czwartek, 19 września 2019

"Błękit błyskawicy" duszno i wietrznie

Odcięta od reszty Szetlandów wyspa.  Wiatr, sztorm.  Na wyspie- ornitolodzy.  Fair Isle jest bowiem ptasim rajem i siedliskiem  rzadkich wielu gatunków.Naukowcy, czyli ludzie niezbyt skłonni do morderstw. A jednak, jedna z badaczek, a przy okazji gwiazda telewizji, zostaje zamordowana, a zbrodnia poprzez swoją teatralizację, nie pozostawia wątpliwości, że to nie był nieszczęśliwy wypadek.  Na szczęście na wyspę przyjeżdża (z powodów osobistych, nie zawodowych) inspektor policji. Jimmy Perez miał w planach układnie swojego życia, a tu, okazuje się, że praca ściga go nawet w rodzinnych stronach.  
Na jednym morderstwie się nie skończy, a na policjanta czeka niezwykle wymagające i niosące znaczące skutki śledztwo.  Nie czytałam poprzednich części serii szetlandzkiej, ale (tak zapewniali inni czytelnicy) nie miałam problemu, by połapać się w akcji.  Z resztą akcja i zagadka to jedno, a nastrój to drugie. I chyba ważniejsze. Bo o ile w paru miejscach miałam wrażenie przegadania i zbytniego przeładowania postaci myślami (np. policjant, nie tylko sam ocenia ludzi, ale jeszcze zastanawia się, co o nich mogą myśleć inni; nie wiem, czy słusznie, ale to dla mnie taka bardzo kobieca cecha pisania), o tyle klimat jest kapitalny: odpowiednio wietrzy, a jednocześnie duszny (to możliwe połączenie!).  Postaci są budowane konsekwentnie i ciekawie, a skrywane przez nie tajemnice i ograniczona liczba podejrzanych przybliża czytelnika do schematu znanego z powieści Christie.

Z Anne Cleeves  spotkałam się przy okazji "Szklanego pokoju" i postać  głównej bohaterki tamtej powieści: Very spodobała mi się bardziej, choć autorka cały czas trzyma wysoki poziom w budowanych światach i napięciach.  Szetlandy, kojarzące się do tej pory z wełną i ciepłym swetrem, teraz są znacznie niebezpieczniejsze, choć to dzikie i piękne niebezpieczeństwo.

 Ann Cleeves, "Błękit błyskawicy". Przeł. Sławomir Kędzierski. Wyd. Czwarta strona. Poznań 2019.

"Morderstwo ma motyw" klasycznie i ciekawie

Ileż razy nabrałam się na teksty o kryminałach w starym stylu. Tym razem jednak nie ma żadnej skuchy, jest kryminał nie tyle w starym stylu, co po prostu z lat, gdy brytyjskie kryminały nie miały sobie równych. Klasyczna zagadka, elegancja, lekkość i bardzo sympatyczny  detektyw amator, który niczym mały Belg w finale rozwiązuje zagadkę, ale poza tą tyradą w niewielu miejscach słynnego Poirota przypomina. A zagadka dotyczy morderstwa i niezwykle istotne jest w niej przedstawienie teatralne.  Klasycznie rzecz dzieje się na angielskiej prowincji, w miasteczku  Damerling trwają próby do spektaklu pt. Morderstwo ma motyw. Ofiarą morderstwa pada jedna z organizatorek spektaklu. Do miasteczka przybywa Yard, ale także nieformalnie współpracujący z inspektorem Mordecai Tremaine, emerytowany właściciel trafiki, stary kawaler, wielbiciel zagadek i czytelnik romansowych historii. To właśnie on, rozbawiając z zaangażowanymi w realizację spektaklu (klasycznie: zamknięty krag podejrzanych) i obserwując to, co na scenie, a zwłaszcza za kulisami będzie szukał mordercy. Tym bardziej, że ofiar w tej historii będzie więcej...Będzie też kilka podejrzeń, kolejne wychodzące na światło dzienne tajemnice i zaskakujące podobieństwa między postaciami a rolami, które grają w teatrze.
Dawno nie czytałam kryminału, który miałby taki właśnie klasyczny styl: opieranie się na obserwacjach i znajomości ludzkich charakterów,  kilka eleganckich niedopowiedzeń, brak epatowania zbrodnią, ale za to napięcie i dobra zabawa dla  czytelnik, idącego krok w krok z sympatycznym staruszkiem.  Nie ma tu pojawiających się nie wiadomo skąd billingów komórkowych, które rozwiązują zagadkę, nie ma taplania się w opisach technologii, a już tym bardziej taplania się bebechach. Najważniejsze są emocje, uczucia i mylenie tropów, bo już w pierwszym  zdaniu czytamy, że późniejsza ofiara jadała kolację z mordercą...
Książka to została wydana w 1947 roku, dopiero teraz mają szansę czytać ją polscy czytelnicy, bo Francis Duncan (właściwie  William Underhill)  został ponownie odkryty na wyspach i po 65 latach wrócił na listy bestsellerów. Siłą tej książki jest fakt, iż autor pisze o swoich czasach, a nie próbuje reaktywować klasycznego stylu brytyjskiego kryminału. Duncan swoje książki pisał w latach 1937-1953 i właśnie autentyzm tych czasów sprawia, że tak dobrze się powieści czyta, a świat w nich przedstawiony nie pachnie sztuczną i wymuszoną rekonstrukcją. Najsłynniejsza powieść tego autora, "Morderstwo na święta" jest już na polskim rynku i chyba wiem, co będę czytać w grudniu! A tymczasem trzymam kciuki , by zostały wydane kolejne powieści Duncana, bo to bardzo przyjemna lektura! A  Mordecai Tremaine zasługuje, by o jego istnieniu dowiedziało się wielu czytelników. 

Francis Duncan, "Morderstwo ma motyw". Przeł. Tomasz Bieroń. Wyd. Zysk i Spółka. Poznań 2019.

piątek, 13 września 2019

"Hanka" po prostu


"Jadę w życie Błękitnym Ekspresem
Bez przystanku, do celu, przez świat
Chociaż przegram to życie z kretesem
To nie będzie mi nikt chwil mych kradł
10 minut zatrzymam się gdzie chcę
10 minut, a potem znów w dal
10 minut, a wszystko w nich będzie
Moja radość, mój spokój, mój żal."


Tak śpiewała, a przede wszystkim tak napisała (tak, tak!) Hanka Ordonówna. Bezdyskusyjna gwiazda dwudziestolecia, która nie była polską Gretą Garbo, była po prostu Ordonką. Marką samą w sobie, konsekwentną artystką i  kobietą, o bardzo ciekawym, choć niełatwym życiu. Można zastanawiać się, co sprawiło, że ona, obdarzona nie tak  czystym sopranem jak Maria Modzelewska, nie taką techniką wokalną jak Tola Mankiewiczówna, nie takim ciepłem w głosie jak Zofia Terne, właśnie ona zrobiła oszałamiającą karierę i pozostaje jedną z ikon tamtych czasów...

Co się do tego przyczyniało? Jej pracowitość  i pomysł kilku mężczyzn, którzy najpierw dostrzegli  potencjał w tancerce, a potem uczynili z Marysi Pietruszyńskiej wielką Hankę Ordonównę, pieśniarkę, która interpretacjami tekstów, pisanymi dla niej przez Tuwima i Hemara, wzruszała i zachwycała. Artystkę, której początki wcale nie były rewelacyjne, a pierwszy występ solowy okazał się klapą, spowodowaną tremą i nerwami. Była też kobietą, dla której głowy i serca tracili Osterwa, Sym, Jarossy. I córką szwaczki, która wyszła za mąż z hrabiego i to wbrew woli arystokratycznej  familii. Potem, była więźniem obozu, opiekunką sierot, autorką wydanej pod pseudonimie książki "Tułacze dzieci". Po wojnie była żoną dyplomaty i artystką oszukaną przez rzekomych przyjaciół. Cały czas była też chora na płuca.
Życiorys Ordonki to temat na książkę (film "Miłość Ci wszystko" wybaczy nakręcono już dawno, cały czas warto go obejrzeć, ale może warto też w nowej technologii zrobić coś nowego?). Katarzyna Droga zaprasza czytelnika w podróż do rozwijającej na nowo Warszawy, by towarzyszyć młodej baletnicy w jej pierwszych zawodowych krokach. Potem na trasie pojawiają się Lublin, Wilno, Paryż, Bejrut, ale wszędzie jest ona i jej świat- świat sceny, piosenki, kabaretu, muzyki. Droga buduje ten świat z cienkich nitek wysnutych z cytatów z piosenek, żartów i realiów tamtych czasów. Te aluzje np. o tym, że jeden ze Skamandrytów skoczy z okna, a "szczęście trzeba rwać jak świeże wiśnie", są jak dymek z papierosa ( "Dymek z papierosa" to piosenka, która gdy ktoś szuka rymów do -osa jest ich chyba kompletnym zestawem).  Droga umie stworzyć świat tak literacki w swoich ramach i tak realny, że po oderwaniu od lektury mija ułamek sekundy, zanim zorientuje się, czy jest się w fotelu z książką czy w Sfinksie lub na Wschodzie. Autorkę znałam do tej pory jako świetną polonistkę, z której tekstów w Cogito lata temu uczyłam się do matury, tu jej wiedza i znajomość epok działają w służbie budowania szczegółów świata przedstawionego.
"Hanka" to bardzo dobra powieść, którą czyta się z ogromną przyjemnością. A że jestem wielką fanką dwudziestolecia, dla mnie była to przyjemność wyjątkowa. I szczegół prywaty- gdy szukałam imienia dla bohaterki swojej sztuki z piosenkami z międzywojnia, bohaterki będącej znaną artystką i zakochaną kobietą, od razu wiedziałam, że będzie się nazywać Hanka. Bo Hanka to marka. A potem była Kalina.

I jedna uwaga  na marginesie:zaciekawiło mnie dlaczego o powieści biograficznej nie ma bibliografii...szkoda, bo zaintrygowany czytelnik miałby  od razu zestaw tytułów, które mogłyby go zainteresować. Ale że literatura nie znosi próżni, ukazała  się biografia Ordonki pióra Anny Mieszkowskiej z rozbudowaną bibliografią. Obie książki się Hance należą.

Katarzyna Droga, "Hanka". Wyd. Znak. Kraków 2019.

poniedziałek, 2 września 2019

"Lalkarz z Krakowa" baśń i wojna

Karolina trafia do Krakowa  latem 1939 roku uciekając ze swojego kraju, w którem toczy się wojna. Razem z panem Cyrylem Brzezikiem tworzy piękne zabawki  i wydaje się, że znajduje spokój.  Ale  koszmar wojny zaczyna się też w Krakowie, a na ulicach coraz więcej niemieckich żołnierzy, przypominających szczury*, które zaatakowały jej poprzednią krainę.  Krainę lalek. Bo Karolina jest lalką, którą ożywia magia wiatru i  niezwykłego lalkarza, dzięki temu lalka umie mówić i czuć. Lalczyne serce wypełnia przyjaźń i miłość do lalkarza oraz znajomego skrzypka i jego córeczki Reny. Czasem wypełnia też strach, gdy niemiecki oficer odkrywa, że Karolina nie jest zwykłą lalką (czyżby zręczne nawiązanie do okultystycznych ciągot niektórych niemieckich żołnierzy?).  Ale i lalkarz nie jest tylko lalkarzem, jest czarodziejem, który dzięki swojej mocy ratuje dzieci, trafiające za mur getta. Jednak magia nie może zawsze wygrać i nie może pomóc, gdy sam lalkarz znajdzie się w bydlęcym wagonie na torach do Brzezinki…

Jak zauważał autorka, podczas II wojny światowej nie było magii lalkarza, która mogła zmienić ludzi w lalki, a lalkom dawać ludzkie serca, ale wielu doświadczyło magii współczucia, odwagi i pomocy.  Ta magia towarzyszyła ludziom żyjącym w okupowanych miastach i pomagała im przeżyć kolejny dzień.  Autorka w swojej książce połączyła powieść historyczną z fantastyką, która oswaja niezwykle trudne tematy poruszane w książce-  nazizm, „kwestia żydowska”, listy folksdojczów,  tworzenie i działanie obozów zagłady.  To nie jest powieść łatwa- nie ma w niej ani łatwych tematów, ani łatwych wyborów, nie ma też łatwych emocji.  Wiele dzieje się w niedopowiedzeniu,  które jest jednak mocne w swoim wdzięku. Bo przecież  wiemy, co znaczy prysznic w Oświęcimiu…  To połączenie historii (na końcu książki znajduje się  kalendarium wydarzeń, rozpoczynające się nie we wrześni 1939, a  od wybuchu I wojny światowej,  przez całe XX lecie międzywojenne z  1921 gdy Hitler staje na czele NSDAP) z baśniową, fantastyczną historią  pozwala pięknie grać z wrażliwością dzieci. Szczur w krainie lalek plądrują mieszkanie Karoliny, niszczą szyte przez nią suknie z zaszywanymi marzeniami. Twarda rzeczywistość  wojny w krainie lalek, która toczy się równolegle do historii krakowskiej  doskonale ją uzupełnia i może być swoistą tarczą wrażliwości dzieci (wiem, że obrazy wojny nie są niczym zaskakującym i trzeba je znać i o nich pamiętać, jednak w przypadku młodego czytelnika dobrze, gdy jest wentyl, który pozwoli emocje trochę wyciszyć. A że emocje są i to nie tylko u dzieci świadczy fakt, że mojej koleżance rodzice napisali w liceum usprawiedliwienie z nieprzeczytania "Innego świata" ze względu na wrażliwość córki…).   Romero napisała książkę ciekawą i bardzo potrzebną. Potrzebną nie tylko Polakom, bo u nas o wojnie dla  dzieci  sporo się pisze, ale właśnie dzieciakom z całego świata. Amerykanka, która  kiedyś z wycieczką pojechała do Brzezinki, a potem zaczęła pracować przy odnowie żydowskiego cmentarza  w Oświęcimiu  pokazuje, że  wojna, okupacja i holokaust to nie była ani tylko polską, ani tylko żydowską tragedią. Pokazuje, że wolność i odwaga to nie tylko słowa. I że choć życie to nie bajka, czarodziejem może być każdy.  Warto przeczytać i obejrzeć, bo to pięknie wydana i zilustrowana książka. I historia, o której mimo bólu musimy pamiętać: bo, jak czytamy, „nikt nie jest tak naaaprawdę utracony, dopóki istnieje jego historia".

*Ciekawe, czy szczury są nawiazaniem do myszy z jednej z najbardziej znanych niemieckich baśń tj."Dziadka do orzechów", czy sobie nadinterpretowuję....


Rachel Maria Romero. "Lalkarz z Krakowa". Przeł. Marta Duda-Gryc. Galeria Książki. Kraków 2018.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Opłaty za zwłoki... słowo o karach bibliotecznych


"Dzień dobry, przyniosłem zwłoki.
????
No, książki, co mam karę za zwłokę w terminie."

Dodajmy do tego leżący na biurku pakunek, który spokojnie mógł kryć jakieś części zwłok… To  autentyczna sytuacja. Niestety, takie pogodzenie z faktem płacenia kary nie jest już aż tak oczywiste.  Płacić nie lubimy, za  to lubimy podważać zasadność kar. Mój ulubiony argument brzmi: „tak mało Polaków czyta, a tym co czytają kary dajecie”.   Oczywiście,  część czytelników z uśmiechem sięga po portfel i mówi, że „zostaje mecenasem polskiej kultury”. Bardzo dobre podejście!Czy opłaty działają i sprawiają, że ludzie bardziej terminowo oddają ksiażki? Zazwyczaj. Uderzenie po kieszeni potrafi mocno wyryć się w pamięci. Nie twierdzę, że odmienia ludzi, ale niektórych motywuje i dyscyplinuje.

Ponieważ przy okazji  przywołania tekstu o oszczędnościach wynikających   korzystania z bibliotek, pojawił się wątek kar, warto wyjaśnić kilka spraw dotyczących opłat za zwłokę i przetrzymanie. Przede wszystkim książki są majątkiem biblioteki, więc nie dziwota, że się o nie dba.  To co dla czytelnika biblioteki jest książką, w ujęciu księgowym jest też kwotą w zestawieniu finansowym, a za zgodność  stanu księgowego ze stanem faktycznym odpowiedzialność ponoszą bibliotekarze i dyrektorzy. Jeśli książka jest ubytkowana (np. ze względu na zaczytanie), czy też zagubiona, jest to odnotowane w dokumentach, które kontrolują odpowiednie organy, nadzorujące pracę bibliotek. Tak więc wszyscy, którzy myślą „ jedna książka mniej czy więcej, nie robi różnicy bibliotece, więc jej nie oddam” bardzo się mylą!  

Druga sprawa- jeśli przetrzymuję książkę w domu (przetrzymuję, czyli leży bez sensu 5 miesiąc w szafce i wcale z niej nie korzystam), jest to ze szkodą dla wszystkich innych czytelników. Bo  pewnie ktoś  bardzo chce tę książkę przeczytać i nie może. Tak więc warto z empatią podejść do innych czytelników i jeśli książkę przeczytaliśmy: oddać, by inni mogli się nią cieszyć.   Jeśli wszyscy będą wcielać tę zasadę w życie, skończą się narzekania,  że ciągle książka jest nieoddana. Dbanie o wspólne dobro powinno nam leżeć na sercu.

Oddanie książki jest obowiązkiem czytelnika. Wiele razy słyszy się argument, że „nikt mi nie przypomniał, że mam oddać”. Biblioteki nie mają obowiązku monitować czytelników, którzy zapisując się do bibliotek zobowiązują się przestrzegać regulaminu ze ściśle określonymi terminami. Niektóre biblioteki wysyłają przypomnienia, inne liczą na czytelników.  Inna rzecz, że to dość marne wytłumaczenie, gdy dorosły człowiek zaczyna zrzucać odpowiedzialność na bibliotekę, że nikt mu nie powiedział o jego obowiązku. Trzyma wtedy zazwyczaj  w ręku telefon, w którym ustawienie przypomnienia o zwrocie trwa jakieś 15 sekund…  Warto w tym momencie przypomnieć, że w przypadku przetrzymań  biblioteki mogą prosić o pomoc komorników. Zbyt przywiązani do książek, widoczni w rejestrach dłużników czytelnicy, ze względu na swoje zaległe zobowiązania  np. nie kupią sprzętu na raty.

Kolejna sprawa to zobowiązanie- wspomniałam o podpisaniu zgody na przestrzeganie regulaminu. W ten sposób zawiązujemy pewną umowę- biblioteka będzie nam pożyczać książki, my będziemy je oddać w jak najlepszym stanie i określonym terminie. Tak to działa. Proste. Jeśli nie wywiążemy się umowy, czekają nas konsekwencje. Czy  gdy nie zapłacimy rachunku za telefon, gaz, prąd, wodę idziemy robić awanturę, że musimy go płacić i to w terminie? Raczej nie. To oczywiste, że za spóźnienie  naliczą nam  odsetki. W przypadku biblioteki  ta oczywistość jest zaskoczeniem.

I  na koniec jeszcze jedna, ważna rzecz: opłaty i kary nie są fanaberią bibliotekarza,  aktem jego złej woli. Pobieranie opłat jest obowiązkiem bibliotekarza, jednym z tych najbardziej nielubianych. Dlatego  jeśli przyjdzie Wam zapłacić karę oszczędźcie  proszę tekstów „no tak, chce sobie pani dorobić do pensji”/ „na kawkę sobie za to pani pójdzie”/ „serca pan nie ma, z biednego człowieka zdzierać pieniądze!” (każdy wpływ z kar jest pieczołowicie księgowany). I darujcie sobie płacenie  groszakami (przykład z życia- czytelnik postanowił spłacać karę w ratach i  przychodził przez dwa tygodnie z woreczkiem, w którym było zawsze 2 złote w samych miedziakach… ). Ileż prościej, milej i taniej  jest  oddać książki w terminie. I ustawić to przypomnienie!

piątek, 16 sierpnia 2019

"Siedmiu mężów Evelyn Hugo"- kalkulacje gwiazdy i bestsellera

O tej książce było bardzo głośno i zachęcona entuzjastycznymi opiniami, przeczytam.  Bez zachwytu. Kolejny dowód na to, że czasem rozgłos nie służy książce, bo apetyt rośnie, a literackie danie nie smakuje tak bardzo...  Dlaczego chciałam tę powieść poznać? Bo bardzo lubię stare Hollywood, a książki o artystach zazwyczaj mi się podobają. Tyle tylko, że choć tytułowa Evelyn Hugo jest aktorką, nie jest artystką. I może to jest pogrzebany mój brak zachwytów? 
Od początku. Leciwa Hugo,gwiazda filmowa, proponuje dziennikarce napisanie jej biografii. Ani Monique, ani jej szefowa nie ma pojęcia dlaczego stara aktorka wybrała właśnie tę, nieznaną nikomu, osobę. I przez sporą część książki, która toczy się w dwóch planach- planach życia Hugo i rzeczywistości pisania biografii, to właśnie pytanie, co łączy gwiazdę z dziennikarką było dla mnie najbardziej zajmujące. Domyśliłam się gdzieś w połowie i  potem czytałam po to, by się utwierdzić.  
Życie gwiazdy podzielone jest na 7 rozdziałów, nazwanych imionami kolejnych mężów. I jest to życie smutne i pełne pozorów. Pewnie dlatego ta książka mnie nie porwała, bo główna bohaterka prowadziła życie pełne wyrachowanych kalkulacji. Wcześnie nauczyła się, że świat to wielki bazar, ona miała głowę do interesów i miała czym handlować. Uroda była jej przepustką do świata filmu, do bycia nie tyle aktorką, co wylansowaną i wyrachowaną gwiazdą,.
 Jeśli ktokolwiek spodziewał się (a ja się spodziewałam), że jest to książka o tworzeniu czegoś: roli, postaci, to się zawiedzie. Jeśli coś tu się tworzy, to tylko markę Evelyn Hugo, żywy produkt fabryki snów. To oczywiście jasne, że bycie gwiazdą jest pełne kalkulowanych działań, decyzji podejmowanych nie przez samą aktorkę, co sztab jej ludzi, że blichtr, paparazzi i ustawki są codziennością. Że ciągle się gra samą siebie. Że kobieta w świecie wielkich karier i gigantycznych pieniędzy jest tylko trybikiem maszyny kierowanej przez mężczyzn. Trudno, mnie to nie porwało.  Nie zachwyciła mnie bohaterka, nie polubiłam jej, jej losy mnie nie zajmowały, choć trzeba przyznać, że książkę czyta się bardzo szybko (może dlatego, że jest w niej trochę wypełniaczy w postaci opisu strojów?). Ciekawym zabiegiem jest włączenie w narrację artykułów prasowych, które nie tylko popychają akcję, ale także pokazują sposób mówienia o gwiazdach- żeby było szokująco, przyciągająco, często złośliwie i nie do końca merytorycznie.  Elementem, który być może miał sprawić, że książka zyskała rozgłos jest to, że poza mężczyznami, Evelyn kochała też kobietę i była to jej chyba jedyna, choć również pełna kalkulacji i pozorów, miłość.  Ale ani siedmiu mężów (facetów w większości nieciekawych i kreślonych  szybko i powierzchownie, tylko jako trzecioplanowe tło dla gwiazdy), ani ukochana,  nie przekonało mnie do tej powieści. Cóż, reklama tej książki była odbiciem jej zawartości.  Książka o promowaniu gwiazdy i kampania promująca bestseller. Przypadek?

A co do gwiazd- podczas wakacji przeczytałam inną powieść inspirowaną życiem prawdziwej gwiazdy. I to była dobra rzecz. Niebawem o niej napiszę! 

Taylor Jenkins Reid, "Siedmiu mężów Evelyn Hugo". Przeł. Agnieszka Kalus. Wyd. Czwarta Strona. Poznań 2019.

piątek, 19 lipca 2019

"Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki" prowansalski kraj lat dziecinnych

Francuzi mają niezwykłą umiejętność pisania o dzieciństwie. Mikołajek, którego znają wszyscy, popularne rodzeństwo Jaśków, to fantastyczny świat dzieci, z ich radościami, problemami i codziennością. Jednak w tych przypadkach  o dzieciach dla dzieci autorzy piszą z dziecięcej perspektywy, w ich imieniu. Marcel Pagnol w swoich wspomnieniach powraca do dzieciństwa z całym bagażem doświadczeń prawie osiemdziesięcioletniego człowieka, który znów pojawia się w mitycznej krainie swoich chłopięcych zabaw. I pisze książkę, zachwycającą każdego, kto dzieckiem był. Pagnol miał w planach spisanie czterech tomów wspomnień, prace nad ostatnim przerwała  mu śmierć, ale my możemy cieszyć się wydaniem dwóch pierwszych części cyklu „Chwała mojego ojca” i „Zamek mojej matki”, które złożone w jednej książce stanowią fantastyczną rozrywkę i  powrót do czasów beztroski i wiary, w to że tata może dokonać każdej wielkiej rzeczy, a urok mamy oczaruje nawet strasznego właściciela zamku. Książki, w której ciepło gawędy łączy się za palącym słońcem lata, a z każdego zdania bije zachwyt nad radością istnienia, obcowania z pięknym światem i dobrymi ludźmi.

Marcela i jego rodzinę poznajemy gdy mieszkają w Marsylii. Wiek dwudziesty jest jeszcze nowym wiekiem, szanującym zasady i obyczaje czasów przeszłych. Codzienna nie-zwyczajność domu chłopca może nam nieco przypominać przygody Mikołajka, ale to złudne wrażenie za chwilę się zmieni. Lato Marcel z rodzicami, rodzeństwem i wujostwem  spędza na prowansalskiej wsi. Wśród wzgórz, migdałowców i lawendy czekają na chłopca Przygody przez duże P. Zabawy w Indian z młodszym bratem, poznawanie nowych miejsc, wreszcie udział w polowaniach. I choć w dobie poprawności ekologicznej polowania wydają się makabryczną rozrywką, czytając opisy widzimy, że to typowo męskie zadanie stanowiło rytualne przejście dziecka w chłopca, aspirującego do roli mężczyzny. Upolowanie przez ojca Marcela dwóch bardzo rzadkich kuropatw skalnych staje się powodem jego tytułowej chwały.
Marcel tropiąc ptaki poznaje Lily, prowansalskiego chłopca, z którym zwiąże go prawdziwie „chłopacka” przyjaźń. Nowy przyjaciel będzie częstym gościem w jego domu, ale także przewodnikiem chłopca z miasta po zakątkach wzgórz. To on będzie wtajemniczony w plan ucieczki Marcela, która miała go uchronić przed powrotem do szkoły. Marcel jednak nie zostanie „Póstelnikiem ze Wzgórz” rzekomo z powodu zbyt małej ilości wody, uniemożliwiającej higienę. A tak naprawdę dlatego, że nie mógłby żyć bez rodziny. Bo rodzina jest dla chłopca oparciem i szczęściem. A dom miejscem, do którego zawsze się wraca.  Ojciec jest prawie nadczłowiekiem. Prowadzący z nim rozmowy wujek, gorliwy katolik, zawsze w rozmowie z ateistą dojdzie do porozumienia. Psotny brat Pawełek, piękna i dobra Mama-wszyscy tworzą cudowny mikroświat Marcela, w którym ten czuje się szczęśliwy i bezpieczny.
Na ostatnich kartach książki widzimy co będzie się działo dalej. Marcel traci matkę i jego świat się rozsypuje. Dużo później w pracy filmowca powraca do Prowansji. Wracają do niego obrazy rodziny maszerującej bok kanału, ojca ze strzelbą,  uśmiechniętej i pogodnej matki. Odżywają wspominania z czasów, gdy mógł robić wszystko. I teraz zapisuje je, by przywołać atmosferę sprzed lat i siebie z tamtych dni.
Prowansja staje się arkadyjską krainą zabaw, przyjaźni i przygód, gdzie ludzie  z reguły są dobrzy i szczerzy. Pagnol wraca do miejsc beztroski i prowadzi nas tymi samymi ścieżkami, po których biegał kilkadziesiąt lat temu. Ale narracja, mimo lekkości i pozorów prowadzenia jej z perspektywy chłopca, jest  popisem w pełni dorosłej sztuki pisarskiej. Opisy przyrody, metafory, humorystyczne charakterystyki, odnośniki historyczne i polityczne czynione są przez dorosłego, który z tego chłopca wyrósł. A że z Marcel wyrośnie człowiek ciekawy świadczy już jego dziecięce hobby. Chłopiec namiętnie czytał książki przygodowe, ale przede wszystkim zbierał słowa. Do jego kolekcji trafiały słowa o ciekawym znaczeniu, pięknym brzmieniu, ale także ze wszech miar niezwykłe. Swoimi znaleziskami dzielił się Lily, a nawet w imię najwierniejszej przyjaźni i zaufania ofiarował mu najdłuższe słowo ze swojej kolekcji „antykonstytucyjny”. To upodobanie do słów pozawala nam dostrzec w biegającym po wzgórzach chłopcu przyszłego pisarza, kogoś, komu słowa na zawsze pozostaną drogie. Ze słowami i przyjaźnią łączy się też piękny fragment książki, gdy chłopcy piszą do siebie listy. Lily przysyła pełen błędów ortograficznych i kleksów list na kartce wyrwanej z zeszytu. Najważniejsze są jednak zawarte w nim informacje o wzgórzach i kuropatwach. Marcel odpisuje, brudnopis daje do sprawdzenia tacie, mozolnie przepisuje na nowej papeterii. Ale tuż przed zaśnięciem patrzy raz jeszcze na to, co przysłał mu przyjaciel. I widzi coś co dostrzega tylko wrażliwe, zaprzyjaźnione dziecko. Wstaje, wyrywa kartę z zeszytu, przez dwie godziny przepisuje list, powielając błędy ortograficzne Lily i ozdabia  kartkę kleksami. Dopiero  tak spreparowaną epistołę może z czystym sumieniem wysłać swemu druhowi.
My, choć wychowani wiele lat później i tysiące kilometrów dalej, czujemy pewną łączność z autorem. Bo każdy miał swoją krainę dzieciństwa, swoje zarośla, z których wychodził z poranionymi nogami, swoją studnię i swojego wiernego towarzysza, do którego pisał listy z domu. Urodę i przygodę bycia dzieckiem Pagnol opisał wspaniale i każdy, kto chciałby powrócić do tego mitycznego okresu powinien to przeczytać.

Marcel Pagnol, "Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki".  Przeł. Małgorzata Paszke, Paweł Prokop. Wyd. Esprit. Kraków 2010.