Pokazywanie postów oznaczonych etykietą audiobuk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą audiobuk. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 września 2025

"Emma" i Emma


Lubię"Emmę", a Emmę tak sobie. Czyli czy ważne jest lubienie bohaterów?

"Emma" to chyba moja ulubiona powieść Austen. Z zacięciem satyrycznym, wieloma wątkami i galerią barwnych postaci. Jest jeszcze ona, tytułowa bohaterka. Dziewczyna bez problemów finansowych, bez musu zamążpójścia. Nie tak rozważna i nie tak romantyczna, bez bagażu doświadczeń Anny Elliot, nie tak naiwna jak Katarzyna Morland, nie aż tak błyskotliwa jak Elżbieta. Emma ma charakterek, ma zalety i wady, a o tym wszystkim mówi nie tylko ona, ale i wielu ludzi mówi o niej, co tworzy świetny, wielowymiarowy portret. Bo wg ojca Emma jest doskonała, wg panny Bates "taka dobra", wg pana Knightley'a ma swoje za uszami, wg pani Elton nie aż tak elegancka. Chyba o żadnej innej bohaterce Austen nie pozwala wypowiadać się tak często innym postaciom, które przez te charakterystyki mówią też o sobie.  
 
Austen daje upust zdolnościom komediowym. Monologi panny Bates, w których co chwilę pojawiają się nowe wątki, pełne egzaltacji wypowiedzi pani Elton, wiecznie zatroskany o zdrowie ojciec Emmy, fan kaszki... Austen tworzy perełkowe, wręcz teatralne, dramatycznie doskonałe wypowiedzi, które pokazują jej świetne ucho i niemal sceniczne zacięcie w tworzeniu postaci i fabuły. 
 
A sama Emma? Zmienia się. Dojrzewa, jednak zachowuje to, co ją tworzy-wysokie mniemanie o sobie, samodzielność i optymizm. Nie wiem, czy chciałabym przyjaźnić się z tak pewną swoich przekonań osobą, wątpię czy (niczym Hariett) zawierzyłabym jej osądom. Ale jako postać literacka Emma jest świetnie napisana, bardzo ludzka i biorąc pod uwagę, że mówimy o 1815 r. w pewnych sprawach: zbuntowana. Może irytować, ale nie nudzi, może zadziwiać (nie zawsze na plus), ale jest swoich zrachowaniach kompletna. 

"Emmę" lubię, bo lubię pana Knightley'a. Nie ma tu miłości od pierwszego wejrzenia albo tej, która wyrasta z uprzedzenia i ogranicza się do kilku wymian zdań. Jest miłość rodząca się przyjaźni, w której Emma i Jerzy są sobie równi urodzeniem, majątkiem i rozmawiają otwarcie od lat. Ot, romans jak z książki!
Słuchałam po raz kolejny audiobooka w doskonałej interpretacji Anny Dereszowskiej i na pewno do niego wrócę, bo mimo kilku spotkań wiem, że przy następnym i tak znajdę coś nowego, może bardziej polubię Emmę?
 
Jane Austen "Emma". Przeł. Jadwiga Dmochowska. Czyta Anna Dereszowska.  



niedziela, 1 lipca 2018

"Cudowny chłopak" dorasta

Nic tak dobrze nie robi literaturze jak kino.  To właśnie dzięki ekranizacji z gwiazdami w obsadzie, o książce stało się głośno. Filmu nie widziałam, ale ponieważ był moment, że recenzje kinowe i książkowe wyskakiwały z każdego kąta sieci,wysłuchałam audiobooka. Na początku byłam zaskoczona, że książkę, której narratorem jest chłopiec czyta Anna Dereszowska, ale potem wyjaśniło się dlaczego. I od razu dodam, że Dereszowska przeczytała powieść bardzo dobrze, z wyczuciem, humorem i pomysłem. I choć moje uwielbienie dla Krzysztofa Gosztyły jest znane, Dereszowska, która lektoruje często, zajmuje  na razie pierwsze miejsce w kategorii czytających kobiet. 

Książka Palacio kierowana jest do młodzieży, ale dorosłym nie zaszkodzi. Jej temat to przede wszystkim inność, tolerancja i dorastanie. Ale nie jest to nudna moralistyczna historia o tym, żeby nie oceniać ludzi powierzchownie. To całkiem ciekawa opowieść z interesującymi bohaterami.  Tytułowy cudowny chłopak to August, chorujący  na  dyzostozę twarzowo-żuchwową, rzadką chorobę genetyczną objawiającą się zmianami układu twarzy, do tego dochodzą jeszcze wady wzroku i słuchu.  W domu, wśród bliskich August ma pełną akceptację i wydaje się, że żyje tak jak inne dzieci. Ale gdy rodzice postanawiają wysłać go do szkoły, wszystko się zmienia. Mimo pomocy dyrekcji i nauczycieli, wyznaczeniu chłopcu opiekunów spośród uczniów, początki w szkole są gorsze niż przewidywano. Bo dzieciaki nie kryją swojej niechęci, a August (do tej pory chroniony),  musi zmierzyć się z trudami bycia innym. Historia opowiedziana w książce obejmuje czas od początku roku szkolnego do wakacji,  to rok szkolny, który wszystkich bohaterów wiele nauczy. August będzie musiał dojrzeć, jego rodzice przestać drżeć o syna, siostra wybije się na niepodległość.  Bo tym, co bardzo podnosi ocenę tej książki, jest ukazanie historii Augusta z perspektyw kilku osób- chłopca,  jego znajomych i siostry. I to właśnie starsza siostra Augusta jest w tej historii najciekawszą bohaterką. To dojrzewająca dziewczyna, która większość swego życia spędzała na drugim planie, w cieniu choroby brata; dziewczyna, która zaczyna mieć swoje spraw, tajemnice, która kocha brata, a jednocześnie w nowej szkole chce się uwolnić od sławy "siostry kosmity". Prawdziwa, bardzo mądra i życiowa postać!

Sama książka i jej zakończenie  ma w sobie coś z typowej amerykańskiej powieści z happy endem. Opowieści, w której wszystko i wszyscy  wychodzą na prostą i maszerują w stronę słońca. Oby tak bardzo optymistycznie było i w życiu.  Powieść warto poznać (może nawet polecać w szkole?), bo dla młodego czytelnika będzie ciekawą, momentami zabawną, a czasem wzruszającą opowieścią o tolerancji, inności, przyjaźni, przezwyciężaniu słabości i pozorach. Dla dorosłych dodatkowo historią o  wychowaniu dzieci. A happy end nikomu nie zaszkodził! 

R.J. Palacio, "Cudowny chłopak". Przeł.Maria Olejniczak-Skarsgard. Wyd. Albatros. Warszawa 2017. Czyta Anna Dereszowska. 

niedziela, 13 maja 2018

"Król" Szapiro i jego Warszawa


Międzywojenna Warszawa  kojarzy mi się przede wszystkim ze Skamandrytami, kawiarniami i kabaretami. „Król” Twardocha pokazuje zupełnie inny świat schyłkowej fazy dwudziestolecia. Zamiast tańca, zabawy i śmiechu,  jest półświatek przestępczy, walki pięściarskie, nielegalne interesy i  rozkwitający antysemityzm.   To waśnie tę bardziej brutalną odsłonę życia opisuje Twardoch, czyniąc swoim bohaterem Szapirę, żydowskiego boksera, prawą rękę trzęsącego półświatkiem Jana Kaplicy.   Jego losy łączą się z życiem i dorastaniem Mosze Bernsztaina – do jakiego stopnia się łączą, splatają i  przenikają to jeszcze inna sprawa (sprawa artystyczno-dynamiczno-narracyjna).  Jaki świat opisuje Twardoch? Na pewno nie ten międzywojennych kabaretów czy arystokratycznych rodów, które kojarzą się z popularnymi filmami z tamtego okresu. Druga połowa lat 30.  to czas coraz bardziej zaostrzających się nastrojów antysemickich  i nacjonalizmów. To czas, gdy wysocy urzędnicy państwowi myślą o swojej przyszłości i o tym, co zdążą ugrać do np. 1942 roku.  A trudno czytać tę książkę bez refleksji, co będzie dalej i z jakimi problemami przyszłoby się zmierzyć bohaterom, gdyby  ich życie nie było tylko  fikcją literacką.  Ale świat  tworzony przez Twardocha jest  bardzo realistyczny, a może nawet naturalistyczny. 
Autor opisuje ulice i małych uliczników,  dom uciech Ryfki, paszteciarnie i kawiarnie, w których robi się interesy. Opisuje bramy, w których niektórzy tracą życie, a inni odzyskują świadomość. Pokazuje domy bohaterów, w których z pozoru toczy się normalne życie i tylko rozmowy o walkach bokserskich i wyjazdach do Palestyny  udowadniają, że to nie są domy, jakich w stolicy wiele.  Opisuje triumfy i upadki, momenty  chwały i totalnego gnojenia (kto  przeczyta, zrozumie czemu użyłam tego słowa)  bohaterów.  Opisuje wreszcie ludzi – zwyczajnie zazdrosnych, kochanych i kochających, zdradzających i zdradzanych. Znów: realistycznie. Sam Szapiro, były mistrz bokserski, człowiek wymierzający bandycką sprawiedliwość jest postacią złożoną, rozdartą i niejednoznaczną. Polsko-żydowską, bandycko-szlachetną,  wierno-zdradziecką; jest powiernikiem i wykonawcą rozkazów, ale jednocześnie ma nadzieję na awans i zostanie królem półświatka, a może i całego jego świata, jego Warszawy!

 Książkę czytał Maciej Stuhr i to kolejny dowód zawodowej klasy  twgo aktora. Świetnie nakreślone głosem postaci, których jest wiele, a lektor bezbłędnie prowadzi je głosem przez fabularne odmęty i niejasności związane z osobą prowadzącą narrację.  To książka naturalistyczna,  momentami brutalna i ta brutalność mocno rzuca się uszy. W interpretacji Stuhra  rozbijanie szczęk, bicie i brodzenie w ekskrementach jeszcze mocniej przemawia do wyobraźni. Słuchając,  docenia się jeszcze bardziej konstrukcję zdać Twardocha,  plastyczność i dynamikę opisów, słowem pisarską sprawność i język m, który staje się kolejnym bohaterem tej powieści. To nie jest książka lekka i przyjemna. To powieść brudna, brutalna i  pokazująca rzeczywistość  zupełnie inną niż proste wyobrażenie o błogim XX leciu. Tu rodzą  się  upiory XX wieku, ale też marzenia o lepszym jutrze, które skończy się szybciej niż ktokolwiek się spodziewa.
 
Szczepan Twardoch, "Król". Wydawnictwo Literackie. Kraków 2016. Czyta Maciej Sthur.

niedziela, 19 listopada 2017

"Sekeretne życie drzew" , las był i będzie

Książki przyrodnicze wyrastają jak grzyby po deszczu. Pojawiają się historie o ptakach, drzewach, puszczach, zwierzętach... I bardzo dobrze! Ta moda na przyrodę i popularnonaukowe odkrywanie jej tajemnic przemawia do mnie dużo bardziej niż moda na powieści o wampirach albo różnego typu Szarakach. "Sekretne życie drzew" było jedną z pierwszych książek, które wdarły się na listy bestsellerów i udowodniły, że  świat przyrody to tajemnice, które każdy z nas powinien poznać.  Autorem tej oraz kolejnych książek (m.in. "Duchowego życia zwierząt", które mam w wersji książkowej) jest niemiecki leśnik z długim stażem. A przede wszystkim prawdziwy przyrodnik! Jego gawędy o drzewach są na tyle krótkie by nie zmęczyć czytelnika namiarem przekazywanych informacji, a jednocześnie są opowiedziane  prosto i ciekawie. Świat drzew- dość wydawałby się statyczny, okrywa tajemnice języka drzew, współzawodnictwa między różnymi gatunkami oraz roli innych zwierząt-w tym człowieka, w odwiecznej historii lasu.  

Wohlleben nie koncentruje się tylko na pradawnych lasach, których już w Europie niewiele zostało, pisze o "dzieciach ulicy", czyli drzewach w parkach albo na osiedlach. O gatunkach, które pojawiają się w pewnych szerokościach geograficznych przypadkiem i zostają tam, robiąc  zamieszanie w odwiecznym ekosystemie. Jest więc o pradawnych środkowoeuropejskich dębach i bukach oraz napływowych daglezjach. I o barszczy kaukaskim (czyli roślince, która  zawsze latem pojawia się w wiadomościach jako  zło wcielone). Opowieści niemieckiego leśnika są o tyle ciekawe, że lasy niemieckie są bliskie polskim. I to,co on nazywa "moim" jest też spotykane u nas.  I ta lektura rzeczywiście trochę zmienia spojrzenie na przyrodę- zaczęłam np.  wnikliwiej przyglądać się rozczepionym pniom i patrzeć, czy to rozszczepienie ma kształt litery U czy V... W codziennym zabieganiu i cywilizacyjnym pędzie takie zwrócenie uwagi na świat przyrody jest bardzo cenne. Bo nie było nas, a był las! 

Książki wysłuchałam i w tym wypadku audiobuka średnio polecam.Lektor, choć z  przyjemnym  głosem, ma dość wyraźny seplen, co w zbitkach typu "korzenie drzew"  mnie  drażniło. I nie wiem, czy winą lektora, czy tłumacza jest biotyp występujący zamiast biotopu.Jedna głoska, a od razu inny sens. A humanista (z rodziny pełnej przyrodników) to,niestety, usłyszy... Idę do lasu cieszyć się życiem!  A kto jest ciekaw książki może skorzystać z dostępu do niej w ramach akcji CZYTAJ.PL
Peter Wohlleben, "Sekretne życie drzew".  Przeł. Ewa Kochanowska. Biblioteka Akustyczna/ Wyd. Otwarte. 2016. Lektor: Stanisław Biczysko

czwartek, 27 lipca 2017

"Pod słońcem Toskanii" piękno pomidora

Gdyby szukać filmu, który ma być ekranizacją, a wyjątkowo rozmija się z książką, to film "Pod słońcem Toskanii" miałby szansę na wysokie miejsce. Film bowiem, choć przyjemny, nie ma (poza scenami remontowania domu przez polskich robotników) z historią Mayes nic wspólnego. A poza tym to zupełnie inna historia. I w sumie trudno się dziwić, że scenarzyści zamiast historii codzienności amerykańskiej pisarki i jej męża, którym serce rośnie na myśl o wizycie w winnicy, postanowili opowiedzieć o rozwódce z depresją, której przystojny Włoch i szalona rzekoma muza Felliniego pomagają odnaleźć radość życia.

 Prawda jest taka, że książka "Pod słońcem Toskanii" nie jest ani trochę filmowa. Nie ma fabuły, osi wydarzeń. I to książce jako takiej w niczym nie przeszkadza. Jest to bowiem opowieść o prostych radościach zwykłego życia w otoczeniu wspaniałej przyrody, zabytków i słońca. I jedzenia.  Dwa rozdziały poświęcone tylko przepisom kuchni toskańskiej oraz mnóstwo akapitów o zakupach spożywczych, sklepach z żywnością, restauracjach i daniach:o przystawkach, makaronach i lodach. Książka odprężająca, przeczytana nieśpiesznie przez Danutę Stenkę, której głos świetnie pasuje i do opisów tynkowania i smażenia szałwii. Książka niosąca sporo spokoju w zabieganiu i zgiełku, bo przesiąknięta jest starą zasadą festina lente i duchem, który dziś nazwalibyśmy modnie hygge, a tak naprawdę jest znów starym carpe diem.  Przyjemna lektura, którą można czytać na przednówku, gdy brakuje słońca, albo teraz, żeby docenić i nasze polskie lato, bo świetnie rozumiem zachwyt nad włoskim niebem i pomidorem, ale istotą tej książki jest zachwyt sam w sobie. A jego przedmiotem może być równie dobrze polska porzeczka ;)

Frances Mayes, "Pod słońcem Toskanii". Przeł. Zofia Kierszys. Wyd. Agora. Warszawa 2012. Czyta Danuta Stenka.

niedziela, 22 stycznia 2017

"Król Lear" klasyka wciąż słyszalna


Nikomu nie trzeba udowadniać, że Szekspir dramaturgiem wszech czasów był, a "Król Lear" jest jedną z jego najlepszych sztuk.  Jednak z klasyką jest tak, że warto sobie ją odświeżać. Słuchowisko jest właśnie próbą przypomnienia tego, co winno się znać.  Słuchowisko jest klasyczne pod każdym względem- wybrano przekład Paszkowskiego, dodano klasyczne efekty dźwiękowe i doskonałych aktorów, a nad wszystkim czuwa Janusz Kukuła.  Jest w klasyce siła! 

Historia dumnego Leara, który daje się zwieść pięknemu pustosłowiu córek i dzieli między nie swoje ziemie jest dramatem jednego człowieka, ale poza głównym wątkiem my tu do czynienia z szeregiem postaci, które ciągną swoje historie. I ponieważ kilka z nich zmuszonych jest do podawania się z kogoś innego, powoduje to pewną trudność w odbiorze słuchowiska. Woronowicz jako Kent i sługa Leara gra prawie tym samym głosem, z kolei Bonaszewski w roli Edwarda jest lekkomyślny, za to w roli głupiego Tomka bardzo aktorski i do tego stopnia głosowo zmieniony, że kilka chwil zajęło mi dosłyszenie, że postać tę gra ten sam aktor. Słuchanie "Leara" wymaga skupienia, ale w zamian za uważne słuchanie otrzymujemy  głosy podszyte kłamstwem, okrucieństwem, szczere i pełne zwątpienia. Albo życiową mądrość błazna, który głosem Mariana Opani przekazuje proste prawdy, do których czasem najtrudniej dojść.  I  oczywiście dramat króla, który od początkowej pewności i dumy, po zwątpienie i obłęd wygrywa Krzysztof Gosztyła (czy już kiedyś wspominałam, że kocham głos i talent Pana Gosztyły?!). Perełek aktorskiej interpretacji jest więcej, doskonały Krzysztof Wakuliński jako zmieniający się pod wpływem wydarzeń  Gloucester,  przeraźliwie wyrachowany Edmund- Krzysztof Banaszyk.  Kordelia Anny Cieślak nie wzbudzała we mnie żadnych emocji, natomiast Dorota Landowska nawet jako zła Goneryla ma w sobie królewską klasę. Marta Żmuda-Trzebiatowska jest Reganą okrutną, wręcz ekscytującą się zbrodnią, jednak szkoda, że odstaje dykcją do reszty obsady. Słuchanie na odtwarzaczu ma to do siebie, że w każdej chwili może cofnąć i sprawdzić, czy aktorka rzeczywiście ma asynchroniczna wymowę nosówek. Ma… a nie powinna! Jednak obie interpretacje córek Leara pozwalają dostrzec geniusz stratfordczyka w  pisaniu  ról kobiet ambitnych, świadomych i zdeterminowanych…  Z Szekspirem nic nie wiadomo, ale jeśli uwierzyć badaczom, "Makbet" powstał niedługo po "Learze", więc Lady Makbet ma z kogo czerpać. Efekty dźwiękowe nadają słuchowisku klimat: jest burza, są kroki, głosy odbijający się po salach… Odgłosy wyłupywania oczu przerażają, tak samo jak moment, gdy  Edmund okalecza się, co w uszach brzmi to jakby rozcinał sobie tętnicę szyjną (podejrzewam, że tak to mniej więcej brzmi).  Po raz kolejny potwierdza się nazwa teatru radiowego jako teatru wyobraźni. Ta, pobudzona tekstem i interpretacją, pracuje na najwyższych obrotach.Słuchowisko pełne klasy i klasyki, warto, bardzo warto wysłuchać!

William Szekspir, "Król Lear". Przeł. Józef Paszkowski. Reż. Janusz Kukuła. Wyd. Fonopolis. Warszawa 2016.



środa, 24 sierpnia 2016

"I nie było już nikogo" wina i kara



Skoro jest lato, czas przypomnieć sobie o Agacie Christie (zdaje się, że już pisałam, że doskonale relaksuje się przy jej kryminałach...nie ma to jak odpoczynek z trupem w tle;) 
"I nie było już nikogo" (czyli to samo co "Dziesięciu murzynków" albo "Dziecięciu żołnierzyków") wygrało w plebiscycie na najlepszą książkę Christie, godząc tym samym Poirocistów i Marplefilów, bo ani belgijski detektyw, ani staruszka z prowincji w tym kryminale nie występują. Chociaż sama głosowałam na inny tytuł, do tej powieści mam wielki sentyment, ponieważ była to pierwsza książka Christie, którą czytałam. I której rozwiązanie zapadło mi w pamięć (co wcale nie jest takie oczywiste).   

Na Wyspę Żołnierzyków zostają zaproszeni nie znani sobie ludzie. Jest lekarz, sędzia, była guwernantka, zgorzkniała stara panna, młody awanturnik, policjant z przeszłością, służba…  W pokoju każdego z nich wisi wierszyk o dziesięciorgu żołnierzykach, którzy po kolei giną. I zgodnie ze zwrotkami umierają przybyli na wyspę. Zbieg okoliczności? Głupi żart? Próba wymierzenia sprawiedliwości przez … przez kogo? 

Może się zrodzić pytanie- po co powtórnie czytać kryminał, jeśli pamięta się kto zabił?  Dla przyjemności i słuchania ciekawej i dobrze przeczytanej historii.  Mając z tyłu głowy rozwiązanie,  śledziłam  rozwój wypadków kolejny raz stwierdzając, że Agata miała łeb.  W "I nie było już nikogo" mamy z jednej strony zbrodnię wykonywaną wg tropu z dziecięcego wierszyka (wyliczanki dość często pojawiają się w kryminałach Christie), z drugiej jest to typowa zagadka  odizolowanej od reszty świata wyspy, na której znajdują bohaterowie, będący jednocześnie podejrzanymi, ofiarami i mordercami. Ludzie, z których każdy ma na sumieniu wydarzenie  podlegające paragrafom, ale nieudowodnione i niejednoznaczne. Bo czy wysłanie na front kochanka żony jest równoznaczne z jego zabiciem? Czy chlebodawczyni jest winna samobójstwa popełnionego przez wyrzuconą przez nią z domu ciężarną służącą? Albo czy brak opieki nad starszą panią jest jej zabójstwem?  Czytając po raz kolejny tę powieści i nie skupiając się aż tak bardzo na typowym "kto zabił?",  dostrzegłam, że Christie (choć przede wszystkim dostarcza świetnie skonstruowanej  kryminalnej rozrywki) stawia też pytanie o płynną granicę moralności, odpowiedzialności i zawinionej  zbrodni.  To dowód, że Christie nie jest, wbrew temu co się sądzi, przedstawicielką archaicznego patrzenia na powieść kryminalną. Christie pisze o człowieku, nie ma w jej książkach efekciarskiego epatowania zbrodnią, ale jest refleksja, której trochę brakuje mi np. w skandynawskich kryminałach, w których patologia goni patologię, a opisy zbrodni są tak naturalistyczne, że Zola nie musiałby się ich wstydzić. Stara dobra Christie jest cały czas dobra, i dlatego się nie starzeje.   

Jeszcze słowo o Danucie Stence, która czytała audiobuka.  Najwięcej aktorskiej ekspresji otrzymała postać Very, która jest jedną z najdłużej żyjących gości Wyspy Żołnierzyków, pozostali bohaterowie nie zostali wyposażani w aż tak charakterystyczne głosowe elementy. Jednak całość czytana jest  dobrze i książki czyta się z przyjemnością. Stenka buduje bardzo dobry klimat, zwłaszcza w tych scenach, w których pojawia się element zagrożenia,  histerii i opresji.  Co tu dużo mówić-klasyka! Znać warto.

Agata Christie, "I nie było już nikogo". Wyd. Dolnośląskie.  Wrocław 2014. Czyta: Danuta Stenka.

niedziela, 19 czerwca 2016

"Gra cieni" każdy ma motyw (i suknię z aksamitu)

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Link, autorki bardzo popularnej wśród czytelników, przez niektórych porównywanej do Agaty Christie.  Stary, dobry chwyt- porównanie do tuza gatunku, nawet jeśli niewiele w tym prawdy...  Link bez wątpienia umie pisać kryminały, jednak mało kto w obecnych czasach spasionych książek umie dorównać kunsztowi kreślenia postaci i sytuacji w kilku słowach, które od razu charakteryzują postać, co dla mnie stanowi kwintesencję twórczości Agaty. Czyli Link nie jest współczesną Christie, co nie oznacza, że źle pisze.

Główny trupem książki jest bogaty egoista David Bellino, człowiek bez zasad i kręgosłupa, który pewnego dnia zaprasza do swego nowojorskiego apartamentu przyjaciół z młodości i swą obecną narzeczoną. I zostaje zastrzelony. Podczas przesłuchania każdy z przybyłych opowiada swoja historię i, jak łatwo się domyślić, zarówno w  opowieści  poniewieranej przez męża gospodyni domowej,  uzależnionej od leków dziennikarki,  walczącej z wierzycielami żony lorda, niedawno wypuszczonego na wolność więźnia, David odegrał ważną rolę, która wpłynęła na obecną sytuację gości. Każda z opowieści o bohaterze jest jednocześnie oskarżeniem Bellina i motywem jego zabójstwa. Zaczęłam się domyślać, kto zabił, gdy wysłuchałam wszystkich historii, a kolejne rozdziały utwierdziły mnie w tym przekonaniu.  Bo siłą rzeczy traktowałam książkę w kategoriach kryminału, choć autorka bardzo chce włączać w swoje powieści wątki psychologiczne. Niech jej będzie, chociaż nie jestem  fanką takiego mariażu, przede wszystkim dlatego, że spowalnia tempo. Ale i tak najbardziej drażni mnie opisywanie "zielonych aksamitnych sukni, na których rozsypały się złote włosy" albo inne szczegółowe opisy strojów i  mieszkań bohaterów, które szczerze mówiąc wcale nie nadają psychologicznej głębi. Mniej znaczy więcej, zwłaszcza w kryminale. Tego uczyła Agata!

Książki słuchało się nieźle, głównie dzięki Joannie Jeżewskiej, która czytała bardzo dobrze, z odpowiednią intonacją i dyskretnym zróżnicowaniem głosów postaci. Ale to jedna z tych powieści, przy których wzdycham "oj, gdybym to ja miała nożyczki"- w słuchaniu, bardziej niż w czytaniu po cichu, wychwytuje się zbędne zdania i motywy. Tak czy inaczej czaję się na kolejną powieść tej autorki, która choć równie długa (ponad 20 godzin słuchania), zapowiada się całkiem ciekawie. 

Charlotte Link, "Gra cieni". Przeł.Daria Kuczyńska-Szymala. Czyta Joanna Jeżewska. Wyd. Sonia Draga. Katowice 2015.

niedziela, 17 kwietnia 2016

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety", a jednak przeżyły

Literacki Nobel jest zawsze dźwignią napędzającą zainteresowanie autorem. Reakcja na niego jest z jednej strony oczywista- księgarnie i biblioteki przeżywają najazd, z drugiej: świadczy o rzeczywistości nagrodzonego. Kiedy Aleksijewicz dostała nagrodę, informacja o tym wyróżnieniu wcale nie była wiadomością dnia w białoruskich mediach. Co więcej-jej książki (pisane po rosyjsku) nie są tłumaczone na białoruski i co za tym idzie dobrze znane. Jednak dla reszty świata fakt nagrodzenia autorki reportaży był bardzo znaczący. Gatunek, stojący do tej pory w przedpokoju literatury, został uhonorowany i zaliczony do grona tych utworów, które pokazują świat, ale nie są pozbawione literackich wartości. 

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" to zbiór opowieści kobiet, które wojnę przeżyły.  Przeżyły, bo nie zginęły i przeżyły, bo te wydarzenia cały czas są dla nich ważne.  Czasem mąż nie pozwala o nich mówić, czasem same próbują zapomnieć, ale czy można wymazać z pamięci widoki rannych w szpitalach lub zastrzelonych z własnego karabinu?  Docierając do swoich rozmówczyń Aleksijewicz pokazuje wojnę z nieznanego (może nawet zabronionego) punktu widzenia- pozbawionego heroizmu i pieśni; zwykłego, codziennego. Kobiety strzelcy wyborowi, sanitariuszki, kierowcy, szeregowcy... kobiety, które zderzyły swoje romantyczne wizje walki za ojczyznę (rwały się na wojnę jako młode dziewczyny) z brudem okopów, koniecznością ścięcia warkocza, śmiercią i bezprawiem.Świat zupełnie nie kobiecy, który stał się ich codziennością i w którym (choć fizjologia radziła sobie inaczej) czasem pojawiały się kobiece pragnienia. Świat tworzony ze wspomnień, do tej pory nie zdradzanych tajemnic, upchniętych w zakamarkach pamięci traum i małych zachwytów jak ranna warta, gdy widzi się nowo rozkwitły kwiat. Aleksijewicz pisze, że "zmniejsza historię do rozmiarów człowieka". I to dlatego te opowieści robią tak wielkie wrażenie. Czytane doskonale znanym głosem Krystyny Czubówny, czytane prawie na biało, bez interpretacji, która jest w tym wypadku zbędna, wbijają w fotel. I pokazują, że nie wojna nie ma w sobie nic z kobiet, ma w sobie niewiele z człowieka.  A jednak można po niej normalnie żyć. Bo, w sumie, co innego pozostaje?! Skoro się przeżyło.  Nie ma co o tym pisać, trzeba przeczytać, przesłuchać, przemyśleć... Przy czym od razu zaznaczam, że nie jest to materiał na jednorazowe przemyślenie.  

Swietłana Aleksijewicz, "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety". Przeł. Jerzy Czech. Wyd. Czarne.  Wołowiec 2010.

niedziela, 15 listopada 2015

"Chłopcy" i pewien mężczyzna

Po "Chłopców" sięgnęłam przez faceta. Z sentymentu robi się różne rzeczy. Co prawda nie jestem fanką filmowej twórczości Saramonowicza (którego wylaszczone zdjęcie na tylnej stronie okładki doskonale koresponduje z tytułem powieści), ale warto dać się zaskoczyć. Dla niego. I co? On mnie nie zawiódł, "Chłopcy" trochę tak, bo  to jest rewelacyjnie przeczytany audiobuk, ale znacznie mniej rewelacyjna książka. Powieść, którą można streścić znanym twierdzeniem, że mężczyzna dojrzewa do siódmego roku życia, a potem już tylko rośnie.

Tytułowi chłopcy to czterdziestoletni Jakub (który zdążył zrobić dwie najważniejsze rzeczy dla mężczyzny w jego wieku: ożenić się i rozwieść) oraz jego jedenastoletni syn Mateusz. Widzą ten sam świat i próbują go przetrawiać.Z tym że Matuszowi wychodzi to lepiej niż Kubie. Oczywiście można się dziwić, że jedenastolatek używa słów typu zindywidualizowane podejście i klangor, ale nie czepiajmy się. Mati naprawę próbuje pojąć o co chodzi w życiu. Ma najlepszego przyjaciela i chce być taki, jak jego tata. Jednak kolejne wydarzenia sprawiają, że staje się wobec ojca bardziej krytyczny-to nieuchronny znak procesu dorastania, a takim samym znakiem w przypadku Jakuba jest dostrzeżenie w swoim życiu kalek postępowania własnego ojca. Kuba to neurochirurg,więc ktoś, kto panuje nad życiem, z drugiej strony jednak ktoś, kto tego życia nie ma sobie. Pustak, którego uruchamia tylko jedna wajcha. Smutny to obraz czasów, bo trudno odmówić autorowi  daru obserwacji. Smutni bohaterowie, choć często mówiący dowcipnie. Smutne  dzieci, które zbyt szybko muszą zajmować się dorosłymi problemami oraz beznadziejni dorośli, bardziej zagubieni niż dzieci. Pomysłem na życie Kuby jest wikłanie się w romanse z matkami szkolnych kolegów syna, chociaż "romanse" to nie jest dobre słowo, bo zakłada jakieś emocje, a tu ich brak. I tak przewalające się przez łoża, kanapy i kozetki kobiety wypełniają dni i noce bohatera. Nie będę mówić, że obrazy pań (eko-wariatka, nienasycona i nietrzeźwa histeryczka, urocza nauczycielka przyrody) nie spodobają się kobietom, ale takie prawo karykatury. W pewnym momencie w bohater zaczyna... dorastać. Nie wiem, czy wierzę Kubie, który nagle postanawia dojść do tego, dlaczego rozwalił sobie życie i chce je naprawić. Nie od dziś wiadomo, że łatwiej zniszczyć, niż poskładać. To jest książka o tym, że nie można przez całe życie być motylem przelatującym z kwiatka na kwiatek. Nie można, bo to na dłuższą metę męczące i nużące. Na końcu powieści mamy wyhamowanie i uspokojenie; czy Kuba dorośnie? Dobrze by było, choć nie powiem, żeby przejęła się losami Kuby do tego stopnia by mu kibicować. Ale sprawa jest otwarta.

Saramonowicz świetnie czuje się w dialogu i monologu, opisów prawie nie ma. Akcja toczy się w wypowiedzianych lub wewnętrznych monologach Kuby i Matiego, i scenach, w których autor jest bardziej scenarzystą niż pisarzem; szybko naszkicowana scena, wypełniona wypowiedzą bohatera. Przy samodzielnym czytaniu może niezbyt porywające, ale uzupełnione głosem lektora-niezłe. W audiobuku wychodzą na pierwszy plan powtórzenia, nawiązania, cytaty, ta warstwa tekstu, która przy cichym i samodzielnym przedzieraniu się przez plankton wulgaryzmów, może umknąć. Nagromadzenie słów powszechnie uważanych za wulgarne ma pewne humorystyczne uzasadnienie, co nie zmienia faktu, że przy takim ich zatrzęsieniu trzeba mieć dobrą wolę, by oddzielić humorystyczne ziarno od bluzgających plew.Nic nie poradzę na to, że wulgaryzmy przeszkadzają mi w lekturze, zwłaszcza gdy nie podnoszą emocji wypowiedzi, tylko są niewiele wnoszącą składową stylu.

I teraz pean z cyklu:Panie Krzysztofie, kocham Pana! Powiedzieć, że "Chłopcy" są przeczytani fantastycznie, to za mało. To jest rewelacyjnie zagrana książka. Przeżycia Matiego: jego rozterki, wściekłość, ból, strach i złamane serce; świata wewnętrznych i zewnętrznych doznań Kuby- wszystko wygrane mistrzowsko. Gosztyła po raz kolejny udowadnia swoją lektorską i aktorską klasę, a wypowiadane takim głosem przekleństwa aż tak nie drażnią. Dla Gosztyły wysłuchałam marnej powieści Musso, "Chłopców" też wysłuchałam do końca tylko dzięki jego interpretacji. To na pewno najlepiej przeczytany audiobuk tego roku, jednak sama książka mnie nie zachwyciła. Jak na powieść jest za bardzo scenariuszowa i szkicowa, jak na scenariusz-zbyt przegadana. Powieść zyskuje w słuchaniu, bo dzięki interpretacji Gosztyły bywa bardziej dramatyczna albo bardziej zabawna i zjadliwa. Może teksty Saramonowicza mają w siebie wpisaną potrzebę aktorskiej interpretacji? Margines na grę i dopełnienie głosem? Potencjał wypowiedzi? Na koniec jeszcze jedna uwaga: trochę przeraża wizja  współczesnej męskości, którą prezentuje autor:  facetów wiecznie niedorosłych, bojących się odpowiedzialności, egotycznych i powtarzających błędy, których tak bardzo chcieli  uniknąć. Z jednej strony widzi się w tej książce pewne, momentami przerysowane, odbicie rzeczywistości, z drugiej bardzo chce się by była to tylko fikcja literacka.

Andrzej Saramonowicz, "Chłopcy". Wyd. Wielka Litera. Warszawa 2015. Czyta Krzysztof Gosztyła.

środa, 1 lipca 2015

"Boy-Żeleński:błazen-wielki mąż" tłumacz nie tylko literatury

Okładka książki Boy-Żeleński. Błazen - wielki mążBył taki czas, że Polacy nie znali dobrze Balzaka, Prousta i Moliera. Jak można było tego nie czytać? Ano można, bo były to czasy przed Boyem, który to wszystko spolszczył, przełożył i udostępnił spragnionym klasyki. Właśnie myśl o tym, jak olbrzymim przedsięwzięciem była Biblioteka Boya, jaka praca została włożona w przybliżenie literatury francuskiej i jak mało doceniany jest wysiłek tego, który do dziś (mimo kontrowersji translatologów) jest synonimem dobrego tłumacza, towarzyszyła mojej lekturze. Hen w gawędzie o Żeleńskim pisze o swoim bohaterze z sympatią i szacunkiem dla jego pracy, poglądów, których pisarz bronił i świata, którego bardzo ważną cząstką się stał. Bo Boy to człowiek kilku epok- młodopolanin z Krakowa i Zielonego Balonika, syna kompozytora "Goplany", kuzyn Tetmajera, medyk z duszą humanisty walczący o krople mleka dla dzieci, a potem w  międzywojniu wojownik o tzw. sprawy kobiet, a także krytyk teatralny, propagator twórczości Fredry, obserwator życia społecznego i jednoosobowy działacz Ligi Odełgania Polski.

Hen pisze trochę wbrew współczesnym naukowym prądom, które odrzucają biografizm, on, powołując się na Boya twierdzącego, że twórczość jest komentarzem od życia artysty, jest skupiony na twórczości, która jest w ciągłym związku z życiem autora. Pisze potoczystą opowieść o człowieku słowa i "Słówek", skupia się na jego tytanicznej pracy i pozwala czytelnikowi ogarnąć myślą ogrom tego, co kultura polska zawdzięcza Boyowi: od przekładów, przez recenzje, felietony, po szkice krytyczne. Niektórzy mogą się dąsać, że w biografii nie ma aż tak wiele prywatnego Boya, że chronologia jest momentami zmącona dygresjami o tym, co wcześniej i później, że pikantne romanse z aktorkami i Krzywicką  są opisane bez zbędnego, szmatławego posmaku skandalu, a Fuś, czyli Zofia, żona Tadeusza, zostaje mimo wszystko nazwana najważniejszą kobietą jego życia. Ale jeśli ktoś chce skandali, znajdzie je! Będą to słowne potyczki z Witkacym, walki na uszczypliwości z krytykowanymi autorami, bo podobno nienawiść artystów jest mocniejsza niż antypatie polityczne. Będą i poważne problemy z redakcja ostatnich tekstów, pisanych w wojennym Lwowie, gdy redakcja miała za złe piszącemu o Mickiewiczu Boyowi, że w jego artykule nie ma ani jednej wzmianki o Stalinie. Książka bez wątpienia historycznoliteracka, z bohaterem interesującym, wciąż niedocenianym, napisana dla tych, którzy są ciekawi pracy i poglądów Boya, ale i jego zmieniającego się świata. 

I jeszcze uwaga na koniec. Słuchając audiobuka czytanego przez Ksawerego Jasieńskiego (czy jeszcze ktoś tak pięknie wymawia nie tylko stare, dobre przedniojęzykowo-zębowe ł ale i słowo "końjak"?) uderzyła mnie liczba premier w ówczesnych teatrach. Boy biegał na premiery, smagała słabe sztuki batem swej krytyki, patrzył na wzrastające kariery autorskie i aktorskie. Recenzja mogła zbudować albo zburzyć karierę, zdjąć sztukę z afisza, albo przyciągnąć tłumy. I słuchając o tych kolejnych premierach Zapolskiej, adaptacjach sztuk francuskich, rosyjskich, teatrzykach letnich i wielkim repertuarze, jeszcze bardziej żal, że świat tak bujnej kultury, w tym także kultury lekkiej i popularnej, musiał zginąć.

Józef Hen, "Boy-Żeleński:Błazen-wielki mąż". Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2008. Czyta Ksawery Jasieński.


środa, 24 czerwca 2015

"Trędowata" klasyka powieści dla kucharek?

Są książki, które znają wszyscy, wszyscy myślą o nich to samo, choć mało kto je czytał. Bo pewnych książek się nie czyta, choć potępia. W literaturze polskiej książką, na którą nie warto marnować czasu jest "Trędowata". Klasyka powieści dla kucharek, romans, który od momentu powstawia odsądzany był o jakiejkolwiek wartości literackiej, wyśmiewany, parodiowany (cudowne "Na ustach grzechu" Samozwańcowej). Fenomen dwudziestolecia. Jednak z pełną świadomością zaznaczam, że to klasyka, którą winno się znać. Wysłuchałam powieści, której schemat znam doskonale z filmu Hoffmanna (swoja drogą ten film jest jednym z niewielu prawdziwie gatunkowych polskich filmów- melodramatem, za którego realizacje zabrali się spece: kompozytor Kilar, scenarzysta Stanisław Dygat, nawet choreografię układał nie byle kto tylko Witold Gruca, a aktorstwo Kownackiej jako Rity zachwyca! Poza tym w rzadko którym filmie były tak piękne panie: Dymna, Barańska, Starostecka... no i Teleszyński jako ordynat też robi wrażenie, a Fronczewski jest uroczym Trestką).

Książka, co oczywiste, różni się od filmu. Stefcia jest trochę bardziej żywotna i spontaniczna, relacja z ordynatem bardziej iskrzy- w końcu miało iskrzyć i sprawiać, że panieńskie liczko się spłoni... Ale nie o fabułę z zakazaną miłością, przekraczającą barierę niby nie do pokonania -sferę, idzie. Tym, co załamywało krytyków współczesnych Mniszkównie był marny schemat, język i kicz. I co? Może rzeczywiście "łzy deszczu" oraz drżenia i dreszcze, które co rusz wstrząsają bohaterami  (biedacy, cały czas musieli się trząść, przejęci tymi metafizycznymi drganiami duszy!) nie są świadectwami wyjątkowego stylu autorki, ale słuchając audiobuka  (przeczytanego z lekkim i bardzo potrzebnym dystansem przez Katarzynę Zawadzką) nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że większość współczesnych babskich obyczajówek popełnia te same grzechy, a nie są poddane tak ostrej krytyce. Co więcej, Miniszkówna potrafiła zbudować napięcie i utrzymać uwagę czytelnika przez kilka tomów. Pomogły temu charakterystyczne i dynamiczne postacie- ordynat pod wpływem Stefci przechodzi metamorfozę i zmienia się z bon vivanta w człowieka, który walczy o swoje szczęście, przy czym nie jest ciepłą kluchą (i to się może podobać!). Stefcia z dziewczyny ze złamanym sercem, początkowo nieufnej i samotnej zmienia się w kobietę świadomą swojej wartości. Bajkowe, ale czy nie tego szukamy w romansie?! A potem tragedia, cierpienie,ból... Emocjonalne przeskoki, czyli dla każdego coś miłego. Bo chcąc nie chcąc zaczynamy kibicować bohaterom. We współczesnych obyczajówkach bardzo często jedyną przemyślaną postacią jest główna bohaterka, tu i Rita, i Lucia, i Trestka, i Barscy są charakterystyczni i pozwala się im przemawiać we własnym imieniu, a tego często mi w dzisiejszej popularnej, lekkiej łatwiej i przyjemnej książce brakuje. I jeszcze  rodzinna historia nieszczęśliwszej miłości dziadków zakochanych- odkupienie win  i krwawiące serca- mówimy: banał i schemat... ale z jaką dozą emocji!

Oczywistym jest, że czasy popularności Mniszkówny o okres twórczości Tetmajera, Żeromskiego, potem Schulza, Boya, Skamandrytów, gdy nie było w poważnym, krytycznym dyskursie czegoś (nawet jeśli była obecna wśród ludu), co dziś ładnie zwie się powieścią popularną. A jednak "Trędowata" jest klasyką powieści popularnej! Powieścią, dzięki której czytelniczka może uciec od swojej szarej rzeczywistości, bo zamiast gburowatego męża i smolącego pieca ma bale, klejnoty, opowieści o wojażach po Europie, opisy toalet i kwiatów. A jeśli uciekać, to tylko w takie sfery!  Maria Bujnicka w swoim artykule Romans popularny-baśń kultury masowej wyodrębniła dwa modele powieści: sentymentalno-psychologiczny oraz model bardziej realistyczny. Ten pierwszy odpowiada właśnie  roli romansu: "Model sentymentalno-psychologiczny określa niezwykła i atrakcyjna akcja, różniąca się znacznie od rzeczywistości czytelniczek. Niecodzienne, egzotyczne miejsca i wydarzenia towarzyskie, atmosfera zbytku, przepychu fascynowały czytelniczki, a także dawały jej wrażenie uczestniczenia w akcji". To oferuje Mniszkówna!

 Czasy się zmieniły, od kobiet wymaga się nie tylko salonowej konwersacji i umiejętności dumnego noszenia głowy, a sfera nie dyktuje światu co ma myśleć, jednak paradoksalnie odległość tamtych czasów robi na nas jeszcze większe wrażenie. Współczesne Miniszkównie czytelniczki wzdychały, bo wiedziały, że gdzieś ktoś toczy takie życie, gdzieś jest taki ordynat i Głębowicze.My wzdychamy,  bo takiego świata już nie ma- może i lepiej, że  konwenanse straciły na znaczeniu i każdy może rozmawiać z kim chce bez wyroków sfery, ale i trochę szkoda, bo  nikt nie ofiaruje nam brylantów i nie łamie zasad w imię namiętności.
  Romanse, melodramaty, sensacja, to co maja i chlubią się Francuzi i Anglicy, mu lata temu nazwaliśmy literaturą dla kucharek, udając przed samym sobą, że czytamy tylko Wielkie Dzieła. A dziś udajemy, że Pani od alibi dla bestsellera jest pisarką. Bez "Trędowatej" by nie była! To historia Stefci Rudeckiej stanowi alibi dla tych, którzy dziś specjalizują się w powieści kobiecej i nie są za to tak ostro tępieni. Dlatego "Trędowata" klasyką jest i basta!

 Bez "Trędowatej" nie byłoby i tego walca, a to byłaby wielka strata!
Helena Mniszkówna, "Trędowata". Wyd. Aleksandria. Katowice 2009.  Czyta. Katarzyna Zawadzka. I wydanie 1909r.

niedziela, 17 maja 2015

"Podróż do miasta świateł" Paryż, malarka i irytująca historyk sztuki*

Na konferencji kryminału pewien znany autor kryminałów i nie tylko, nieładnie poczynał sobie z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, nazywając jej najbardziej znaną sagę "Cukiernia pod amorem"- cukierenką pod aniołkiem i zrzucając na nią wszelkie winy masowego czytelnika, który wybiera miałkie powieści... A ja pytam: od kiedy kryminał jest literaturą elitarną? Nieładnie jest się tak zachowywać, bardzo nieładnie, zwłaszcza gdy autorki nie ma na spotkani i nie może się bronić! To podśmiewanie z Amora przypomniałam sobie gdy zobaczyła audiobuka dwutomowej powieści "Podróż o miasta świateł", której akcja delikatnie łączy się z "Cukiernią..." i tak samo jak poprzednia saga wykorzystuje splot planu historycznego ze współczesnym. O ile "Cukiernię..." przekartkowała, o tyle losy malarki Róży i współczesnej badaczki jej twórczości poznałam dogłębnie przez słuchanie bardzo dobrze przeczytanego przez Dereszowską audiobuka. 

Dereszowska czyta po aktorsku, wyraziście, a taki sposób interpretacji świetnie odpowiada  historii łączącej w sobie trochę powieści historycznej, odrobinę kryminału i współczesną  babską obyczajówkę (przy czym ta ostatnia jest niestety nawiną i momentami drażniącą opowieścią o pani historyk sztuki, która  jest toksycznie związana z matką, a jej samoocena uzależniona jest od posiadania przy swoim boku faceta). Historyczna część obu tomów to losy polskiej szlachcianki, Róży z Wolskich, która jako dziecko wyjechała z kraju do Francji i tam toczyło się jej nieszablonowe życie. Brak szablonowości zawdzięczała nie tylko pochodzeniu, ale też talentowi malarskiemu, którego chęć rozwijania spowodowała, że zamiast zostać panią domu została znaną malarką. A że historia toczy się na przełomie XIX i XX wieku można się domyślić, że droga do  kariery malarskiej nie była ława, zwłaszcza dla pozbawionej koneksji emigrantki. Róża Wolska, późniejsza księżna de Vallenord,  przeżywa Komunę Paryską, dorasta w biednej dzielnicy, potem próbuje swoich sił na salonie malarskim i uczestniczy w kolejnych wystawach światowych. Powoli, zaczynając jako projektantka haftów, potem całych sukien zbliża się do zrealizowania planu o własnej pracowni oraz wejściu w świat artystycznej bohemy. Z czasem staje się uznaną malarką, sensacją sezonu, tym bardziej, że wokół niej krążą bogaci i sławni arystokraci i twórcy. Życiowa droga Róży jest pełna zakrętów, nie zawsze trafnych decyzji, fałszywych przyjaciół, ale także chwil radości, triumfu i szczęścia. Jej historia jet dobitnym potwierdzeniem tezy, że czasem szczęście osiąga się dopiero po burzliwym życiu. Dzieje Róży są o tyle ciekawe, że autorka bardzo  sprawnie buduje paryską otoczkę losów swoich bohaterów- topografia miasta, przewijające się postaci historyczne, wydarzenia artystyczne i polityczne, którymi żył Paryż dodają historii smaczku i sprawiają, że opowieść nabiera bardzo dużej dozy prawdopodobieństwa (Gutowska-Adamczyk jest współautorką popularnonaukowej książki o Paryżu czasów, w których dzieje się akcja tej powieści, więc wie o czym pisze).

 Gorzej jest w części współczesnej- Nina, doktor historii sztuki w pierwszym tomie zaczyna się interesować losami malarki, w drugim leci do Paryża, by tam zbierać materiały do książki o Rose. Zamiast tego znajduje argentyńskiego milionera, który dorobił się na handlu mięsem, a teraz kupił rodową posiadłość męża malarki. I co z tego wyniknie? To, czego łatwo się domyślić- najpierw romans, potem groza na zamku w uroczej dolinie. I marnotrawny narzeczony z pierwszego tomu ruszy pani swego serca na ratunek... Naciągane i tyle. Można dwa tomy spokojnie zebrać w jeden i ograniczyć się do losów Róży na przełomie wieków, ponieważ działania współczesnej badaczki niczego nie dopowiadają, nie rozjaśniają  i próżno między dwoma paniami szukać podobieństw.  Całości słucha się przyjemnie ze względu na interpretacje Dereszowskiej, choć niektórym to mocno grane czytanie, dramatyczne pauzy i inne typowo aktorskie środki mogą być w smak, ale co kto lubi-ja lubię. Gutowska-Admaczyk napisała bardzo przyzwoitą powieść obyczajową, mocno osadzoną w historycznych realiach, stworzyła  intrygującą bohaterkę i ciekawie poprowadziła jej losy, a to bardzo dużo i absolutnie nie należy autorki odbierać talentu tworzenia historii, które wciągają czytelnika a zwłaszcza czytelniczkę. I chyba tylko zazdrość przemawia przez innego autora, który się z takich powieści naigrywa. 

Małgorzata Gutowska-Adamczyk, "Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich". Wyd. Nasza Księgarnia. Warszawa 2012. Czyta Anna Dereszowska. 

Małgorzata Gutowska-Adamczyk, "Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord". Wyd. Nasza Księgarnia. Warszawa 2013, czyta Anna Dereszowska.

* wiem, że istnieje sfeminizowana wersja: historyczka sztuki, względnie: historyczka sztuczna (tak, tak, słyszałam taką opcję) ale że historyczka zbyt kojarzy mi się z histeryczką, zostanę przy wersji męskiej.