wtorek, 25 sierpnia 2020

"Była sobie rzeka" w nurcie opowieści

 Dawno, dawno temu, w latach 80 XIX wieku, nieopodal Tamizy, w karczmie Pod Łabędziem zbierali się ludzie, by słuchać opowieści.I pewnego dnia stało się coś, co sprawiło, że każdy z gości miał okazję opowiadać innym o wyjątkowym wydarzeniu. W karczmie zjawił się pokiereszowany mężczyzna z dzieckiem na ręku. Wszyscy byli przekonani, że dziewczyna nie żyje, ale na szczęście na miejscu była pielęgniarka Rita. Pozornie zmarłe dziecko, ożyło.

Tajemnicza dziewczynka wzbudziła zainteresowanie trzech rodzin-bogatego fabrykanta, którego córeczkę porwano dwa lata temu, farmera, który podejrzewał, że dziewczynka jest jego wnuczką oraz gospodyni pastora, ciągle wspominającej swoją siostrę. I tak nurty rodzinnych historii zaczynają płynąć, łącząc się i przenikając. Do historii rodzin i tajemniczej dziewczynki dochodzą jeszcze losy Rity oraz mężczyzny, który zjawił się z dzieckiem, a okazuje się fotografem, dokumentującym bieg rzeki.

Książkę z rzeką w tytule powinno czytać się wartko i tak też się dzieje. Autorka snuje opowieści ciekawie, najpierw rozgraniczając wątki, potem je splatając. Powstaje z tego opowieść o pamięci,  strachu, zachwytach, marzeniach, rodzinnych sekretach i nadziejach.O ludziach, którzy muszą pokazać ile są warci. O synu hrabiego i czarnej niewolnicy oraz chłopcu z zespołem Downa, który opowiadając historie zawsze gubi środek, ale nie ustaje w próbach. O świecie, w którym z jednej strony słuchać o pomysłach Dawrina, a z drugiej cały czas żywa jest wiara w Cichego, przewoźnika pojawiającego się na rzece w momencie śmierci. I tak czas, gdy coraz większa jest wiedza z zakresu medycyny, a nawet psychologii, gdy fascynuje możliwość utrwalenia na kliszy portretów oraz tworzenia niemal filmowych widowisk, łączy się z ludowymi wierzeniami i opowieściami.
 Bo  ważna jest też opowieść jako taka. Goście gospody opowiadają historie, szukają odpowiednich słów, frazeologizmów, a czytelnik zaczyna doceniać bogactwo języka tych, którzy snują opowieści (i tych, którzy je tłumaczą). Autorka, zapraszając czytelnika do swojego świata, daje mu krwistych bohaterów z wewnętrznymi wątpliwościami, ale też marzeniami oraz klimat powieść niespiesznej, budującej swój realistyczno-legendowy świat. Kto wejdzie w ten świat, może dać się porwać nurtowi rzeki i opowieści. Czytałam z bardzo dużą przyjemnością, czasem z niepokojem o dalsze losy bohaterów, z zaciekawieniem, czy moje przypuszczenia się sprawdzą. Czytałam z emocjami, które rodzi dobra opowieść.
 
Diane Setterfield , "Była sobie rzeka". Przeł. Izabela Matuszewska.  Wyd. Albatros. Warszawa 2020.

poniedziałek, 27 lipca 2020

"Miasteczko" jakich wiele


Czasem są takie powieści,  że nieźle się je czyta, ale po lekturze zaczyna nurtować pytanie: jak cel miała ta książka. Takie pytanie pojawiło się po  „Miasteczku”. Bo rzecz zaczyna się jak obyczajówka, trąci romansem, by potem stać się kryminałem. Przy czym obyczajówka z romansem są  naiwne, a kryminał ma ten spory mankament, że od początku  wiadomo, kto zabił.  Ponieważ akacja toczy się dość szybo, nie ma dłużyzn fabularnych, a niektórzy bohaterowie są kreśleni naprawdę fajnie, szkoda, że  wyszło tak, jak wyszło.

Monika, 30 letnia polonistka, po rozstaniu z korpo-bucem, wraca do rodzinnego Doruchowa, by w tam rozpoznać pracę w liceum.  Jej uwagę szybko zwraca jeden z maturzystów, będący jednoczenie chłopakiem dyrektorskiej córki. Szybko też okazuje się, że zainteresowanie nie jest jednostronne i wykracza poza realcję ucznia i nauczyciela. Jednak zanim miasteczko zacznie huczeć od plotek, wydarza się tragedia. Podczas urodzinowej imprezy córki dyrektorki umiera jeden z nastolatków.  I tu do akcji wkracza  twardy glina, Wolbus. Zakończenie książki wyjaśnia  kwestie śmierci, zostawi  przymkniętą sprawę romansu.  Proste. Może aż za.  Monika, która na początku wydaje się kobietą rozsądną, nagle traci głowę, w  co trudni uwierzyć. Przypadkowe dotknięcie jej włosów przez ucznia aż tak burzy krew?  Nie kupuję tego. Zachowanie Moniki- trzydziestolatki i nauczycielki dziwi i zaskakuje pochopnością i brakiem refleksji. A jej wyrzuty sumienia topione w kieliszku wina przydają całości klimatowi z telenoweli. 

Drugim bohaterem tej książki, znacznie ciekawszym, jest Wolbus, policjant, który z radością mógłby stanąć w szeregu śledczych, którzy mają problemy  rodzinne, za dużo piją i nie dbają przesadnie o higienę. Wolbus jest bezczelny, jak na obyczajówke trochę za bardzo rzuca mięsem, stosuje metody nie zawsze zgodne z zasadami, ale ma respekt wśród ludzi, których umie słuchać. I nawet przybycie policjanta ze stolicy mu tej pewności siebie nie nadszarpnie.  Rozwiązanie zagadki jest  niestety od początku oczywiste i szkoda, że doświadczenie gliny, zostaje  zderzone z historia, której  finału czytelnik zaczyna się domyślać  dużo wcześniej.   A do tego, policjant ma pewien sekret z przeszłości, na który  też wpadamy, uważnie czytając prolog.    
 I jest jeszcze Miasteczko- Doruchowo, nie wiedzieć czemu przeniesione z Wielkopolski pod Łódź,  z niewykorzystanym elementem ostatnio na ziemiach polskich procesu czarownic- można było z tej historii jeszcze coś wykrzesać. Miasteczko, które nie ma jakiegoś charakterystycznego klimatu, a wrażenie tego, że wszyscy wszystko o sobie wiedzą powstaje zaledwie na podstawie  rozmowy babci Moniki z sąsiadką. Jest jeszcze pani Halina z zajazdu, osobowe źródło informacji Doruchowa. Ale żeby w powietrzu czuć  było atmosferę podglądactwa, podejrzeń czy plotek, nie powiem.  

Powieść czytałam szybko, bez specjalnych zawieszeń, ale zupełnie nie wiem, komu ją polecić i jak ją odebrać. Nie jest to książka z gatunku cieplutkich opowiastek i czasoumilaczy. Nie jest to kryminał.  A jeśli chodzi o powieści obyczajowe, to jest kilka lepszych.  Trochę szkoda, bo nastawiałam się  na coś intrygującego i klimatycznego, a książkę zapomnę pewnie za miesiąc. 

Natalia Nowak-Lewandowska. "Miasteczko". Wyd. Filia. Poznań 2020. 

środa, 15 lipca 2020

"Dziewczyna z wieży" i "Zima czarownicy", Wasia z krainy mrozu


Pierwsza część opowieści o Wasi   "Niedźwiedź i słowik" zaintrygowała mnie połączeniem baśniowego klimatu, mocno czerpiącego z rosyjskiego folkloru z tematami zupełnie nie baśniowymi tematami i brutalnymi opisami. Drugi i trzeci tom opowieści to z jednej strony historia dojrzewania Wasylisy i poszukiwania jej tożsamości na styku świata demonów i rzeczywistości, z drugiej to opowieść o bezwzględnej walce o władzę i konfliktach na Rusi. 
 „Dziewczyna z wieży” skupia się bardziej na opowieści o Wasi i jej dorastaniu. Dziewczyna w męskim przebraniu wyrusza do Moskwy i tam mierzy się nie tylko z oczekiwaniami innych, ale także własnymi ambicjami. I to nie tylko knowania na styku świata duchów i realności, ale i  nadmierna pewność siebie i pozbawiona instynktu brawura doprowadzają Wasię do  dramatycznego finału. „Zima czarownicy” to bardziej opowieść o poszukiwaniu przeszłości i historii rodziny. Wasia zaczyna lepiej rozumieć swoje zdolności widzenia tego, co niematerialne i dostrzega też ciąg tych zdolności, które objawiają się  u jej  siostrzenicy Maszy. W tle cały czas rozgrywa się walka o zachowanie kraju przed tatarskimi najazdami, a finałowa scena bitwy na Kulikowym Polu jest odwołaniem do autentycznego wydarzenia z 1380 oku, uznanego za jedno z tych, które budowało tożsamość Rusi. Historycznie zgodna jest też opowieść o księciu Dymitrze, który na czas bitwy przebrał się w stój zwykłego żołnierza i tym samym uniknął śmierci.  Wątkiem stale obecnym jest też walka o przetrwanie duchów, zjaw, rusałek i innych stworzeń, których istnienie sprzeczne jest z prawosławną wiarą. Arden głównym antagonistą Wasi czyni Konstantego, mnicha, który  dla osiągnięcia własnych celów oddaje się we władanie mocom nieczystym. A jednocześnie cały czas autorka podkreśla, że wybory nalezą do człowieka, a zło i dobro otacza nas zawsze i wybór zależy od nas, a nie jakichkolwiek sił.  Im dalej w historię, tym mniej oczywiste stają się też podziały wewnątrz baśniowego świata- pierwszy i drugi tom to ugruntowywane w czytelniku przeświadczenie, że Niedźwiedź, brat i przeciwnik Morozki, boga śmierci i snu, jest wcieleniem zła. Trzeci tom pokazuje, że ani w świecie rzeczywistym, ani w krainie magii nie ma aż tak jednoznacznych podziałów i każdy może albo zmienić się, albo swoje siły wykorzystywać w różnych celach. 
Siłą powieści Arden jest stworzenie odważnej, wyprzedzającej swoje czasy bohaterki i  danie jej trzech tomów na rozwój i dojrzewanie. Wpierw zagubiona, potem butna, na końcu świadoma i pełna mądrości Wasia jest bohaterką bardzo ciekawą i w pełni korzystającą z doświadczeń, którymi autorka wzbogaca jej postać. Ciekawa jest też jej relacja z Morozką, przypominająca trochę mitologiczne historie o bogach i śmiertelniczkach. Doskonałym urozmaiceniem historii jest wplecenie w nią postaci historycznych (np. brak Wasi, mnich-rycerz Aleksander Pierieswiet),  a także nadanie kolorytu przez bohaterów ze świata magii- Północnicy, Baby Jagi, Dziadka Grzyba. To, co historyczne łączy się z tym, co magiczne i wywodzące się z znanego przecież i u nas słowiańskiego folkloru z domowymi duchami i niezwykłym Żar-Ptakiem. Przed oczami malują się obrazy bogatych książęcych komnat, gwarnego rynku Moskwy,  bezkresnych, śnieżnych pól i tajemniczych ostępów  przepełnionych zapachami lodu i sosny.   Przede wszystkim jest to jednak powieść o dojrzewaniu i coraz szerszym pojmowaniu świata, jego zakazów, nakazów, istniejących zależności i zmiennych.  To historia momentami brutalna, pełna emocji, ale też z niezwykłą fantastyczną aurą, pozwalająca traktować się jak baśń dla dużych dzieci. I zapraszająca do świata bez łatwych wyborów, ale migotliwie wciągającego i dającego nadzieję na szczęśliwe, choć niejednoznaczne zakończenie. 

 Katherine Adren,  "Dziewczyna z wieży", "Zima czarownicy". Przeł. Katarzyna Bieńkowska. Wyd. Muza Warszawa 2019 i 2020.

piątek, 3 lipca 2020

"Tangerynka" i dane wrażliwe


 Obsesja, tajemnica, zbrodnia i duszny, migotliwy Tanger.  To znajdzie czytelnik w „Tangerynce”.  Jej równorzędnymi bohaterkami są Alice  i Lucy, przyjaciółki z czasów szkolnych, które spotykają się po latach w Maroku  w połowie lat 50. Alice to dziewczyna z dobrego domu, szybko osierocona, która w amerykańskim collage’u znalazła przyjaciółkę i wielką miłość, a potem przeżyła kolejną tragedię.  O Lucy wiemy bardzo mało,  jednak to jej charakter zdominuje opowieść. Gdy po latach Lucy odwiedzi mieszkającą w Maroku Alice spotkanie to będzie miało dalekosiężne skutki. I choć nie można tej powieści zarzucić braku akcji (mamy tu intrygi, wyprzedzanie ruchów przeciwnika, zabójstwo i podejrzanych znajomych), to, co najważniejsze, dzieje się między bohaterkami powieści, a napięcie tworzy się przez emocje każdej z kobiet i  zmiany tych emocji w następujących po sobie rozdziałach, pisanych z perspektywy bohaterek.  Niepokój, wyciągane z zakamarków pamięci wspomnienia, powoli kojarzone po latach fakty, poczucie osaczenia i bezsilności- to wypływa z relacji Alice.  Lucy z kolei doskonale przewiduje kolejne kroki, kalkuluje, wie, kto i co może jej się przydać, a przy tych chłodnych rachunkach zysku i strat pali ją obsesja i chęć kontroli.   Temat próby przejęcia czyjeś tożsamości,  budowania relacji na półprawdach i wyobrażeniach nie jest niczym nowym.  Do tego zakończenie książki jest boleśnie życiowe. Ale nie zmienia to faktu, że czytałam z ciekawością, co będzie dalej. I choć owo boleśnie życiowe zaskoczenie może rozczarować, bo nie jest spektakularną bombą na koniec, to właśnie to prawdopodobieństwo i pewne rozmycie stanowi o jego sile. 

Poza relacją między dwiema kobietami mamy tu jeszcze Tanger. Miasto będące drugoplanowym bohaterem,  a nie tylko  miejscem akcji, bo poza konkretnymi adresami, nastrój powieści budują też opowieści o dawnych nazwach miasta,  opisy bazarów i knajp, widoków z przedmieść i  brzęczących bransoletkami mieszkanek. Ta duszna atmosfera, pełna  lepkości i palącego słońca, dobrze koresponduje z poziomem emocji bohaterek. Możemy się zżymać, że Alice jest bezwolna i bierna, ale Alice jest kobietą skrojoną na miarę swoich czasów, w rozkloszowanych sukienkach i z kloszem opieki ciotki, która zarządza jej majątkiem i martwi się nadwątlona równowagą psychiczna bratanicy. Lucy może wydawać się zbyt demoniczna i wyrachowana, bo w książce nie pada żadne usprawiedliwienie, które odnosi się do tego, jakie braki emocjonalne z przeszłości kompensuje sobie Lucy przejmując historie innych kobiet. Ale to połączanie  bardzo kontrastowych postaci jest tym, co  trzyma przy powieści.  To nie jest „tzw. typowa wakacyjna lektura na leżaczek, bo choć pisana jest lekko, to nie jest przyjemna. A nawet, przy poświeceniu  kilku chwil na przemyślenia po zamknięciu tej książki, może być uwierająca.  Bo co wiemy o ludziach, którym opowiadamy nasze życie? Jak, nawet teraz, w czasach wszechobecnego RODO, można stracić swoje dane wrażliwe- wrażliwe emocjami, a nie tylko nazwą. Co dzieje się z zaufaniem i jak wrażenie osaczenia może zmienić spokojne i uporządkowane życie… Książka, którą można traktować jak thriller (choć wtedy zakończenie raczej nie zachwyci), można traktować jak powieść obyczajową z ostrzeżeniem. Bo choć akcja dzieje się w latach 50 w Maroku, to w kwestii emocji miedzy ludźmi i kobiecej przyjaźni, niewiele się zmienia. 

 Christine Mangan, "Tangerynka". Przeł. Agnieszka Wilga. Wyd. Marginesy. Warszawa 2020.

niedziela, 21 czerwca 2020

"Marina" i literackie zjawy przeszłości



 Marina to mieszająca plany czasowe i zapożyczająca się u twórców przełomu XIX i XX wieku opowieść o przyjaźni i niewyjaśnionych zagadkach. Oraz, jak wszystkie powieści Zafona, o mieście utraconego dzieciństwa - starej Barcelonie.

Óskar, wychowanek szkoły z internatem, często włóczy się po dzielnicy, pewnego dnia trafia do domu zdziwaczałego malarza i jego córki, Mariny. Od tej pory, prowadzeni przez Óskara i Marinę, będziemy tropić kobietę w czerni, poznawać historię kolejnych bohaterów i błądzić wśród domysłów i uliczek stolicy Katalonii. Dzięki detektywistycznym zapędom młodych ludzi cofniemy się do czasów, gdy można było jednym występem podbić całe miasto, zrobić fortunę i splajtować z równym szykiem. Poznamy losy rosyjskiej śpiewaczki, która swym głosem oczarowała emigranta z Pragi, Michala, stającego się jednym z najbardziej tajemniczych wynalazców swoich czasów. Przez kolejne opowieści, snute przez bohaterów tragicznej historii sprzed lat, która na naszych oczach dobrnie do finału, poznamy dzieje obsesyjnej próby walki ze śmiercią i olbrzymich namiętności.
Marinę czyta się szybko, bo akacja toczy się niczym w filmie sensacyjnym. Mroczne oranżerie, kanały, stare kamienice i  opustoszały teatr  stają się scenerią nieustannych pogoni za postaciami i ich tajemnicami sprzed lat. Opowieści i postaci powoli zaczynają się łączyć, dopasowywać i przeplatać, wszystko nabiera sensu i tworzy barwną mozaikę ludzkich postaw i dramatów. Mozaiką jest też sama powieść, bo trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko co czytamy już kiedyś ktoś opowiedział. Zafon zebrał znane wątki i postawił przed czytelnikiem zadanie godne inteligencji Mariny i ciekawości Óskara: powiedzieć, skąd to wszystko znamy? Opuszczony teatr, piękna śpiewaczka obcej narodowości i tajemniczy mężczyzna, u którego szaleństwo i obłęd zlewają się z geniuszem. To już było u G. Leroux w Upiorze opery. Dalej, zniekształcone twarze i postaci odziane w długie płaszcze, piękne pałace stające się więzieniem, klimat beztroski naznaczony jednak zbliżającą się chorobą, rozkładem i śmiercią, rodowe tajemnice - niczym w Opowieściach niesamowitych E.A. Poe. Idea wskrzeszania zmarłych i odwieczny dylemat na ile człowiek może równać się z Bogiem w dziele stworzenia, były popularne już w jednej z najważniejszych powieści grozy i zaczątku literatury SF Frankensteinie. Trudno zresztą nie zwrócić uwagi na to, że córka operowej divy  Evy i szalonego anatoma-wynalazcy Michala dorasta jako...Maria Shelley! Manekiny, szklane oczy i chęć zmieniania lalki w żywą istotę znamy z Coppeliusa E.T.A. Hoffmanna, w którego twórczości znaczącą rolę pełnią też eliksiry. Doprawmy tę literacką plątaninę motywów nastrojową grozą, właściwą każdej powieści gotyckiej i powstaje właśnie Marina. Klimat, wynikający z odpowiedniego połączenia powieściowych elementów z charakterystyczną dla Zafona umiejętnością opowiadania tajemniczych historii daje w efekcie książkę ciekawą i zajmującą. Na dodatek przez umieszczenie podstawowej akcji w latach osiemdziesiątych XX wieku, młodzi bohaterowie są współcześni, co podkreśla ich język i styl wypowiedzi, skontrastowany z długimi opowieściami postaci odwołującymi się do przeszłości. Nie brak też paru zdań o zacięciu aforystycznym, do których autor Cienia wiatru zdążył nas przyzwyczaić.

Krytycy zarzucali Marinie schematyczność postaci i przewidywalną fabułę. Wielbiciele twórczości Zafona zachwalają niezwykły klimat powieści i to, że w dzisiejszym świecie pełnym skrótów i postmodernistycznej urywkowości daje swojej historii płynąć, momentami zatrzymywać się, a czasem dynamicznie rwać do przodu. Wszyscy mają trochę racji. Zafon nie napisał nic wielce oryginalnego, ale zestawienie powieści o dojrzewaniu z koktajlem znanych mrocznych wątków zrobione jest po prostu dobrze i daje przyjemność czytania. A świat, który opisał zachęca, by weń wejść i zagubić się wśród plątaniny ludzkich i literackich opowieści.
Zafon w swoich książkach składa hołd miastu, opisuje miejsca i ludzi, których już nie ma. Wskrzesza atmosferę z przeszłości. W Marinie do tego hołdu dla Barcelony dołącza jeszcze hołd dla wspaniałej literatury XIX i początków XX wieku, dla tych którzy stworzyli Frankensteina, Coppeliusa, Eryka i Szkarłatną Śmierć. Dla twórców i dzieł, które być może dzięki uważnej i pełnej literackiej refleksji lekturze, nie trafią nigdy na znany z Cienia wiatru cmentarz zapomnianych książek.

Carlos Ruiz Zafón,"Marina". Przeł. Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas. Wyd. Muza. Warszawa 2009.

wtorek, 9 czerwca 2020

Czy warto iść na polonistykę?


"Py­ta­nie to, w ty­tu­le
po­sta­wio­ne tak śmia­ło,
choć­by z naj­więk­szym bó­lem
roz­wią­zać by na­le­ża­ło." *



Na początku zaznaczę, że moje doświadczenia ze studiów są trochę przeterminowane, bo zaszła w nich podstawowa zamiana uczyniona przez system boloński. Studiowałam 5 lat w jednym ciągu, każdego roku mając kurs historii literatury, przez 4 lata przedmioty językoznawcze, do tego 2 lata specjalizacji, które mogły, ale nie musiały łączyć się z pracą magisterską.

Lubię czytać, idę na polonistykę
To bardzo częsty powód wybrania tego kierunku. Bez czytania nie ma studiów filologicznych, to oczywiste. Ale jest jeden haczyk- na polonistce trzeba czytać wszystko,a nie tylko lubić sobie poczytać jesienią w fotelu. Jasnym jest, że studiowanie opiera się na pracy własnej studenta. W przypadku polonistyki tą pracą jest czytanie, czytanie, czytanie i pisanie raz na jakiś czas. Czytanie tekstów literackich ze wszystkich epok, opracowań, tekstów teoretycznych, filozoficznych, z zakresu historii sztuki, językoznawstwa (gramatyka opisowa, historyczna, rozwój polszczyzny) to codzienność polonisty.  Sam spis lektur to przecież osobna książka. 70 tekstów literackich do tego 30 opracowań i 15 artykułów- taki standardzik na egzamin z historii literatury polskiej. Bywało mniej-kultura europejska-  zaledwie 21 lektur obowiązkowych (typu "Czarodziejska góra", "Ulisses", "Odyseja", "Biesy" i "W poszukiwaniu straconego czasu"-ale spokojnie- wystarczy "W stronę Swanna"- niecałe 400 stron) do tego do wyboru 5 lektur uzupełniających, 16 opracowań obowiązkowych i 5 uzupełniających- ten przedmiot trwał tylko semestr.  Teksty z teorii literatury, gdy czasem zastanawiasz się, czy one na pewno są po polsku i dlaczego po pięciokrotnym przeczytaniu akapitu nadal nie wiesz, o co chodzi. Fascynujące historie palatalizacji słowiańskiej i przegłosu. Nie mówię absolutnie, że czytanie tego jest męką i bohaterstwem. Nie. Ale jeśli powodem pójścia na polonistykę jest "lubienie czytania" to może nie wystarczyć. Trzeba lubić czytać, trzeba ponownie nauczyć się czytać i myśleć tym, co się czytało. Trzeba, poza własnymi wrażeniami, przyswoić, co o tym dziele pisano 300, 200 i 100 lat temu.  Czy trzeba wszystko przeczytać? Nie trzeba. Studia są dla ludzi dorosłych, nikt nie zmusi do czytania. Ale jeśli wybierasz taki kierunek, czytaj, po to tu jesteś. Dla siebie, a nie dla pana profesora. Dla własnego rozwoju i poczucia, że za dyplomem stoi wiedza, a nie prześlizgniecie się i zaliczenie na pandę (Pan da 3!) Czy znam ludzi, którzy skończyli polonistykę bez przeczytania "Chłopów" i "Wesela" (które powinni swoją drogą przeczytać do matury...), znam. Czy są dobrymi polonistami? Nie mnie to oceniać, ale na szczęście nie uczą w szkole.

Polonistyka nauczy mnie pisać
Tak. Bo na polonistyce trochę się pisze. Ale nauczy przede wszystkim czytać. Nauczy widzieć w literaturze szwy i zapięcia, proporcje i chwyty, które sprawiają, że jedno dzieło jest arcydziełem, a o innym zapomnieliśmy. To momentami boli, bo jest trochę tak, jak zobaczyć  uderzająco piękną twarz,   a potem przychodzi pan z miarką i pokazuje, że to nie żadne piękno, tylko symetria, odpowiednie rozstawienie oczu, proporcje i odległości między czołem a podbródkiem. I kreśli te wszystkie linie na owej twarzy, a my tracimy pierwszy zachwyt. Dwa lata poetyki to kurs rozbebeszania literatury. Wiersz rozłożony na czynniki pierwsze przestaje być tak zachwycający, gdy wiemy, gdzie zadziałały środki stylistyczne i odpowiednie rozłożenie akcentów. Powieść przestaje porywać, gdy w pewnym momencie wiemy, że autor przespał  kulminację, stylizacja jest powierzchowna, a opis przyrody jest o dwa zdania za długi. Czytając bestseller patrzymy na niego z powątpiewaniem, bo przecież podobny zabieg zastosowano w osiemnastowiecznej powieści awanturniczej, więc gdzie to zaskoczenie, o którym wszyscy mówią? Czytanie literatury i o literaturze wskazuje pewne składowe, unaoczni konstrukcję i środki. Może nawet da przepis na idealną powieść gatunkową. Ale zawsze zostaje jeszcze ten trudny do określenia element, który wyziera spod stylu i znajomości reguł. Niedefiniowalny talent. I myśl. Bo tym, co unieśmiertelnia dzieło jest myśl autora uzbrojona w arsenał środków.  A kiedy czytam książkę bez analizowania jej, bez biegnącej z tyłu głowy myśli o zabiegach stylistycznych, nawiązaniach, osadzeniach w kontekstach, to jest olbrzymia przyjemność! 

Ważne, choć oczywiste, uzupełnienie- nie jest tak, że cała wiedza ze studiów jest przydatna. I tu nie chodzi nawet o to, że raczej przy kawie nie rozmawia się o derywacji wstecznej albo symbolice ziarna u Norwida. Są przedmioty totalnie zbędne jak np. Bibliografia z leksykografią, na zaliczenie której należało nauczyć się na pamięć tytułów, dat wydania, redaktorów i rodzajów haseł  30 słowników. O ile praca zaliczeniowa polegająca na sprawdzaniu i porównaniu haseł w różnych słownikach miała jeszcze jakiś sens, o tyle  wiedza ile haseł i jakie kwalifikatory miał słownik Doroszewskiego z założenia nigdy się nie przyda. Ale na każdym kierunku są takie przedmioty. Najczęściej na 1 roku, by zniechęcić studentów. Poza tym, czy wiedza ma być zawsze przydatna?

Polonistki to takie uduchowione laski w długich spódnicach
Ach, te stereotypy! Z laski w swetrze przeskoczyłam do bibliotekarki z kokiem i w pulowerze! Jest coś w tym, że poloniści są trochę oderwani  od rzeczywistości. Idą na studia z powodu zainteresowań, a nie myśli o zostaniu Krezusem.  Bywają (zwłaszcza na początku) niezdrowo wręcz krytyczni, ale to rodzaj tego buntu, gdy dumny student pierwszego roku odpala fajkę od fajki i krytykuje gremia literackie, laureatów nagród lub autorytety, bo to puste, wtórne, nijakie, naskórkowe i  pozbawione prawdziwej głębi, przestarzałe. Trzeba przez to przejść. Polonista po chwili bycia zbuntowanym romantykiem przechodzi do pozytywisty. Zaczyna czytać nie tylko przez swoje "ja", ale zestaw "ja" cudzych.  Czytając tony książek znajduje kilka kilogramów takich, które są bardziej jego niż inne. Nie tylko krytykuje, ale docenia szwy i warsztat. Już nie żąda olśnień, ale ich wyczekuje.  A potem, bywa że zmienia  wypchane sztruksy w coś bardziej eleganckiego, kupuje zegarek, "polonistyczne sweterki" wiszą razem z marynarkami. A kwestie nagród literackich przestają być powodem awantur na środku korytarza. Myślę, że polonistyka to świetne studia by dorastać. I dojrzeć. Spokornieć. Bo poza wiedzą, studia powinny być po porostu rozwijające.

Na polonistyce są same baby!
A nawet jak są faceci, to też baby. Nieprawda! Miałam na studiach świetnych kolegów  i nadal  mam z nimi kontakt (nie wiem czemu, ale te znajomości bywają trwalsze). Bardzo fajni faceci, do pogadania, do spierania na ważne literackie tematy, które wydają się priorytetowe gdy ma się 22 lata, do potańczenia na połowinkach, do noszenia książek. Do różnych rozmów po skończeniu studiów. Do rozmów zawodowych, bo to jedno środowisko. Panowie wprowadzali w świat babski dużo dystansu i byli pewnym wentylem.  Moi koledzy byli bardzo zaangażowani w studiowanie i nie byli na tych studiach na przeczekanie czy przez przypadek. Ich obecna praca jest związana z tym, co poznali na studiach polonistycznych.

Po polonistyce to do szkoły albo do Maca
Siłą szerokich kierunków humanistycznych jest wielość tematów, które podejmują. Nie jestem entuzjastką robienia bardzo szczegółowych kierunków i zastępowania nimi specjalizacji, bo jeśli mamy uzupełniać na jakimś etapie swoją wiedzę, zawsze łatwiej iść od ogółu do szczegółu niż na odwrót. Gdy studiowałam każdy miał do zaliczenia te same przedmioty językoznawcze, historyczno i teoretycznoliterackie. Specjalizacja była czymś dodatkowym, naddanym. Do tego cały zestaw fakultetów, które wybierało się ze względu na zainteresowania (albo wypełniało się nimi okienka). I fantastyczna drożność i możliwość korzystania z planu innych kierunków- np. chodziłam na wiele zajęć do teatrologów, na parę do filmoznawców. Była też otwarta dla wszystkich retoryka, na którą wpadali do polonistów prawnicy. Tym, co najlepiej wspominam ze studiów była właśnie możliwość uczestniczenia w tak różnych zajęciach jak historia filmu, historia kabaretu czy złe gatunki, albo związki literatury i muzyki. Ponieważ wybrałam specjalizację międzywydziałową (a raczej ze względu na tę specjalizację wybrałam polonistykę) mogłam korzystać także z zajęć u muzykologów. Wszystkie te zajęcia i spotkania otwierały na nowe spojrzenia i konteksty, ostatecznie- czyniły lepszym polonistą.  Siłą takich podstawowych, szerokich  kierunków jest, że dają bardzo różne kompetencje i narzędzia do ich rozwijania. Moi znajomi po polonistyce pracują w szkole, w korporacjach, w reklamie, w mediach, w instytucjach kultury (teatry, biblioteki, muzea), wydawnictwach, mają swoje firmy edukacyjne i nie tylko. Czasem gdy w pracy pytam lub odpowiadam: a ty nie byleś/byłaś na polonistyce? I zawsze pojawia się ta sama odpowiedź: poloniści są wszędzie! 

Czy warto?
Czasem rozmawiamy o tym i zdania bywają podzielone. Jednak w większości uznajemy, że tak. Pięć  lat polonistyki to był czas bardzo różnych lektur, uczenia się różnych spojrzeń na literaturę, uwrażliwiania na język sztuki i ulicy. To biegi po książki i godziny spędzane w bibliotekach, doczytywane nad ranem w dniu egzaminu wstępy z BeeNek i dyskusje "czytasz wstęp czy dzieło?". To spotkania z bardzo różnymi ludźmi o wielu zainteresowaniach (nie tylko literackich). To kontakt z wyjątkowymi wykładowcami, legendami wydziału a nawet polskiej humanistyki (gdy profesor Tadeusz Witczak opowiadał, jak chodził do ruinach starożytnych teatrów z profesorem  Raszewskim, miało się poczucie wielkiego kręgu myśli i życia akademickiego, którego stajemy się częścią). To  też trwające do dziś znajomości. To poczucie, że nauczyłam się tyle ile mogłam, że uczyłam się uczyć, organizować czas i że cel jakim było zyskanie większych kompetencji dot. języka i literatury został osiągnięty. To wiedza i umiejętność. Studia  (każde!) to czas który musi wykorzystać student. Może studiować pobieżnie, może głębiej, może zakuć, zdać, zapomnieć, może przemyśleć i pamiętać. Studia to ważny etap, z którego bierzemy nie tylko to, co chce nam dać uczelnia, ale to, co sami, własną pracą chcemy zdobyć. 

"Itaka dała ci tę piękną podróż,
bez Itaki nie wyruszyłbyś w drogę.
Niczego więcej już dać nie może.

I choćbyś ujrzał, że jedna bieda - nie oszukała cię Itaka.
Wróciwszy tak mądry, po tylu doświadczeniach,
zrozumiesz prawdziwie, co jest Itaka." 
Ten wiersz Kawafisa, w przekładzie Kubiaka, jest o życiu,  ale bardzo mocno kojarzy mi się ze studiowaniem- studia to też piękna podróż, a zdobyte doświadczenia są wynikiem pracy własnej na podstawie oferowanych przez uczelnię możliwości. I choć studia kończą i mamy mgr przed nazwiskiem to nauka i proces studiowania trwa. Banalne? Tak, ale prawdziwe.
Dziś program studiów się zmienia, pojawiają się nowe przedmioty, które mają dawać nowe, konkretne umiejętności. Ale cały czas sensem i sednem humanistycznych studiów jest własne poszukiwanie i działanie studenta. Bo tym uczelnia różni się od szkoły, że tu wybierasz i działasz w swoim interesie. Dlatego studiowanie, jakiegokolwiek kierunku, bywa tak ciekawe.
Czy warto-jeśli czujesz, że chcesz spróbować i że polonistyka to może być świat dla Ciebie - idź!

*Z czego to cytat? Każdy polonista zna to pytanie. Co więcej- zna cytaty na każdą okazję. Gdy na jakimś wyjeździe służbowym zaczęło się przerzucanie cytatami, jedna z uczestniczek wyjazdu, nie-polonistka uznała, że mówimy szyfrem!



czwartek, 4 czerwca 2020

"Światło w środku nocy" konne bibliotekarki i wiele innych wątków


Książka zaczyna się tam, gdzie część powieści się kończy. Młoda Angielka, zachwycona perspektywami życia u boku  przystojnego  Amerykanina, jedzie z nim za ocena podbijać świat. Dopiero  na miejscu okazuje się, że żaden amerykański sen się tu nie spełni.  Niewielka miejscowość i ograniczone możliwości nie do końca odpowiadają Alice. Poza tym Amerykanin okazuje się człowiekiem słabym, poddającym się woli despotycznego ojca.  Aby znaleźć coś swojego Alice zaczyna działać w konnej bibliotece, w której kobiety zajmują się dowozem książek do mieszkających  daleko od miasta ludzi.  W bibliotece poznaje też Margery, dziewczynę bezkompromisową, silną, która swoje już w życiu przeszła.   Losy tych dwóch kobiet wypełniają ponad 500. stron powieści, która jest historią kobiecych przyjaźni, ale także opowieścią o sile książki i emocjach.

Nie ukrywam, że najbardziej zainteresowała mnie konna biblioteka, która naprawdę istniała w USA, a jej ambasadorką była żona Roosvelta.  Dzięki konnym bibliotekarkom ludzie mieszkający często daleko od miasta mogli czytać i uczyć się.  Tym, co ujmuje w książce to determinacja dziewcząt,  które często przedzierając się przez śniegi i walcząc z własnym zmęczeniem jadą do czytelników z dobrym słowem i książką. Z bieganiem czasu nawet zatwardziały przeciwnik czytania zmienia zadnie, a to, co niosą w sakwach bibliotekarki nie jest tylko zszytym w całość kawałkiem papieru.   Krzepiąca to wieść.

Ale, niestety, czytając książkę miałam wrażenie, że autorka chciała w jednej książce upchnąć bardzo wiele tematów, traktując jednak każdy z nich pobieżnie. Mamy więcej  opowieść o przemocy domowej, o psychicznym znęcaniu się nad młodą synową i agresji, którą rodzi brak własnego zadnia i ślepe podążanie za rodzinnymi nakazami.Jest też opowieść o krwiożerczym przedsiębiorcy i jego machlojkach.  Mamy historię czarnoskórej bibliotekarki, która codziennie zmaga się z rasizmem i niechęcią mieszkańców miasteczka, którzy woleliby, aby pracowała ona w bibliotece dla czarnych, nawet  kosztem zmniejszenia możliwości działania ich biblioteki.  Mamy też obrazki z bardzo konserwatywnej i niechętnie zmianom prowincji, która z obawą patrzy na kobiety zajmujące się czymś innym niż dom i dzieci (historia toczy się w 1937 roku,  choć mam wrażenie, że równie dobrze mogłaby dziać się znacznie wcześniej). Obawy rodzi też funkcjonująca poza oficjalnym obiegiem książka, którą kobiety czytają z wypiekami na twarzy.   Do tego  jeszcze sprawa morderstwa i sąd nad Margery, bo obok ofiary znaleziono „Małe kobietki” z biblioteki.  Dużo tego, moim zdaniem za dużo.  Przez długi czas w książce niewiele się dzieje, a  próby psychologicznego zarysowania bohaterów nie dają efektów. Bez uszczerbku dla fabuły można zacząć czytać od ok. 200 strony.  A potem też niektóre akapity zaledwie omiatać wzrokiem.  O ile początek się dłuży, o tyle ostatni rozdział  węzłowato  rozwiązuje kilka wątków, resztę pozostawiając urwanymi  kilkadziesiąt stron wcześniej.  

Pamiętam pierwszą książkę Jojo Moyes, którą czytałam i to znacznie wcześniej niż pojawił się przynoszący autorce rozgłos film. "Zanim się pojawiłeś" czytałam z dużym zainteresowaniem i powieść zrobiła na mnie duże wrażenie. Portem było już nieco gorzej- kolejne tomy o Lou nie miały tego nerwu i czaru, który pojawiał się w pierwszej książce ("Kiedy odszedłeś", a o III tomie nie chciało mi się nawet pisać).  "Dziewczyna, którą kochałeś",książka  łącząca historię I wojny ze współczesnością był intrygująca, choć też za długa. Szczerze mówiąc nie rozumiem tego trendu do nadmuchiwania powieści- pisarz jest zmuszony do tworzenia literackiej waty, czytelnik omija to wzrokiem, a papier się marnuje.  Moyes umie wymyślać bohaterki (Alice zaskakująco szybko umie się postawić i trwać przy własnym zdaniu, choć czasem może dziwić upór Margery, nie można jej zarzucić braku konsekwencji), umie też opisywać emocje i trzymać w napięciu (sceny z więzienia, poprzedzające proces są bardzo dobre), szkoda, że rozpisuje się czasem bez pomysłu i opamiętania. Widziałam w zapowiedziach jej kolejną  powieść, znów grubaśna, szkoda, bo to nie wróży dobrze. 

Jojo Moyes, "Światło w środku nocy". Przeł.Anna Gralak. Wyd. Znak Literanova. Kraków 2020.