czwartek, 28 listopada 2019

"Ukochane równanie profesora" proste i piękne jak liczby pierwsze

O tej książce wiele dobrego słyszałam,  miałam więc spore oczekiwania i obawy, czy zachwyty innych będą i moim udziałem. Są! To książka precyzyjna i, w najlepszym tego słowa znaczeniu: skalkulowana.  Trudno, by było inaczej, skoro pewną płaszczyzną porozumienia bohaterów jest matematyka. I, choć mamy (znaczy królowa nauk i ja) wzloty i upadki w naszych wzajemnych relacjach, to przy lekturze tej książki muszę ponownie przyznać, że matematyka może być piękna.  

Gdyby spojrzeć na fabułę, to mamy to najpierw dwa punkty, które łączą się w odcinek i nawiązują relację. Tymi punktami są emerytowany profesor matematyki, którego pamięć, z powodu dawnego wypadku, zamyka się w 80 minutach. Profesor obrasta więc karteczkami, na których zapisuje to, o czym powinien sobie ciągle przypominać.  Gosposia (drugi punkt) zaczyna u niego pracę i odkrywa w starszym panu nie tylko kogoś, kto najbardziej kocha liczby pierwsze, ale przede wszystkim dobrego  człowieka, któremu poza obiadem i chce dać swój czas. Naprzeciw odcinka pojawia się trzeci punkt- syn gosposi zwany Pierwiastkiem. Gosposia, Profesor i Pierwiastkiem zaczynają tworzyć trójkąt relacji, sympatii i powiązań.Jest też matematyka, bo profesor ogarnia rzeczywistość matematycznymi skojarzeniami i sam uważa, że każde odkrycie jest zaglądaniem przez ramię do zeszytu Pana Boga, w którym- w regułach nauk ścisłych, znajduje się świat. I te elementy matematycznej konstrukcji zaczynają wszystkich spajać.  Do części wspólnej zbioru zainteresowań trafia baseball.

A my śledzimy losy tej trójki i kibicujemy. Bo książka, choć wiele rzeczy wiadomo, wciąga. I to nie ze względu na zwykłą ciekawość o to, co będzie dalej, bo tu nie spodziewamy się fabularnych fajerwerków, ale o to, jak rozwinie się ta ludzka relacja, co jeszcze odkryją w sobie i dzięki sobie trzy punkty na linii fabuły. Niby prosta, a jednak pełna niuansów.  Trochę tak, jak z zadaniem z matmy.  Tym co urzeka w tej książce jest prostota i precyzja, idealna proporcja między wzruszeniem i codziennością.  Historia jest prosta, ale zapadająca w pamięć i nie dająca o sobie łatwo zapomnieć. Bo mówi o tym, co proste, ale wyjątkowe- tak jak liczby pierwsze.

Yoko Ogawa, "Ukochane równanie profesora". Przeł. Anna Horikoshi. Wyd. Tafuny. Warszawa 2019.

czwartek, 21 listopada 2019

"Koncept nr 14" sposób bez Alcybiadesa

Powieść o dorastaniu, tworzeniu i oczywiście o miłości, która napędza i prowokuje do marzeń. Historia jest pewnym eksperymentem, bo jak inaczej tłumaczyć fakt, że bohater i autor, którego nazwisko widnieje na okładce, to ta sama osoba? A sama książka jest trzecią częścią trylogii pisanej pod rożnymi nazwiskami?

Czy rzeczywiście przepadamy z K/kretesem  w jego wyjaśnieniu rzekomej zbrodni z użyciem makowca? Kim jest bohater i narrator, opowiadający o swoim nastoletnim życiu, a jednak reprezentujący dużo bardziej dojrzałe spojrzenie? Czy na te pytania znajdziemy odpowiedzi w książce? Nawet jeśli nie do końca, warto poszukać i dać sobie czas na zaskoczenia i poszukiwania!
Mamy tu trochę szkolnej rzeczywistości alla Nizurski ("dryfowanie"z nauczycielem, sprzeciw wobec dyrektorki, szkolne przyjaźnie). Mamy esej o katastrofie ekologicznej i  konsumpcjonizmie poprzedzony cytatem z Kierkegaarda, którego wypada cytować gdy jest się lekko egzaltowanym nastoletnim humanistą, ubiegającym się o miejsce na Oxfordzie.  I  mamy portret artysty z czasów młodości- pełnego zapału i wizji napędzanych chemią. Mamy wreszcie powieść o dojrzewaniu.

I sporo o czytaniu, co mnie bardzo ujęło. Bo jak nie uśmiechnąć się przy scenie, gdy bohater, jeszcze jako uczeń podstawówki włamuje  się do biblioteki,  by na karcie bibliotecznej sprawdzić w jakie literackie światy podróżuje jego ukochana. Albo gdy kolega przestawia wszystkie książki grzbietami do ściany twierdząc, że tylko wybór z tak ułożonych egzemplarzy jest wolny i demokratyczny. Książka z okładki i objętości niepozorna, a warta przeczytania, bo pisana z dużym biglem i konstruowana na styku współczesności (z turniejami slamerskimi w "stolicy")  i odwiecznym młodzieńczym buntem i chęcią intensywnego przeżycia. W tym koncepcie jest metoda.


 
 Samuel Kretes. "Koncept nr 14". Wyd. Oficynka. Warszawa  2019.
  

czwartek, 14 listopada 2019

"Wianek z dmuchawców" bibliotekarskie przepychanki

Czasem zdarza mi się sięgnąć po książkę ze względu na biblioteczne tematy. Tak było tym razem i przyznam, że po kilkudziesięciu stronach stronach ograniczyłam się już tylko do przerzucania kartek wzrokiem i szukania wątku bibliotecznego. Bo  współczesne i sięgające przeszłości perypetie bohaterów zupełnie mnie nie zainteresowały, a  język, często umieszczający orzeczenie na końcu zdania, lekko irytował. Dlatego skupiłam się na tym, co biblioteczne i bliskie.  Autorka jest bibliotekarką, więc byłam ciekawa jaki obraz bibliotekarstwa wyłoni się z powieści. I widać, że Olszanowska wie, o czym pisze. Skontrum, ubytki, problemy z budżetem,  rożni czytelnicy to wszystko, co stanowi szarą codzienność jest w tej książce oddane. Tym bardziej, że mamy tu do czynienia z kilkoma pokoleniami bibliotekarzy.  A gra polityczna o zamknięcie/utrzymanie biblioteki dość jasno pokazuje jak przedmiotowo bywa traktowana kultura. I, że wbrew pozorom, biblioteka też może być areną przepychanek na wysokim szczeblu.


Część intrygi dotyczy wysłania na emeryturę dotychczasowej kierowniczki biblioteki (zwanej wcale nie pieszczotliwie "Starym Czytadłem"), osadzenia na jej miejscu Jarka, jej syna i wejścia z nim w układ.  Historia dopuszczenia samego Czytadła do stanowiska jest po PRLowsku prawdopodobna: gminny weterynarz powinien mieć żonę bibliotekarkę, więc weterynarz z ambicjami żeni się z kobietą z bibliotecznymi kwalifikacjami i wcale nie żyją szczęśliwie. Mamy tu rzut w przeszłość i kilka listów, które wówczas młoda kierowniczka wymienia ze swoim dawnym zwierzchnikiem.  Jest zatem o porządku w papierach, wykazywaniu się z statystykach i czytelnikach, którzy zwierzają się bibliotekarzom  ("Większość ludzi odwiedzających bibliotekę bardziej niż po książkę przychodzi po to, by porozmawiać. Dlaczego tak się dzieje, nie mam pojęcia, ale fakt, że ludzie ufają bibliotekarzom." s. 26). Potem mamy czasy współczesne i historię Jarka, który jako nowy kierownik (i facet!) będzie musiał zmierzyć się z nowym stanowiskiem i starymi układami. Oczywiście nie obywa się bez załamywania rąk nad mało męskim charakterem pracy bibliotekarza (dobrze, że chociaż dyrektora!) oraz marnymi zarobkami. Do tego, na zebraniach bibliotekarzy Jarek spotyka nie tylko rzutką instruktorkę Agnieszkę, która chce ruszyć z posad bryłę bibliotekarstwa, ale i Panią Zofię, uosobienie bibliotecznego stereotypu.  O ile Agnieszka jest pełną pomysłów i bardzo realną postacią, o tyle  Zofia jest (czasem niestety również spotykaną w realu) bibliotekarką ze złego snu.  Pani Zofia to ten typ, który na pytanie o dobrą książkę wskazuje regał z nowościami, bo przecież wybór lektury to sprawa indywidualna i duża odpowiedzialność. To typ sprzeciwiający się kulturalnej działalności biblioteki, bo "biblioteka to nie świetlica". Dodatkowo, jako osoba mająca dostęp do archiwów, raczy bibliotekarskie koleżeństwo artykułami z prasy branżowej z lat 80. by pokazać, że już wtedy chciano zmienić oblicze bibliotek, zainteresować ludzi książką i nic z tego nie wyszło... Smutne to. I oby jednak nieprawdziwe.

Czasem mam okazję rozmawiać z bibliotekarzami z gminnych bibliotek, którzy widzą i wiedzą, że dla wielu mieszkańców biblioteka jest centrum kulturalnym ich świata. I na szczęście nie są to klony Pani Zofii.  To pierwszy tom  tetralogii. Nie będę czytać dalej, bo fabuła mnie nie porwała, a perypetie dyrektora Jarka aż tak bardzo nie ciekawią. Mam tylko nadzieję, że jednak ostatecznie wygra istota bibliotekarstwa- sympatia do ludzi i książek, a nie układy. Bo w przeciwnym razie  mógłby to być reportaż, a nie fikcja.

 Agnieszka Olszanowska, "Wianek z dmuchawców". Wyd. Prószyński i spółka. Warszawa 2019.

środa, 6 listopada 2019

"Pamiętnik księgarza" zgodnie ze stereotypem, wbrew oczekiwaniom


Praca z książkami uznawana jest za lekką, łatwą i przyjemną. Przez niektórych za prace marzeń.   Fajnie być bibliotekarzem, księgarzem… Bo obowiązków mało i pracy mało, a książek dużo. To stereotypowe myślenie. Moje doświadczenie w księgarstwie było epizodyczne, zostawiło dobre wrażenia i absolutnie nie mogę powiedzieć, bym się wtedy nudziła (nie bez znaczenia jest fakt, że przygodę księgarską odbywałam we wrześniu, w podręcznikowym szale). Na „Pamiętnik księgarza” się czaiłam (i dorwałam dzięki bibliotekarzom, którzy dostarczyli egzemplarz osobiście, do rąk własnych, piętro niżej niż wypożyczalnia). Opowieści o książkach zawsze ciągną,  poza tym okładkowe opisy  informowały o wyjątkowym dowcipie autora. Książki i humor- czy może być coś lepszego? Nie! Tyle tylko, że w tym wypadku o książkach było mniej niż oczekiwałam, a  humor nie zrobił na mnie wrażenia (kilkanaście wpisów z, prawdopodobnie w zamierzeniu humorystycznym, opisem wietrzenia antykwariatu z fizjologicznych śladów kota mnie naprawdę nie bawiło). 
O ile na początku podeszłam do tej książki z dużymi nadziejami,  o tyle z biegiem czasu lektura stała się po prostu nużąca. Czy taki był cel autora i antykwariusza? Nie wiem.  Dwanaście miesięcy z życia antykwariusza to czas jego codziennej pracy (liczba klientów waha się do 3 do ok 40 dziennie), użerania się z serwisami internetowymi, rozmyślaniami nad tym, czy sklepy internetowe wykończą księgarnie, a czytniki wyrugują papier… Do tego kilka pojawiających się ekscentrycznych postaci (przy czym warto wiedzieć, że elementem ekscentryzmu jest także rozrzucanie butów po mieszkaniu…).   Momentem, gdy czas trochę przyspiesz jest lato i  festiwal literatury organizowany w miasteczku, ale to aż tak nie nakręca fabuły. Bo właściwie tu nie ma fabuły. Jeśli ktoś chce paru myśli  o pracy antykwariusza, o wyjazdach do domów, w których przegląda się księgozbiory itp. to  może będzie zadowolony, ale książka nie ma w sobie wewnętrznego nerwu. To nie jest zarzut, wiedziałam, że czytam pamiętnik. Pamiętnik antykwariusza, a nie szpiega.  Jednak  gdybym czytała o szpiegu, nie szukałabym odniesień do książki, a w przypadku księgarskich zapisków-szukam. I  myślałam, że będzie ich nieco więcej, tymczasem autor albo ogranicza się do wspomnienia co czyta („skończyłem „Martwe dusze”” ), albo do opowiedzenia o książkach, których szukają jego klienci (i są to raczej suche komunikaty: przyszedł pan, książkę  zamówił/wziął). Jest to książka o pracy-nie o misji upowszechniania czytelnictwa, a o biznesie. O prowadzeniu firmy, więc każdy drobny przedsiębiorca może z księgarzem poczuć wspólnotę interesów. 

 Ale żeby nie było aż tak negatywnie, to jest w książce coś, co było ciekawe i przemyślane. Otóż każdy miesiąc zapisków poprzedza wprowadzenie/felieton, który rozpoczyna się od cytatu z zapisków Orwella, który też pracował w księgarni. Idąc za słowami autora „Roku 1984”, księgarz snuje rozmyślania m.in. o tym, czy książki znikną, jakiego typu ludzie odwiedzają księgarnie, albo czy rzeczywiście nieczytające kobiety oznaczałyby śmierć powieści.  I to są zagadnienia interesujące.   Książka ukazuje życie antykwariusza. Pewnie jakąś prawdę o nim.  Momentami napisane sprawnie, czasem ironicznie, ale bez czegoś, co moim zdaniem jest podstawą pracy z ludźmi i książkami- sympatii dla jednych i drugich. Podobno księgarze nie lubią ludzi i taki właśnie ma być autor „Pamiętnika…”.  Księgarze, których znam lubią ludzi. I może ich pamiętniki byłby dzięki temu ciekawsze… 

Shaun Bythell. „Pamiętnik księgarza”. Przeł. Dorota Malina. Wyd. Insignis. Kraków 2019.

środa, 30 października 2019

"Pogrzeb na zamówienie" autor prowadzi śledztwo

Dobrze sytuowana kobieta, matka gwiazdy filmowej odwiedza zakład pogrzebowy, aby omówić szczegóły pogrzebu. Swojego pogrzebu. Tego samego dnia zostaje zamordowana.  Nie będzie jedyną ofiarą, a tropy wiodą m.in. do nadmorskiej miejscowości, w której kiedyś kobieta spowodowała wypadek. Śledztwo w tej prawie sprowadzi konsultant policyjny, wyrzucony kiedyś ze służby.Daniel Hawthorne jest tajemniczy, niepoprawny politycznie, niezwykle bystry i cierpliwy, bo pozwala, by plątał mu się pod nogami pisarz, którego namówił na napisania książki o tym dochodzeniu. Pisarz nazywa się Anthony Horowitz. 

Dobry kryminał powinien być przede wszystkim zaskakujący. Tu, autor postanowił zaskoczyć czytelnika nie tylko myleniem tropów i całkiem ciekawie prowadzoną intrygą, ale też tym, że uczynił bohaterem książki samego siebie.  Pisarz spotyka się z agentka, prowadzi negocjacje ze Spielbergiem, a także razem z konsultantem przesłuchuje świadków, odwiedza miejsca zbrodni i wpada na tropy. Przy okazji czytelnik ma szansę poznać trochę warsztatu pisarza, który opisuje metody swojej pracy literackiej m.in. to skąd czerpie szczegółowe informacje do książek i scenariuszy, a także dowiedzieć, że nigdy nie zaczyna pisać książki bez znajomości jej zakończenia.  Te refleksje narratora, dla osób nastawionych tylko na zagadkę, mogą być elementem spowalniającym rozwój akcji, ale dla tych, którzy lubią literacka kuchnię są ciekawym i oryginalnym urozmaiceniem.

 Horowitz wielokrotnie udowadniał, że kryminał- i też XIX wieczny, i ten z Agaty Christie, i ten współczesny, jest mu doskonale znany, porusza się więc w obrębie rożnych konwencji, przeskakując między nimi i rzucając nawiązania do przygód Poirota( "Morderstwa w Somerset"), Sherlocka ("Dom jedwabny", a przy okazji jeszcze i Szekspira (ta czaszka na okładce może być czaszką Yoricka). Horowitz pisze o tym, co zna z autopsji- o show biznesie, telewizji i pieniądzach. Jest też, zawsze urozmaicająca kryminalną powieść, historia z przeszłości, tajemnice bohaterów i nieodzowny trzymający w napięciu finał. I detektyw, który jest po porostu dobrym gliną w starym stylu-i co dziwne- dlatego właśnie jego postać tak zaskakuje. A książka: mocno wciąga! I to zawsze chodziło w kryminale.
 Anthony Horowitz,"Pogrzeb na zmówienie". Przeł. Maciej Szymański.Dom Wydawniczy Rebis. Poznań 2018.

poniedziałek, 21 października 2019

"Siedem śmierci Evelyn Hardcastle" i wcielenia Aidena

O tej książce nie dało się nie słyszeć. Pojawiały się hasła o fantastycznym debiucie, postmodernistycznym podejściu do kryminału, Christie XXI wieku oraz przemieszaniu gatunków.  O prawdziwości tego ostatniego najlepiej świadczy fakt, że w naszej bibliotece książkę można znaleźć na regale z fantastyką.  Czym różni się książka Turtona od klasycznego kryminału retro? Punktem wyjścia- bohater, którego tożsamość poznajemy około 120 strony, a o jego życiu wiemy bardzo niewiele, przebudzając się budzi się  zawsze w innym ciele. Ma siedem dni, by zapobiec śmierci córki gospodarzy rezydencji Evelyn. Bo rezydencka jest jak w starych dobrych kryminałach: wielki dom, ogród, szopa i jeziorko. Jest też, znów jak w starych dobrych książkach, zamknięty krąg podejrzanych- rodziny, gości i służby. Tym co sprawia, że ta książka nie jest kolejną powieścią w stylu Christie (choć niewątpliwe jest pewnym hołdem dla niej i jej pisarstwa), jest właśnie bohater i fabularne twisty, które są związane z jego wcieleniami. I to wcieleniami, które nie są tylko zamiana ciał, ale przede wszystkim wejściem w charakter, przyzwyczajenia i instynkty osoby, w której budzi się Aiden. Aiden musi z jednej strony ratować siebie, bo jeśli nie znajdzie mordercy  Doktor Dżuma uwięzi go w zamkniętym kręgu dni. Musi też rozwiązać zagadkę mając fizyczne ograniczenia kolejnych wcieleń (np. starych, otyłych i ociężałych), a przede wszystkim ich osobowości (czasem znacznie mniej lotne niż Aiden).
Czytelnik zaś musi się przyzwyczaić do tego, że bohater krąży między ciałami i między dniami akcji, to wymaga pewnego skupienia i wejścia w świat powieści oraz szybkiego rozróżnienia bohaterów. Ci są na szczęście kreowani dość charakterystycznie, ale na początku wielość postaci może przyprawić o zawrót głowy. Do sprawy morderstwa dochodzi jeszcze tajemnicza Anna i rzekomy przyjaciel, z którymi Aiden współzawodniczy w zawodach w detektywa. Jak ci ludzie łączą się z jego przeszłością i kim  tak naprawdę jest- to kolejne zagadki tej powieści.
To, co mogę powiedzieć, to że takiej książki wcześniej nie czytałam. Gra z konwencją kryminału, tajemnicze postaci i sekrety ukrywane przez bohaterów jest rzeczywiście zaskakująca.  Sama kryminalna intryga i jej rozwiązanie co prawda nie zrobiła aż takiego wrażenia, ale to pewnie dlatego, że w tej fabule jest bardzo dużo kulminacji i przebić to wszystko nie jest łatwo. Poza tym momentami podróże osobowościowe bohatera wydały mi się przegadane i zbyt rozwlekłe. W końcu kryminały Agaty miały ok 150 stron i to jest (albo raczej powinna być!) dla kolejnych pisarzy ważna wskazówka. Tu 500 stron to przede wszystkim zbudowany dość dokładnie świat przedstawiony, z miejscami, postaciami i siecią wzajemnych zależności, które ujawniają się w trakcie kolejnych dni. "Siedem śmierci..." to dla mnie nie tyle kryminał, co przede wszystkim eksperyment. Udany. I pokazujący jak wiele możliwości tkwi w konwencji kryminały, która jeszcze nie pokazał wszystkich twarzy. 

 Stuart Turton, "Siedem śmierci Evelyn Hardcastle". Przeł. Łukasz Praski.   Wyd. Albatros. Warszawa 2019.

poniedziałek, 7 października 2019

"Nikt nie słucha. Reportaże o disco polo." Sierakowska sprawdza "co się komu w duszy gra".

Disco polo. Nikt nie słucha. Większość patrzy z drwiącym uśmieszkiem. Masówka, komercja, kicz. Po co się tym zajmować,  lepiej tępić i nie pozwalać temu wyjść z remizy. Ok, gdy impreza pada, gdy weselni goście są znużeni, można ewentualnie puścić jakieś "Oczy zielone" albo "Białego misia", ale to tylko dlatego, że na fast foody też się czasem zabłąkamy i zgrzeszymy przeciwko dobremu smakowi.  Poza tym na tej imprezie i czy weselu,  discopolowy hit reanimuje i integruje gości.  Wujek profesor, ciotka notariusz i kuzyn hipster wesoło wyśpiewują, że ona jest szalona... Dziwne, bo przecież nikt nie słucha...A  każdy zna.
 Książka Judyty Sierakowskiej to wypełnienie białej plamy.  Bo disco polo nie doczekało się naukowej monografii ani ze strony kulturoznawców, ani socjologów*. Jest parę prac magisterskich, kilka referatów z konferencji np. dotyczących tekstów piosenek, ale to za mało. Za mało jak na taki fenomen. Bo, o czym pisze Sierakowska, disco polo jest fenomenem. Autorka poszukuje korzeni tej muzyki jeszcze w latach przed i powojennych, potem w latach 60. i 70., by dojść do  złotych lat 90.,gdy wraz ze zmieniającą się Polską disko polo zbierało rząd dusz.  Pokazuje jak dyskotekowe klimaty wpływały na tereny popegeerowskie, jak przenikały się ze światem mafii i polityki (także tej na bardzo wysokim szczeblu).  Jak rozkwitał biznes wytwórni i rodziły się gwiazdy, które honoraria nosiły w reklamówkach.  Sierakowska, który pierwszy reportaż do disco polo  napisała w 2005 roku, opisuje zmiany w polskiej rzeczywistości i zmiany w gatunku; rozmawia z producentami, gwiazdami, fanami, pokazuje jak teraz wygląda discopolowe uniwersum.
Dla mnie, osoby, która naprawdę nie słucha, (ale niektóre piosenki zna, bo nie znać się po prostu nie da!), czytanie tej książki było jak wyprawa w inny, nieznany świat, o którego zasięgu i rozległości nie miałam pojęcia.  To trochę jak czytanie o innym kontynencie i bohaterach historii, której nie znałam. Przy czym te reportaże to teksty prawdziwej dziennikarki- obiektywnej, rzetelnej i odpowiedzialnej za słowo.  Jak mówiła sama Sierakowska na przedpremierowym spotkaniu w bibliotece, ona nie słucha tej muzyki, ale przez cały czas zbierania materiałów, rozmów, wywiadów, nikt się nie zorientował, że nie rozmawia z fanem gatunku. Bo nie bycie fanem nie oznacza  bycia zgryźliwym komentatorem i prześmiewcą.  Poza tym, czytając tę książkę i poznając historie bohaterów coraz mniej okazji do złośliwych uwag... Discopolowe imperium jest fascynującym światem ludzi, którzy znają się na swojej robocie. Np. muzycy pokazani są tu od innej strony- właśnie: muzycy!zawodowi, często wykształceni muzycy, zwykle z improwizacyjnym doświadczeniem weselnym, ludzie świadomi tego, co tworzą. Otwarci na fanów,  często z wielkim sercem. A do tego świetni biznesmeni. 
W książce są historie zabawne, tragiczne i wzruszające. Są opowieści o wielkich pieniądzach i graniu do kotleta. O przebojach i konsekwentnym budowaniu wizerunku (tak, tak! ta branża jako jedna z pierwszych wpadła na to, że wizerunek i marka liczą się przede wszystkim). Sierakowska pisze o artystach, którzy chcą pisać "piosenki z duszą" i o fanach, którym ta muzyka daje siły do życia i porcję optymizmu. (Choć słowo artysta nie przystaje do disco polo, to jest tu kilku autorów, którzy tworzą rzeczy autentyczne i płynące z potrzeby serca, więc jest to jakiś rodzaj artyzmu...).   Sierakowska pisze też o ciemnych stronach- alkoholu, dyskotekowych ochroniarzach, będących ponad prawem i  porachunkach mafijnych.  Te reportaże to wielowymiarowy obraz zjawiska, które od ponad 30 lat jest elementem naszej kultury i rzeczywistości. Sierakowska pokazuje go, powtórzę raz jeszcze: rzetelnie i obiektywnie.  A czytelnik otrzymuje obraz fenomenu, którego nikt do tej pory  nie zgłębił, a który zasłużył sobie na wiele więcej niż tylko rzucone szybko spojrzenie z wyższością. Bo disko polo "to Polska właśnie"! Polska z transformacją w tle, karierami, kasą, festiwalami, wewnętrznymi waśniami i paroma chwytającymi za serce historiami. Z konfliktem starego i nowego, wyświetleniami i kasetami na stadionie, weselami bez pary młodej, plagiatami zwanymi inspiracją i wielkimi pieniędzmi. Z emocjami wywoływanymi od kilkudziesięciu lat. Z królem i królową. Z dystansem.  Z duszą.


*Bibliografia tej książki to świetny materiał na kolejny reportaż: jak się pisze o  disco polo.

Judyta Sierakowska. "Nikt nie słucha. Reportaże o disco polo". Wyd. Poznańskie. Poznań 2019.