środa, 28 stycznia 2026

"Pamięć drzewa" o blaknięciu czasu

 

Są książki głośne. Są takie, które szepczą.   

"Pamięć drzewa" to właśnie ta druga. Kameralna opowieść Jana, chłopca z Barcelony, do którego domu wprowadzają się dziadkowie. I choć chłopca bardzo cieszą nowa domowa rutyna i powroty z dziadkiem ze szkoły, po pewnym czasie zrozumie, że nie wszystko jest tak jak do tej pory.  Bo choć on, chłopiec, ma jeszcze dużo czasu, to czas jego dziadka, zegarmistrza, robi się coraz bardziej przezroczysty, jak przezroczysta staje się pamięć starszego pana.

To książka bez dramatycznej walki o zachowanie zdrowia i pamięci, to opowieść o teraźniejszości, którą niektórzy zapamiętają z wyraźnym konturem, ale w innych spłowieje szybciej niż powinna. Opowieść rodzinna, zamykająca się w spojrzeniach, dotyku ręki i rozmowach mamy i babci za przymkniętymi drzwiami kuchni.  Bez tragizmu. Z przyjęciem pewnego porządku przemijania. Z codziennością i uważnością.

Dla mnie siłą tej historii jest narracja Jana. Prosta. Ale jednocześnie jest tu metaforyka dziecka z doświadczeniem dorosłego. I to w tych krótkich obrazkach, pozamykanych w rozdziały, się sprawdza. Nie mamy przemądrzałego, pełnego patosu narratora, który udaje dziecko, infantylizując pewne zachowania i słowa. Mamy narratora, w którego dziecięctwo  wierzymy, a jednocześnie jego spostrzeżenia mogą zaskoczyć trafnością i umiejętnością doboru słów. To taki wygadany chłopiec z wyobraźnią, który widzi czasami więcej i opisuje to, co widzi, sam może nie zdając sobie sprawy z wagi swoich spostrzeżeń. A może to jego wspomnienie? Może jego rzut oka w przeszłość? 

Rodzina, pamięć i jej zanik, postawienie wszystkich domowników w nowej sytuacji. Czas, którego wydawało się, że dziadek jako zegarmistrz jest panem, a nagle ten sam czas występuje przeciwko niemu. I są jeszcze drzewa, symbole z przeszłości, wciąż powtarzające swoją zmienność. Drzewa z korzeniami i wycinane pieńki z przeszłości. 

Książka wzruszająca w ten najprostszy sposób. Bez efekciarstwa i sztucznego dramatyzmu trafiająca do serca. Poruszająca jeszcze bardziej, gdy ktoś wracał z dziadkiem ze szkoły.  

Za książkę dziękuje wydawnictwu  


Tina Valles. "Pamięć drzewa".Przeł Andrzej Flisek. Wyd. Kraków 2026.  

 

czwartek, 15 stycznia 2026

"Błękitny Zamek" i marzenia

 


Nowe tłumaczenia pozwalają na kolejne spotkanie z oryginałem, wydobycie tego, co zgubiło się we wcześniejszych przekładach, bo czasem dopiero kolejne przekłady sięgają do oryginałów (baśnie Grimmów), a czasem dopiero współcześnie wiemy, co z czym się je (Dehnel wspomniał, że np w. jednym z tłumaczeń Gatsby'ego na przyjęciu piją jałowcówkę, bo niewielu wiedziało co to dżin, więc by nie odciągać uwagi od sedna, wybrano swojski trunek). Wielkim plusem nowych tłumaczeń jest nowe zainteresowanie tytułem z klasyki, tak było przy "Ullissesie"i Świerkockim, a przede wszystkim przy Bańkowskiej i jej przekładach historii kanadyjskiej marchewki.

"Błękitny Zamek" w przekładzie Kai Makowskiej nie wywołał takich kontrowersji, choć jednym z jego najważniejszych elementów jest przywrócenie bohaterom imion z oryginału. I tak Valancy jest Valancy, Barney Barney'em, a nie Joanną i Edwardem. Rodzina mówi do bohaterki Gnuś i tu szczerze mówiąc zabrakło mi przypisu, skąd to się wzięło, bo moja wyobraźnia językowa łączy gnuśność z Glusiem z "Bromby"(chybione, wiem).Chętnie bym poznała źródłosłów!

 "Błękitny zamek" to moja ulubiona książka Montgomery (do Anne przekonał mnie dopiero nowy przekład), więc wróciłam do tej historii z dużą przyjemnością. Bo wspaniale czyta się o dziewczynie, która, mając śmiertelna diagnozę, zaczyna żyć tak, jakby naprawdę jutra miało nie być. (I nie przeszkadza to, że zna się zakończenie). Wspaniale czyta się o niezwykłym uczuciu, które rozkwita z czegoś na kształt transakcji handlowej. I to wszystko ze świadomością, że historia toczy się w epoce konwenansów i bardzo konkretnych wymagań wobec kobiet.

 "Błękitny Zamek" to opowieść z pogranicza realizmu i baśni, romansu i historii o tej najbrzydszej w rodzinie, która rozkwita i triumfuje. Historia pełna nadziei i odwagi. Historia, w której bohaterka mierzy się z innymi problemami niż mieszkańcy Avonlea. Historia, o tym, że niektóre książki i ich autorzy naprawdę mogą zmienić życie. Historia, do której dobrze wrócić. A nowe przekłady dopingują mnie do takich powrotów.
 
 Lucy Maud Montgomery "Błękitny Zamek. Przeł Kaja Makowska. Wyd. Marginesy 2025.   

środa, 7 stycznia 2026

"Poniedziałek z matchą" wychnieniowo na 12 miesięcy

 

Czego najbardziej życzymy sobie na nowy rok?

Miłości, życzliwości, zrozumienia, bezpieczeństwa, odwagi. I o tym opowiada w 12 historiach na12 miesięcy  Michiko Aoyama w "Poniedziałku z matchą". Zaczyna się od styczniowego spotkania z matchą w znanej z "Kakao w czwartki" kawiarni, ale potem ruszamy za bohaterami w ich historię. Autorka oddaje głos postaciom, a w kolejnych historiach swoje opowieści snują ci, którzy są ważnymi lub pobocznymi bohaterami poprzednich historii. Dziewczyna ma swoją opowieść i przyjaciółkę. Przyjaciółka wraca do domu i spotka swoją babcię. Babcia prowadzi nas w następny miesiąc, opowiadając o sobie i dopełniając historię wnuczki. I tak to się toczy... Różne punkty widzenia, a te same wydarzenia, bohaterowie w różnym wieku ze swoimi sprawami, marzeniami i niepewnościami. Nie ma tu wielkich zwrotów akcji, bo nie akcja jest tu najważniejsza. Ważna jest chwila, która dzięki odwadze, szerszemu otwarciu oczu i ustawieniu się w innym miejscu, pozwala coś zrozumieć i zmienić.  Kolejna azjatycka literatura wytchnieniowa, która pokazuje, że wiele rzeczy jest możliwych, a wielkie zmiany mogą zacząć się od małego kroku. Spokojnie, dość powierzchniowo trochę bardziej przypowieściowo niż powieściowo. Ale z nadzieją, a czy to nie jej życzymy sobie tak często?

Plusem historyjek jest to, że cały czas jesteśmy w Japonii i przechodzimy przez rok, dowiadując się ciut o kulturze kraju kwitnącej wiśni i świętowaniu tam np. początku wiosny, walentynek czy Tanabata. Dla fanów zielonych płynów są też przypisy (nie: przepisy!) o rodzajach matchy.

Jednym z elementów azjatyckich comfot booków są książki. Tu też pojawią się antykwariat, komiks przenoszący do lat dzieciństwa i kot, który zauważa, że czytający ludzie są piękni. "Chociaż siedzą tu na miejscu, wiem, że są w podróży. Niby zastygli bez ruchu, ale widać, że wykonują jakieś działanie".  Czytając "Poniedziałek..." można się wyciszyć, uspokoić, nabrać nadziei, może coś zrozumieć i zapamiętać, a może miło zająć czas i ulecieć myślami. Pozornie bez ruchu.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu.   

 Michiko Aoyama "Poniedziałek z matchą". Przeł. Barbara Słomka  Wyd. Relacja. Warszawa 2026.