżu

 

Zanim wielki pisarz stanie się wielkim, sławnym i uznanym, jest młodym, czasem głodnym poszukującym literatem.

I taki jest w "Ruchomym świecie" Hemingway.  Młody, szykujący tematu, liczący pieniądze,  spotykający tych, którzy mogą go czegoś nauczyć, w czymś pomóc.  Tych, których lubi, kocha, nie lubi.  Lata dwudzieste w Paryżu, obraz trochę jak z filmu Allena "O północy w Paryżu"- Gertruda Stein, Scott i Zelda, Pound,  świat bohemy i wielkich dyskusji o sztuce. Poszukiwanie swojego głosu- czy w literaturze można kłamać? Czy prawda nie jest najważniejsze? A może efekciarstwo? A może, jak Scott pisać dobre opowiadania i potem obrabiać je tak, by się podobały?  Kawiarnie, skwery, wyjazdy na narty po starej dobrej Europie. Wyścigi.  Chwile w ulewie w kabriolecie.  Uczucie do żony, z pełną świadomością starszego już Hema, który wie, jak ta historia się skończy.  Bo tym, co najbardziej mnie ujęło w tych powieściach, urywkach wspomnieniach jest rozdwojenie narratora-  kogoś z doświadczaniem, bagażem lat, który wraca do swojej młodości trochę z sentymentem, trochę z usprawiedliwieniem, a trochę ze świadomością ciągu dalszego.

 Paryż to jest miasto młodych i młodości-  żądne nowej krwi, nowych pomysłów, rodzących się trendów w kulturze. Jest  przy tym adresem z marzeń, bo przecież jeśli być artystą to tylko w Paryżu.  Zwłaszcza, gdy w jednym momencie pojawiają się tam  reprezentanci pokolenia, które Gertruda Stein nazywa straconym. Pokolenia, które jeszcze nie wie, że wielka wojna to nie jest jedyna, której doświadcza (choć niektórzy nie doczekają). Portret miasta, portret pokolenia, a przy tym Hem,  tworzący swoja legendę pisarza, twardziela,  człowieka, który jest blisko tego, o czym pisze i niech chce kombinować i kręcić, tylko pisać jak jest. To już sto lat minęło. A ten świat ciągle na nas oddziałuje, iskrzy się, mieni różnymi obrazami i portretami ludzi z fantazją, problemami, spokojem i  fatalnym przeczuciem. I nabrałam ochoty na więcej Hemingway ’a.

 O pisaniu i tworzeniu doświadczenia czytelniczego:

O potrzebie tajemnicy:

Ernest Hemingway. "Ruchome święto". Przeł. Miłosz Biedrzycki.  Wyd. Marginesy. Warszawa 2022.